sobota, 26 sierpnia 2017

Denali 6190 m n.p.m. (Alaska) - relacja z wyprawy

 Lodowiec Kahiltna  Basin Camp - baza położona na wysokości 4330 m n.p.m.

III. RELACJA Z WYPRAWY

1. PRZYGOTOWANIA W DOMU
Zanim wyruszyliśmy w podróż załatwiliśmy wszelkie formalności. Przyszedł drugi mail z potwierdzeniem zarezerwowania terminu obowiązkowego szkolenia ze strażnikami, więc odtąd miałem pewność, że wszystko jest w porządku. Kupiliśmy bilety na samolot, a to zadanie przypadło Agnieszce – sama się zgłosiła. Znalazła bardzo ciekawy lot Lufthansą za 3500zł z dwiema przesiadkami. Mieliśmy polecieć do Frankfurtu i dalej do Seattle. Stamtąd zaś liniami „Alaska” do Anchorage na Alasce. Mieliśmy dużo czasu na przesiadki, więc lot był jak najbardziej dobrze wybrany. Co najważniejsze – cała podróż miała trwać około 27 godzin. Mając potwierdzone spotkanie i bilety lotnicze rozpoczęliśmy temat gromadzenia sprzętu na wyprawę. Plecak i sprzęt wspinaczkowy już miałem. Namiot i wszystko, co potrzebne do spania, nawet na Mt. Everest, też już miałem. Teraz potrzebowałem tylko, albo i aż puchowych ubrań na silne mrozy. Wybrałem firmę Robert’s z Gdyni, gdzie można zamówić cały sprzęt puchowy dostosowany dokładnie do ciebie. Zanim coś zamówimy przysyłają Ci szablon z rozrysowanymi strzałkami, gdzie co masz pomierzyć. Przesyłając listę twoich wymiarów masz pewność, że ubranie będzie pasować dokładnie na ciebie. Dodatkowo będziemy zapytani, co założymy pod ubrania puchowe, czy np. spodnie mają zakrywać overboota. Zamawiając rzeczy ciągle miałem wrażenie, że pracują tam profesjonaliści i naprawdę chcą dobrze wykonać swoją robotę, upewniając się o różne rzeczy, o których samemu mógłbym nawet nie pomyśleć. To dobrze, bo jak się okazało, ubrania puchowe miały bardzo duży zapas termiczny i na dodatek pasowały właśnie tak, jak chciałem. Umówiłem się z nimi na początek maja, a zamawiałem rzeczy w połowie grudnia. Wszystko przysłali mi 5-tego maja, czyli na 8 dni przed wyprawą. Pasował mi taki termin, ponieważ wszystko zostało wykonane tak, jak chciałem. Jak się później okazało, gdzieś w zamówieniu umknęły im puchowe botki, które domówiłem wraz ze spodniami i rękawicami, ale nie były one koniecznością na wyprawie. Raczej stanowiły dodatek, który zastąpiły mi wyciągane botki z butów Scarpa Phantom 6000 II.

Temat sprzętu żył aż do początku maja, a w międzyczasie powstał nowy – jaka kuchenka?, transport z Anchorage do Talkeetny, ubezpieczenia, itp. Temat kuchenek omówiłem już wyżej. Myślałem, że Jetboil da radę, więc nic więcej nie rozważałem. Gaz mogliśmy kupić dopiero na miejscu, ponieważ nie można go przewozić w samolotach. Największy problem stanowił dla nas transport do Talkeetny, bo regularne połączenia zaczynają się od 15-tego maja każdego roku, a my musieliśmy pojechać… 15 maja, ale dość wcześnie rano, a nie po południu. Szkolenie ze strażnikami mieliśmy umówione na godzinę 11.00 czasu miejscowego. Wyszukałem w Internecie taksówki „Talkeetna Taxi”, które za 120$ zawoziły ekipy na miejsce. Agnieszka dostała potwierdzenie rezerwacji, ale później już do 15-tego maja kontakt się urwał i na maila nie przychodziły odpowiedzi. Ten fragment wyprawy mieliśmy bardzo nieprzewidywalny i do samego końca nie wiedzieliśmy co będzie dalej… Przed wylotem, w domu, poszyłem jeszcze cztery 3-metrowe taśmy, które miały nam służyć do ciągnięcia sań lub jako pomoc do kierowania nimi przy schodzeniu. Ciągle myśleliśmy co jeszcze nam brakuje. Wpadliśmy na pomysł, żeby każdy z nas wypisał, co zapakował i przesłał MMS-em całą listę. Czytając każdy spis rzeczy mogliśmy zobaczyć, czego zapomnieliśmy. Myślę, że każdy z nas coś dla siebie wyciągnął i dorzucił do ekwipunku. Przyznaje się, że zapomniałem najważniejszej rzeczy: termosu! Do tego czasu w walizce opracowałem sobie prosty system, jak wszystkie rzeczy wkładać i nawet w jakiej kolejności, żeby wypełnić każdą wolną przestrzeń. Przy okazji wyłonił się temat… drugiego bagażu do samolotu o wadze do 23kg. Na szczęście Lufthansa ma taką opcję i dokupiliśmy możliwość przewozu drugiego bagażu za 75 EUR. W sumie miałem dwie „torby” – jedna walizka 22kg i plecak 17kg. Mogłem więc jeszcze coś dorzucić. Agnieszka przysłała mi duffle bag, czyli coś na wzór torby podróżnej, ale wykonanej z tworzyw sztucznych, dzięki czemu w środku nic na pewno nie zmoknie. Poskładałem go i wsadziłem do plecaka, żeby nie zajmował dużo miejsca. Ubezpieczenie załatwiła mi moja żona, gdzie za 1094zł miałem w PZU wykupione wszystko co najwyższe i najbardziej ekstremalne, włącznie z ubezpieczeniem bagażu do 10.000zł. Koszty leczenia ustawiłem na 500.000zł, ponieważ w USA zalecają najniższą kwotę 200.000zł. Od tego momentu czekałem już tylko na wyprawę mojego życia, o której zawsze marzyłem... Do ostatniego dnia chodziłem do pracy, tak więc jeszcze na zakończenie kilka osób pożegnało mnie w pracy i życzyły udanej wyprawy, a w szczególności bezpiecznego powrotu. Na przygotowania tuż przed wyprawą nie miałem więc za wiele czasu, ponieważ wszystko, co chciałem dokończyć robiłem po pracy…

 
 
Odzież puchowa, buty termiczne wysokogórskie i raki - etap: gromadzenie sprzętu

2. WYLOT I POCZĄTEK WYPRAWY (ANCHORAGE, TALKEETNA)
Nadszedł długo oczekiwany dzień 13 maja 2017. O godzinie 6.10 rano mieliśmy planowo wylot do Frankfurtu. Pomyślałem: jeśli tutaj wszystko się zacznie, to dalej już jednym ciągiem dokończymy sprawę aż do samej Talkeetny. Przed wylotem Agnieszka dokupiła drugi bagaż dla nas dwóch tam, gdzie odbieraliśmy bilety, bo Wojtek i Szymon polecieli z Krakowa do Frankfurtu, gdzie mieliśmy się spotkać i kontynuować podróż. Zapłaciliśmy w polskich złotych 75 EUR za bagaże i mogliśmy je nadać. Przeloty dostarczyły nam wielu emocji, ponieważ na początku, strażnicy w Katowicach wzięli Agnieszkę na szczegółową kontrolę, a mi tylko przybili dziwną pieczątkę na bilecie i puścili dalej. Lot do Frankfurtu przebiegał sprawnie i na tamtejszym lotnisku szukaliśmy Wojtka i Szymona oraz naszego lotu do Seattle. Szybko odnaleźliśmy się i teraz czekał nas 10-cio godzinny lot oraz duża zmiana stref czasowych… Bagaże miały być przełożone z samolotu do samolotu, dlatego nie musieliśmy ich nadawać po raz drugi. Kiedy poszliśmy do bramek kontroli bezpieczeństwa zauważyłem napis „Federal Polizei” i od razu jeden policjant pokazał, żebym poszedł za nim. Szliśmy długo do małego pomieszczenia przez jakieś korytarze, schody i inne miejsca, gdzie przeszedłem szczegółową kontrolę włącznie z komorą prześwietlającą. Na szczęście nic nie było na rzeczy, dlatego szybko wróciłem do ekipy. Śmialiśmy się z całej sytuacji, bo najpierw Agnieszka miała kontrolę, teraz ja, to kto będzie następny? Wyglądaliśmy na podejrzanych zapewne przez nietypowy sprzęt w walizkach. Z Frankfurtu mieliśmy wylot o godzinie 10.45 do Seattle i mieliśmy być na miejscu o 11.45 tamtego czasu. W trakcie lotu mogliśmy zobaczyć na mapach, że w Polsce jest noc, a u nas praktycznie jest ciągle ta sama pora dnia i godzina, pomimo 10-ciu godzin lotu. Nasza doba trwała 34 godziny, a słońce nieprzerwanie świeciło ponad 28 godzin, ponieważ lecieliśmy zgodnie z kierunkiem podążania granicy dnia i nocy, czyli przeciwnie do kierunku obrotowego Ziemi.

W Seattle mieliśmy siedem godzin do następnego lotu liniami „Alaska” do Anchorage. Dla nas dobrze, ponieważ wiedziałem, że w USA na lotnisku będziemy przechodzić szczegółową kontrolę wizową oraz z każdym przeprowadzą wywiad, w jakim celu tu przylecieliśmy, zadając w zależności od osoby, różną liczbę pytań. Stanęliśmy do bardzo długiej kolejki, gdzie pojedynczo podchodziliśmy do policjanta. Mogliśmy podchodzić tylko, gdy zapalała się niebieska lampka. Przyszła kolej na nas. Wojtek i Agnieszka przeszli gładko. Jedno, dwa pytania i po sprawie. Szymon miał pięć pytań, a ja… no cóż – znowu musiałem powalczyć. Policjantka sprawdziła wizę, widziała że już byłem dwa razy w Ameryce no i zaczęła się seria pytań: „czy jestem studentem?”, „czy pracuję?”, „od ilu lat pracuję?”, „czym zajmuję się w pracy?”, „jaką mam umowę w pracy?”, „czy cały czas, który mam na bilecie zamierzam wykorzystać na pobyt na Alasce, czy może odwiedzę inne stany?”, „cel podróży?”, itp. rzeczy. Kiedy wysłuchała moich odpowiedzi, powiedziała, że nie ma żadnych zastrzeżeń. Przybiła mi pieczątkę do paszportu zezwalającą na pobyt w USA do 17 listopada 2017 (jednoroczna, czy dziesięcioletnia wiza nie zapewnia Ci ciągłości pobytu w USA. Na lotnisku jest wbijana pieczątka do paszportu na okres 3-4 miesięcy i gdyby ktoś chciał zostać na dłużej, to musi przedłużać swój pobyt w ambasadzie). Wszyscy czekali na mnie, więc po serii pytań dołączyłem do ekipy. W końcu byliśmy po tej dobrej stronie bramek oznaczających, że teraz możemy legalnie podróżować po USA. Na lotnisku mieliśmy informację, że osoby z lotów przesiadkowych muszą ponownie nadać swoje bagaże. Na szczęście przechodząc na nasz terminal stał policjant przy taśmociągu i zapytał, czy lecimy gdzieś dalej. Odpowiedzieliśmy, że tak, więc kiedy zobaczył naklejkę z kodem kreskowym ANC (Anchorage) kazał nam wrzucić bagaże na taśmociąg i problem rozwiązał się sam. Nie musieliśmy ponownie stawać w kolejce, żeby je nadać. Jako, że mieliśmy sześć godzin do odlotu, to okienka linii Alaska były jeszcze puste – nikt nie stał po odbiór biletów. O dziwo, siedziały tam dwie obsługujące kobiety. Podeszliśmy każdy z osobna i wydały nam one bilety do Anchorage. Teraz mieliśmy mnóstwo czasu.

Postanowiliśmy, że pójdziemy od razu na nasz terminal i poczekamy, jedząc w międzyczasie obiad. Dodatkowo mogliśmy naładować telefony, bo wszędzie stały małe stoliczki na telefony komórkowe z gniazdami USB. Właśnie stąd daliśmy znać naszym bliskim oraz znajomym, że dolecieliśmy na miejsce i dowiedziałem się, że Daniel, z którym najczęściej jeżdżę w góry śledził nasz lot na stronie flyradar24.com, gdzie można na bieżąco podglądać gdzie jest wybrany samolot i odczytywać parametry jego lotu. Nawet zrobił kilka zdjęć, w szczególności, gdy przelatywaliśmy nad Grenlandią. Powiedział, że później przydadzą mi się do relacji. Zanim jednak zaszliśmy na właściwy terminal, musieliśmy pojechać aż… trzema pociągami. W Seattle mają ciekawy system automatycznych wagonów, które jeżdżą co dwie minuty pomiędzy terminalami. My musieliśmy pojechać trzema takimi wagonami, mając po drodze dwie przesiadki. Na szczęście w każdym z nich są po dwa ekrany, które informują nas, jaki będzie następny przystanek. Stąd wiedzieliśmy, gdzie mamy wysiadać i do którego mamy wsiadać, ponieważ przy drugiej przesiadce wyszliśmy na peron, gdzie po obu stronach stały wagony i w biegu przeszliśmy z jednego do drugiego. Nie ma mowy o spóźnieniach, bo wagony jeżdżą co dwie minuty, więc całą trasę przejechaliśmy w 8-9min. Kiedy dotarliśmy na właściwy terminal zauważyliśmy, że łamie nas spanie już o godzinie 16.40, ponieważ w Polsce była już godzina 00.40 w nocy. Próbowaliśmy przez chwilę spać na krzesłach i nawet to się udało. Wstaliśmy na dwie godziny przed wylotem i poszliśmy do bramek bezpieczeństwa. Na szczęście nie mieliśmy już żadnych problemów. Lot na Alaskę miał trwać planowo trzy i pół godziny. Wtedy założyłem, że będę obserwować chmury, żeby móc określić pogodę na najbliższe godziny.

W samolocie usiedliśmy zupełnie porozrzucani – nikt z naszej ekipy nie siedział obok siebie. Byliśmy rozrzuceni nawet o 10 rzędów. Chłopak siedzący obok mnie zapytał mnie, czy mieszkam na Alasce. Wtedy odpowiedziałem, że nie. Lecę z Polski na Denali, bo chcę wejść na tą górę – tak odpowiedziałem. Gdy usłyszał o szczycie Denali od razu zdziwił się, ponieważ dla niego najwidoczniej był nieosiągalny. I to tak bez przewodnika? – dopytał. Bez – ja jestem organizatorem i wchodzimy na własną rękę. Jakie było jego wielkie zdziwienie, gdy opowiadałem mu o Denali, bo on mieszkał w Anchorage i właśnie wracał do domu. Na koniec lotu życzył mi powodzenia. W Anchorage wylądowaliśmy o godzinie 22.03 i wtedy padał deszcz. Pomimo tego nadal trwał dzień, bo zachód słońca jest tutaj o godzinie 23.00. Noc w maju nie oznacza ciemności, a jedynie przyciemnione, niebiesko-granatowe niebo, stąd wiedzieliśmy, że mamy jeszcze trochę dnia przed sobą. Jak na 27 godzin w podróży, to jeszcze jakoś się trzymaliśmy. Agnieszka znalazła namiar na Hotel Americas Best Value Inn na ulicy Spenard Road, gdzie dojechaliśmy taksówką z lotniska. Taksówkarz był zdziwiony, bo tutejsze hotele mają zwykle darmowy przejazd z lotniska. Nie wiedzieliśmy o tym fakcie, dlatego przy rezerwacji hotelu warto zapytać, czy mają „free shuttle”, czyli darmowy przywóz do hotelu z lotniska. Taksówka kosztowała 8$, więc i tak nie dużo. W hotelu poszliśmy spać dopiero o godzinie 00.40 tutejszego czasu. Dla nas kończył się „stary” dzień, a zegary w Polsce wskazywały już 10.40 rano następnego dnia… Teraz marzyliśmy o dobrym śnie.

DZIEŃ 1.
ZAKUPY – JAKIE JEDZENIE WYBRAĆ, CO DOKUPIĆ I GDZIE WYPOŻYCZYĆ SPRZĘT?
Spaliśmy tylko do godziny 5.00, po czym zaczęliśmy układać plan na dziś. 14-tego maja postanowiliśmy poświęcić na zakupy jedzenia na całą wyprawę oraz wypożyczyć rakiety śnieżne. Mieliśmy w końcu cały dzień do dyspozycji. Z wcześniejszego pobytu w USA wiedziałem, że najlepszy będzie duży sklep Walmart, w którym można kupić naprawdę wszystko (jedzenie, meble, telewizory, rybki do akwarium, broń jaką sobie tylko wymarzysz, celowniki optyczne, linki, rowery, gaz, zestawy biwakowe i takie do przetrwania w terenie, itp...). W telefonie poszukałem adresów takich sklepów w Anchorage i znalazłem aż trzy! Od szóstej rano przepakowywaliśmy sprzęty tak, żeby podzielić je tak, jakbyśmy szli na wyprawę, ponieważ do samolotu ułożyliśmy je zupełnie inaczej. Po godzinie 8.00 wyszliśmy, żeby dojechać taksówką do Walmartu. Pojechaliśmy tam, ponieważ pani z recepcji zadzwoniła po taksówkę. Trzeba dodać, że z naszych telefonów nie mogliśmy nigdzie dzwonić. Działał jedynie Internet i mogliśmy korzystać z Messengera. W Walmarcie byliśmy od 8.25 do 10.45, bo tak, jak się spodziewałem – zakupy na wyprawę trochę będą trwać. Wiedziałem, że nie możemy w jednym dniu zrobić zakupów, pojechać do Talkeetny i jeszcze przejść szkolenia ze strażnikami. Wszystko wymagało czasu. Z tego względu szkolenie ze strażnikami umówiłem na godzinę 11.00, 15-tego maja. W Walmarcie skupiliśmy się na jedzeniu. Określiliśmy czego będziemy szukać i zaczęliśmy zakupy. Na początku wybrałem liofilizaty, czyli gotowe, ugotowane obiady, całkowicie pozbawione wody i następnie próżniowo zapakowane. Policzyłem, że ogólnie muszę zabrać żywności na jakieś 18 dni. Wymyśliłem więc, że wezmę żywności liofilizowanej na 14 dni, a reszta to będą czekolady, orzechy, rodzynki, itp. Założyłem, że każdego dnia w górach nie uda nam się zjeść trzech pełnych posiłków, ale w zamian, w trakcie wędrówki będziemy jeść coś mocno kalorycznego, jak czekolady, rodzynki, czy orzechy.

Co ciekawe w Walmarcie są ciekawe zestawy przetrwania, które zawierają zapakowaną żywność liofilizowaną na 3, 4 i 5 dni, dzieląc każdy dzień na śniadanie i dwa obiady. Nie trzeba chyba dodawać, że cały regał w sklepie wyczyściliśmy do zera… Każdy z nas zabrał zestaw na 3, 4, i 5 dni, więc mieliśmy 12 dni zabezpieczonych. Dodatkowo podobieraliśmy pojedynczo pakowane obiady, których mamy nieograniczony wybór tuż nad regałem z zestawami. Polecam jedzenie liofilizowane tylko z jednej firmy: Mountain House. Inne firmy mają słaby smak i czuć, że są niedoprawione. Liofilizaty z Mountain House smakują za to jak domowy obiad i cieszyło mnie to, że 95% obiadów kupiłem właśnie z tej firmy. Po dwóch tygodniach w ogóle nie nudził mi się ich smak. Żeby wiedzieć, co kupić, od razu dopowiem, że najbardziej zajadaliśmy obiady na bazie ryżu i kurczaka z różnymi sosami oraz wszystkie inne z makaronami. Braliśmy wszystko, co miało napis „Pasta” lub „Rice”, ponieważ takie posiłki dawały mnóstwo energii i jedliśmy je z przyjemnością. Kilkudniowe zestawy zawierały dodatkowo śniadanie i była to jajecznica lub biscuit & gravy (mieszanka miękkich ciastek i jasnego sosu kiełbasianego przyprawionego głównie czarnym pieprzem. Bardzo przypomina wyglądem kaszę gryczaną w jasnym sosie. Danie typowe dla mieszkańców południowych stanów USA i Alaski. Na Alasce wiele potraw przyrządzanych jest na słodko. Cukier jest dodawany nawet do masła). Jajecznica i biscuit & gravy może nie wszystkim smakować, dlatego polecam pojedynczy dobór obiadów, których jest bez liku do wyboru. Biscuit & gravy mogliśmy spróbować w naszym hotelu na śniadaniu, ponieważ codziennie je serwowano. Nawet masło podawano z cukrem… W sklepie zaopatrzyliśmy się dodatkowo w 32-funtowe (1,18kg) opakowania mieszanek orzechów. Każdy z nas wziął po dwie paczki. Trzeba przyznać, że mają tam ciekawe zestawy, bo można było kupić mieszankę większości znanych orzechów oraz orzechów i owoców lasu z rodzynkami. Te zestawy nazywają się „Trail Mix”. Warto je mieć ze sobą, ponieważ dają bardzo dużo energii. Dodatkowo dokupiliśmy żelki w różnej postaci, owoce kandyzowane, czy też czekolady z orzechami. Ja wziąłem 10 tabliczek 300-gramowych. Na miejscu również kupiliśmy zapałki odporne na burzę i sznur, który wykorzystaliśmy do wiązania rzeczy na saniach.

