wtorek, 7 lutego 2017

Neverland II, czyli Stożek zimą (Beskid Śląski)

 

Minął rok od momentu, kiedy pojechaliśmy pierwszy raz zimą w góry. Podczas tamtego wyjazdu, który nazwaliśmy 'Neverland', Otylia chciała spełnić swoje górskie marzenie, by przejść zimowy szlak. Chciała tym samym sprawdzić swoje granice wytrzymałości i jednocześnie przesunąć je nieco dalej. Chociaż dla mnie ta trasa nie była w ogóle wymagająca, to zależało mi na tym, żeby Otylia mogła spełnić swoje marzenie. Można powiedzieć, że był to jej "Everest", który chciała zdobyć. Od zrealizowanego marzenia upłynął już rok i teraz Otylia nie planowała powtórzenia całej ubiegłorocznej trasy, ale od tamtego czasu powtarzała mi wielokrotnie, że chciałaby jeszcze raz zobaczyć tak pięknie ośnieżone drzewa, jak kiedyś. Na razie nic nie zapowiadało nadejścia zimy. Sytuacja szybko zmieniła się, ponieważ drugiego grudnia spadł śnieg i powstała bardzo gruba warstwa. Teraz czekałem dosłownie na pierwszy słoneczny i wolny dzień. Nie musiałem długo czekać, ponieważ ósmego grudnia miało być czyste, błękitne niebo, a ja miałem wolne. Z tego względu szybko zadzwoniłem do Otylii, czy ma czas, żeby wyjść w góry, bo na ten dzień przewiduję warunki podobne, jak w roku ubiegłym. Ucieszyła się na tę wiadomość i od razu zdecydowała, że pojedzie ze mną. Umówiliśmy się tak, że wsiądę do pierwszego pociągu do Wisły Głębce, a Otylia wsiądzie w Goleszowie. Mieliśmy spotkać się już w pociągu. Otylia szybko znalazła mnie w pociągu i do końca trasy jechaliśmy już razem, rozmawiając o tym, co możemy zobaczyć, oraz wspominaliśmy poprzedni zimowy wyjazd, który obfitował we wspaniałe widoki i białe drzewa. Teraz koniecznie chcieliśmy powtórzyć to samo, lub zobaczyć jeszcze więcej.

Najbardziej zależało mi na tym, żeby w wyższych partiach gór zobaczyć oszronione lub zaśnieżone drzewa. Ten widok zawsze zachwyca – niezależnie ile razy go w życiu widziałem. Wybraliśmy prostą i dobrze nam znaną trasę od Wisły Głębce na Stożek przez Kiczory, gdzie ponownie mieliśmy zobaczyć naszą „szubienicę”, czyli samotne drzewo z trzema prostopadle ułożonymi gałęziami względem pnia, a znajdowało się pod szczytem Kiczor. Liczyliśmy również na najpiękniejsze świerki w tamtym rejonie oraz mnóstwo śniegu. Dalej chcieliśmy pójść za górę Soszów, skąd moglibyśmy zejść do Wisły Jawornik czarnym szlakiem. W tym roku Otylia nie chciała już wchodzić na Czantorię, bo wiedziała ile sił kosztowało ją tamte wejście. Nie zakładałem nawet wędrówki na Czantorię, ponieważ bardziej zależało mi, żeby iść spokojnie i żeby mieć czas na podziwianie pięknej zimy. Z taką myślą też wyruszyliśmy w góry. Naszą przygodę rozpoczęliśmy z dworca Wisła Głębce około godziny 9.20 rano, bo tak przyjechał pociąg na ostatnią stację, skąd dalej poszliśmy już niebieskim, a później czerwonym szlakiem, prowadzącym na Stożek. Koniecznie chcieliśmy przejść przez Kiczory, pomimo wydłużenia sobie trasy, ale wiedzieliśmy, że właśnie tam powstają najpiękniejsze formacje śnieżne, gdy sprzyjają ku temu warunki. Przez najwyżej położone skupiska domów szliśmy normalnym tempem. Sądząc po warunkach, jakie zobaczyliśmy na miejscu, nie spodziewaliśmy się jakiejś nadzwyczajnej zimy i nawet zaczęliśmy myśleć, czy u góry będzie trochę lepiej?... Za ostatnią chatą standardowo weszliśmy w rzadszą część lasu, gdzie prowadzi jeszcze ułożona droga z betonowych płyt. Na tym odcinku mogliśmy już podziwiać świerki w zwartej grupie, które utrzymywały na sobie duże płaty śniegu. Widok bardzo zachwycał, stąd wyciągnąłem wniosek, że u góry musi być znacznie lepiej! Taką miałem nadzieję i jakoś nie dopuszczałem innej myśli do umysłu. Pomimo wczesnej porannej godziny czasami miałem wrażenie, że minęło już pół dnia. Patrząc w dal, wiele gór pokrywał cień i na dodatek czuliśmy silny mróz. Termometr wskazywał -15’C. Taka temperatura bardzo mnie cieszyła, bo oznaczała, że cały dzień na pewno będzie pogodny.

