
Następny dzień rozpoczął się mniej optymistycznie, bo przez całą noc padał rzęsisty deszcz, a teraz na zachodzie niebo pokrywały gęste chmury piętra średniego. O godzinie 7.00 rano wyszedłem do małego budynku stojącego w sąsiedztwie hotelu. Podawano w nim śniadania. Właśnie z tego budynku, przez okna, spoglądałem na niebo i rozwijającą się sytuację pogodową. Już myślałem, że będziemy musieli wracać tego samego dnia do domu, a mieliśmy przecież jeszcze kaniony do przejścia. Z rozmów tutejszych gości dowiedziałem się, że duża część gości hotelowych wstała już i pojechała na polowania. Na szybach widniał napis "Fall!" dookoła, którego przyklejone były plastikowe, przezroczyste, ozdobne liście. Napis "Fall!" znaczył tyle samo, co jesień. Po lewej stronie mojego stolika widniał pusty basen, w którym po dnie wędrował większy, czarny pająk. Po zjedzeniu śniadania poszedłem po Marcina i Small Toma. Marcin był już gotowy aby zejść na śniadanie. Small Tom doszedł do nas za chwilę. Siedzieliśmy tutaj dłużej, dyskutując o sytuacji pogodowej i czarnym pająku, którego jakimś cudem wypatrzyłem. Na początku tego dnia mieliśmy w planach Wild Life Loop. Był to przejazd przez najdziksze tereny parku narodowego. Z informacji dowiedzieliśmy się, że możemy tam spotkać dziko żyjące bizony i sarny. Gdy dojechaliśmy do zakrętu, zjeżdżając z drogi 16A na Wild Life Loop spostrzegliśmy czerwono-białe bandy zamykające przejście. Był tu zakaz wjazdu... Trochę się zdenerwowaliśmy, bo przyjechaliśmy tu na dwa dni 1200km w jedną stronę i prawie podczas naszej wycieczki ta droga była zamknięta. Nie do końca chcieliśmy odpuścić, dlatego pojechaliśmy kawałek dalej drogą asfaltową skręcającą w las. Jechaliśmy nią za czarnym pick-up'em. Powierzchnia drogi szybko zmieniła się na żwirową. Jechaliśmy nią tak, aż dojechaliśmy do jakiejś szkoły, w której uczyły się tylko same dziewczyny. Był tu zakaz wjazdu, ale widząc, że tamten pick-up wjechał. My też postanowiliśmy tam wjechać.