Po wyjściu ze sklepu przejeżdżała akurat taksówka, więc wsiedliśmy i od razu pojechaliśmy do hotelu. W pokoju przegrupowaliśmy rzeczy i poukładaliśmy jedzenie tak, żeby zajęło jak najmniej miejsca. Teraz mieliśmy po trzy torby na osobę… Wyobrażaliśmy sobie, jak to wszystko zniesiemy i jak przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Nie wspomnę, że czwartą torbą był plecak z elektroniką (aparat, kamera, panel słoneczny, baterie)… Mieliśmy jeszcze dużo dnia przed sobą, więc postanowiliśmy, że pojedziemy do sklepu górskiego i tam zakupimy gaz do naszych kuchenek oraz wypożyczymy rakiety śnieżne. W sklepie REI dowiedzieliśmy się, że wypożyczenie na trzy tygodnie rakiet śnieżnych będzie nas kosztowało 149$ plus 20$ za kartę członkowską, bo tak płacilibyśmy jeszcze więcej (mają dzienne i tygodniowe naliczanie). Nie zdecydowaliśmy się, bo powiedzieliśmy sobie, że poszukamy innego sklepu. Tutaj kupiliśmy gaz, bo rzeczywiście był bardzo tani. Ja kupiłem 5 dużych butli po 450g z Jetboila, Wojtek, Szymon i Agnieszka po 5 dużych butli z MSR, ponieważ czytałem w relacjach, że na cała wyprawę warto mieć około 10 butli 225g na osobę. Trzymałem się tych założeń. Dokupiłem tutaj również cztery obiady z innej firmy, które w smaku daleko odbiegały od tych z Mountain House. Wiedząc, że rakiety są bardzo drogie, poszliśmy do sąsiedniego sklepu, za rogiem skrzyżowania – do Alaska Mountaineering and Hiking, gdzie kobieta zapytała nas, gdzie idziemy. Kiedy powiedzieliśmy że na Denali, wyciągnęła nam przedłużane rakiety na głębokie śniegi (na Alasce jest takie pasmo górskie, gdzie zalega najwięcej śniegu na świecie). Nie bez powodu burze śnieżne są tutaj tak szybko zasypujące… Wpisała w kalendarz naszą datę powrotu i zapłaciliśmy jedynie 75$ za cały miesiąc a w zasadzie za cały okres trwania wyprawy, bo jednostką rozliczeniową nie jest czas, a wyprawa. Nie musieliśmy wydawać 169$... wziąłem dwie pary do ręki i niosłem je z resztą rzeczy.

Mając już wszystko poszliśmy do hotelu pieszo, ponieważ znaliśmy już drogę. Zajęła nam 45min. Deszcz padał do godziny 12.00. Później zaczęło się przejaśniać i po raz pierwszy zobaczyliśmy ośnieżone góry w okolicach Anchorage. Dopiero teraz poczuliśmy, gdzie naprawdę jesteśmy. Mogliśmy zobaczyć w pełni klimat Alaski. Denali niestety ciągle przykrywały chmury. Gdybyśmy widzieli tą górę, to na pewno bylibyśmy  w nią mocno wpatrzeni… O godzinie 16.00 poszliśmy jeszcze na niezdrowego, typowo amerykańskiego hamburgera do Wendy’s, ponieważ wiedzieliśmy, że w górach i tak wszystko spalimy z nawiązką… Resztę dnia spędziliśmy chodząc wzdłuż ulicy Spenard Road, żeby poznać Anchorage. W trakcie wędrówki chmury coraz szybciej zanikały, aż w końcu zrobiła się piękna, bezchmurna pogoda. Szliśmy tak długo, że o 22.10 zamawialiśmy pizzę w jedynym otwartym lokalu na uboczu. Jeszcze świeciło słońce. Najbardziej nas zadziwiło, że ludzie przy +8˚C chodzili w japonkach, krótkich spodenkach, czy w lekkich, letnich sukienkach. Chyba mieli świadomość, że lato jest u nich bardzo krótkie i trzeba łapać każdy słoneczny dzień, albo nawet godzinę… Z drugiej strony, jak mówiliśmy im o Denali, to dla nich mrozy były za duże… Samo miasto w tej części nie zachwycało, ponieważ było zanieczyszczone, a wiele budynków sprawiało wrażenie porzuconych. Czym bardziej na północ od sklepów górskich, tym bardziej miasto świeciło przykładem. Wyglądało na zadbane i czyste z mnóstwem zieleni i parków. Byliśmy w tej gorszej części, czyli od strony lotniska. Z ciekawostek, których dowiedziałem się o Anchorage to aż 1/10 mieszkańców tego miasta pracuje na lotnisku, mają drugie w USA i piąte na świecie lotnisko pod względem przewożonych towarów oraz mają pierwsze na świecie lotnisko, gdzie samoloty starują z jeziora, pod względem przewożonych towarów. Nie dziwiłem się, bo wiele miejscowości na Alasce nie ma dróg i jedynie przywozi się tam towary samolotami.

Wracając do naszych hotelowych spraw, po godzinie 15.00 Agnieszka nadal próbowała skontaktować się z Talkeetna Taxi. Mieliśmy przecież zarezerwowany wyjazd do Talkeetny, ale ciągle nie było odzewu… Agnieszka więc zapytała kobietę z recepcji, czy zna jakąś firmę, albo coś co jeździ do Talkeetny. Wtedy kobieta zadzwoniła do swojej znajomej, ale nie mogła pojechać. Okazało się, że znajoma ma jakąś inną znajomą, co może pojechać swoim prywatnym samochodem, ponieważ akurat jutro jedzie do Fairbanks, więc Talkeetnę ma prawie po drodze (z głównej autostrady trzeba zjechać w prawo i potem wrócić, bo w Talkeetnie droga kończy się). Umówiliśmy się na cenę 120$ za osobę i teraz ze spokojem mogliśmy czekać na 7.30 rano na tę kobietę. Amerykańskie samochody są znacznie większe, więc miejsca dla nas nie brakowało. Bagaże ułożyliśmy z tyłu samochodu. Kobieta stwierdziła, że po godzinie 10.00 będziemy na miejscu. Powiedziała, że do Talkeetny średnio jedzie się jakieś 2,5 godziny. Poszliśmy spać standardowo po dwunastej w nocy z myślą, że teraz wyprawa wkracza w decydującą fazę…

DZIEŃ 2.


Base Camp - tu lądują i startują samoloty

15-tego maja wstaliśmy pełni sił i głodni wrażeń, ponieważ mieliśmy w świadomości fakt, że jeszcze dzisiaj będziemy spać na lodowcu i wszystko nabierze „kształtów”… Samo wyjście z hotelu o godzinie 7.15 sprawiało wiele problemów, bo zanim znieśliśmy nasze ciężkie bagaże, podwojone dodatkowo o jedzenie, minęło nam trochę czasu. Przy recepcji usłyszeliśmy jeszcze tylko rozmowę jakiegoś żołnierza z recepcjonistką, który wziął w tym samym hotelu nocleg. Chciał w ogóle stąd wyjechać. Powiedział, że w nocy było bardzo głośno, on sam musiał wyjść, a w pokoju na zasłonach jest krew i całą noc spędził gdzie indziej… Recepcjonistka nie pozwoliła mu opuścić hotelu, bo miał już zapłacone za kilka noclegów, więc zaproponowała mu jedynie zamianę pokoju. My tymczasem przenosiliśmy już nasze rzeczy do samochodu i pomału odjeżdżaliśmy w stronę Talkeetny… Na niebie widzieliśmy tylko małe, pojedyncze i ciemne chmury, ale dla mnie oznaczały, że rozpadną się do dwóch godzin i będziemy mieli bezchmurne niebo. Zresztą teraz już prawie takie było. Wyjazd samochodem z Anchorage trochę potrwał ze względu na korki w mieście. Teraz mieliśmy poniedziałek i większość ludzi dojeżdżała do pracy. Dopiero za Anchorage mogliśmy podziwiać piękne góry, lasy i wspaniałą przyrodę Alaski. Wypatrywaliśmy nawet łosia, ale z drugiej strony, przy takim ruchu, nie liczyliśmy, że go zobaczymy. Jadąc w stronę bardzo długiej wioski Wasilia minęliśmy po drodze inną, mniejszą wieś Eklutna. Kobieta – nasz kierowca, która nazywała się Marry, powiedziała, że jest to wioska Eskimosów i że jej mąż też jest Eskimosem. W Wasilii zobaczyliśmy rozkopaną autostradę. Wtedy Marry skomentowała budowę mówiąc, że już tyle lat minęło i dalej to naprawiają… Stwierdziła, że remont autostrady nigdy się nie skończy. Chyba miała rację, bo skoro odcinek 15 mil remontowano tyle lat, to co dopiero odcinek 40 mil, który ma bardzo głębokie koleiny aż do samego Anchorage, a jeszcze nawet go nie zaczęli… W Wasilii Marry stanęła na stacji, żeby kupić kawę. Kobieta miała przed sobą litrowy dzbanek i teraz poszła go uzupełnić. Powiedziała, ze bez problemu zdążymy, bo mamy czas. Wasilia ciągnęła się przez około 20km, po czym mogliśmy podziwiać w pełni… Denali!

Po raz pierwszy zobaczyliśmy potężny masyw śnieżnych gór, z królującym szczytem Denali! Najbardziej nas zachwycał widok zielonych lasów ciągnących się po horyzont, a tu nagle ponad nimi wyrastały całkowicie białe góry! Od razu zaczęliśmy kręcić film widokowy. Jadąc dalej, podziwialiśmy również inną panoramę. W szczególności rozległe i dzikie, nietknięte tereny Alaski. Tutejsza przyroda zachwycała! W dalszej drodze, jakieś 20 mil od Wasilli, jechaliśmy autostradą, gdzie przez długi czas widzieliśmy czarne lasy z obu stron. Dowiedzieliśmy się, że około 10 lat temu wybuchł wielki pożar i wszystkie drzewa na długości około 6-ciu mil spłonęły. Wyglądało to dość dziwnie… Drzewa na Alasce nie są wysokie (mają zwykle 8-10m wysokości), przez co mieliśmy znacznie większą widoczność, gdy przejeżdżaliśmy przez jakieś wzniesienia. Po raz pierwszy pojawiła się tablica z napisem Talkeetna. Ten widok bardzo nas ucieszył. W lesie skręciliśmy z autostrady w prawo, na lokalną drogę w bardzo dobrym stanie i przejeżdżaliśmy obok małych, drewnianych domków. Widzieliśmy też lotnisko, oraz pas startowy. Teraz zapytaliśmy Marry, czy wie, gdzie jest siedziba strażników Parku Denali. Zawiozła nas na miejsce, po czym wyciągnęliśmy wszystkie nasze rzeczy z samochodu, zapłaciliśmy jej umówioną kwotę i mogła dalej jechać od Fairbanks (miała jeszcze 248 mil do pokonania, czyli w jej tempie to ponad 6 godzin jazdy). Na koniec pokazała nam jeszcze jej rejestrację samochodową. Powiedziała: „zwróćcie na nią uwagę”. Widzieliśmy tam litery „MRY NRV”. Były to skróty od jej imienia i nazwiska (Marry Narville – nie do końca wiem jaka pisownia, ale ze słuchu tak brzmiało to nazwisko). Kobieta życzyła nam powodzenia podczas wspinaczki i w ogóle udanej wyprawy. Dla niej Denali było poza granicami możliwości, dlatego dopytywała nas o parę rzeczy, jak zamierzamy to zrobić. Na miejsce przyjechaliśmy po godzinie 10.02, więc mieliśmy mnóstwo czasu. Marry wiedziała, że zajmie jej to 2,5 godziny i praktycznie co do minuty oszacowała swój czas z przerwą na kawę. Bagaże ułożyliśmy wzdłuż drewnianej ławki pod dachem, na chodniku z kamieni, gdzie poszliśmy do środka siedziby strażników Parku Denali, będącą jednocześnie punktem informacji turystycznej. Pewna starsza kobieta w środku zapytała nas, gdzie idziemy. Kiedy powiedzieliśmy, że na szczyt Denali, popatrzyła na nas z niedowierzaniem… Mówiliśmy jej o górze, jak tam jest i co nas czeka.


Siedziba główna strażników Parku Narodowego Denali - Talkeetna

Strażnik zapytał nas na którą godzinę mamy szkolenie. Mieliśmy je umówione na godzinę 11.00, ale powiedział: „dajcie 5-7min”, to zrobimy je wcześniej. W międzyczasie strażnik w recepcji podał nam pudełko ze szpilkami z kolorowymi główkami i powiedział: „zaznaczcie na tej mapie świata skąd jesteście”. Jest to bardzo piękny zwyczaj, bo mogliśmy zobaczyć z jakich państw ekipy wybierają się na Denali. O dziwo południe Polski było już całe w szpilkach. Podobnie zagłębie Ruhry w Niemczech i większe miasta Ameryki. Ale znaleźliśmy też szpilki na terenie RPA, czy Malezji. Japońskie ekipy również bardzo licznie wybierały się na Denali. O godzinie 10.20 poszliśmy do pokoju nr 1, gdzie rozpoczęliśmy szkolenie. Szkolenie zakończyło się o godzinie 11.37, czyli trwało 1h 17min. Moim zdaniem, pomimo, że szkolenie jest w dużej części przypomnieniem materiału z czytanych stron internetowych, to tutaj mamy dodatkowe slajdy i możemy zadawać więcej pytań. Spotkanie ze strażnikami pamiętamy jako bardzo miłe i widać, że byli chętni do pomocy. Prowadzący powiedział, że jeśli czegoś nie zrozumiemy, to możemy mu przerwać, wtedy powie wolniej lub innymi słowami. Wiele z tych rzeczy omówiłem powyżej, ale są jeszcze sprawy, o których muszę dopowiedzieć. Strażnik zwracał uwagę na istotne szczegóły. Powiedział, że musimy mieć metalową łopatę, ponieważ pod wierzchnią warstwą zalegają grube warstwy utwardzonego śniegu, z którymi poradzi sobie tylko metalowa łopata. Ja taką miałem, bo używałem jej na Kaukazie. Zapytał też nas o kolor namiotu, ponieważ strażnik musi odnotować ten fakt w formularzu. W tej siedzibie każda osoba wybierająca się na Denali ma założoną teczkę ze wszystkimi danymi dotyczącymi twojej działalności górskiej. Najwięcej uwagi skupił na drodze wejścia i na schodzeniu z góry. Na slajdach mogliśmy zauważyć, w których miejscach nie możemy zakładać baz, z powodu możliwości zejścia lawiny. Pokazał nam niebezpieczne rejony na zdjęciach oraz wspomniał o wielkiej szczelinie na wysokości 4750m n.p.m., gdzie trzeba mieć jumary (małpy) do podchodzenia oraz przyrząd zjazdowy, żeby zejść stamtąd bezpiecznie. Jumar (w Polsce raczej bardziej znany jako małpa) to urządzenie służące do podchodzenia na wiszących linach. Blokuje się, gdy ciągniesz w dół, a luzuje, gdy podciągasz urządzenie do góry. Działa nawet w przypadku jego zaśnieżenia. Ja używałem ogólnie dostępnego modelu Climbing Technology – Quick Up (196zł), który ma przewagę nad wieloma innymi tego typu uchwytach. Jego mechanizm działa nawet, gdy zapcha się śniegiem i można blokować i odblokowywać go nawet „zamarzniętym” kciukiem. Jest bardzo szybki w obsłudze i przede wszystkim łatwy. Przyrząd zjazdowy znowu potrzebny jest do bezpiecznego zejścia z tej szczeliny, ponieważ wisimy tam na linie nad niebieską otchłanią, schodząc z pionowej 3-4m ściany lodowej, gdzie stoimy na lodowo-śnieżnym mostku pomiędzy dwiema szczelinami.

Małpa ułatwi nam znacznie wejście i uczyni je bezpiecznym, bo polegając na samym czekanie można na samym początku odpaść od lodowej ścianki. Śnieg tworzy tam dość miękką warstwę. Strażnik zapyta również, czy mamy gogle lodowcowe klasy III lub IV, bo tylko takie poradzą sobie z silnym światłem dodatkowo odbijanym od śniegu. Światło jest tak silne, że możemy oślepnąć na kilka dni. Szkolący również wspomniał o apteczce i lekach w przypadku wystąpienia choroby wysokościowej. W przedostatniej bazie (Base Camp – 14.200 FT) jest stacja prognozy pogody oraz punkt medyczny w namiotach, gdzie można skorzystać z pomocy medycznej. W razie czego, tam zostaną podane nam bardzo silne leki przeciwko chorobie wysokogórskiej. Musimy pamiętać. że skorzystanie z tego punktu oznacza zakończenie wyprawy. O możliwościach komunikacji najlepiej wspomina chyba tabela i opis ze stron internetowych, które czytaliśmy przed wyjazdem i w razie czego można zamówić sobie nawet telefon satelitarny, gdybyśmy chcieli. Jest to droga impreza, dlatego nie zdecydowaliśmy się na ten krok. Na koniec szkolenia otrzymaliśmy pozwolenie, dwie puszki CMC (jedna zielona, a druga siwa, którą mogliśmy zostawić w Base Camp) oraz naklejki do oznaczania depozytów. Po wyjściu z pokoju poszliśmy jeszcze na recepcję, skąd mogliśmy już bezpośrednio pojechać na lokalne lotnisko dla awionetek. Mając tyle rzeczy, zastanawialiśmy się, jak tam dotrzemy, ponieważ wszystkiego mieliśmy za dużo… Strażnik zadzwonił do firmy K2 Aviation i za dosłownie 5min przyjechał ogromny samochód na 12 miejsc, gdzie najpierw po kolei wrzucaliśmy nasze rzeczy na wolne siedzenia, a później zajmowaliśmy wolne siedzenia. Biuro znajdowało się jakieś 600m od siedziby strażników, ale znacznie dodatkowy transport ułatwił nam bardzo sprawę. Po przyjeździe na lotnisko bagaże zanieśliśmy do hangaru. Kierowca wskazał drzwi, którymi mamy wejść i pokazał, gdzie możemy położyć wszystkie torby.


Ekwipunek pod sam sufit...

WYLOT NA LODOWIEC KAHILTNA I KWESTIE DOTYCZĄCE GAZU DO KUCHENEK
W trakcie oczekiwania na samolot zaczęliśmy przepakowywać po raz kolejny ekwipunek tak, żeby z mojej walizki zrobić depozyt rzeczy niepotrzebnych w górach. Później przegrupowaliśmy sprzęt, wydzielając to, co ma ostre zakończenia, ponieważ według ich założeń takie sprzęty pakują osobno do samolotu. Po dłuższym przerzucaniu wszystkiego udało nam się skompletować cały ekwipunek tak, jak należy. Poszliśmy do biura znajdującego się obok, żeby zapłacić za lot w obie strony. Dokupiliśmy opcję „advanaced” dla naszych sań, bo te podstawowe nie zapewniały komfortu podczas transportu –  mam na myśli możliwość przywiązania całego sprzętu. Dopłaciliśmy więc po 20$ za sanie. Największy problem powstał, gdy zapytano nas o paliwo do kuchenek. Powiedzieliśmy, że mamy gaz. Moich butli z Jetboila firmy lotnicze nie akceptowały (domyślam się, że nie są przystosowane na niskie ciśnienie panujące w górach). Wszystkie firmy lotnicze mogą przewozić tylko gaz firmy MSR, bo jest on przeznaczony typowo na wyprawy górskie. Oznaczało to, że musiałem drugi raz kupić komplet gazu na całą wyprawę… W tutejszym hangarze kupiłem 10 butli 250-gramowych z MSR’a, płacąc 8$ za sztukę, czyli koszty wyprawy wzrosły o 80$. Powiedziałem sobie „trudno – przecież cała wyprawa musi się odbyć”. W biurze zamówiłem jeszcze pęk 25-ciu traserów. Są to blisko dwumetrowe tyczki z bambusa pomalowane na zielono z chorągiewką na górze. Dobrze jest, gdy choć jeden członek całej ekipy ma jeden taki zestaw. Markerów tych używa się na trasie, żeby oznaczać sobie drogę we mgle, lub żeby oznaczyć depozyt, czy też niebezpieczne szczeliny. Za jeden zestaw zapłaciłem 15$. Uznałem, że przyda nam się. Jaka jest jeszcze zaleta posiadania traserów? Kiedy przechodzi więcej ekip i każdy oznaczy jakiś fragment trasy, to szybko zobaczymy, że będziemy mieli zaznaczoną całą drogę wejścia na Denali. Pod tym względem będzie, jakbyśmy szli dobrze znakowanym szlakiem. W trakcie naszej wędrówki wiele odcinków już ktoś inny oznaczył, a ja zadbałem o wskazywanie nowych szczelin za pomocą dwóch skrzyżowanych ze sobą chorągiewek. Najwięcej traserów zostawiliśmy na drodze pomiędzy Base Camp 1 a Base Camp 2 (odcinki) oraz przy ataku szczytowym od 5200 m n.p.m. do 5800 m n.p.m. Wykorzystałem do tego celu dodatkowo leżące w śniegu inne markery lub podwójnie wbite w jednym miejscu. Skrzyżowane ze sobą chorągiewki oznaczają niebezpieczną szczelinę, stąd przyjąłem taki sam system oznaczania w wyższych partiach Denali. W końcu załatwiliśmy wszystkie formalności, ale dostrzegliśmy, że między biurem a hangarem zabrakło przepływu informacji, bo nikt w środku nie wiedział, ile gazu kupiłem, czy kupiłem znaczniki i… dokąd lecimy.