Kiedy doszliśmy do końca drogi z płyt betonowych (i tak zresztą zasypanej śniegiem), strzałka wskazywała wejście do lasu niewidoczną ścieżką. Początkowy fragment prowadził przez niewielką polankę, która dawała widok na bliższe okolice. Właśnie stąd mogliśmy dostrzec, że zobaczymy wspaniałą zimę. Dodatkowo ponownie, jak rok temu, mogliśmy doświadczyć zupełnej ciszy. Od tego momentu nic nam jej nie zakłócało. Otylia co chwilę zatrzymywała się, by podziwiać piękne płaty śnieżne na świerkach. Za polanką weszliśmy do gęstego lasu, gdzie szlak prowadził wśród gęstych drzew nie przepuszczających nawet światła. Tutaj zima wyglądała mniej atrakcyjnie, ale kiedy przeszliśmy ten kilkunastominutowy odcinek zobaczyliśmy coś zupełnie innego. Teraz przed nami stały w rzadszych odstępach świerki pokryte białymi płatami. Wyglądały cudownie! Przy ścieżce rosły również bardzo niskie drzewka i na każdym z nich powstawały śnieżne kulki lub też formy o podobnym kształcie. Otylia stawała przy każdej z nich, żeby zobaczyć, jakie są piękne. Nie dziwiłem się, bo i ja zacząłem je podziwiać. Nie ważne, że ten prosty odcinek szlaku pokonywaliśmy znacznie dłużej niż normalnie, ale właśnie o to chodziło, by nacieszyć oczy wspaniałą zimą. Po wyjściu z gęstszego lasu wyszliśmy na szerszą drogę prowadzącą przez pasy przecinek. Bardzo dobrze znaliśmy te drogi z naszych wiosennych, letnich i jesiennych wyjazdów, gdzie towarzyszyła nam jeszcze siostra Otylii – Ania. W miejscach przecinki mogliśmy popatrzeć na wyżej położone osiedla Wisły Głębce i spojrzeć nieco szerzej na teren. Dostrzegliśmy też, że świerki są tutaj znacznie wyższe, ale też nie zalega na nich śnieg. Nasze nadzieje na pobielone drzewa trochę stopniały, bo widzieliśmy, jak to wygląda znacznie dalej. Z drugiej strony nie mieliśmy wglądu na dalszy etap szlaku na Stożek, więc liczyliśmy, że zima sprawi nam miłą niespodziankę – dokładnie tak, jak rok temu. Najwyższy szczyt w okolicy musiał bardziej „wymarznąć” przez noc niż pozostałe góry… Z drugiej strony patrząc – wzdłuż całej drogi, którą stopniowo podchodziliśmy, rosły małe świerki, takie kilkuletnie. Na nich zgromadziło się całe mnóstwo śniegu aż miło było popatrzeć. Idąc jeszcze wyżej, szybko odnaleźliśmy nasz pień, przy którym zawsze zatrzymujemy się na tej trasie. Tak zrobiliśmy i tym razem. Teraz wyglądał jak niczym nienaruszona, piękna, biała, kwadratowa pierzynka. Dosłownie śnieg przeleżał cały tydzień w stanie zupełnie nietkniętym. Takie widoki cieszyły oczy!

Idąc coraz wyżej, wspominaliśmy ubiegłoroczne przejście przez „lodowisko” na tej samej drodze, gdzie oboje mieliśmy duże problemy, żeby przejść dalej. Teraz na szczęście nie zdążyło jeszcze powstać. Pasy przecinki kończą się krótkim, ale bardziej stromym podejściem, za którym przechodziliśmy kolejne bardzo przerzedzone lasy. Widok tylu pni i wywróconych korzeni nie napawał optymizmem. Śnieg zdołał ukryć w dużej mierze rozmiary tych zniszczeń, przez co teren nie wyglądał jak zaorane pole. Szliśmy ponad godzinę. Wchodziliśmy coraz wyżej, aż w końcu mogliśmy popatrzeć znacznie dalej niż na Wisłę Głębce i w ogóle Wisłę. Teraz sięgaliśmy wzrokiem aż do znacznie odleglejszych gór. Idąc w otwartym terenie przeszliśmy obok wywróconego korzenia stojącego tuż przy drodze. Specjalnie stanąłem z przodu, żeby zobaczyć jego rozmiary, a Otylia tymczasem przechodziła obok niego. Wyglądała bardzo mała w porównaniu z nim. Sam szlak wyglądał na dobrze przetarty, dlatego nie musieliśmy się dodatkowo męczyć. Na końcu pasów przecinek weszliśmy w bardzo rzadki las. Najpierw podziwialiśmy gałęzie krzewów, które w słońcu błyszczały tysiącami światełek odbijanych od kryształków lodu powstałych przez noc. Nieco dalej naszą uwagę zwróciły ciekawe „wydmy” oraz nierówności terenu powstałe poprzez zasypanie śniegiem skupisk kęp traw. Teren wyglądał tutaj na bardzo pofałdowany. Jeszcze wyżej mieliśmy las po lewej stronie i dzięki temu pomiędzy drzewami przedzierały się promienie słoneczne. Oświetlały one bardzo ciekawy skrawek ziemi, gdzie bujne i wysokie kępy traw przysypał śnieg. W tym miejscu powstały naturalne kulki śnieżne, które bardzo pięknie zdobiły okolice. Kiedy Otylia je zauważyła aż wykrzyknęła: „patrz jakie kuliczki!”. Ja też na nie zwróciłem uwagę, bo tworzyły niecodzienny „dywan” na skraju lasu. Teraz myśleliśmy o Polanie Mraźnica znanej z dwóch chat i jabłoni na terenie podwórka. Teraz tam chcieliśmy dotrzeć. Pamiętaliśmy, że w poprzednim roku drewniane płotki były pięknie ośnieżone i nadawały klimatu temu miejscu. Teraz chcieliśmy zobaczyć to samo. Najpierw jednak musieliśmy przejść jeszcze długi i rzadki świerkowy las. Tutaj szliśmy praktycznie cały czas w słońcu, ponieważ drzewa były wysokie, smukłe i pełne zielonych gałęzi, ale dopiero od ich połowy wysokości. Taka zieleń bardzo kontrastowała z wszechobecną bielą. Pomimo osiągnięcia większej wysokości nadal na nich nie zalegały płaty śniegu. To nas trochę martwiło. Mimo wszystko szliśmy bez przerwy do góry.

