Od blisko czterech miesięcy wyczekiwaliśmy dobrej pogody w
Tatrach. U nas w mieście, w tym roku, zima wyjątkowo nie dopisywała. Przez cały
jej okres trwała dni ze śniegiem można było zliczyć na palcach jednej ręki… W
Tatrach większe ilości śniegu pojawiły się dopiero pod koniec lutego. Stąd
oczekiwaliśmy dnia, kiedy dobre śnieżne warunki nałożą się ze słoneczną pogodą,
bo i tej było jak na lekarstwo… W czwartek pojawiła się taka okazja, ale splot
różnych okoliczności sprawił, że nie mogliśmy zorganizować wyjazdu.
Pokładaliśmy nadzieję w następnym dniu, ponieważ słoneczna pogoda miała się
utrzymać tyle, że miały być na niebie „białe chmury”, te które utrudniają
wykonanie dobrego zdjęcia. Mimo tego postanowiliśmy pojechać, bo wiedzieliśmy,
że nie będzie tych chmur dużo. Dodatkowo mieliśmy informację, że w południe się
rozpadną i dopiero w ostatniej części dnia miały powstawać nowe. Jak dla nas
takie warunki nam odpowiadały.
Umówiliśmy się na godzinę 22.30. Wyjechaliśmy o czasie
decydując się na wyjazd w rejon Doliny Gąsienicowej, ponieważ Daniel chciał
koniecznie fotografować góry nocą z gwieździstym niebem. Ja z kolei miałem na
celu standardowo zobaczenie wschodu słońca i wejście na jakiś dwutysięcznik,
stąd nasz wybór padł na Świnicę. Na miejsce dojechaliśmy o godzinie 1.10 w
nocy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy rondzie w Kuźnicach – tam, gdzie
rozpoczyna się półgodzinna wędrówka pod stację kolejki na Kasprowy Wierch. W
tym momencie Daniel zauważył taksówkę, która zatrzymała się w pobliżu. Wpadł na
pomysł, żeby nas podwiózł pod dolną stację tej kolejki, żebyśmy nie musieli
niepotrzebnie iść drogą asfaltową, czego w górach nikt nie lubi. Umówiliśmy się
na godzinę 1.50. Kiedy Daniel zauważył taksówkę zaskoczyło nas coś jeszcze…
Obok jego samochodu przechodziły trzy duże sarny. Dodatkowo taksówkarz tak
zaparkował, że przednimi światłami je podświetlał. Daniel bardzo szybko wysiadł
z samochodu i chwycił za aparat. Przechodziła tamtędy jeszcze jedna kobieta,
która też przyglądała się tym sarnom. Widok był niezwykły, bo w środku miasta,
chodnikiem wędrowały sobie sarny i się nie bały ludzi. Dopiero gdy podeszło się
do nich na odległość około trzech metrów, to zaczęły szybciej iść. Sarna
stojąca przy samochodzie wyglądała, jakby nie wiedziała co zrobić. Ciągle
wpatrywała się nas. Taksówkarz powiedział, że on je zna, bo są stałymi
bywalcami tych rejonów i są oswojone. Ja tymczasem podsumowałem, że dzień już
dobrze się zaczyna.