 
 
Hangar i teren lotniska trzech firm świadczących usługi przelotu na lodowiec Kahiltna

Myślę, że przy bardzo pięknej pogodzie, którą teraz mieliśmy zrobił się za duży ruch związany z lotami widokowymi. Zabrakło ludzi, żeby to wszystko ogarnąć w jednym czasie i powstał zamęt... Dlatego przypominaliśmy obsłudze, co zamówiliśmy i na potwierdzenie mieliśmy to wszystko zapisane na naszym formularzu otrzymanym z biura. Trzeba w nim nawet podać informację, na ile dni mamy jedzenie. Chodzi o to, że w razie długiego załamania pogody zarządzający lotami mogą zabierać w pierwszej kolejności osoby, którym kończy się jedzenie. My natomiast wiedzieliśmy, że mamy go wystarczająco na wszystkie dni – niezależnie od długości trwania całej wyprawy w wyznaczonym czasie urlopu. Teraz czekaliśmy na nasz wylot. Inne samoloty startowały i lądowały a my czekaliśmy na swoją kolej. Dobrze, że szkolenie zakończyliśmy wcześniej, ponieważ w hangarze czekaliśmy jakieś dwie godziny. Na swoją kolej oczekiwała również dwuosobowa ekipa z Japonii, która miała polecieć razem z nami. Obsługa podstawiała sześcioosobową awionetkę, która idealnie nadawała się dla naszych dwóch ekip. Mając czas, „podziwiałem”, jak pracuje ekipa naziemna i przyznam, że mieliśmy wiele powodów do śmiechu, widząc jak wszyscy walczyli z bagażami. Zanim weszliśmy na pokład, pilot zajechał samolotem dosłownie pod sam hangar, żeby było blisko, a obsługa w międzyczasie ważyła każdy bagaż i naklejała naklejki z wagą, po czym wszystko zsumowali, żeby wiedzieć ile wszystko razem będzie ważyć. Każdy samolot ma przecież swoje ograniczenia. Kiedy zobaczyliśmy ile mamy rzeczy jeden chłopak z obsługi powiedział, że jesteśmy jedną z najlżejszych ekip. Trochę zdziwiliśmy się, ponieważ myśleliśmy, że nabraliśmy wszystkiego za dużo… Na końcu my sami stawialiśmy na wadze wraz z butami po kolei. Ja ważyłem 165 funtów, co dawało 74,82kg. Pomyślałem sobie, że to mało, bo standardowo ważę 69kg, a kiedy dołożymy wszystko, co mamy w kieszeniach, ciężkie buty, itp. rzeczy, to ile będę ważyć po wyprawie…? Żeby włożyć nasze bagaże do samolotu, najpierw obsługa musiała wykręcić jeden rząd siedzeń i wynieść go na zewnątrz, a później oglądaliśmy upychanie w tylnej części naszych duffli, plecaków, sanek i innych sprzętów.

Początkowo ekipa zaczęła szybko wrzucać kolejne torby, ale szybko zauważyła, że wszystkiego nie pomieszczą. Jeden z nich wskoczył na tył i na leżąco próbował ułożyć ten cały „bałagan”. Długo ”walczył” z naszymi bagażami. Drugi z nich, przez małe okienko z dołu, próbował jakoś pomóc, ale oboje musieli się bardzo natrudzić. Pomyśleliśmy sobie: i ten samolot ma to wszystko unieść, jak jest cały „nabity” pod sufit i po wszystkie okna? A jeszcze nie wsiedliśmy my… Z drugiej strony pomyślałem: chyba wiedzą co robią… Na koniec jeden z chłopaków zawiązał cały ekwipunek solidną siatką, która zabezpieczała bagaże przed przemieszczaniem się w samolocie oraz wkręcił z powrotem tylny rząd siedzeń. Pilot po krótce omówił kwestie bezpieczeństwa i mogliśmy już wsiadać. Najpierw on sam wszedł do środka i zaprosił nas do środka.. Było to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, ponieważ teraz mogliśmy dosłownie usiąść obok pilota i jednocześnie zobaczyć, jak steruje takim samolotem. Mogliśmy z bliska przyjrzeć się aparaturze pomiarowej na pokładzie i zobaczyć niezwykłą Alaskę z zupełnie innej perspektywy… Wsiedliśmy na pokład – nasza czwórka i ekipa z Japonii. Pilot zakołował na pas startowy i od teraz mogliśmy uznać, że rozpoczęliśmy naszą wyprawę!

TRASA LOTU DO BASE CAMP
Wiedzieliśmy, że lot potrwa 35min i mamy do przelecenia jakieś 100km. Samolot wystartował z Talkeetny i na jakiś czas pożegnaliśmy to miejsce. Pogoda sprzyjała nam. Mieliśmy piękne słońce i jedynie w okolicach gór gromadziły się chmury konwekcyjne z rodzaju cumulus humilis, co oznaczało idealną pogodę. Samolot nie jest szczelny, dlatego wraz z wysokością czuliśmy zmiany ciśnienia, czy też temperatur. Pilot miał nawet takie małe okienko, które mógł sobie uchylić jak w samochodzie, tyle, że te nie było szczelne. Samolot wziął bardzo szybko rozbieg i wystartował… Co chwilę spoglądaliśmy na Talkeetnę z powietrza i na teren, który ją otacza. Zobaczyliśmy, że Alaskę tak naprawdę pokrywają same lasy, torfowiska, bagna oraz mnóstwo jezior, stawów i oczek wodnych. Widok jest niesamowity, tym bardziej, że za dwie minuty przelatywaliśmy już nad wielką rzeką Susitna, która w okolicach Talkeetny ma duże rozlewiska, tworzące kilka mniejszych rzek w obrębie jednego koryta. Widok jest naprawdę niesamowity! Kolejne 20min lotu to wspaniałe widoki na lasy Alaski i jeziora. Widzieliśmy też, jak pomału wiosna zamienia się w zimę. Dalej stawy były zamarznięte i drzewa nie miały jeszcze liści… Trzeba dodać, że w połowie maja w Talkeetnie temperatury osiągają nawet 16-20˚C! – czyli tak, jak u nas w tym samym miesiącu. Drzewa mają już w pełni rozwinięte liście. Nie spodziewałem się aż takiej wiosny na Alasce, ponieważ Talkeetna jest położona na 62’ 18’N równoleżniku podczas, gdy nasze „południe Polski” na wysokości 49’ równoleżnika szerokości północnej. Różnica 13-stu równoleżników daje 1443km na północ, więc oczekiwałem takiego samego klimatu, jak mniej więcej na poziomie Oslo. Największe wrażenie jednak wywiera nagłe przejście ze świata wiosny, do świata zimy. Jest ono nagłe, ponieważ niziny kończy w jednym momencie potężne pasmo górskie, gdzie od tego momentu lecimy dosłownie pomiędzy graniami i ostrymi szczytami dwutysięczników. Za oknami widzimy bezpośrednio granie i śnieżne stoki.

Pilot utrzymywał wysokość w przedziale 2000 – 2500 m n.p.m. Wtedy czuliśmy chłód związany z zimą i mieliśmy świadomość, że odtąd każdego dnia będzie coraz zimniej… Kiedy wlatywaliśmy w pasmo górskie, czasami samolot przechylało na lewą stronę, po czym szybko wracał do poziomej pozycji. W tym czasie lecieliśmy około 10min pomiędzy różnymi szczytami oraz nad dwoma ogromnymi lodowcami, które wyglądały jak potężne białe rzeki spływające z gór, mające na powierzchni równy i powtarzający się w regularnych odstępach wzór. Przypominał on ciemne łuki łączące przeciwległe strony gór, rozmieszczone w takich samych odstępach na całej powierzchni lodowca. Widok na dwa potężne lodowce „spływające” równolegle do siebie, przedzielone jedynie bardzo wąskim rzędem grani, po prostu „wgniatał” w fotel! Dopiero z tej perspektywy mogliśmy zobaczyć potęgę i ogrom tutejszych gór! Za nimi wlecieliśmy w wyższe góry, całkowicie pokryte śniegiem. Jedynie bardzo strome granie były odsłonięte do gołej skały. Nagle przed sobą zobaczyliśmy potężne szczyty, znacznie przewyższające wysokością poziom naszego lotu. Wydawały się monumentalnie wysokie! Za chwilę przelatywaliśmy nad wysoką śnieżną przełęczą i… pod nami zobaczyliśmy Base Camp! Teraz widzieliśmy jak wysoko jesteśmy nad bazą, ponieważ dwa samoloty na lodowcu wyglądały jak małe zabawki, a namioty jak malutkie, czarne punkty. Kiedy pilot zaczął obniżać lot, góra Hunter, Foraker i grań Denali wyglądały niemożliwie ogromne! Starałem się to uchwycić na filmie kręconym kamerą GoPro. Dodatkowo uchwyciłem widok na Base Camp z powietrza, żeby po powrocie móc pokazać innym jak, to co opisałem, wygląda w rzeczywistości.

Samolot nie ląduje bezpośrednio za przełęczą tylko najpierw zatacza wielki krąg nad lodowcem Kahiltna, po czym zawraca i ląduje na lodowcu wzdłuż wyznaczonych sześciu boi. Na końcu pasa zatacza półokrąg i od razu ustawia się do startu, zostawiając miejsce dla kolejnych lądujących samolotów. Cały moment przelotu ponad przełęczą, widok na monumentalne góry, Base Camp, zataczanie wielkiego kręgu do lądowania oraz samo lądowanie nagrałem na kamerze. O dziwo, lądowanie na lodowcu przebiegało bardzo spokojnie, bo kiedy pas startowy jest dobrze przygotowany, samolot ląduje na nartach i przez to sunie bardzo gładko. Kiedy pilot poleci za szybko i zetknie się z ziemią, to samolot z powrotem wybije w powietrze. Nie jest to jednak dla nich problem, bo miejsca nie brakuje, a i ten manewr mają dobrze opanowany. Mieliśmy okazję zaobserwować, jak różni piloci sobie radzą z lądowaniem. Wszyscy powtarzali ten manewr szybko i sprawnie. Teraz widzieliśmy w jakim pięknym rejonie wylądowaliśmy! Wysiedliśmy z samolotu, poczekaliśmy chwilę, aż pilot rozwiąże siatki i zaczęliśmy odbierać nasze bagaże. Rozdzieliliśmy je na naszą ekipę i na ekipę japońską. Najbardziej uderzająca była dla nas… cisza… Dosłownie w uszach dzwoniło! Poza odgłosem rozbijania namiotów i rozmów nie słyszeliśmy nic. Na dzisiaj nie zaplanowaliśmy niczego więcej, dlatego postanowiliśmy, że tutaj rozłożymy namioty, wyśpimy się i od jutra zaczniemy wędrówkę przez ogromny lodowiec Kahiltna. Słońce przypiekało bardzo, dlatego w ciągu dwóch godzin mogliśmy mieć mocno sparzoną skórę. Na tej wysokości (2194 m n.p.m.) promieniowanie UV jest znacznie większe niż na nizinach, a także oparzenia potęguje odbijane promieniowanie od śniegu, co jest naprawdę dużym zagrożeniem. Z tego względu trzeba smarować się kremem UV minimum 50, choć moim zdaniem to za mało. Zawsze z każdej wyprawy wracałem spalony przez słońce i ze skórą, która później musiała odpaść... Zanim poszliśmy rozbić namiot podeszła do nas blondynka Sandra, która zawiaduje lotami z lodowca już od kilkunastu lat. Przywitała nas i opowiedziała, w którym namiocie jakie osoby stacjonują. Pokazała nam namiot, do którego mamy się udać, gdy zakończymy wyprawę, żeby wezwać samolot powrotny, czy też namioty strażników Parku Denali. Sandra w swoim namiocie miała mnóstwo kartonów z kartuszami gazu MSR oraz sań, które składowała po zakończonych wyprawach różnych ekip. Z firmami lotniczymi była umówiona tak, że kartuszy nie trzeba zabierać z Talkeetny. Wystarczyło zakupić je w biurze, a Sandra wydawała komplet tutaj – na lodowcu. Tak też zrobiłem. Obsługa z hangaru do drewnianej skrzyni zapakowała gaz mojej ekipy, a ten, co ja musiałem dokupić, odebrałem na lodowcu u Sandry. Po zabraniu naszych rzeczy rozejrzeliśmy się po okolicy, gdzie możemy rozbić namiot. Wybraliśmy sam koniec bazy, bo tam panowała największa cisza i mieliśmy widok na cały Base Camp. Dodatkowo mogliśmy popatrzeć na lądujące i startujące awionetki różnych firm. Po równo lądowały tutaj samoloty K2 Aviation i Talkeetna Air Taxi. Tylko jeden samolot z „Sheldona” wylądował tutaj i już więcej nie widzieliśmy awionetek tej firmy. Na końcu bazy zaczęliśmy poszerzać znalezione miejsce po innych namiotach i nieco je wyrównywać. Zegarek wskazywał godzinę 16.10, więc mieliśmy ogrom czasu, ponieważ słońce zachodziło dopiero po godzinie 23.10. Jako, że byliśmy w górach, to słońce chowało się za ostrymi graniami już po 21.50, ale na nizinach nadal świeciło. Czuliśmy upał w miejscu, gdzie właśnie rozbijaliśmy namiot na lodowcu, pomimo totalnej zimy. Do ubikacji oznaczonej pomarańczową chorągiewką też mieliśmy blisko, więc uznaliśmy, że to miejsce będzie idealne. Agnieszka zapytała, gdzie zostawiam rzeczy. Odpowiedziałem, że przed namiotem zostawię wszystko poza elektroniką, żeby nie marzła, ponieważ na Denali nie ma „głupoli”. Tutaj każdy powinien być odpowiedzialny i nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby coś mogło mi zaginąć. Nawet buty i cały plecak ze sprzętem rzuciłem w śnieg. Wojtek i Szymon zrobili podobnie, choć mieli więcej miejsca w namiocie. Ja też nie mogłem narzekać, bo co chciałem, to schowałem do środka.

 
 
W Base Camp - Baza, gdzie lądują samoloty. Tu zaczynamy wyprawę

Najważniejszy dla mnie był komfort spania. Jeśli chodzi o spanie, to polecam materace Therm-a-Rest irlandzkiej firmy, które są przystosowane do bardzo silnych mrozów (ok. 700zł). Trzeba przyznać, że są bardzo drogie, ale warte swojej ceny, bo zobaczysz, że komfort spania jest zupełnie inny. Kiedy napompujesz mocno ten materac, to można wyspać się jak w domu! Temat przenikającego chłodu od ziemi, czy od śniegu zupełnie znika. Dla bezpieczeństwa zawsze podkładałem sobie taką bardzo cienką turystyczną srebrną matę, która głównie miała zabezpieczać materac przed przebiciem. Jak na razie od czterech lat nie miałem z nim żadnych problemów. Na Denali też. Mając dużo czasu w bazie, postanowiliśmy ugotować nasz pierwszy obiad. Jako, że od tego momentu nie mieliśmy już dostępu do wody, to za każdym razem musieliśmy przetapiać śnieg na wodę, a później ją gotować. To normalne, kiedy żyje się na lodowcu. Kiedy zalewamy liofilizaty musimy zwrócić na jedną rzecz uwagę. Najlepiej zaraz po zalaniu wodą (zwykle pół litra) energicznie wymieszaj całą zawartość torebki, wybierając z rogów opakowania wszystko, żeby nie powstały grudy. Po zamknięciu odstaw jedzenie (najlepiej do zamkniętego plecaka, duffla, czy do namiotu, a nie na śnieg), żeby jak najdłużej opakowanie utrzymywało temperaturę bliską wrzątku. Zwykle wystarcza 9-10min i jedzenie jest gotowe. Po otwarciu ponownie trzeba energicznie zamieszać, ponieważ przez te 10min zawsze jakaś część obiadu skleja się. W trakcie jedzenia obiadu podziwialiśmy, jak piękne góry nas otaczają. W szczególności wysoka za naszymi plecami góra Hunter. Mount Foraker też jest widoczny, ale zobaczymy go przed nami, spoglądając w stronę lodowca Kahiltna. Mając mnóstwo czasu po obiedzie, poszliśmy bez niczego do poziomu ostatnich boi pasa startowego wzdłuż lodowca, żeby zobaczyć, jak wygląda nasza droga na jutro. Widzieliśmy stąd ogromne przestrzenie, które widzimy przed nami.


Rozbijanie namiotów w Base Camp

Teraz dyskutowaliśmy o drodze przejścia do Base Camp 1, która w ogóle nie jest wymagająca, a jedynie długa. Nawet nie można się na niej zmęczyć, jeśli mamy dobre warunki, a takie teraz mieliśmy. W trakcie wędrówki przez lodowiec robiliśmy dużo zdjęć i uczyłem Agnieszkę i Wojtka jak robić dobre zdjęcia lustrzanką całkowicie na ustawieniach ręcznych i też pokazywałem, jaka jest różnica między trybem automatycznym a ręcznym. Agnieszka dodatkowo zrobiła mostek na śniegu, a ja w tym momencie zdążyłem uchwycić cztery ujęcia jej aparatem. Mówiła, że zawsze ma zdjęcie, gdy robi mostek na każdej górze, na którą wchodzi. Tutaj musiało być nie inaczej. Co ciekawe, z Base Camp najpierw schodzimy, dlatego teraz w drodze do namiotu musieliśmy podchodzić. Czuliśmy lekką niemoc w nogach, chociaż szliśmy odnogą lodowca o bardzo niewielkim nachyleniu. Pomimo, że przebywaliśmy na wysokości „tylko” 2200 m n.p.m., to nagła zmiana otoczenia i ciśnienia, powodowała, że nawet tutaj czuliśmy lekkie zmęczenie. Wystarczyło wyspać się jedną noc w Base Camp i wszystko wracało do normy. Resztę dnia spędziliśmy na rozmowach o pogodzie, o trasie i o trudnościach, które nas czekają.

 
 
 
 
Lodowiec Kahiltna w rejonie Base Camp

SANIE I SPOSÓB WIĄZANIA
Poruszaliśmy też temat sań, jak je wiązać, żeby było wygodnie. Wyczytałem z innych relacji, że najlepszym sposobem jest wkręcenie dwóch karabinków HMS do pasów plecaka w obrębie pasa biodrowego – po jednym na każdy pas. Do karabinów wpinamy taśmę wspinaczkową o długości około 80cm i na jej końcu zakręcamy karabinek, po czym po drugiej stronie karabinka dopinamy najdłuższą linkę prowadzącą sanie. Chodzi o to, że na zakręcie nadmiar liny będzie automatycznie przeciągać się na którąś ze stron karabinka. Dodatkowo, gdy ekipa jest spięta linami, to sanie mają z przodu i z tyłu po jednej krótkiej lince. Służą one po to, żeby do liny głównej wpiąć sanie karabinkami z obu stron, bo wtedy mamy pewność, że nie zgubimy ich z naszymi rzeczami, gdy wypadną z rynny śnieżnej, którą sami sobie wydeptujemy. W ostateczności można jeszcze wpiąć sanie do szpejarki w uprzęży – po jednym karabinku na każdą ze stron przypinając taśmę do nich. Jednak czym większe wzniesienie, tym bardziej poczujemy ich ciężar na kości biodrowej, czyli miednicy. Poczujemy, jak pomału wyciera nam się skóra i będziemy odczuwali coraz większy ból. Jako, że mój stary plecak miał bardzo ciężki pas biodrowy, to go usunąłem i dlatego nie mogłem wpiąć sań do pasów plecaka. Musiałem wpinać się za każdym razem do szpejarki. Żeby częściowo uniknąć otarć, założyłem dwa polary pod uprząż, co znacznie pozwoliło uchronić skórę przed otarciami. W międzyczasie, kiedy jeszcze siedzieliśmy przed namiotem, przyglądaliśmy się licznej ekipie z Japonii, która przyleciała po naszym lądowaniu i zaczęła budować małe „miasto” dla siebie, dodatkowo kręcąc wszystko na kamerze telewizyjnej. Pomyślałem, że przyjechali z wielkim rozmachem. Z drugiej strony Wojtek dodał, że Japończycy zawsze się tak śmieją i są radośni, ale jak coś się stanie, to są ostatni… Pomału zachodziło słońce, więc musieliśmy pójść spać, chociaż nie za bardzo mogliśmy zasnąć… Jeszcze przed północą udało nam się zasnąć i spać nieprzerwanie do rana.