Tuż przed wejściem na Polanę Mraźnica musieliśmy jeszcze przejść bardziej strome podejście oraz niewielki gęstszy las. Wtedy wyszliśmy na kolejną drogę z poukładanych betonowych płyt, którą również pokrywała gruba warstwa białego puchu. Chaty i ogród z jabłoniami nie wyglądały tak efektownie, jak rok temu. Nawet brakowało tych wspaniałych drewnianych płotków, mających zabezpieczać drogę przed nawiewaniem śniegu. Brakowało nam tego klimatu. Na domiar złego, od zachodu niebo robiło się białe. Chmury z rodzaju cirrus nebulosus (mgliste, wysokie, przepuszczające światło słoneczne) bardzo powoli sunęły na wschód. Oznaczały zmianę pogody dnia następnego. Z tego względu musieliśmy wykorzystać dzisiejszy dzień do samego końca. Na polanie stanęliśmy na krótką chwilę, żeby Otylia mogła złapać tchu i napić się. Nie zależało nam na szybkim tempie, bo w sumie głównym celem dla nas był Stożek. W końcu pozostało nam jakieś 1,5h do góry, więc mieliśmy praktycznie dwie trzecie dnia do dyspozycji. Polanę Mraźnica zaczęliśmy obchodzić od lewej strony tak, jak prowadził szlak drogą. Z każdą minutą mogliśmy dzięki temu patrzeć z coraz większej wysokości na te tereny. Przed obiema chatami widzieliśmy rozległą łąkę przysypaną grubą warstwą śniegu. Wiedziałem też, że za nią rozpocznie się bardziej strome podejście przez bardzo gęsty las, ale powyżej dojdziemy do drugiej polanki, z której będziemy mogli popatrzeć na Mraźnicę z dużej wysokości. Zaczęliśmy więc długim łukiem skręcającym w prawo podchodzić do gęstego lasu. Minęliśmy jeszcze dwa inne gospodarstwa po drodze, gdzie zawsze słyszeliśmy szczekanie psa, bo w końcu szlak prowadzi przez ich teren. Tuż za nimi przekroczyliśmy niewielki potoczek, który o tej porze roku dawno już zamarzł, po czym weszliśmy w ciemniejszą część szlaku. Drzewa i krzaki tworzyły tak zwarte skupiska, że nawet mały promyczek nie zdołał się tutaj przedostać. Szliśmy całkowicie w cieniu. Strome podejście pokonywaliśmy jakieś 15min, po czym doszliśmy do pierwszej polanki. Znaliśmy ją z pięknych widoków, dlatego zeszliśmy ze szlaku i popatrzeliśmy na Polanę Mraźnica i znane dwie chaty z góry. Widok był bardzo ciekawy, ponieważ ciągle mieliśmy w świadomości, że niedawno tamtędy przechodziliśmy. Zatrzymaliśmy się na dłużej i zrobiliśmy nawet kilka zdjęć, by uwiecznić tak wspaniałą zimę. To nie koniec atrakcji, bo Otylia szybko wypatrzyła bardzo ciekawe kryształy lodu powstałe na źdźbłach traw wystających ponad powierzchnię pokrywy śnieżnej. Dziwiliśmy się, jak przez jedną noc mogły powstać tak wielkie, trójkątne kryształy. Pamiętałem podobne z Tatr, ale tamte powstawały w 2008 roku w grudniu przez blisko trzy tygodnie dobrej i mroźnej pogody, a tutejsze potrzebowały zaledwie jednej nocy! Widząc je, zaczęliśmy obchodzić dookoła całą polanę, by znaleźć ich jeszcze więcej. Bezproblemowo odnajdywaliśmy kolejne gromady utworzone na krzyżujących się źdźbłach.