 
Podręcznikowy przykład związania się liną, technika wędrówki i sposób ciągnięcia sań

DZIEŃ 3.


Wschód słońca w Base Camp

W nocy padał lekko śnieg i trochę zadziwiło nas, jak bardzo zmieniła się pogoda, ponieważ wczoraj mieliśmy prawie bezchmurne niebo i słońce, które bardzo przypiekało. Wstaliśmy o godzinie 5.09. Wszędzie dookoła zalegały chmury, ale z każdą chwilą widzieliśmy coraz więcej niebieskiego nieba. Najefektowniej wyglądały góry przed nami. Zawisła tam równa granica chmur, pod którą widniały tylko odnogi lodowca Kahiltna. Widok był naprawdę nieziemski! Za jakieś 20min, kiedy słońce zdołało przebić się zza chmur i wyjść ponad granie gór, zaświeciło w stronę lodowca. Wtedy nisko zawieszone chmury pociemniały, a góry od oświetlonego śniegu pojaśniały. Powstał bardzo ciekawy kontrast i przez kilka minut ciemne pasy przecinały górę wszerz na pół. Od razu przypomniały mi się najpiękniejsze widoki z poprzednich wyjazdów w góry. W trakcie podziwiania widoków przetapialiśmy śnieg na wodę, po czym ją gotowaliśmy. Zjedliśmy nasz drugi posiłek na lodowcu i teraz ponownie przepakowywaliśmy rzeczy w plecaku oraz składaliśmy namioty. Stwierdziliśmy, że to wszystko za długo trwa, bo skończyliśmy dopiero o godzinie 7.10, czyli poświęciliśmy na przygotowania całe dwie godziny. Agnieszka, która powiedziała, że to wszystko za długo trwa, sama za chwilę przyznała: „a co mamy do roboty, jak nie pakować się, jeść, iść do przodu, rozbijać namiot i tak codziennie”. Miała wiele racji, bo przecież to jest klimat wyprawy – osiąganie kolejnych punktów w drodze na szczyt. Po 7.10 wyruszyliśmy wniesieniem Heartbreak Hill w dół – w stronę lodowca Kahiltna. Base Camp znajduje się na South-East Fork Kahiltna Glacier, czyli na południowo-wschodnim widelcu lodowca Kahiltna. Już na początku wpięliśmy nasze sanie do uprzęży i zaczęliśmy je ciągnąć za sobą. Czuliśmy, że nie jest tak ciężko, jak nam się wydawało. Pomimo ciężaru 56kg mogłem iść swoją pełną mocą do przodu. Na pewno szedłem szybciej niż w Alpach z 36kg plecakiem.

Po godzinie 6.00 w bazie wstawały dopiero pierwsze osoby z namiotów. Wyruszyliśmy jako jedyna ekipa o tej porze, ale spodziewaliśmy się, że za około godzinę wyruszą kolejne. Szedłem jako pierwszy. W miarę schodzenia zauważyliśmy, że sanie chcą nas wyprzedzać, dlatego trzymałem je za długą linkę do prowadzenia z przodu i prawą ręką nadawałem im kierunek oraz wyhamowywałem je. Po przejściu dłuższego odcinka ręce trochę męczyły się ciągłym hamowaniem, dlatego sanie prowadziliśmy w wydrążonej rynnie w śniegu i hamowaliśmy je linką o nogi. Nie chcieliśmy teraz zakładać taśm, ani wymyślać nowego sposobu ich prowadzenia, ponieważ wiedzieliśmy, że tylko tutaj będziemy mieli „z górki”, a później będzie ciągła wędrówka do góry – z każdym dniem coraz bardziej stroma. W trakcie schodzenia do głównego ciągu lodowca Kahiltna zatrzymywaliśmy się i robiliśmy dużo zdjęć, ponieważ chmury zapewniały bardzo ciekawe widoki i z każdą chwilą wszystko ulegało zmianom. Na szczęście słońca mieliśmy coraz więcej, przez co czuliśmy spokój, że dzisiaj uda nam się dojść do bazy, nie będąc zagrożonym pod względem pogody, czy warunków. Za Heartbreak Hill skręciliśmy szerokim łukiem w prawo, idąc za tyczkami znaczącymi dalszą drogę. Na zakręcie po prawej mogliśmy zobaczyć pierwszy krater lodowcowy i szczeliny. Wędrówka południowo-wschodnim widelcem dostarczała nam przepięknych widoków. Kiedy opuściliśmy już odnogę lodowca Kahiltna, spojrzeliśmy za siebie i zobaczyliśmy góry, które wyglądały jak Himalaje! Wszystko wydawało nam się takie wysokie, potężne i dzikie… Pierwszą godzinę szliśmy z przyjemnością, bo sanie mieliśmy wpięte do szpejarek uprzęży i przy tak nieznacznym wzniesieniu czuliśmy komfort pomimo ciężarów. Kijki bardzo pomagały, ponieważ mogliśmy rękoma podciągać się do przodu i przez to szybko ciągnąć sanie za nami bez żadnego wysiłku. Po drodze, po prawej stronie minęliśmy bardzo piękne góry, które wyglądem przypominały te znane z Patagonii. Ich wierzchołki tworzyły brązowe, strzeliste granie, które od góry przysypane były śniegiem. Trzy wierzchołki wyrastające z jednej grani wyglądały co najmniej bardzo ciekawie…

 
 
Tuż po wschodzie słońca w Base Camp - przygotowania do wyruszenia do Camp I

Po przeciwnej stronie mijaliśmy właśnie wysoką górę z czterema żebrami. Po około godzinie dotarliśmy do wielkiej równiny, gdzie liczne i bardzo szerokie szczeliny tworzyły kratownicę. Widok jest bardzo ciekawy. Dalej nasza droga skręcała w prawo, by ominąć opadające zbocza na styku dwóch gór: Mt. Crosson i Kahiltna Dome. Oba łączą się i wspólną, ale wąską granią, opadają w stronę lodowca. W tym rejonie również powstały załamania lodowca, przez co ogólnie przyjęta trasa omija tutejsze szczeliny. Idąc w okolicach styku grani zauważyliśmy pierwszych ludzi wyruszających z Base Camp. Najpierw wyruszyła dwójka, po kilku minutach czwórka, a po kolejnych kilku minutach liczna grupa Japończyków. Za szerokim zakrętem, gdzie teraz bezpośrednio zaglądamy do południowego widelca lodowca Kahiltna (odnoga ta bardzo przypomina widelec południowo-wschodni, skąd zaczynaliśmy wyprawę. Różnica jest tylko taka, że z powodu skalistych i wysokich gór, w całości jest zacieniona, przynajmniej do godziny 11.00). Na tym odcinku trzeba uważać, bo idziemy po nieco bardziej stromej części lodowca, przez co pod śniegiem są ukryte szczeliny. W maju ich nie widać i przez to może się zdarzyć, że po raz pierwszy możemy wpaść do którejś z nich. W miejscu, gdzie zaglądamy do południowego widelca i jednocześnie okrążamy wąską grań dwóch, łączących się gór, ponownie zakręcamy w lewo, by dalej iść szerokim lodowcem Kahiltna. W trakcie wędrówki możemy podziwiać Szczyty Kahiltna (jest to zbiór dwóch gór połączonych ze sobą), które widzimy po naszej prawej stronie. Mają bardzo stromo opadające zbocza ku lodowcowi, więc w ich rejonie powstają lawiny. Na szczęście idziemy z dala od tych gór, więc lawiny nam nie grożą. Z daleka widzieliśmy naszą bazę, dlatego postanowiliśmy, że zatrzymamy się tutaj na dłuższą chwilę, zjemy obiad i pójdziemy dalej. Do bazy pierwszej dotarliśmy o godzinie 12.03, czyli na przejście całego odcinka Base Camp – Base Camp I poświęciliśmy tylko 4 godziny, podczas, gdy mówiono nam, że zajmie to minimum 6 godzin. Kiedy zatrzymaliśmy się w jednym z opuszczonych dołów po namioce rozłożyliśmy kuchenki i zaczęliśmy przetapiać śnieg, żeby coś zjeść.

Wędrówka lodowcem Kahiltna - widoczny ogrom przestrzeni

W telefonie miałem dodatkowo nagrany trójwymiarowy filmik pokazujący całą trasę na Denali, z oznaczeniem wszystkich Base Campów wraz z wysokościami. Wtedy szybko przeliczyłem stopy na metry i zobaczyłem, że jesteśmy na wysokości 2314 m n.p.m. a kolejna baza jest dopiero na wysokości 3352 m n.p.m. Tysiąc metrów wysokości względnej do przejścia w polskich Tatrach zajmuje jakieś 3h 20min, a co dopiero tutaj w warunkach zimowych i na dodatek z 56kg ciężarem. Stwierdziliśmy, że dotrzemy do drugiej bazy dopiero na wieczór i będziemy wykończeni, dlatego o godzinie 12.10 rozbijaliśmy już namiot w okupowanym przez nas dole. Agnieszka, Wojtek i Szymon zajęli kolejne dwie platformy, bo tych nie brakowało. Poprawialiśmy każdą z nich i zaczęliśmy rozbijać namioty. Zaraz po rozłożeniu namiotów poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Agnieszka wypatrzyła, że w oddali ciągnie się nieco w naszą stronę długa i szeroka szczelina, ale jeszcze w całości przysypana śniegiem. Wtedy powiedziała: „to jest chyba szczelina, bo śnieg jest taki równy”. Mi też wyglądało to na wielką rozpadlinę. Na szczęście najszersze miejsca znajdowały się z dala od nas. Warstwa śniegu ugięła się od własnego ciężaru, wisząc nad urwiskiem. Około 10m od mojego namiotu przebiegała bardzo cienka linia, będąca przedłużeniem długiej szczeliny. Kiedy wyszliśmy na wydeptaną ścieżkę przez liczne ekipy, nagle Agnieszka wpadła jedną nogą do szczeliny! Szybko wydostała się, bo drugą stała na pełnej i twardej warstwie. Czuła przerażenie. Widzieliśmy jaki jest przebieg tego pęknięcia lodowca, więc każdy z nas wiedział, że nawet ubita ścieżka przez wiele ekip kiedyś musi się zapaść. Tutaj na szczęście nic nie wpadło w błękitną otchłań, a jedynie powstała dziura. W miarę upływu czasu, gdy przechodziły inne ekipy, powstawały kolejne dziury. Już po przejściu Agnieszki oznaczyłem czterema tyczkami, że w tym miejscu znajduje się niebezpieczna szczelina. Szliśmy od Base Camp i od tej właśnie strony rozpadlina miała idealnie pionowo opadającą lodową ścianę. Drugi brzeg wyglądał gorzej, bo u samej góry, krawędź stanowiła jedynie cienka warstwa lodu, a czym niżej, tym bardziej grubsza warstwa tworzyła ścianę lodu. Poszerzała się ona pod ukosem ku dołowi. Około 10m od tego miejsca rozbiliśmy pierwszy namiot, a konkretnie mój.

 
 
 
Czterogodzinna wędrówka lodowcem Kahiltna. Trzeba uważać na ukryte szczeliny

Teren uprzednio sondowaliśmy, żeby mieć pewność na czym śpimy. Kiedy zadomowiliśmy się w tym miejscu, patrzeliśmy jak przechodzą inne ekipy. Informowaliśmy je o niebezpieczeństwie. Jeden z przechodzących nawet zapytał, czy sondowaliśmy teren. Odpowiedziałem, że tak. Teren pod namiotem był rzeczywiście solidny, ponieważ zalegała tu gruba warstwa śniegu, a pod nią mieliśmy pełny lodowiec. Chwilę później, bo o godzinie 12.50 zeszła duża lawina ze Szczytów Kahiltna… Początkowo usłyszeliśmy dźwięk podobny do grzmotu, a później zobaczyliśmy pędzący śnieg w stronę lodowca. Całe jego masy zatrzymały się jeszcze na skalisto-śnieżnej półce przed lodowcem i tam powstała bardzo wielka kurzawa przypominająca wyglądem chmurę. Po kilkudziesięciu sekundach kurzawa opadła i nagle wszystko ucichło. Lawina zeszła kilkaset metrów od nas, więc tutaj lawiny nam nie zagrażały. Nie bez powodu to miejsce ustanowiono jako Base Camp I. Kilka godzin później przyszedł czas na gotowanie obiadu. Agnieszka i Wojtek zaczęli o godzinie 17.00, a ja i Szymon – po 18.00. Przetapialiśmy śnieg do naszych dań i jednocześnie uzupełnialiśmy termosy, żeby jutro wstać od razu z przygotowanym napojem. W Anchorage, w sklepie Rei, kupiłem bardzo ciekawy zestaw elektrolitów w proszku, zawierający 80 porcji. Jedna porcja to jedna łyżeczka potrzebna do zalania jednej szklanki, więc do termosu sypałem cztery porcje, bo termos miał jeden litr pojemności. Na tej wysokości kuchenka Jetboil dawała sobie bardzo dobrze radę, bo w około 6-8min otrzymywałem cały litr wody ze śniegu. Drugie 6-7min zajmowało mi ugotowanie otrzymanej wody. Z drugiej strony patrząc, mieliśmy mnóstwo czasu, bo do zachodu słońca pozostało nam pięć godzin. Za około godzinę od naszego rozbicia namiotu przyszli Japończycy w licznej grupie. Dwóch lecących z nami, poszło dalej, do bazy. My rozłożyliśmy się tuż przed nią, na obrzeżach.

Wiele czasu spędziliśmy na podziwianiu widoków i na obserwacji Japończyków, którzy rozkładali swoje namioty jeszcze dalej od bazy głównej niż my – około 60m przed szczeliną, do której wpadła Agnieszka. Na początku wykopali duży teren pod kilka namiotów. Nawet postawili tipi, które służy głównie jako pomieszczenie do przyrządzania posiłków, bo nie ma ono dna. Kiedy mamy taki namiot, to wykopuje się głęboki dół w śniegu i dzięki temu mamy dość dużą, zadaszoną powierzchnię. Widziałem, jak inne ekipy wycinały w warstwach półki, siedzenia, czy też stolik i jamy. Japończycy zajmowali teren z wielkim rozmachem. Tylu ich było, że w kilkanaście minut przygotowali sobie platformy pod namioty i po chwili zaczęli stawiać jeden po drugim. Jednak nie zakończyli na tym swojego zadania, ponieważ za chwilę ręcznymi piłami powycinali mnóstwo cegieł śnieżnych i zaczęli stawiać mury. Szybko powiedziałem: „Ale ci fortecę stawiają! Za chwilę to tu będą mury obronne”. Jeden z nich poszedł za mur i zaczął kopać dół pod ubikację. Byli bardzo zorganizowani i szybko opanowali ten kawałek terenu. Bardzo polubili kopanie w śniegu. Po zadomowieniu się i po zjedzeniu obiadów ich forteca jeszcze bardziej urosła. Dalej rozbudowywali mury i poszerzali teren. W trakcie robót wyciągnęli dużą kamerę telewizyjną i zaczęli kręcić film. My natomiast nie „graliśmy na czas”, ale raczej dbaliśmy o to, żeby wszystko zrobić dokładnie. Bardzo dobrze pamiętałem sytuację z 2010 roku, kiedy na Mt. Blanc mój kolega nie dogotował zupy i miał później problemy żołądkowe. Pamiętałem, że woda musi być zawsze dobrze dogotowana, a obiad dobrze zalany wrzątkiem i musi być odczekany wymagany czas, uprzednio dokładnie mieszając wszystko. Tak robiłem i rzeczywiście jedzenie posiłków stało się dla nas przyjemnością, ponieważ smakowały jak domowy obiad. Nie martwiliśmy się, czy nam zabraknie w trakcie wędrówki jedzenia, bo mieliśmy przygotowany zestaw na około 20 dni, a w naszych myślach nawet na tyle dni nie zakładaliśmy całej akcji górskiej, bo jeszcze musieliśmy przecież wrócić do Anchorage, co zajęłoby dwa kolejne dni…

Od godziny 18.00 do 19.10 na niebie pojawiło się więcej chmur od strony Szczytów Kahiltna. Chmury z rodzaju stratocumulus stratiformis perlucidus oznaczały dla mnie nic więcej, jak chwilowe pokrycie części nieba, po czym mogłem oczekiwać ich rozpadu. Ten rodzaj jest typowy dla pory tuż po wschodzie słońca i kiedy następuje spokój przed jego zachodem. Właśnie teraz mieliśmy idealną ciszę, chociaż do zachodu pozostało jeszcze cztery godziny. Po godzinie 19.10 chmury zaczęły bardzo szybko zanikać i ponownie cieszyliśmy się prawie bezchmurnym i niebieskim niebem. W wolnym czasie widzieliśmy, jak małe ptaszki z żółtym i szarym brzuszkiem przelatywały od namiotu do namiotu i od ekipy do ekipy, gdzie siadały na odległość kilkadziesiąt centymetrów od ludzi. Siadały na naszych plecakach, duffle bagach, saniach czy na namiotach. Czasami podchodziły do nas na odległość od 20-stu do 50-ciu centymetrów! Mieliśmy wrażenie, że w ogóle nie czują strachu. Wtedy też powiedziałem: „tyle zieleni jest na dole i stamtąd pewnie przyleciały. Po co się cisną w takie zimno, gdzie nie ma jedzenia i mogą zamarznąć?”. Wtedy Agnieszka dodała: „one tu przylatują po to, żeby dodać nam otuchy”. Ta myśl bardzo mi zapadła w pamięć. Od momentu rozbicia namiotu wystawiłem na światło słoneczne rozkładany panel słoneczny, oparty o trzy kartusze gazowe, którym ładowaliśmy nasze telefony. Teraz mogłem sprawdzić jego wydajność. O dziwo ładowaliśmy dwa smartfony Samsunga na raz i tempo ładowania było dokładnie takie samo, jak z sieciowej ładowarki, czyli około 33%/godzinę. Po telefonach przyszedł czas na ładowanie baterii w kamerze GoPro. Ta naładowała się znacznie szybciej. No i na koniec dorzuciłem uchwyt z żyroskopem do kamery stabilizującej ruch. Chociaż był w trzech czwartych naładowany, to resztę uzupełniłem, skoro mieliśmy źródło darmowej energii. Teraz mogłem powiedzieć, że panel sprawuje się idealnie i będzie nam służyć w ekipie. Żeby było nam łatwiej, zabrałem dwa power banki po 15000mAh każdy, żeby w razie naładowanych urządzeń mieć gdzie gromadzić darmową energię. W ten sposób wykorzystywałem „bezproduktywne” postoje, które były elementem każdego dnia, po zakończonej wędrówce.

Staraliśmy się raczej wyruszać rano, żeby popołudnie mieć wolne, to i wtedy mielibyśmy dużo czasu na odpoczynek i porządne jedzenie. Agnieszka ciągle nam przypominała, żeby dużo pić i dobrze jeść. Dobrze, że był ktoś, kto ciągle nam o tym mówił i przez to starałem się zjadać trzy posiłki na dzień oraz wypijać 2,5l do 4l wody dziennie. Już po pierwszym dniu czułem, że trzymając się tej „złotej” zasady miałem ciągle tyle samo sił. Wieczór upływał nam bardzo spokojnie i chociaż niektórzy po obiedzie poszli już spać, to ja siedziałem na zewnątrz aż do ostatniego promyczka, ponieważ podziwiałem niesamowite widoki. Kto by przypuszczał, że jeszcze tej samej nocy padał śnieg, wczesnym porankiem góry pokrywały gęste chmury, a przez dzień będzie tak piękna pogoda… Cieszyliśmy się szczególnie, że na całej trasie mogliśmy zobaczyć widoki podobne do tych z Himalajów. Wszyscy jednogłośnie przyznaliśmy, że tu jest cudownie i pięknie! W porze zachodzącego słońca popatrzeliśmy jeszcze na jutrzejsze podejście, które nas czeka. Wiedzieliśmy, że łatwa część jest już za nami i że od jutra czeka nas duży wysiłek. W szczególności myśleliśmy o otarciach na biodrach, bo raczej pewne było to, że od ciężaru sań w końcu przetrzemy skórę na nich. Zanim poszliśmy spać, ponownie przepakowywaliśmy plecaki, żeby być gotowym na jutro. Chcieliśmy „zużyć” mniej czasu na przygotowania do wyjścia niż dzisiaj.

 
 
 
 
Camp I - 2394 m n.p.m. Bambusowe tyczki do oznaczania drogi przejścia

DZIEŃ 4.


Camp I widziany z podejścia zboczem Ski Hill

Mając doświadczenie z dnia wczorajszego, wiedzieliśmy, że wstawanie będzie szybkie, ale przepakowywanie, składanie namiotu, gotowanie znowu pochłonie nam dobre dwie godziny. Nie mogliśmy przyspieszyć żadnej czynności. Postanowiliśmy, że wstaniemy tak, jak się obudzimy, bez budzika. Wstaliśmy o godzinie 4.19 rano, czyli jeszcze przed wschodem słońca, który tutaj był o 4.45, więc mieliśmy naprawdę ogrom czasu. Niebo pociemniało od chmur śniegowych. Pogoda nie wyglądała na złą, ale widziałem, że mniej więcej od poziomu 2600 m n.p.m. mamy dolną granicę chmur i że kiedy tam dojdziemy, po prostu będziemy szli w gęstej mgle. Taka perspektywa wędrówki pod strome zbocze raczej nie zachęcała, ale nie chcieliśmy tracić dnia, bo niższe partie gór zawsze można było przejść we mgle, ponieważ nie wiały silne wiatry. Wstaliśmy mimo wszystko z pozytywnymi myślami i omówiłem dość szczegółowo pogodę i chmury. Powiedziałem co one oznaczają i co czeka nas na dzisiejszej trasie. Najbardziej skupiłem się na płaskiej podstawie chmur u dołu i na ich typie, bo ich budowa mówiła najwięcej o warunkach, które panują wyżej. Po godzinie 4.20 zaczęliśmy już przetapiać śnieg. Patrzeliśmy też, czy ktoś nie poszedł w nasze ślady. Widzieliśmy, że w głównej bazie ktoś już wstał, ale bez zbędnego pośpiechu. Przetapianie śniegu przebiegało nam bardzo szybko. Teraz gotowaliśmy otrzymaną wodę i wreszcie porcję obiadową na śniadanie. Widoki nie były tak piękne jak wczoraj, ponieważ mieliśmy niewiele błękitu na niebie. Trudno – ważne, że widzimy całe podejście przed nami i że mamy spokojną i bezwietrzną pogodę – tym cieszyliśmy się najbardziej. Widząc chmury powiedziałem, że w ich wnętrzu będzie padać lekki śnieg. Zanim wyruszyliśmy, przy śniadaniu Agnieszka poszła jeszcze raz sprawdzić, jak wygląda nasza szczelina i czy coś uległo zmianie. Wyglądała tak samo. Przygotowania zajęły nam więcej czasu niż wczoraj. Wyruszyliśmy dopiero o godzinie 6.28. Wszystko niestety trwa: przetapianie śniegu, zagotowanie wody, odstanie obiadu we wrzątku, spakowanie rzeczy do plecaka, czy też złożenie materaca, śpiwora, maty i namiotu.

Na końcu pozostało wszystko dokładnie i ciasno umieścić na saniach i wszystko powiązać tak, żeby naciągnąć każdą linkę bardzo mocno. Wtedy miałem tylko pewność, że w trakcie podchodzenia nic mi nie spadnie i nie zjedzie stromymi zboczami, gdzieś w dal… Już na samym początku fascynował mnie kolejny, stromo opadający lodowiec po prawej stronie, tworzący błękitny ciąg seraków. Widok był niesamowity, bo nawet w tej wszechobecnej, dzisiejszej szarości kolor lodowych formacji bardzo się wyróżniał. Powiedziałem nawet sobie, że jak pójdziemy trochę wyżej, to zrobię dużo zdjęć w tym miejscu. O godzinie 6.28 panowała zupełna cisza… Nawet wiatr jej nie przerywał. Wyruszyliśmy… Widzieliśmy, że w ekipie japońskiej większość wstała i wyszła na zewnątrz, poza mury fortecy, ale my już byliśmy spakowani i gotowi. Nasze sanie przymocowaliśmy do szpejarki w uprzężach i poszliśmy do góry. Najpierw przeszliśmy przez środek głównej bazy Base Camp I, gdzie wiele ekip jeszcze spało. Wiedzieliśmy, że mamy około 1000m wysokości względnej do pokonania, dlatego założyłem jakieś 7 godzin wędrówki z ciężarami. Na samym początku czuliśmy, że mamy mnóstwo sił na ten dzień. Nie przeszkadzała nam waga sań i plecaków. Minęliśmy wiele pomarańczowych namiotów, gdzie większość jeszcze spało. Za kilka minut patrzeliśmy na bazę z góry. Teraz przed nami „wyrastało” strome podejście. Niestety czuliśmy ciężar sań na naszych biodrach, ponieważ pas uprzęży bardzo naciskał na kość biodrową. Pomagaliśmy sobie kijkami. Widzieliśmy dolną granicę chmur równą jak stół. Patrzeliśmy do góry co jakiś czas, jak chmury wiszą nad głowami. W trakcie pierwszego półgodzinnego podejścia popatrzyłem jeszcze na prawo. Właśnie tam znajdował się ciąg błękitnych seraków opadających stromym zboczem aż do lodowca. Błękit spękanego lodu bardzo zachwycał! Oczywiście przystanąłem i zrobiłem zdjęcia, o których wspominałem wcześniej.

Podchodzenie bardzo męczyło, ponieważ widzieliśmy, że narciarze dnia poprzedniego szli trawersami do góry, a osoby w rakietach śnieżnych podchodziły w linii prostej, w stronę przełęczy Kahiltna. Po około godzinie bardzo czuliśmy, jak sanie uwierają i naciskają na kość biodrową. Uczucie bardzo przypominało to, gdy po długim czasie postoju wrzucaliśmy ciężki plecak na ramiona. Wchodząc pod gęstsze chmury, które gromadziły się pod tutejszą, lokalną przełęczą przed nami, po raz pierwszy zaczął padać spodziewany śnieg. Trochę wcześniej niż zakładałem, ale nie przeszkadzał nam. Widoczność nadal była bardzo dobra, bo jeszcze nie weszliśmy do wnętrza chmur. Wiedzieliśmy, że w środku będzie znacznie gorzej, ponieważ chmury gęstniały każdego dnia właśnie tutaj. Spojrzeliśmy za siebie. Mieliśmy wspaniały widok na Base Camp I. Widzieliśmy w dole kilka rzędów pomarańczowych namiotów i dopiero teraz poranne słońce oświetliło szerokim pasem tylko ten teren. W oddali widzieliśmy rozległy lodowiec Kahiltna i za jego najdalej wysuniętym, widocznym punktem, rząd pojedynczych, samotnych szczytów. Panorama zachwycała! W szczególności na chwilę oświetlona baza nr 1 robiła niesamowite wrażenie! Dzięki temu mogliśmy ponownie zobaczyć ogrom tych przestrzeni… Podchodziliśmy drugą godzinę jeszcze w przejrzystych warunkach. Wyszliśmy ponad poziom błękitnych seraków i ścieżka pomału zakręcała bardzo długim łukiem w prawo. Teraz powoli otaczaliśmy kolejny rząd gór, a raczej ciąg długiej, śnieżno-lodowej grani, która znajdowała się po prawej. Widzieliśmy stąd wiele błękitnych, pojedynczych seraków. Z oglądanego filmu na telefonie, wiedziałem, że po lewej stronie, po przejściu całego łuku powinniśmy widzieć podobny ciąg. Jednak, kiedy szliśmy długim łukiem, osiągnęliśmy dolną granicę chmur i przez to nagle mgły nas otoczyły. Od tego momentu ciągle padał drobny śnieg i lekko zawiewał wiatr. Przez kilka minut opadu na saniach powstawała bardzo cienka, biała warstwa suchego śniegu.

Podchodziliśmy coraz wyżej. Przez całą drogę nie zobaczyliśmy śnieżnej grani po lewej stronie, a szkoda, bo byłby to dobry punkt odniesienia. Mgła gęstniała coraz szybciej. Wyszedłem na prowadzenie, bo widoczność spadła do około 50m-80m, a pomiędzy niebem i śnieżnymi, białymi górami nie widzieliśmy w ogóle wyraźnej granicy. Co chwilę musiałem rozglądać się na wszystkie strony, żeby łapać wzrokiem linię bardzo bliskiego horyzontu. Na tym odcinku wędrówkę ułatwiały nam jeszcze chorągiewki rozstawione mniej, więcej w 50-cio metrowych odstępach. Kiedy traciliśmy z pola widzenia tą za nami, to właśnie pojawiała się za mgłą następna, przed nami. Takie ciągłe szukanie linii horyzontu oraz samej drogi bardzo męczyło oczy i nas spowalniało. Wszechobecna cisza przypominała nam nieustannie, że jesteśmy bardzo daleko od jakiejkolwiek cywilizacji… Trafiały się nawet momenty, kiedy nie widziałem przed sobą żadnych chorągiewek. Agnieszka się denerwowała i co chwilę pytała, czy coś widzę z przodu. Uspokajałem ją, mówiąc, że widzę drogę. W rzeczywistości tor po saniach, po przejściu wczorajszych ekip śnieg zdążył zasypać. Szukałem jakiejś metody, żeby utrzymać właściwy kierunek. Chociaż z filmu wiedziałem, którędy mam iść, żeby dojść do bazy nr 2, to wpatrywałem się w biały śnieg. Zauważyłem, że przysypany wczorajszy tor po saniach, po prawej stronie rzucał bardzo delikatny cień, który trudno było odróżnić od normalnego koloru śniegu. Chociaż wzrok mam bardzo słaby, to widzenie odcieni barw mam bardzo dobre i teraz wykorzystywałem tą cechę. Tą metodą prowadziłem jeszcze ponad trzy godziny. Tam, gdzie nie widzieliśmy chorągiewek, wbijałem własne, żeby w razie pomyłki trasy, mógł wrócić tam, skąd przyszliśmy. Podczas wędrówki długim łukiem przyleciał mały, ale grubiutki, z żółtym brzuszkiem ptaszek i podczas mojego postoju usiadł na prawej rakiecie, na jej przedłużeniu. Te ptaszki potrafiły się zbliżać do ludzi praktycznie bez strachu. Zachowywały jednak przy tym dużą czujność. Przyglądałem się jemu, a on mi, po czym sam odleciał w stronę bazy, choć we mgle i tak jej nie widział, więc za chwilę usiadł na śniegu.

Idąc coraz wyżej, doszliśmy na szczyt pierwszego wzniesienia. Wielka stromizna miała tutaj swój koniec, a przed nami otwarły się nieskończone pola śnieżne o niewielkim nachyleniu. Wyglądały na nieskończone, ponieważ we mgle trudno było nawet wskazać linię horyzontu… Co ciekawe, w ogóle nie traciłem kierunku, więc szedłem ciągle w stronę, którą miałem w pamięci z filmu obejrzanego w bazie na komórce. W każdym miejscu bez chorągiewek dostawiałem swoją kolejną, lub znalezioną, leżącą w śniegu. Każda ekipa czuła wielką potrzebę, żeby cała trasa była dobrze oznaczona, bo przecież każdy z nas korzystał z tego udogodnienia. Kto mógł, to oznaczał jakiś kawałek i po kilku dniach droga na Denali stawała się widoczna nawet we mgle dzięki chorągiewkom. Po godzinie 9.00 minęliśmy jakiś namiot po lewej stronie przy zaspie śnieżnej. Po prawej zaś, widniał wielki krater. Myślałem, że to ogromna szczelina w lodowcu, ale po bliższym obejrzeniu dziury, zauważyliśmy regularne cegiełki ze śniegu, pomiędzy którymi prześwitywał piękny błękit. Wiedziałem, że jest to pozostałość po platformie namiotowej, którą jakaś ekipa opuściła w drodze na szczyt. Pomimo warunków stwierdziliśmy, że jest za wcześnie, żeby to była nasza oficjalna baza, więc poszliśmy dalej. Na razie wszyscy myśleliśmy, że idziemy w dobrym kierunku, więc nadal prowadziłem. Chorągiewki i namiot upewniały nas o tym co jakiś czas. Idąc jeszcze dalej, za kilkadziesiąt minut dotarliśmy do depozytu po prawej stronie. Ktoś zostawił swoje rzeczy i je oznaczył charakterystyczną pomarańczowo-białą naklejką z nazwiskiem i datą powrotu. Poszliśmy wyżej, ponieważ nikt z nas „nie czuł” wysokości 3352 m n.p.m. Każdy wiedział, że to jeszcze nie teraz.

Szedłem jako pierwszy, jednocześnie przecierając trasę. Śnieg padał coraz mocniej wraz z osiąganiem coraz większej wysokości. Co kilkanaście minut stawałem, by zdjąć z sań grubsze warstwy nawianego śniegu. O godzinie 11.12 dotarliśmy do rozległej równiny, gdzie przed nami zauważyliśmy trzy namioty. Nie wiedzieliśmy, czy to już właściwa baza, czy też nie, ale nie mogliśmy jednoznacznie stwierdzić, kto ma rację. Jak, na 3352 m n.p.m., to chyba za szybko nam poszło – tak pomyśleliśmy… Przed nami widniały za mgłą trzy namioty, po prawej jedna opuszczona platforma i po lewej dwie kolejne z murami – też opuszczone. Widząc, że pada coraz mocniej, a widoczność jest coraz gorsza postanowiliśmy, ze po blisko pięciu godzinach wędrówki zatrzymamy się, z powodu słabych warunków. Mieliśmy w świadomości, że wyżej może być jeszcze gorzej i możemy nie odnaleźć prawidłowej drogi. Liczyliśmy na to, że jutro wstaniemy przy lepszej pogodzie. Wybraliśmy jedną z platform po lewej stronie. Napadało mnóstwo śniegu, więc mieliśmy naturalną osłonę. Wystarczyło wyrównać i odśnieżyć teren i naprawdę mogliśmy cieszyć się idealnym miejscem. Mogłoby tylko nie padać, ale nie można mieć wszystkiego naraz… Z trzech namiotów przed nami wyszli jacyś ludzie, pewnie zaciekawieni, że ktoś przyszedł, bo oni też czekali na poprawę pogody. Kto wie, czy już nie od wczoraj... Po dotarciu na miejsce, najpierw w głębokim śniegu wytyczyłem ścieżkę. Sanie wytarły za mną widoczny tor i każda następna osoba po mnie utrwalała tę drogę. Na środku wydeptanej ścieżki wszyscy widzieliśmy długi, ukośny garb śnieżny. Zastanawialiśmy się, czy to nie jest ukryta szczelina lodowcowa. Poszedłem jako pierwszy i sondowałem teren. Do końca nie miałem pewności, ponieważ ani czekanem, ani kijkiem nie czułem żadnej „lufy” pod warstwą śniegu. Po przekroczeniu prostopadle długiego, ale wąskiego garbu, przeszliśmy równie długi odcinek po drugiej jego stronie, aż doszliśmy do większej platformy.

Rozpoczęliśmy wyrównywanie terenu. Nadmiar śniegu wyrzucaliśmy poza mur z cegieł śnieżnych. Szybko przygotowaliśmy teren pod namioty. Rozbijanie poszło nam równie gładko. Ciągle padał śnieg, w postaci dużych i ciężkich płatków. Kiedy rozłożyliśmy namioty poszedłem za mur, żeby pogłębić zasypany dawny dół. Była to ubikacja. Usuwałem zaspy aż do półtora metra głębokości tak, żeby nikt nic nie widział podczas korzystania z WC za murkiem. Mgły dodatkowo ułatwiały zadanie. Kiedy byliśmy gotowi, ponownie przyleciały dwa ptaszki i fruwały od namiotu do namiotu. Nie bały się w ogóle. Siadały przy nas na saniach, plecakach, czy na namiocie. Co ciekawe, poszukając schronienia siadały w dolnej części tropiku, bo tam nie zawiewał śnieg. Nie przeszkadzaliśmy im. Raczej odśnieżaliśmy teren dookoła. W końcu zapadła pierwsza decyzja o pozostawieniu depozytu. Założyliśmy, że w śniegu zakopiemy nasze tatrzańskie buty, w których dotychczas szliśmy, ponieważ od dużych ilości śniegu pomału przemakały za dnia i w zaspach zamarzały. Do tego dołożyliśmy wszystkie dotychczasowe śmieci w jednym worku oraz trzylitrowy bukłak w osłonie termoizolacyjnej, który zamarzł na bryłę lodu przez noc. Depozyt założyliśmy dopiero następnego dnia, rano. W ten sposób chcieliśmy nieco odciążyć nasze sanie. Kiedy zadomowiliśmy się na dobre, podsumowaliśmy, że postój w tym miejscu to dobra decyzja, ponieważ i tak nic nie widać, a w razie czego nie jesteśmy sami. Z drugiej strony pomyśleliśmy o widocznych różnych depozytach, które mówiły nam, że inni też tędy przechodzili i poszli dalej... Zaczęliśmy standardowo przetapiać śnieg na wodę i potem ją gotować. Obiady bardzo nam smakowały. W tych warunkach miały wyjątkowy smak, bo wiedzieliśmy, że z każdym dniem będzie trudniej i bardziej wymagająco. Ciągle trapiła nas myśl, czy jesteśmy w Base Camp II, czy też nie. Co jakiś czas odwiedzały nas ptaszki. Śnieg padał i padał, przez co po kilku godzinach nazbierała się już całkiem gruba nowa warstwa. Musieliśmy odśnieżyć teren dookoła, żeby znowu mieć, jak na początku. Bardzo dbaliśmy o nasze platformy.

Zdecydowanie większą część czasu spędziliśmy w namiotach, ponieważ ciężki śnieg nie przestawał nas zasypywać. Pogoda nie zachęcała nawet do wyjścia do ubikacji, stąd długo nastawiałem się psychicznie, żeby w ogóle wyjść z ciepłego śpiwora… Chłód nie przeszkadzał w ogóle, bo przecież wyżej mieliśmy mieć znacznie większe mrozy. Co ciekawe, spanie w zimowych warunkach jest bardzo wygodne i… ciepłe. Ciągle czuliśmy, że wysypiamy się jak w domu i że snu nic nam nie przerywa. Najpiękniejsza ze wszystkiego była dla nas cisza, której najbardziej potrzebowaliśmy w nocy. Wiatr nie wiał w ogóle. Wszyscy chcieliśmy zasnąć jeszcze przed zachodem słońca. Po godzinie 22.00 wyszedłem jeszcze z namiotu za potrzebą. Wtedy zauważyłem, jak znajomy ptaszek usiadł na skraju namiotu, na tropiku, chroniąc się przed padającym śniegiem. Wyglądał na „osowiałego”, ale gdy podchodziłem do niego, to chciał uciekać. Widać, że szukał schronienia przed chłodem. W końcu poszedłem spać. Wszyscy spali rewelacyjnie.

 
Camp I widziany z podejścia zboczem Ski Hill i wędrówka we mgle

DZIEŃ 5.


Camp II - 3352 m n.p.m. Tutaj zazwyczaj osiągamy górny poziom chmur piętra niskiego. Odtąd możemy liczyć na lepszą pogodę

Przebudziłem się po godzinie 1.00 w nocy. Widziałem ile napadało nowego śniegu, więc postanowiłem wyjść na zewnątrz i dobrze odśnieżyć teren wraz z ubikacją, którą wykopaliśmy. Co najbardziej mnie zdziwiło? W ogóle nie szukałem czołówki, ani żadnej latarki. Niebo nieco pociemniało – kolorem przypominało to, na półgodziny przed wschodem słońca, pokryte w całości chmurami. Można sobie wyobrazić, jak mieliśmy jasno. Odśnieżałem aż do 2.30 w nocy, ciesząc się jasną nocą, gdzie wszystko widziałem. Nie myślałem nawet o poszukaniu latarki. Trzeba przyznać, że dopadało mnóstwo śniegu. Niestety już przy pierwszym „szuflowaniu” odkopałem zamarzniętego ptaszka, który jeszcze trzy godziny temu siedział na tropiku na dole… Przed namiotem zobaczyłem ogromną, bo aż na 1m zaspę! Dookoła platform przybyło około 20cm śniegu. Szybko więc chwyciłem za łopatę, by przerzucić tę zaspę na drugą stronę – poza mój namiot. Drugi ptaszek znalazł lepsze schronienie, ponieważ wszedł pod tropik i usiadł na szczycie namiotu, pomiędzy tropikiem a częścią sypialną. Śnieg na niego nie padał, ani nie zawiewał mroźny wiatr. W środku nie wykonywałem gwałtownych ruchów, żeby go nie spłoszyć, bo miał naprawdę dobre schronienie. Nawet kiedy wychodziłem z namiotu mały, ale okrągły ptaszek nie uciekał. Siedział raczej spokojnie. O godzinie 3.30 nad ranem wyszedłem ponownie z namiotu. Tym razem chciałem przygotować napój do termosu, żeby mieć na rano, gdy wstaniemy. Widziałem błękit nieba i miałem nadzieję, że pogoda do pełnego rana się wyklaruje. Śnieg nieustannie sypał, ale widoczność co jakiś czas zachwycała. Czasami widziałem dokładnie, co jest dalej.