Dłuższa przerwa powodowała, że Otylia szybciej traciła ciepło. Ciągle byliśmy przecież w zacienionym terenie. I ja odczuwałem chłód, ale jeszcze nie tak, żebym musiał się rozgrzewać. Postanowiliśmy, że musimy już iść, żeby Otylia mogła ponownie się rozgrzać. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że już niedługo będziemy w słońcu i będzie o wiele lepiej. Nadal trzymał silny mróz a termometr wskazywał -11’C. Za tą polaną rozpoczęliśmy kolejny odcinek wędrówki przez lasy. Dawały więcej możliwości podziwiania widoków, ponieważ największe gęstwiny już minęliśmy. Teraz szliśmy dość szeroko wydeptaną ścieżką. Naszym kolejnym celem była polana zwana „boiskiem”, bo na niej stoją dwie ustawione bramki do gry w piłkę nożną. Właśnie to miejsce najbardziej nam się podobało, bo wiedzieliśmy jakie oferuje wspaniałe widoki. Zawsze, kiedy wchodziliśmy na „boisko”, robiliśmy dłuższą przerwę na odpoczynek, zjedzenie czegoś i przede wszystkim podziwianie pięknych panoram. Najbardziej wspominaliśmy nasze przerwy podczas majowych wędrówek, ponieważ wiosna zachęcała do cieszenia oczu zielenią i różnymi kolorami kwiatów. Tutaj też zawsze siadaliśmy na ławkach za pierwszą linią niskich krzaków, przez co mogliśmy cieszyć się tymi widokami w zupełnej ciszy. Kiedy szliśmy szeroką, wydeptaną ścieżką przez las, nagle Otylia usłyszała, że coś biegnie w naszą stronę i odgłos jest coraz silniejszy. Nie wiadomo skąd, ale przybiegł do nas niewielki, czarny pies. Bardzo się cieszył na nasz widok i skakał z radości. Od tego momentu towarzyszył nam aż do samego Stożka. Nawet nie pozwolił spokojnie zrobić zdjęcia, bo gdzie tylko się ustawiliśmy, to zaraz podbiegał. Trasa z pierwszej polany nad Mraźnicą do polany zwanej „boiskiem” zajęła nam ponad 40min. Trzeba przyznać, że nasza nadzieja na pobielone drzewa na tym odcinku szybko powróciła. Na całej długości szlaku widzieliśmy mnóstwo świerków zasypanych śniegiem, a wyżej rosnące drzewa również utrzymywały bardzo wielkie płaty na swoich gałęziach. Najciekawsze jednak dla nas były pojedyncze, samotne i młode drzewka, które w całości pokrył puch. Wyglądały przepięknie! Prawie każdemu z nich robiłem zdjęcia. Lepsze mogliśmy zobaczyć jeszcze wyżej, około 30min wędrówki od pierwszej polanki. Teraz szlak prowadził szeroką drogą, a po obu stronach mieliśmy dwa rzędy całkowicie białych i młodych świerków! Wyglądały jak z bajki i jeszcze nikt nie zdążył naruszyć pokrywy śnieżnej w tym rejonie. Stare drzewa teraz oświetlane przez słońce nie miały na swoich „barkach” żadnych ciężarów, ale wiedzieliśmy, że podobnie mieliśmy rok temu i wyżej na pewno całe lasy musiały być białe.

Na krótką chwilę przed właściwą polaną, zwaną „boiskiem”, przechodziliśmy przez bardzo młode lasy. Dawały one wspaniałą możliwość podziwiania górskiej zimy. W końcu dotarliśmy do naszej ulubionej polanki, na której zawsze się zatrzymywaliśmy. Koniecznie chcieliśmy popatrzeć na odleglejsze góry i nacieszyć oczy tym wspaniałym miejscem. Zawsze, ilekroć byliśmy tutaj, panowała zupełna cisza. Nie inaczej mieliśmy teraz. Jedyne, co zakłócało spokój, to szeleszczące płatki śniegu opadające z drzew oraz biegający pies przed nami. Na polanie mogliśmy zobaczyć ile naprawdę napadało śniegu, bo Otylia wpadła w zaspę i dodatkowo z radości powalił ją pies na ziemię. Próbowała wydostać się, ale nie potrafiła. Pomogłem jej, żeby mogła wstać. Pies nadal biegał dookoła, wytyczając nowe ścieżki na białej łące. Stanęliśmy pod prawą, drewnianą bramką, ponieważ tam świeciło słońce. Teraz mogliśmy zobaczyć wydeptane przez nas ścieżki oraz te, które wytyczył pies. Najpiękniejsze jednak okazało się drzewo stojące tuż przed jednym z dwóch wejść na boisko. Przy szlaku rósł rozłożysty buk. Na każdej z jego gałęzi leżały grube czapy śnieżne. Zdecydowanie wyróżniał się w okolicy. Na boisku próbowaliśmy nawet podrzucać duże ilości śniegu, ponieważ przy niskiej temperaturze powoli opadał na ziemię, tworząc cienką zasłonkę. Puszysty śnieg idealnie do tego się nadawał. Po dłuższej przerwie musieliśmy iść dalej, żeby ponownie poczuć trochę ciepła. Długi postój przy -11’C jednak był mocno odczuwalny. Dalej mieliśmy już tylko piękną, bajkową zimę. Przez jakieś trzy minuty szliśmy do szerokiej drogi, gdzie krzyżują się szlaki: czerwony i niebieski. Czerwony prowadzi aż z Baraniej Góry i jest on również częścią Głównego Szlaku Beskidzkiego, liczącego aż 520km (w 2009 roku przeszedłem go w całości). Od tego momentu szeroka droga, jakby przeznaczona dla samochodów, pozwalała nam iść bardzo wygodnie przy wspaniałych widokach dookoła. Po obu stronach mieliśmy rzędy całkowicie białych świerków. Właśnie tutaj można wybrać drogę na skróty na Stożek, albo wędrówkę czerwonym szlakiem przez Kiczory, dając sobie możliwość zobaczenia pięknych panoram. Wędrówkę wygodną drogą dość szybko zakończył zakręt w lewo, gdzie ponownie weszliśmy w rzadszy las, w którym na wiosnę rosną bardzo ciekawe trawy, tworzące równe dywany. Doszliśmy nim aż do skrzyżowania pięciu dróg leśnych służących do zwózki drewna.

Tak samo, jak rok temu, wspomniałem o stole z napisem „Idymy do góry”, od którego wziąłem nazwę mojej samotnej wyprawy 1047km przez góry Polski z 2009 roku. Teraz mogłem Otylii pokazać, który to stół. Upływ lat zrobił swoje, bo napis praktycznie w większości zniknął. Pozostały tylko ledwo widoczne zarysy. Od tego miejsca mieliśmy jeszcze ponad godzinę na szczyt Stożka. Nie zatrzymywaliśmy się tu na dłużej, ale raczej chcieliśmy przystanąć gdzieś wyżej, by móc w spokoju podziwiać wspaniałe panoramy gór tych bliższych i tych odległych. Mieliśmy pewność, że zobaczymy nawet Babią Górę. Do Tatr nie sięgaliśmy, ze względu na bielejące niebo od chmur cirrostratus nebulosus. Jakieś 15min zajęło nam przejście pierwszego fragmentu stromego podejścia przez lasy. Uważam, że jest on najmniej ciekawy, ponieważ nic dookoła nie można zobaczyć, a sam teren nie zachwyca swoją urodą. Po 15min jednak wszystko ulega zmianom i dosłownie w przeciągu kilku chwil dostaliśmy się do bajkowego świata! Teraz nie tylko szliśmy szeroką ścieżką, ale po obu stronach widzieliśmy trzy pasy drzew: krzewy, młode i stare świerki. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wszystkie pasy pokrywały grube czapy śniegu! Właśnie to chcieliśmy zobaczyć! Nieco dalej widok jeszcze bardziej cieszył oczy, ponieważ szliśmy szlakiem kilkudziesięcioletnich świerków, które miały tylko kilka metrów wysokości. Na dodatek wszystkie wyglądały tak samo i praktycznie z każdej strony przykrył je w całości śnieg. Nie chcieliśmy opuszczać tej pięknej krainy! Stanęliśmy na dłużej, by podziwiać te widoki. Zrobiliśmy dużo zdjęć drzew, bo dawno nie widzieliśmy takiej zimy. Idąc jeszcze wyżej, widzieliśmy, że drzewa stają się coraz mniejsze, ale nie znaczy, że mniej piękne. Szlak dawał nam możliwość podziwiania odległych panoram i Babiej Góry. W końcu ją zobaczyliśmy! Teraz mogliśmy dostrzec, że całe góry pokryły kryształki lodu i że w jeszcze wyższych partiach drzewa są dodatkowo oszronione. Beskid Śląski ze względu na wysokość swoich gór nie pozwalał dojść do granicy w całości oszronionych lasów, bo te zaczynały się powyżej 1250 m n.p.m. Wysokość oceniliśmy na podstawie tego, co widzieliśmy na odległej Małej Babiej Górze, ale i tak mieliśmy pewność, że na Kiczorze musi być niesamowicie pięknie! W miarę podchodzenia widzieliśmy też, że z każdą chwilą zaczynają przeważać drzewa liściaste, głównie jarzębiny. Teraz one przepięknie zdobiły okolicę. Co chwilę mieliśmy przed oczami inne widoki i dlatego ta trasa tak bardzo cieszyła. W oddali zauważyliśmy naszą „szubienicę”. Stąd wiedzieliśmy, że do szczytu pozostało nam jakieś 20min wędrówki aktualnym tempem.