Takie „okna pogodowe” dodawały nadziei. Po ugotowaniu wody i przygotowaniu napoju poszedłem jeszcze raz spać. Wstaliśmy o 7.09 rano i wyszliśmy z namiotów. Pogoda nie zachęcała, ponieważ wszystko dookoła nadal pokrywały bardzo gęste chmury i ciągle padał śnieg. Poszliśmy więc dalej spać, aż do godziny 10.31. Wtedy usłyszeliśmy pierwszą przechodzącą ekipę. Od tego czasu wyglądałem co chwilę ilu osobowe ekipy nas mijają. Na początku minęła nas 3-osobowa grupa, później 7-mio i 8-mio osobowa grupa. Widząc, jak wielu tędy przechodzi pojawiła się myśl, żebyśmy pomimo padającego śniegu opuścili to miejsce, bo na Denali w chmurach zawsze będzie padać i możemy nigdy nie doczekać innych warunków, dlatego musimy wyjść ponad górną ich granicę, żeby mieć spokój. Nawet jeśli miało padać we wnętrzu chmur, to my moglibyśmy już być ponad poziomem opadów. Ta myśl każdemu się spodobała i dlatego szybko gotowaliśmy obiady oraz składaliśmy rzeczy do plecaków i na sanie. Zebranie wszystkich rzeczy zajęło nam jeszcze więcej czasu, niż w niżej położonych bazach. Wyruszyliśmy dopiero po godzinie 13.01. Widząc, jak długi jest dzień i jasna noc, czas nie miał dla nas większego znaczenia. Ekipy z trzech namiotów przed nami, z przodu też zaczęły szykować się do wyjścia, po tym, jak zobaczyły ile ekip tędy przeszło i że my też postanowiliśmy pójść dalej. Naprawdę nie mogliśmy dłużej czekać, bo każdy następny dzień mógł wyglądać tak samo. W chmurach zawsze padał śnieg. Wiedzieliśmy też, że nasz dzień nie będzie lekki, ponieważ za równiną musiały być kolejne podejścia, a śniegu z każdą godziną przybywało coraz więcej… Wyruszyliśmy pełni optymizmu, choć wiedzieliśmy, że słabo pojedliśmy, bo wzięliśmy dania typowo śniadaniowe, takie jak jajecznica i biscuits & gravy. Dania te nie dały nam zbyt wiele sił…

Od samego początku męczyły nas zaspy śnieżne. Choć kilka ekip, które tędy przeszły wytyczyły wyraźną drogę, to i tak musieliśmy przecierać trasę, ponieważ zalegały grube warstwy świeżego śniegu. Miejscami przedzieraliśmy się przez 70-cio centymetrowe zaspy! Dalsza trasa upływała nam w bardzo gęstych mgłach i ciągłych opadach. Nic się nie zmieniało, dlatego od momentu wyruszenia aż do osiągnięcia Base Camp II męczyliśmy bardzo kolejne stromizny. Za wielką równiną swój początek biorą długie wzniesienia, które w zaspach i z dużym ciężarem na plecach oraz na saniach bardzo męczyły. Czułem dosłownie wycieńczenie po dojściu do bazy drugiej. Chociaż wzniesienia nie są strome, to ich długość i ciągły marsz w trudnych warunkach potrafi zabrać z człowieka wszystkie siły… Na niektórych fragmentach trasy pojawiały się bardzo krótkie, ale strome podejścia, co bardzo nas męczyło – w szczególności odczuwaliśmy, że przecieramy sobie skórę na biodrach. Każdy wypatrywał zakończenia świeżych zasp i wyjścia ponad poziom chmur. Będąc ciągle w ich wnętrzu nie mogliśmy liczyć na poprawę warunków. Jedynym ratunkiem było wyjście ponad górną granicę i wyjście w strefę słonecznej pogody. W trakcie wędrówki Agnieszka zauważyła, że coś w rakietach strzela. Okazało się, że zbyt daleko założyła but do przodu, przez co haczył on o przednią część rakiety, gdy stawiała kolejne kroki. Musieliśmy stanąć, żeby mogła przepiąć buta. Wystarczyło przesunąć go o kilka centymetrów do tyłu i but miał już miejsce na podnoszenie czuba rakiety. Po kilkudziesięciu minutach moje rakiety również obsunęły się i teraz ja musiałem poprawiać zapięcia, żeby lepiej trzymały. Same rakiety zdawały egzamin aż do samego końca. Na około pół godziny przed bazą nr 2 widzieliśmy przenikające słońce przez chmury, a to oznaczało, że osiągamy ich górną granicę. Nie ukrywałem radości z tego powodu! Szliśmy pewniejszym krokiem, ponieważ w końcu zobaczyliśmy coś więcej – w oddali nawet bardzo strome zbocza, które nas nie pocieszały. Widzieliśmy również mnóstwo namiotów, więc od razu poznaliśmy, że to właściwa baza.

Wczoraj i dzisiaj zauważyliśmy, że wiele ekip z bazy pierwszej wychodziło na dwa razy, zakładając w bazie drugiej depozyty, po czym wracało do Base Camp I, żeby tam przenocować i następnego dnia wrócić z drugą połową rzeczy. My standardowo szliśmy „na Polaka”, czyli „do zarąbania jeden krok”… Szliśmy ze wszystkim i na raz… Dzięki temu zyskaliśmy dużo czasu, ale musieliśmy zużyć znacznie więcej sił. Z drugiej strony dobra kondycja po takich podejściach była gwarantowana... Do Base Camp II doszliśmy o godzinie 16.23. Widząc, jakie mamy strome góry przed sobą i mając świadomość, że do następnej bazy jest 1000m przewyższenia, na ten dzień nie zaplanowaliśmy niczego więcej, ponieważ wyżej i tak nie moglibyśmy założyć chociażby jakiejś bazy pośredniej ze względu na pochyłe zbocza gór. Mając trochę czasu chwyciliśmy za łopatę i zaczęliśmy kopać głęboki dół pod namioty. Pierwszą, grubą warstwę śniegu zdjęliśmy bardzo szybko. Pomyślałem, że to mimo wszystko za płytko, dlatego spróbowałem rozłupać zmarzlinę. Kiedy ją przebiłem, Szymon dołączył do mnie z metalową łopatą lawinową i teraz razem, w szybkim tempie roztrzaskiwaliśmy ją na kawałki. Agnieszka i Wojtek z wielkich fragmentów lodu układali mur nad dołem. Poniżej poziomu zmarzliny wykopaliśmy jeszcze metr miękkiego śniegu i uklepaliśmy platformy pod namioty. Wyszło na to, że wkopaliśmy się aż dwa metry poniżej poziomu zewnętrznej warstwy śniegu! Namioty mieliśmy w całości osłonięte od wiatru i to na dodatek z zapasem. Jeden z przechodzących powiedział „nice cave”, co znaczyło: niezła jaskinia. Trzeba dodać, że kopaliśmy 2h 30min – aż do godziny 19.12. Naszą bazę założyliśmy na samym końcu Base Camp II, na 20m przed rozpoczęciem stromego podejścia do następnej bazy. Teraz mogliśmy gotować obiad. Jako, że miejsca dookoła mojego namiotu trochę brakowało, poszedłem do góry i obok niego wykopałem łopatą równe schody oraz siedzisko. Lina i pokrowiec z łopaty służyły mi za siedzenie. Powyżej poziomu namiotu postawiłem kuchenkę w małej jamie. Śnieg przetapiała dość szybko, choć w porównaniu do innych kuchenek, to dla mnie za wolno, stąd musiałem poświęcić więcej czasu na przygotowywanie ciepłych posiłków niż inni. Jedliśmy dopiero po godzinie 20.03, więc można powiedzieć, że późno jak na nas… Po obiedzie koniecznie wzięliśmy nasze plecaki i sanie.

Rozpoczęliśmy przegrupowywanie sprzętu, by na następny dzień wszystko mieć dobrze poukładane. Myśleliśmy też o założeniu depozytu, żeby ponownie choć troszkę poczuć odciążenie. Zaczęliśmy wymieniać na głos, co może być już nieprzydatne. Powiedziałem, że nie potrzebujemy całego jedzenia. Zaproponowałem, że zakopiemy za murem obiady na dwa dni oraz po trzy czekolady. Do tego dorzuciliśmy po pięć kartuszy z gazem oraz rakiety śnieżne. Uznaliśmy, że odtąd nie będą potrzebne. Skoro mieliśmy 2/5 trasy za sobą, a ciągle korzystaliśmy z pierwszego kartusza, to łatwo obliczyliśmy, że połowę zapasów gazu możemy zostawić. Rakiety planowaliśmy zamienić na raki. Ze względu na stromiznę woleliśmy przejść na raki, które zapewniały dużo większe bezpieczeństwo. Ponownie, jak wczoraj, postanowiliśmy, że depozyt założymy jutro, po zjedzeniu śniadania, bo zawsze trzeba zrobić jakieś przegrupowanie sprzętu. W międzyczasie Agnieszka i Szymon z nudów poszli wykopać porządny dół na ubikację wraz ze ścieżką dojściową. Szybko im to poszło. Dół wykopali za moim namiotem, za wielkim murem, bo ten był najgłębiej wkopany. Miał też postawiony najsolidniejszy mur. Czasu mieliśmy nawet sporo, dlatego o 21.45 przeszedłem jeszcze przez cały Base Camp II. Wyglądał jak miasto! Wszędzie widziałem mnóstwo rozbitych namiotów, wbitych nart w śnieg, czy depozytów. Niektórzy zakładali składnicę sanek, ponieważ uznali, że dalsze podejście jest za strome. Przyglądaliśmy się innym, jaką technikę obierali, ale wyszło na to, że jedni szli z saniami do góry, a inni z plecakiem i saniami, zakładając depozyty w bazie wyżej, po czym wracali na noc do tutejszej bazy. Zdecydowana większość przyjęła łączone techniki wejścia, pozostawiania sprzętu i jedzenia w trzeciej bazie. Brali ze sobą sanie obciążone tylko do połowy i zakładali lekki plecak. Wszystko wnosili do Base Camp III położonego na wysokości 4330 m n.p.m. i wracali do Base Camp II, żeby spać, tu gdzie my. Nie przekonywało nas takie połączenie, dlatego założyliśmy, że pójdziemy tylko raz i z pełnym obciążeniem. Wiedzieliśmy, że będzie to mordercza seria podejść, ale nie aż tak, żeby nie wytrzymać. Po godzinie 22.00 wszedłem do namiotu i zacząłem spisywać kolejny dzień relacji w pamiętniku, żeby wszystkie myśli były poukładane w kolejności chronologicznej. Niebo nareszcie pojaśniało, a chmury z rodzaju cirrostratus nebulosus, na których powstał duży efekt halo pomału przemieszczały się dalej. Mieliśmy nadzieję przynajmniej na dobrą pogodę, ponieważ z niższych partii Denali wiedzieliśmy, że noc wiele tutaj zmienia...

 
 
 
 
W Camp II na wysokości 3352 m n.p.m. Jest dużo miejsca na namioty, ale trzeba uważać na szczeliny lodowcowe pod Squirrel Hill i ewentualne lawiny. Nie rozbijamy się przed stromymi stokami

DZIEŃ 6.


Seraki widoczne w rejonie Camp II

Ten dzień chyba najbardziej zapisał się nam w pamięci, jako najbardziej wykańczający człowieka i jako dzień z serią podejść bez końca… Wstaliśmy o godzinie 10.05 rano. Późno, bo pogoda była zaledwie akceptowalna, ale co najważniejsze – bez opadów śniegu! Chmury zostały nieznacznie poniżej naszego poziomu, uwięzione pomiędzy śnieżnymi graniami. Ponownie w namiocie obejrzałem film pokazujący stromiznę podejść, żeby wiedzieć którędy iść. Z filmu wynikało, że nie będzie lekko, ale i tak nie mogliśmy wszystkiego z niego wyczytać, ponieważ nie mówił on nic o szczelinach, ani o tym, co czeka nas na podejściach. O dziwo, przetapianie śniegu, gotowanie i późniejsze składanie rzeczy wraz z założeniem depozytu zajęło nam tylko półtorej godziny. Do wykopanej głębokiej dziury na depozyt wrzuciliśmy do worka jedzenie na dwa dni – po trzy porcje, oraz po trzy czekolady. Luzem wrzuciliśmy rakiety śnieżne, bo są bardzo duże. Wszystko zakopałem grubą warstwą i oznaczyłem. Depozyt ukryliśmy za murem, który wczoraj budowaliśmy. Teraz mogliśmy zobaczyć, jak równy teren pozostał po naszych namiotach. Widok robił wielkie wrażenie, gdy patrzeliśmy na tę wielką dziurę. Wszyscy obawialiśmy się pierwszego podejścia. Film pokazywał, że będą dwie stromizny, jak ta przed nami, po czym będziemy mieli przed sobą długą wędrówkę lodowcem. Na jego początku mieliśmy przejść przez Windy Corner, czyli miejsce, gdzie ponoć zawsze jest wietrznie. Wyruszyliśmy o godzinie 11.37. Można powiedzieć, że od tego momentu rozpoczął się zupełnie inny rozdział we wchodzeniu na Denali. Od teraz musieliśmy ciągle dawać z siebie wszystko, by wytrzymać ten długi i morderczy wysiłek. Wyszliśmy poza bazę. Wystarczyło przejść jakieś 20m i przed nami, „na dzień dobry”, widniały dwie, równoległe szczeliny połączone dość grubym mostkiem śnieżnym. Widząc, że inne ekipy przeszły po nim i zrobiły wyraźną ścieżkę, też wybraliśmy podobną drogę przejścia. Po lewej widzieliśmy zbiegające się szczeliny do krateru częściowo przysypanego śniegiem. Kraterem nazywaliśmy coś większego niż szczelinę, czyli dziurę w lodowcu, a tych na trasie nie brakowało. Wszyscy przeszliśmy na drugą stronę rozpadlin.

Drugą szczelinę kończyła dość spadzista krawędź i w tym miejscu nieco zabrakło Agnieszce, żeby postawić długi krok. Co prawda znalazła się po naszej stronie, ale za szczelinami musieliśmy wejść na bardzo krótki, bo około jednometrowy garb śnieżny, gdzie sanie ciągnęły z podwojoną siłą. Ledwo miałem siły, żeby je uciągnąć. Pomagałem sobie rękoma. Agnieszka miała gorzej, bo sanie ją pociągnęły i upadła. Teraz zjeżdżała w stronę szczeliny! Między garbem a szczeliną było jakieś 5-6m odległości. Szybko zszedłem tyłem o kilka kroków, by mogła złapać moich sań. Chwyciła za sam koniec i ustała dalszy zjazd. Sanie na szczęście nie ciągnęły ją dalej, dlatego jeszcze łatwiej mogła wyhamować. Kiedy wszyscy przeszliśmy na drugą stronę utrudnień rozpoczęliśmy bardzo strome podejście, które cały czas mieliśmy w naszych głowach od wczoraj. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle można wejść tędy z pełnymi saniami. Bardzo szybko poczuliśmy, jak pas z uprzęży lub z plecaka boleśnie ociera nam skórę na kości biodrowej. Specjalnie z tego powodu założyłem dwa polary, żebym miał bardziej miękko. Mimo wszystko otarcia szybko powstawały. W miarę podchodzenia Agnieszka stanęła, bo spadł jej prawy rak z buta. Wszystko musiała zdjąć, żeby go założyć, co kosztowało wiele sił. Po założeniu plecaka i zapięciu sań ponownie ruszyliśmy do góry. Za około 10min jeszcze raz spadł jej ten sam rak. Stanąłem, bo wiedziałem, że jest to spowodowane złym wyregulowaniem śruby z tyłu buta. Ustawiłem ją tak, żeby mogła ciasno wpinać raki. Od tego momentu nie miała żadnych problemów z poluzowanymi rakami. Nareszcie mogliśmy iść dalej, ponieważ na takich stromiznach nie warto stawać ze względu na nieustannie ciągnący ciężar. Druga niedogodność to duży wysiłek, który trzeba zrobić za każdym razem, żeby tylko wpiąć sanie do któregokolwiek pasa… Przeszliśmy około 2/5 zbocza, a Agnieszka powiedziała, że nie da rady już ciągnąć tych sań, z powodu otarć i bolały ją biodra. Po chwili, mimo wszystko zawzięła się w sobie i poszła dalej. Nie myślałem o zawracaniu, bo każdy wszedł w pewien rytm, dlatego teraz myślałem tylko i wyłącznie o pokonaniu stromizny.

Film niejednoznacznie pokazywał, gdzie jest Windy Corner, dlatego wydawało nam się, że gdy przemęczymy pierwsze strome podejście, to będziemy w wietrznym miejscu i dalej rozpoczniemy przyjemną wędrówkę lodowcem. Pierwsze bardzo pochyłe zbocze „męczyliśmy” aż trzy godziny. Kiedy dochodziliśmy do śnieżnego zakrętu na szczycie grani, nieświadomie przekraczaliśmy ukrytą szczelinę. Chociaż teraz jej nie widzieliśmy, to w drodze powrotnej zobaczyliśmy, co tutaj jest… Na szczęście o tej porze zalegały jeszcze bardzo grube warstwy śniegu, stąd każda z ekip przeszła tędy bez trudności. Koniecznie chciałem być już na samej górze wielkiej stromizny. Jeszcze tylko pięć minut „wyrypy” i stanęliśmy na niewielkim poletku śnieżnym, gdzie również odpoczywały inne grupy. Cały czas szliśmy w dość gęstej mgle. Mogliśmy stąd zobaczyć jedynie duży lodowiec Peters „zza zasłony”. Gdybyśmy mieli stabilną pogodę, widok byłby zdecydowanie piękniejszy! Nie mogliśmy zatrzymywać się tu ani na chwilę, ponieważ wiał silny wiatr. Myślałem, że to Windy Corner, bo wszystko pasowało do jego opisu – wiało i na dodatek staliśmy w narożniku grani. Teraz musieliśmy skręcić o kąt prosty w prawo, gdzie „wyrastało” kolejne bardzo strome zbocze. Wzdłuż niego, po prawej stronie ciągnie się kamienna grań, która, jak mieliśmy nadzieję, uchroni nas przed wiatrem. Skręciliśmy od razu z saniami i zobaczyliśmy ile ekip podchodzi przed nami. Były wyżej niż my, dlatego widzieliśmy przebieg całej trasy. Rozpoczęliśmy drugie, bardzo strome podejście. Wydawało się takie samo, jak poprzednie… Po prostu „mordownia”… Dodatkowo wiał mroźny wiatr. Agnieszka poszła jako pierwsza, Szymon jako drugi i Wojtek jako trzeci. Mnie złapał jakiś kryzys sił i odtąd „męczyłem” to podejście… Przystawałem co chwilę, by mięśnie nóg mogły na chwilę odpocząć. Czułem, że są „spalone”, bo już po kilku krokach bolały bardzo mocno. Krótki odpoczynek powodował, że znowu mogłem przejść kolejnych kilka. Szedłem tak powoli do góry. Inne, schodzące ekipy zachęcały nas do dalszego podchodzenia, ponieważ na Windy Corner jest piękna pogoda.