Zanim do niej dotarliśmy, mieliśmy wiele wspaniałych okazji, żeby podziwiać prawdziwą, górską zimę. Najbardziej zachwycały nas pojedyncze i samotne drzewa liściaste. Tutaj wyglądały najpiękniej, ponieważ każdą ich gałąź pokrywały nie tylko czapy śniegu, ale również delikatny szron. Wszystko razem związało się w całość i przez to powstało białe widowisko. Pamiętam, że jedna osoba, która widziała rząd podobnych drzew porównała widok do „panien w białych sukniach przygotowanych do ślubu”. My również nie mogliśmy długo nacieszyć się otoczeniem, dlatego zatrzymywaliśmy się przy każdym z okazów i patrzeliśmy z bliska, jak jest pięknie! W takim terenie szliśmy jeszcze jakieś 10min, po czym w szybkim tempie drzew ubywało. W ciągu zaledwie kilku chwil weszliśmy na otwarte przestrzenie. Przed nami widniała już tylko „szubienica”. Otylia szła z przodu, dlatego powiedziała: „będę pierwsza na szczycie”. Jako, że chciałem zrobić zdjęcie, jak Otylia wchodzi ostatnim stromym zboczem na szczyt Kiczor, wyprzedziłem ją niepostrzeżenie i zawołałem, po czym zrobiłem pamiątkowe zdjęcie. Nie zorientowała się, kiedy ją wyprzedziłem i kiedy wszedłem na wierzchołek góry. Cieszyła się, że dotarła na szczyt, i że ma pamiątkowe zdjęcie z tej trasy. Teraz oboje zachwycaliśmy się rozległymi panoramami. Wzrokiem sięgaliśmy aż po pasmo Małej Fatry, a na wschód – do Babiej Góry i Pilska. Mało tego – mogliśmy patrzeć na te odległe góry i dostrzec wiele szczegółów. Przejrzystość powietrza zachwycała! Na zachodzie i południu powstał biały pas chmur, przez co nie widzieliśmy nic dalej, ale i tak udało nam się bardzo wiele zobaczyć. Po nacieszeniu oczu tymi niecodziennymi widokami, poszliśmy pod zapamiętane drzewo o rozdzielonej koronie na dwoje. Ono również pokryło się bielą i zachwycało w każdym calu. Inne krzewy, jarzębiny i buki tworzyły razem piękne widowisko dookoła nas. Warto było przejść krótki fragment na stronę czeską, ponieważ tam mogliśmy popatrzeć na niewielkie skupisko niskich drzew w całości pokrytych śniegiem i szronem. Brakowało nam jedynie zeszłorocznej „bramy” z wielkiego krzewu na środku szczytu Kiczor, ponieważ przez ten rok wiatry zdążyły go dość mocno połamać. Jego gałęzie nie tworzyły już pochylonej do ziemi „bramy”, którą przechodziło się na drugą stronę – do Czech. Szkoda… Przy każdej próbie zrobienia zdjęcia podbiegał do nas radosny pies, który nie opuścił nas ani na chwilę. Dopiero, kiedy zaczęliśmy iść dalej – w stronę Stożka – ten zaczął zbiegać z powrotem i więcej go już nie zobaczyliśmy. Na Kiczorach obowiązkowo musieliśmy wspomnieć o zaginionych okularach na tej górze. Otylia nawet dodała: „szukamy moich okularów?”, po czym się zaśmiała.

Najpiękniejsze drzewa mieliśmy przed sobą. Pozostał nam przecież do przejścia 30min odcinek z Kiczor na Stożek. Właśnie tam podziwialiśmy rok temu największe skupiska oszronionych drzew i płatów śnieżnych. Po dłuższej przerwie poszliśmy w stronę Stożka. Wystarczyła tylko minuta wędrówki, byśmy ponownie się zatrzymali. Stanęliśmy przy naturalnej bramie z gęsto plecionych, białych od śniegu i szronu gałęzi. Podziwialiśmy, jak bardzo mróz może ozdobić wszystkie drzewa. Wszystkie gałęzie były wręcz przesycone śniegiem, kryształkami lodu, czy też szronem. Powstawały niesamowicie piękne, białe mozaiki. Długo nie mogliśmy wyjść z zachwytu i co chwilę patrzeliśmy do góry na każdą gałąź, bo nigdy wcześniej, poza naszym ubiegłorocznym wyjazdem, nie widzieliśmy tak obfitych w śnieg mozaik. Na początku piękną linię drzew tworzyły rozłożyste świerki, które stykały się tylko pojedynczymi i najbardziej wysuniętymi gałęziami. Pomiędzy nimi widzieliśmy mnóstwo błękitnego nieba, co dodawało uroku całemu widowisku. Dosłownie kilka minut wędrówki dalej, iglaki zamieniły się w drzewa liściaste. Teraz podziwialiśmy niecodzienne mozaiki utworzone z rozłożystych gałęzi bez liści. Widok bardzo przypominał nam rysunki, jakie „maluje” mróz na szybach w mroźną noc. Gałęzie pełne szronu wyglądały, jak gdyby ktoś na tle błękitnego nieba pociągał pędzlem z białą farbą. Wszędzie dookoła widzieliśmy tylko i wyłącznie skupiska oszronionych gałęzi wygiętych we wszystkich kierunkach. Nie tylko patrzeliśmy do góry, bo pod nogami zrobiło się równie pięknie. Ponownie widzieliśmy „kuliczki”, z których dodatkowo wystawały trójkątne, lodowe kryształy. Dosłownie całą okolicę pokryły takie kryształki, co było dla nas niecodziennym widowiskiem. Otylia powiedziała, że rok temu było pięknie, ale teraz jest znacznie piękniej. Ja też miałem takie samo zdanie, ponieważ nie spodziewałem się aż tak cudownych widoków.

Nasz zachwyt nad przyrodą nie ustawał, ponieważ do szczytu Stożka, czy też do schroniska na Stożku, pozostało nam kilkanaście minut wędrówki. Stanęliśmy jeszcze przy słynnych „grzybowych” skałach, gdzie panowała zupełna cisza. Nikt jej nie zakłócał. Tutaj obowiązkowo musieliśmy zrobić kilka ujęć tutejszych widoków, żeby później mieć co wspominać. Dalszy odcinek również dostarczył nam wielu pięknych wrażeń, ponieważ na całej trasie mijaliśmy kolejne „zamrożone” świerki. Dotarliśmy do schroniska na Stożku, ale Otylia nie chciała się zatrzymywać w środku, ponieważ podobnie jak ja, nie lubi komercyjnych miejsc. Ile spadło śniegu mogliśmy zobaczyć na drewnianych stołach. Leżało na nich około 20cm puchu. Trzeba przyznać, że do tego momentu widzieliśmy chyba wszystko, co było najpiękniejsze na tej trasie. Może to z powodu późnej pory dnia, czy też z powodu niższych gór, którymi dalej szliśmy, nie widzieliśmy już tak wspaniale oszronionych drzew, ani „kuliczek”, czy też lodowych, trójkątnych kryształków. Schodząc ze Stożka bardzo stromym zboczem, widzieliśmy, że słońce po tej stronie zdążyło wytopić zalegające czapy, a część z nich po prostu spadła na ziemię. Tutaj było znacznie cieplej, chociażby z powodu coraz niższej wysokości n.p.m. Przed sobą widzieliśmy znaną nam drogę przez Cieślar, gdzie na wiosnę przechodziliśmy przez osadę położoną na polanach górskich. Ponownie wspomnieliśmy o tym, że sąsiedzi z jednej polany mogą patrzeć w okna sąsiadów z drugiej polany. To miejsce ma swój wyjątkowy klimat i zawsze podoba mi się wędrówka przez tą niewielką osadę. Miałem nadzieję, że zobaczę stąd jeszcze raz odległe góry, bo z łąk Cieślara można zobaczyć nawet Tatry, ale niestety białe pasy chmur na południu i wschodzie bardzo utrudniały zadanie. Od tutejszych białych polan widzieliśmy, że na drzewach nie zalega śnieg ani nie widać śladu szronu. Zeszliśmy w końcu jakieś 150m do przełęczy i na dodatek przez cały dzień zbocza górskie oświetlało słońce. Zupełnie inaczej było w rejonie Kiczor i Stożka…

Na Cieślar podchodziliśmy powolnym tempem, bo głównie zależało mi na tym, żeby Otylia się nie męczyła. Mieliśmy dużo czasu, ponieważ nawet, gdyby zastał nas zmrok, to o tej porze roku byłaby dopiero godzina 15.30 lub 16.00. Postanowiliśmy, że pójdziemy do przełęczy Beskidek 684 m n.p.m., skąd czarnym szlakiem zeszlibyśmy w 45min do Wisły Jawornik. Wtedy moglibyśmy pojechać pociągiem w drogę powrotną. Długa wędrówka na Cieślar pozwalała nam podziwiać odległe widoki, bo tutaj nie przeszkadzało nam żadne drzewo. Dopiero pod szczytem mijaliśmy po prawej stronie niewielki las, który zasłonił wszystko co było za nami i teraz mogliśmy patrzeć jedynie przed siebie. Najpiękniejszą część zostawiliśmy już za sobą. Teraz schodziliśmy do schroniska Soszów. Panowała zupełna cisza. Otylii spodobało się to miejsce, bo nie panował tutaj wielki ruch turystyczny, a sam obiekt w większości wybudowano z drewna, co nadawało górskiego klimatu. Weszliśmy do środka, żeby Otylia mogła się rozgrzać. Zamówiliśmy zupę. W trakcie odpoczynku mogliśmy patrzeć na okolicę przez liczne okna. Spotkaliśmy tylko pojedynczych ludzi, a nie jak rok temu, całe grupy „wypachnionych” narciarzy. Wtedy na chwilę zapomnieliśmy o klimacie gór. W ciszy mogliśmy zjeść zupę, ogrzać się i wyruszyć w dalszą trasę. W drodze ze schroniska przechodziliśmy obok „Lepiarzówki”, czyli restauracji, z której głównie korzystali narciarze wjeżdżający wyciągiem „Soszów”. Spodziewaliśmy się tak, jak rok temu, wielu ludzi, ale teraz spotkaliśmy ich znacznie mniej. Mimo wszystko wydawało nam się, że dookoła jest dość głośno. Nawet Otylia powiedziała: „chodźmy dalej za ten wyciąg do lasu, to będzie znowu spokojnie”. Rzeczywiście – nawet niewielki hałas mógł przeszkadzać, bo cały dzień szliśmy w zupełnej, niczym niezmąconej ciszy. Teraz chcieliśmy doświadczyć jej jeszcze raz. Kiedy weszliśmy do lasu za wyciągiem, wszystko nagle ucichło. Znowu mieliśmy to, czego najbardziej potrzebowaliśmy dzisiaj – ciszę. Otylia jeszcze raz wspomniała o zeszłorocznych wyperfumowanych narciarzach, co nie pasowało nam do klimatu górskiego. Idąc lasem Otylia wspomniała jeszcze o „czarnym lesie”. Był to ostatni fragment szlaku przed przełęczą Beskidek. Odwracając się za plecy widzieliśmy strzeliste, wysokie i gołe świerki stojące w równych odstępach. Było ich tak dużo, że pnie drzew tworzyły dosłownie czarną „ścianę”, przez którą światło nie miało najmniejszych szans, by chociaż wąskim promyczkiem przedostać się do poziomu runa leśnego. Z tego względu nawet pomiędzy świerkami nic nie rosło. Patrząc na drzewa, widzieliśmy, że aż do samych koron nie posiadają żadnych gałęzi – wszystko uschło z powodu braku światła. Z wielu naszych wiosennych i letnich wycieczek zapamiętaliśmy ten las jako „czarny las” nieprzepuszczający żadnego światła. Minęło jeszcze tylko kilka chwil wędrówki dalej i doszliśmy do Przełęczy Beskidek 684 m n.p.m. Przez cały ten czas nie widzieliśmy już białych drzew ani płatów śniegu, czy też szronu. Niestety piękna zima zagościła tylko w wyższych partiach gór, ale cieszyliśmy się, że mieliśmy okazję tam dotrzeć i radować nasze serca tymi wspaniałymi widokami.