 
 
Droga z Camp II. Za Windy Corner idziemy ukośnie nachyloną ścieżką, przez co sanie ściągają nas poza trasę. Najbardziej wyczerpujący odcinek

Przyznam, że taka informacja bardzo mnie zachęciła, chociaż ciągle czułem ten nieznośny ból. Mięsnie były ciągle napięte, ponieważ nieustannie musiałem utrzymywać bardzo ciężkie sanie, które bez przerwy ciągnęły w dół. Mniej więcej, w połowie stromizny trzeba przejść przez dłuższy garb, na który wjeżdżamy saniami. Niestety potrzeba na to wiele sił. Czułem już, że na tym zboczu dość mocno otarłem skórę, pomimo zabezpieczeń. Ból stał się nie do wytrzymania. Stanąłem na chwilę, żeby wypiąć sanie i chwyciłem linkę prowadzącą obiema rękami z tyłu, łapiąc ją pod plecakiem. Dzięki temu poczułem wielką ulgę i mogłem iść przyspieszonym krokiem. Teraz widziałem, co mnie tak blokuje. Mogłem nawet teraz przyspieszyć. Jedynie czemu nie mogłem zapobiec, to zmęczenie dłoni, ponieważ ciągle musiałem zaciskać pięść, żeby utrzymać sanie za sobą. Mimo wszystko ta metoda spodobała mi się i mogłem podchodzić dużo szybciej. Drugie podejście zajęło nam 2h 45min, czyli też bardzo długo. Skalista grań po prawej uchroniła nas przed wiatrem. U samej góry stromizny pole śnieżne jest znacznie mniej nachylone, dzięki czemu wykorzystywałem ten fragment do odpoczywania w trakcie wędrówki. Przed nami widzieliśmy ekipę „Naukowców”, bo tak ją nazwaliśmy, ze względu na sprzęt, który wnosili na specjalnych saniach na szeroko rozstawionych nartach. Jeden z nich miał duży, ale cienki panel słoneczny, a drugi coś przykryte płachtą. Na zboczach gór podchodzili trawersami na nartach i zbliżali się do większych szczelin, jakby coś badali. Kiedy doszliśmy do Windy Corner’a, zobaczyliśmy, że skalista grań z prawej ma swój koniec i teraz nic nas nie osłaniało przed wiatrem. O tyle dobrze, że świeciło słońce, bo mieliśmy trochę cieplej. Wiatr wiał tutaj rzeczywiście dość mocno, ale znośnie. Teraz wiedzieliśmy, jaki jest Windy Corner, ponieważ w niektórych miejscach wywiało stąd cały śnieg, do gołego, błękitnego, wypolerowanego lodu! My przechodziliśmy utwardzonym śniegiem, omijając  takie pola. Z poziomu Windy Corner’a widzieliśmy dalszą drogę. Najpierw musieliśmy pójść lewą stroną lodowca wzdłuż West Buttress.

Ścieżka prowadziła wyżej, na trzecie strome podejście. Z tej perspektywy wydawało mi się łatwiejsze, ponieważ inne ekipy właśnie je pokonywały, a jego wysokość wyglądała na o wiele niższą niż dwóch poprzednich. Cieszyłem się, że od teraz horror związany z saniami zakończy się wreszcie i że będziemy mogli choć trochę odpocząć od ciężaru. Po osiągnięciu Windy Corner’a nie myśleliśmy o przerwie, choć bardzo chcieliśmy, a to ze względu na wiatr. Napiliśmy się tylko czegoś ciepłego z termosu i poszliśmy dalej. Przed sobą mieliśmy długi, ale nieznacznie nachylony odcinek do góry poprowadzony lodowcem. Dzięki temu, pomimo dalszego podchodzenia, odpoczywaliśmy w trakcie wędrówki. Szliśmy tak około godzinę, zanim dotarliśmy do trzeciego zbocza. Stromizna „wyrastała” stopniowo z poziomu lodowca, a nie tak gwałtownie, jak dwie poprzednie. Wiedziałem już jak mam wciągać ciężkie sanie, żeby nic nie bolało. Od razu chwyciłem za linkę, trzymając naciągnięte ręce odchylone do tyłu. Teraz przyspieszyłem. Mój kryzys sił minął. Chyba wszyscy zdążyli odczuć głód, dlatego powiedzieliśmy, że po wejściu na szczyt tego wzniesienia zjemy jakąś czekoladę lub orzechy. Powoli opadaliśmy z sił, ale mimo wszystko utrzymywaliśmy lepsze tempo niż na drugim podejściu. Dopiero tutaj czuliśmy się nieco lepsi pod względem kondycji od reszty ekip, ponieważ wyraźnie przyspieszyliśmy. Minęliśmy kilka grup 5-8-osobowych, które podchodziły do wyższej bazy, żeby zostawić depozyt. Kiedy pomyślałem, że miałbym dwa razy wnosić tą drogą nasze rzeczy, to góra pokonałaby mnie psychicznie... A może tylko tak patrzyłem na sprawę, bo byliśmy bardzo obciążeni?... Na dwóch trzecich wysokości tego podejścia chcieliśmy, żeby już się zakończyło. Niestety za jedną chorągiewką widzieliśmy kolejne i kolejne… Zauważyliśmy nawet przełęcz, ale chorągiewki wskazywały drogę bardziej na lewo, z pominięciem przełęczy i jeszcze bardziej do góry… Nie wytrzymaliśmy już tego widoku, dlatego postanowiliśmy, że dojdziemy do przełęczy i tam coś koniecznie zjemy, a później wyrównamy do wytyczonej ścieżki i pójdziemy dalej, nie wiedząc, co nas dalej czeka… Na przełęczy odpoczywała inna trzyosobowa ekipa. Widzieliśmy też, że „Naukowcy” zostali daleko w tyle i mieli chyba jeszcze gorszy kryzys niż ja na drugim podejściu. Nawet na lodowcu, na prostej drodze bardzo „męczyli” swoje podejście. Dojście do naszego upragnionego celu, ciągle upływało nam pod górę. Dopiero na samej przełęczy mogliśmy nieco odetchnąć. Czasami zawiewał mroźny wiatr. Mogliśmy stąd zobaczyć jak bardzo zeszliśmy z trasy i ile stromizny musimy jeszcze nadrobić, żeby wyrównać do ogólnie przyjętej trasy.

Ścieżka pozwalała przejść na kolejny lodowiec. Na przełęczy wyciągnęliśmy najgrubszą czekoladę z orzechami, żeby nadrobić chociaż trochę utracone kalorie. Jedliśmy ją dość szybko i zapijaliśmy ciepłymi napojami przyrządzonymi w termosie w bazie drugiej. Teraz wszystko smakowało jak nigdy! Wiedzieliśmy, że potrzebujemy dużo sił, ponieważ następna baza musiała być odległa co najmniej o tą samą długość, co dwa poprzednie podejścia, a nikt z nas nie myślał, że tyle już przeszliśmy. Po kilkunastu minutach odpoczynku wstaliśmy i ruszyliśmy do góry, ponieważ mieliśmy jeszcze wiele drogi przed nami. Tutaj w ogóle nie mierzyłem czasu podejścia, bo pomyślałem, że sprawdzę to dopiero w bazie. Zaczęliśmy wyrównywanie do wydeptanej ścieżki w śniegu. Lokalna stromizna dała się mocno odczuć. Próbowaliśmy dotrzeć do pierwszej widocznej chorągiewki, ale ta była zbyt daleko… Wiele czasu upłynęło, zanim do niej doszliśmy. W końcu stanęliśmy na zakręcie, gdzie otworzył się niesamowity widok na lodowiec! Spojrzałem za siebie, a tam równie piękna panorama z Forakerem w roli głównej! Czuliśmy, że jesteśmy na dużej wysokości, a na pewno powyżej 4000 m n.p.m. Po prawej stronie widzieliśmy wielki, spękany fragment lodowca z ogromnym serakiem w kształcie sześcianu. Nieco dalej, w tym rejonie widać kilka małych, brązowych skał, które mylnie można zinterpretować jako skupisko namiotów. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że tam jest baza, ale na szczęście nie, bo inaczej trzeba by było przechodzić przez pas głębokich szczelin. Za nimi śnieżna grań opadała bardzo stromo w kierunku niżej położonego lodowca Kahiltna. W tej samej linii widać szpiczasty wierzchołek góry Hunter. To właśnie u jej stóp spaliśmy pierwszej nocy po wylądowaniu w Base Camp… Trzeba przyznać, że widoki na tym odcinku trasy są niesamowite. Nie mogłem powstrzymać się i pomimo zmęczenia wyciągnąłem aparat, by uwiecznić jak najwięcej tego, co widzimy. Chociaż ścieżka prowadziła u stóp grani West Buttress, w terenie nieznacznie nachylonym wzdłuż lewej krawędzi lodowca, to za chwilę rozpoczęliśmy kolejny horror z saniami w roli głównej…

Za zakrętem ścieżka nie prowadziła w równym terenie, ale raczej przebiegała wzdłuż pochyłego zbocza, opadającego do głównej części lodowca. Kiedy szliśmy cały czas wyznaczoną drogą, to sanie wypadały z niej w prawo, na pochyłe zbocze i teraz walczyliśmy, żeby je utrzymywać w umownej rynnie. Siłowaliśmy się wręcz z nimi, żeby ciągnąć je poniżej poziomu właściwej trasy, pod ukosem, bokiem. Taka walka kosztowała nas jeszcze więcej sił i co jakieś 20m musieliśmy stawać, żeby odpocząć. Niestety ścieżka ciągnęła się na moje oko przez około godzinę. W wielu miejscach prowadziły dwie dróżki równolegle: nasza – do bazy i wytarty przez sanie innych ekip tor, po ich przejściu. Niestety jedna dróżka wiodła o około 30cm niżej niż ta właściwa i dlatego ciągnięcie sań okazało się dla nas mordęgą. Najgorzej, gdy chciałem wciągnąć je na 30cm skarpę, żeby sunęły po tej samej ścieżce, co ja szedłem. Niestety musiałem użyć całych moich sił, ponieważ skarpa skutecznie blokowała podjazd. Wyszedłem nawet poza oficjalną drogę i podchodziłem w zaspie, po czym wróciłem na wyznaczoną trasę. Teraz ja i sanie byliśmy na jednym torze. Tylko na chwilę… Dosłownie za trzy kroki ponownie zjechały bokiem ze skarpy i znowu sunęły niżej położonym wytartym torem. Dla każdego z nas taka wędrówka była męczarnią i czuliśmy, że jak tak dalej będzie, to wszyscy opadniemy z sił na środku lodowca, a ciągle miałem w świadomości, że nie możemy na nim założyć bazy, ze względu na cienką warstwę śniegu i ukryty pod nią lód. Z tego powodu bylibyśmy za bardzo wystawieni na wiatr i nawet niczego nie moglibyśmy wkopać, bo nie mieliśmy nawet gdzie kopać... Na dość dużej równinie, po godzinie takich męczarni, dotarliśmy do pola depozytów od wielu ekip. Stało tu ponad 20 wbitych tyczek oznaczających składnice sprzętu i jedzenia oraz paliwa. Stanęliśmy w pobliżu, żeby odpocząć od walki z saniami i ponownie zjedliśmy kawałek czekolady i kilka garści mieszanek orzechowych. Wypiliśmy też napoje z termosu.

 
 
9 godzin od wyruszenia z Camp II. Jedyne płaskie miejsce, gdzie większość ekip zostawia depozyty

Jeszcze nie widzieliśmy, gdzie jest właściwa baza, ale po tym, co zobaczyłem na filmie pomału ją umiejscawiałem w terenie. Jeszcze nikomu nie mówiłem o moich myślach, ponieważ teraz najważniejszy był dla nas odpoczynek. Depozyty wyglądały dość ciekawie… Tak bardzo brakowało śniegu (wiatr wywiał duże jego ilości, a resztę utwardził aż do postaci lodoszreni), że ekipy nie miały nawet czym przysypać rzeczy. Kanistry z paliwem stały poukładane w rzędach, a narty, rakiety śnieżne, jedzenie w workach, itp. rzeczy również wystawiono na widok, słońce i wiatr... Oczywiście na Denali nikt nie ruszał nie swoich depozytów, dlatego też i my nie ruszaliśmy nie naszych rzeczy. Trzeba pamiętać, że każda składnica sprzętu lub jedzenia może zadecydować nawet o czyimś życiu. Mając to na względzie, stanęliśmy obok ścieżki, na płaskim kawałku, żeby trochę odpocząć. W końcu trafiliśmy na dość duży, równy teren. Za depozytami umiejscowionymi na wysokości sześciennego seraka mogliśmy zobaczyć dalszy przebieg drogi. Początkowo ścieżka wiodła lekko nachylonym zboczem, wzdłuż lewej krawędzi lodowca, a później nieznacznie odbijała od niego na prawo. Po kilkunastu minutach wędrówki nie szliśmy już wzdłuż krawędzi, ale raczej kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt metrów od niej. Sama krawędź lodowca nie jest jakąś wyraźną linią i raczej przyjęliśmy za nią płynne przejście utwardzonego śniegu w zaspy śnieżne pod granią West Buttress. Ścieżka zakręcała bardzo powoli w lewo. Przed sobą widzieliśmy ogromną rozpadlinę na lodowcu. Wyglądała jakby lodowiec pękł na dwie części i powstała tam naprawdę wielka szczelina nie do przebycia, z wiszącymi serakami dużych rozmiarów. Droga prowadząca do bazy przez tę szczelinę wydłużała się, ponieważ musieliśmy obchodzić ją z lewej strony. Zanim tam jednak doszliśmy minęła chyba więcej niż godzina… Z każdą minutą ścieżka wprowadzała nas na coraz bardziej strome podejście, które porównałbym do tych z dnia trzeciego, kiedy przechodziliśmy z pośredniej bazy pomiędzy obozem pierwszym i drugim do bazy drugiej.

Sama stromizna nie jest taka duża, ale mimo wszystko po tylu godzinach bardzo ją odczuwaliśmy. Problemem jest raczej jej długość, bo zdaje się nigdzie nie kończyć… Wystarczyło przejść jakieś 100m od depozytów na wysokości sześciennego seraka, żeby zobaczyć dalszy przebieg drogi do Base Camp III. Wtedy Agnieszka powiedziała: „do zarąbania jeden krok”… Szliśmy już ponad 9 godzin, a bazy nadal nie widzieliśmy... Czekała nas jeszcze długa wędrówka, a pomału cień przysłaniał góry po lewej... W zacienionej części czuliśmy powiew mroźnego powietrza, ale mimo wszystko nikomu to nie przeszkadzało. Agnieszka powiedziała, że dalej nie da rady już iść i zapytała, czy możemy tutaj rozbić namiot i przenocować. Stanowczo nie zgodziłem się, bo chociaż najchętniej to samo bym zrobił, to wiedziałem, że nawet nie mamy gdzie wykopać dołu. Wszystko zamarzło na kość od wiatru oraz nie mieliśmy nawet 5cm warstwy luźnego śniegu, żeby móc okopać namiot przed wiatrem. Po drugie nachylony lodowiec oznaczał szczeliny, a w lodoszreni raczej nie myślałem o skutecznym sondowaniu terenu. Pomimo bardzo wielkiego wysiłku, jaki dzisiaj każdy z nas odczuwał, nie mogliśmy popełnić takiego błędu na sam koniec. Powiedziałem tylko tyle, że ja też czuję się bardzo zmęczony i padnięty, ale musimy iść dalej, żeby móc przenocować w bezpiecznym miejscu. Potem pokazałem białą górę w dużej odległości od nas i powiedziałem: „tam jest nasza baza”. Agnieszka, gdy zobaczyła dużą odległość, powiedziała tylko: „O nie!”. Ja też chciałem, żeby było inaczej, bo jak każdy z nas, chciałem już spać i odpoczywać, ale to jeszcze nie teraz… Przez dwie następne godziny „męczyliśmy” czwarte i ostatnie, chyba najdłuższe podejście. Szliśmy odtąd cały czas w zacienionej części gór. Widoki zachwycały, ale zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać. Od trzeciej stromizny sanie ciągnąłem tylko i wyłącznie rękoma odchylonymi do tyłu, trzymając linkę poniżej linii dna plecaka. Nie czułem wtedy otarć na skórze i przynajmniej mogłem przyspieszać kroku na podejściach. Szliśmy w równych odstępach, dlatego dostosowywaliśmy tempo zawsze do najsłabszej osoby. Każdy z nas czuł ogromne zmęczenie, dlatego zwracaliśmy uwagę, każdy na każdego. Na końcu zbocza widniał okrągły i rozległy wierzchołek, na którym widzieliśmy trzy chorągiewki. Wtedy powiedziałem, że po prawej mamy wielką rozpadlinę, a przed nami zaraz powinna być baza. Powiedziałem nawet, że za ostatnią widoczną chorągiewką zobaczymy już bazę. To dodało otuchy Agnieszce, choć nikt z nas nie miał pewności, gdzie faktycznie ona jest.

Cały czas szedłem jako pierwszy. Za ostatnią chorągiewką doszliśmy do drugiego płaskiego terenu, ale bazy nadal nie widziałem… Pomyślałem, że jak Agnieszka zobaczy śnieżne równiny, to się załamie. Szymon i Wojtek czuli duże zmęczenie, ale szli po cichu, nic nie mówiąc. Za okrągłym wierzchołkiem weszliśmy na ciekawe płaskie pole śnieżne o wymiarach około 30m na 30m, gdzie po przekątnej od nas do narożnika po prawej, na przeciwległej stronie, prowadziły pojedyncze ślady. Poszliśmy nimi, a po prawej zobaczyliśmy najbardziej spektakularną szczelinę, jaką kiedykolwiek widzieliśmy! Jest to szeroka rozpadlina na około dwa metry, ale głęboka na ponad trzydzieści, a przynajmniej tak wyglądała. Zionęła wręcz błękitną otchłanią! Co ciekawe, za dnia do jej samego dna dociera słońce, a śnieg przyjmuje tam barwę, jak morze na Krecie! Dna szczeliny nie widać – jest tak głęboka! Na jej lodowych ścianach zalegają zwały śniegu oraz wewnątrz powstał układ dwóch pięter różnych formacji lodowcowych! Przez długą chwilę zaglądaliśmy do jej wnętrza z pewnej odległości, żeby to wszystko zobaczyć dokładnie, ponieważ widok jest niezwykły! Po drugiej stronie szczeliny, którą obeszliśmy z lewej strony (kto wie, czy nie szliśmy jakimś mostem śnieżnym nad niewidoczną jej częścią… Woleliśmy o tym nie myśleć…) przeszliśmy drugą połowę płaskiego pola i za niewielkim wzniesieniem doszliśmy na garb śnieżny. Stamtąd zobaczyłem bazę! Powiedziałem wszystkim: „widać bazę!”. Ucieszyliśmy się wszyscy, bo w końcu dochodziliśmy na miejsce. Na dotarcie do celu potrzebowaliśmy jeszcze około 15 minut, ponieważ ścieżka prowadziła szerokimi równinami śnieżnymi nieznacznie nachylonymi w stronę białej góry. Na tym odcinku najbardziej działała psychika, ponieważ co kilkanaście metrów stawaliśmy, żeby odpocząć. Przed sobą widzieliśmy monumentalne góry, których wierzchołki oświetlało jeszcze słońce. Przez chwilę widzieliśmy je za cienką mgłą, bo właśnie zanikały chmury, a już za kilka minut widoczność poprawiła się do idealnie czystej. Stanąłem na chwilę przed bazą i zrobiłem kilka zdjęć pomimo dużego mrozu. Nakręciłem też film kamerą GoPro. Na około 50m przed bazą zrzuciłem wszystko z siebie. Plecak rzuciłem w śnieg i wypiąłem sanie z uprzęży, po czym poszedłem w stronę namiotów.

Doszedłem do bazy, mijając pierwsze namioty. Była już godzina 21.47. Rozglądałem się za miejscem, gdzie moglibyśmy przenocować. Szybko wypatrzyłem dwie porzucone platformy (bardzo wielkie), gdzie bez problemu mogliśmy się wszyscy pomieścić. Według danych pogodowych temperatura spadła już do -18˚C. Kiedy znaleźliśmy właściwe miejsca, wróciłem po plecak i po sanie, które ręcznie zaciągnąłem do platform. Mieliśmy tyle miejsca, że każdą z nich obudowano niskimi murami, a pomiędzy nimi utworzono dodatkowo chodnik. Po lewej stronie „zainstalowałem się” ja, a po prawej reszta. Nawet wjechaliśmy saniami, bo miejsca na namioty potrzebowaliśmy znacznie mniej niż mieliśmy do dyspozycji. Zanim rozłożyłem namiot, powiedziałem, że muszę odśnieżyć teren. Agnieszka całkowicie opadła z sił, dlatego nawet nie mogła rozbić już swojego namiotu. Pomogliśmy jej wszyscy. Odśnieżyłem teren i z Wojtkiem zrobiliśmy to za nią. Szymon i Wojtek, podobnie jak ja, cieszyli się, że są już w bazie i teraz nie myśleli o zmęczeniu, tylko jak najszybciej przygotowywali swoje spanie. Ja przygotowałem sobie wszystko sam – odśnieżając najpierw teren, wyrównując go i na końcu rozłożyłem mój namiot. Teraz wszyscy mogliśmy zasnąć w bezpiecznych warunkach. Baza znajduje się na wysokości 4330 m n.p.m. i teraz byliśmy znacznie powyżej poziomu chmur (blisko 1km), przez co mieliśmy piękne, niebieskie niebo. Kiedy zakończyliśmy nasze prace temperatura spadła do -25˚C. Mróz może i jest nawet zacny, ale być może z tego powodu, że byliśmy rozgrzani od całodziennej wędrówki, dalej od środka czuliśmy ciepło. Ze zmęczenia i wypłukania z organizmu chyba wszystkiego, co zjedliśmy, mięśnie zaczęły drżeć i dostawaliśmy skurczów, które co chwilę musieliśmy rozciągać. W namiocie wszystko przygotowałem sobie starannie, bo wiedziałem, że od dobrego snu zależy najwięcej. Zanim poszliśmy spać, przetapialiśmy śnieg na wodę i gotowaliśmy obiady. Przygotowywaliśmy też napoje do termosów, żeby mieć wszystko gotowe na rano. Znałem swój organizm i wiedziałem, że jutro nie będę w formie nawet po najlepszym spaniu, bo kiedy ze zmęczenia drżą mięśnie i łapią skurcze, to na drugi dzień odczuwam ich przemęczenie. Chyba każdy miał tak samo, bo nikt nawet nie rozmawiał o tym, gdzie jutro pójdziemy… Każdy raczej nastawił się mentalnie na długie spanie i dzień odpoczynku.