Zejście z przełęczy Beskidek upływało nam bardzo szybko. Słońce już prawie zachodziło. Trzy minuty od przełęczy jest kolejna piękna polana umożliwiająca podziwianie wspaniałych widoków. Znaliśmy ją z naszych wiosennych wyjazdów i teraz ponownie postanowiliśmy na niej chociaż na chwilę się zatrzymać. Czuliśmy, że robi się coraz zimniej. Niebo zaczęło przybierać odcieni fioletu i różu, co oznaczało, że zanim dojdziemy do Wisły Jawornik zapadnie zmrok. Na polanie zrobiliśmy jeszcze ostatnie pamiątkowe zdjęcia i zaczęliśmy schodzić zwykłym tempem. Jako, że szliśmy w gęstym lesie, nie mogliśmy patrzeć w dal, by podziwiać panoramy górskie, dlatego udało nam się jeszcze dojść do Wisły Jawornik spokojnym krokiem tak, żeby zdążyć na pociąg. Pojechaliśmy razem do Goleszowa, po czym Otylia musiała wysiadać, a ja dalej kontynuowałem podróż do Katowic.

Wspaniała zima, jaką mogliśmy zobaczyć, niecodzienne formy śniegu, szronu i kryształów lodu powodowały, że tego dnia czas przestał dla nas mieć znaczenie. Najważniejsze było dla nas, żeby nacieszyć oczy wspaniałymi widokami, by nacieszyć uszy niezmąconą ciszą i żeby ponownie poczuć, jak piękna może być zima. W końcu od 2006 roku mieliśmy bardzo słabe zimy, na które czekaliśmy z utęsknieniem i nieraz mijało kilka lat, by móc zobaczyć podobne widoki. Z tego względu, gdy powstają podobne warunki pogodowe, staram się korzystać z każdego takiego dnia, ponieważ wiem, że niecodziennie będę mógł zobaczyć tak wspaniałe widoki. Pamiętając o słowach Otylii, że jeszcze raz chciała zobaczyć coś podobnego, jak rok temu w zimie, chciałem pomóc jej w realizacji tego marzenia, bo chociaż dla jednych może być ono małym marzeniem, to dla niej jest ono bardzo wielkim. Dziękuję więc Otylii za wspaniałą wycieczkę, bo chociaż ja w ogóle się nie zmęczyłem, to ponownie mogliśmy się spotkać, realizując jej górskie marzenia i tym samym mogliśmy podziwiać cudowną i bajeczną zimę.

                      
   
          
   
                      

2 komentarze:

  1. Te ośnieżone drzewa wyglądają po prostu cudownie! Już zapomniałam jak pięknie jest w Beskidzie Śląskim zimą, a mam tak niedaleko... W ten weekend się wybiorę, zainspirował mnie ten wpis :)

    http://podrozedominiki.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Beskidzie Śląskim też może być pięknie - tak, jak piszesz. Warto próbować, ale teraz nie zobaczysz takich warunków. Jeśli chcesz zobaczyć białe drzewa przy obecnej pogodzie musisz przekroczyć poziom 1200 m n.p.m. Polecam taką wyprawę: Hala Boracza, Lipowska i Rysianka. Tam jest jeszcze bardziej cudownie :). Dzięki za linka :).

      Usuń