Spaliśmy na wysokości 4330 m n.p.m., więc dość wysoko. Dzień odpoczynku zrobiłby nam dobrze, bo jednocześnie zaaklimatyzowalibyśmy się do tutejszego powietrza. Mróz jakoś nam nie przeszkadzał. Nie wiem jak to jest, ale w mieście chyba inaczej go odczuwamy, być może przez to, że cały czas przebywamy w ciepłych pomieszczeniach. Zanim przygotowaliśmy sobie wszystko, zegarek wskazywał już godzinę 23.00… Trochę późno, ale na szczęście tutaj trwał jeszcze dzień... Ja jako ostatni wszedłem do namiotu. Zasnąłem bardzo szybko i spałem nieprzerwanym snem.

 
 
Camp III - 4330 m n.p.m. i zachód słońca o godzinie 23.14

DZIEŃ 7.

Niesamowite widoki oglądane z namiotu w Camp III

Temperatura w nocy spadła aż do -32˚C. Taki mróz nie przerażał mnie, ponieważ czułem, że jeszcze mam duży zapas sprzętowy. Nie wyciągałem jeszcze spodni puchowych, ani bazowej kurtki, która jest zaprojektowana na postoje podczas dużego zimna. W namiocie miałem założoną cienką kurtkę puchową o gramaturze 200g. Kiedy kładłem się spać, to zdejmowałem ją i spałem tylko w dwóch polarach „setkach”, a na nogach miałem tylko założone skarpety, które w nocy i tak zdjąłem. Ciepło zapewniał mi materac i śpiwór. Połączone ze sobą zapewniały duży komfort termiczny i zapas w razie jeszcze większych mrozów. Pod tym względem miałem zapewnione bezpieczeństwo. Muszę przyznać, że byłem bardzo zmęczony, bo spałem nieprzerwanym snem, aż do godziny 8.00 rano. Kiedy tylko podniosłem powieki, zobaczyłem coś niezwykłego! Mróz był tak silny, że wydychana para zamarzała na śpiworze i… utworzyła las jednocentymetrowych drzewek ze szronu! Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem! W Polsce nigdy nie doświadczyłem takiego zimna, a co dopiero mówić o spaniu na takim mrozie… Dopiero po przyjeździe do Polski mogłem sprawdzić w danych z tutejszej bazy meteorologicznej, że w nocy mieliśmy -32˚C. Uwielbiam takie warunki, bo dobrze się w nich czuję. Najważniejsze, że nikt z nas nie zachorował. Najwidoczniej śpiwory spełniały nasze wymagania, choć Agnieszka ubierała kilka warstw polarów do snu. Kiedy zobaczyłem te drzewka ze szronu chciałem znaleźć jakikolwiek aparat, żeby zrobić zdjęcia. Mógł być nawet smartfon. Niestety telefon miałem zamknięty w bocznej kieszeni spodni, a aparat rzuciłem wieczorem w drugi kąt namiotu. Zanim wyciągnąłem telefon, to drzewka poodpadały, ponieważ bardzo słabo trzymały się powierzchni śpiwora. Szkoda, bo tego widoku nigdy nie zapomnę! Przypomniała mi się wtedy złota zasada, kiedy widzisz coś nadzwyczaj pięknego, a nie masz aparatu, co wtedy możesz zrobić? Ciesz się tą chwilą, patrz, podziwiaj i zapamiętuj ten czas, obraz, emocje, bo może już takiej nigdy nie być… Nie wiem, kto wypowiedział te słynne i znane słowa w środowisku fotografów, ale właśnie tego się trzymałem i dlatego po przyjeździe do domu sporządziłem szkic mający pokazać, jak wyglądały wspomniane „drzewka”.

Spałem jeszcze do 9.20, ponieważ o godzinie 9.28 w bazie zaczyna świecić słońce, gdy jest pogoda. Teraz mieliśmy bezchmurne niebo. Chmury zalegały dużo poniżej nas, tworząc piękne widowisko. Kiedy słońce zaświeciło, dosłownie wystarczyło kilka minut, żeby zmrożony tropik od pary wodnej, którą wydychałem przez całą noc, odmarzł całkowicie. Teraz kapała w środku woda i wszystko parowało. Wewnątrz zrobiło się ciepło, a za kolejną godzinę – duszno… Słońce na tej wysokości ma dużą moc i chociaż na zewnątrz nadal mieliśmy temperaturę -15˚C, to w zamkniętym namiocie zrobiło się duszno i gorąco. Ciemny tropik absorbował ciepło. Słońce wykorzystałem również do ładowania telefonów ekipy oraz moich power banków. Jako ekipa wstaliśmy o godzinie 9.37, więc mieliśmy cały dzień dla siebie. Dopiero po przespanej nocy poczuliśmy, jak bardzo jesteśmy „połamani”. Czuliśmy każdy mięsień i nikt z nas nawet nie myślał o dalszym pójściu w góry. Leniwie przygotowywaliśmy nasze obiady, uzupełnialiśmy termosy, a później pogłębialiśmy dół na ubikację. W międzyczasie obserwowaliśmy, jak inne grupy przychodziły tutaj, żeby założyć depozyt. Widzieliśmy też, że niektórzy wychodzili na drugą białą górę w celach aklimatyzacyjnych i zjeżdżali na nartach po dojściu do górnej granicy lodowca. Właściwa trasa prowadziła białą górą widoczną po lewej stronie, stojąc przodem, gdy idziemy do bazy. Nie trudno znaleźć właściwą trasę, ponieważ widać tam wydeptaną ścieżkę, oraz ludzi, którzy będą iść w celach aklimatyzacyjnych, bądź z depozytem. Dopiero tutaj czuć klimat prawdziwej bazy wysokogórskiej. Baza trzecia również przypomina wielkie miasto, ponieważ zajmuje duży teren. W naszym czasie wyruszało 277 osób, dlatego musiało być tu co najmniej kilkadziesiąt osób, a kto wie czy nie sto… W bazie jest nawet punkt medyczny w namiocie oraz stacja meteorologiczna. Skorzystanie z pomocy medycznej oznacza zakończenie wyprawy. Wszyscy sobie mówiliśmy, byle z niej nie korzystać. Ze stacji meteorologicznej dowiedzieliśmy się o przewidywanych temperaturach na 4330m n.p.m. i w kolejnej bazie, tj. na 5210 m n.p.m.

Temperatury za dnia wynosiły tyle samo, czyli -15˚C, a w nocy od -25˚C do -35˚C. To coś dla mnie! – pomyślałem. Cały dzień upływał nam na poznawaniu bazy oraz gotowaniu obiadów i jedzeniu słodkości, których wzięliśmy ze sobą bardzo dużo. Nie brakowało nam suszonych owoców, żelków, czekolad, czy też ciastek. Pogoda zepsuła się po godzinie 11.00, ponieważ chmury zalegające w dole, niestety powoli zwiększały wysokość i stopniowo przykrywały nasz poziom. Zaczął nawet padać śnieg i tak aż do godziny 19.00. Później znowu niebo pojaśniało i ponownie podziwialiśmy wspaniały błękit. Najbardziej jednak każdemu z nas wpadł w oko Mt. Foraker i jego piękne, ośnieżone granie. Czekałem aż do godziny 23.14, żeby zobaczyć, jak wygląda stąd zachód słońca i jakimi barwami pokryją się góry dookoła. W szczególności interesował mnie Foraker, bo był całkowicie odsłonięty i wiedziałem, że będzie oświetlony aż do ostatniego promienia, czego nie mogliśmy powiedzieć o naszej bazie, którą okalały wysokie góry. Grań West Buttress, rzucała cień na bazę przed godziną 9.28 rano i po 20.38 wieczorem. Na zewnątrz czekałem aż do godziny 22.00, a później poszedłem do namiotu. W trakcie odpoczynku, miałem okazję zobaczyć coś niezwykłego! Poniżej nas nie zalegały już żadne chmury. Daleko w dole zobaczyłem dwa szerokie i równoległe rzędy białych gór, których za nic nie mogłem zliczyć. Ciągnęły się aż po horyzont! Oglądając film na komórce, szczególnie zapamiętałem z niego właśnie ten przepiękny widok, który teraz mogłem podziwiać w samotności... Właśnie to był jeden z powodów, dla których przyjechałem na Denali. Chwyciłem za aparat, żeby zrobić zdjęcia całej panoramy. Tylu białych gór nigdy nie widziałem w jednym miejscu! Oba rzędy zakańczał Mt. Foraker, który zdecydowanie górował nad wszystkimi innymi szczytami. Długo stałem w jednym miejscu i po prostu podziwiałem piękno, którego później już nigdy nie zobaczyliśmy… Około godziny 22.50 wyszedłem na zewnątrz, żeby popatrzeć na zachód słońca. Jako, że światło miało jeszcze ciemnożółtą barwę, przeczekałem 10min w namiocie i ponownie wyszedłem o godzinie 23.00. Aktualne światło również jeszcze mnie nie zadowalało, dlatego jeszcze raz wyszedłem o 23.10 i czekałem do około godziny 23.14. W tym czasie zobaczyłem najpiękniej oświetlone góry i robiłem całą serie zdjęć w stronę góry Foraker, którą pokrywało stopniowo ciemniejące, pomarańczowe światło, do momentu aż całkowicie zanikło. Widok naprawdę zachwycał i trzeba przyznać, że na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. zachody słońca są naprawdę wyjątkowe… Po tak wspaniałym widowisku poszedłem spać, oczekując następnego dnia i nowych wrażeń.

 
 
 
 
 
 
 
Dzień odpoczynku w Camp III i zachód słońca o godzinie 23.16

DZIEŃ 8.
Przyznam, że to był najgorszy dzień ze wszystkich… Chciałem, żeby w ogóle go nie było… Wstaliśmy o godzinie 10.05 rano. Trochę późno jak na nas. W głowie ułożyłem już sobie plan, co zabrać ze sobą, gdzie założymy depozyt i którędy pójdziemy. Nie spałem od godziny 8.00 rano, dlatego miałem czas na przemyślenia. Kiedy wyszedłem z namiotu, żeby przygotować obiad, wstała też Agnieszka i powiedziała, że ma złe przeczucia i musi zadzwonić. Wszyscy wiedzieliśmy, że od poziomu lodowca Kahiltna nie ma łączności i żaden telefon tu nie zadziała. Przynajmniej nasz. Powiedziała też, że źle się czuje. Na początku pomyślałem, że to typowe kobiece obawy, kiedy zbyt długo jest poza domem, na odludziu, gdzie ma zbyt wiele czasu na myślenie w samotności. Jako, że kobiety potrafią naprawdę przeanalizować mnóstwo myśli i „gdybać”, dlatego początkowo wydawało mi się, że to jest typowe i musimy po prostu przeczekać jej emocje. Po kilku godzinach Agnieszka powiedziała, że to objawy choroby wysokogórskiej. Ta choroba głównie jest spowodowana zbyt niskim ciśnieniem powietrza. Wtedy krew napływa do mózgu i „rozsadza” głowę od środka. Inne objawy, to obrzęk płuc, czy też puchnięcie różnych części ciała. W każdym bądź razie z powodu nasilających się objawów nie można spać. Kiedy widzimy objawy tej choroby nie można jej lekceważyć, bo od obrzęku płuc lub mózgu można umrzeć… Jedynym ratunkiem jest zejście do bazy niżej, albo i dwie, żeby przenocować na niższej wysokości. Szymon i Wojtek powiedzieli, że też czują jakieś otępienie i są to objawy tej samej choroby. W ciągu nocy słyszeliśmy innych dwóch facetów, co wymiotowali ponad 12 godzin. Jeden z nich kaszlał i wymiotował od wieczora aż do południa dzisiejszego dnia. Teraz widziałem, że to na pewno skutki przebywania w innym środowisku.

W ciągu dnia Agnieszka próbowała dodzwonić się do domu, ale ciągle brakowało zasięgu. Poszła nawet do stacji meteorologicznej i do punktu medycznego i zapytała o telefon satelitarny, ale tam też nie mieli. Widzieliśmy też stałe miejsca, skąd dzwonili Amerykanie. Nasze telefony jednak nie łapały zasięgu. Jedynie przez krótką chwilę mogliśmy wykonywać połączenia alarmowe, bo przyszła nam taka informacja. Łączność z numerami alarmowymi mieliśmy zaledwie przez dwie minuty, po czym zasięg znowu zniknął. Chodziliśmy w różne miejsca bazy – na jej początek, na koniec, na poboczne ścieżki, ale nigdzie nie udawało nam się złapać łączności. Pomyślałem: szkoda – bo to mogłoby znacznie uspokoić Agnieszkę. Próbowałem też ze swojego telefonu, ale nic z tego. Wskazałem jej nawet chłopaka, który przyjechał z większą grupą i rozbił namiot obok nas dwa dni temu. Widziałem, że cały czas dzwonił i długo rozmawiał, więc zaproponowałem Agnieszce, żeby poprosiła go o możliwość zadzwonienia do Polski. Na szczęście po raz kolejny doświadczyliśmy tego na sobie, że Amerykanie są bardzo pomocni i tym razem z uśmiechem mogliśmy załatwić sprawę. Łączność była dobra, ale niestety żaden numer do Polski nie działał – nie mogła nigdzie zadzwonić. Nawet do babci mieszkającej na Florydzie, mającej amerykański numer. Nie wiem o co chodziło, bo o ile do Polski potrzebny był jakiś kierunkowy numer, to do Ameryki już nie. Każdy stan ma swój wewnętrzny kierunkowy, ale Agnieszka miała go zawarty w swoim numerze do babci. Nie wiedzieliśmy o co kompletnie chodzi… Po południu podjęła drugą próbę, wpisując jeszcze inne kombinacje kierunkowych, ale nic z tego… Szymon i Wojtek też próbowali ze swoich telefonów, ale brak zasięgu nie pozwalał nic zrobić. Porzuciliśmy więc temat, mając spokój, bo przynajmniej próbowaliśmy. Agnieszka czuła się bardziej uspokojona, a przynajmniej tak wyglądała. Późnym popołudniem objawy choroby u każdego przybrały na sile. Wojtek i Szymon nadal czuli otępienie i ciągły, ale nie mocny ból głowy. Agnieszka niestety odczuwała skutki „wysokościówki” coraz bardziej. Teraz jej „rozrywało” głowę i musiała leżeć w namiocie i co chwilę wstawać, siadając na materacu, żeby choć trochę zmniejszyć ból. Niestety nic to nie pomagało… Męczyła się bardzo...

Po godzinie 22.00 Agnieszka powiedziała, żebym odprowadził ją do Base Camp i wtedy zawrócę i dołączę do ekipy, bo przyjęła założenie, że Szymon i Wojtek lepiej sobie dadzą radę z chorobą. Teraz rozpoczęła się walka z myślami co tu zrobić, bo nawet nie podjęliśmy żadnej próby wchodzenia na szczyt… a teoretycznie kończyliśmy już w połowie góry… Nie tak to sobie wyobrażałem… Jako, że zdrowie i życie było najważniejsze, postanowiliśmy, że jeśli będzie chciała, to zejdziemy bazę niżej i tam będziemy musieli spędzić noc. Agnieszka powiedziała jednak, że tu zostanie i zobaczy do rana, jak się sytuacja rozwinie. Czy będzie lepiej, czy gorzej. Jutro podejmie ostateczną decyzję, co robić. Wszyscy mieliśmy w świadomości, że za dwa dni miały nadejść trzydniowe burze śnieżne, które mocno cofnęłyby naszą wyprawę i ponownie musielibyśmy męczyć się z serią czterech wykańczających podejść z pełnym ekwipunkiem. Chyba nikt z nas nie był przygotowany zmierzyć się psychicznie po raz drugi z tą trasą, dlatego nikt nie proponował od siebie zejścia o bazę niżej… Mnie nic nie brało, bo cały czas czułem się rewelacyjnie i pełen sił. Mięśnie zdążyły odpocząć, a w głowie był plan, jak iść do kolejnej bazy na wysokości 5210 m n.p.m. Poszliśmy wszyscy spać z myślą, że jutro będzie lepiej…

DZIEŃ 9.


Umocnienia ze śnieżnych cegieł przed spodziewaną burzą śnieżną

Z niecierpliwością czekałem do godziny 9.28, kiedy to słońce zacznie docierać do naszej bazy. Wtedy z pewnością wszyscy by wstali i wiedzielibyśmy na czym stoimy. Długo nie mogłem zasnąć w nocy, ponieważ myślałem, co da się jeszcze zrobić… Często rozmyślałem nad tym, że dopiero doszliśmy do połowy góry, a nawet nie spróbowaliśmy pójść wyżej… Z jednej strony chciałem tu zostać, a z drugiej zejść o bazę niżej, żeby każdy mógł dojść do siebie. Wstaliśmy po godzinie 9.30. Agnieszka czuła się ciągle źle, bo tylko nieznacznie ból głowy ustępował. Szymon i Wojtek lepiej przechodzili objawy. Aktualnie lekko bolała ich głowa i mówili, że będzie lepiej. Ja spałem bardzo dobrze po długim czasie analizowania różnych myśli i byłem pełen sił. Ten dzień miał być ostatnim słonecznym, a potem wszyscy oczekiwali nadejścia śnieżnych burz. Inne ekipy dookoła zaczęły przerzucać świeży śnieg, żeby odsłonić warstwę zmarzliny. Kiedy rozłupali pierwszy kawałek lodu wszyscy zabierali się za wycinanie cegieł śnieżnych i ustawianie wyższych murów, żeby ochronić swoją bazę przed spodziewanym silnym wiatrem. Stacja pogodowa podawała, że będzie wiało z prędkością około 90mil/h, czyli ponad 140km/h. Taki wiatr dosłownie mógł nas zdmuchnąć, ponieważ przy 80km/h, w górach na grani, nie można ustać na nogach i wiatr kładzie na ziemię. Doświadczyłem tego na Babiej Górze, stąd wiedziałem co nas czeka. Prognozy przesunęły się jednak z zapowiadaną burzą aż do popołudnia dnia następnego. Widząc, jak piękny mamy bezchmurny dzień coraz bardziej powtarzałem sobie myśl, którą analizowałem w nocy... Chmury zalegały dużo poniżej nas i widziałem, że nawet w oddali nie widać pierwszych oznak pogorszenia pogody. Stąd wywnioskowałem, że do końca dnia będzie panować stabilna pogoda. Wtedy przedstawiłem ekipie mój plan, na który wszyscy musieli się zgodzić, bo jeśli jedna osoba powiedziałaby „nie”, to nie mógłbym wprowadzić tego planu w życie. Powiedziałem tak: „Chciałbym chociaż spróbować pójść w stronę szczytu, żeby zobaczyć, jak tam jest dalej. Wiem, że nawet nikt z nas nie był w czwartej bazie, a co dopiero mówić o szczycie, ale gdybym doszedł do 5210m, to byłbym już zadowolony. Agnieszka nadal czuje się źle, ale najważniejsze, że już jej przechodzi. Jak ktokolwiek z was chce zejść do bazy niżej, żeby zaaklimatyzować się, to pójdę z wami. Jeśli choć jedna osoba powie, że chce tam iść, to ja też pójdę z wami”.

Agnieszka, Szymon i Wojtek chcieli, żebym spróbował, bo sami przyznali: „wiem, że nie przyjechałeś tu tylko na 4000m, więc musisz spróbować. My zostaniemy tu z Agnieszką. Jest nas dwóch. Tylko uważaj na siebie i nic nie rób na siłę”. Powiedziałem: „nie zamierzam nic robić na siłę. Pójdę za ekipami, żeby zawsze ktoś był w pobliżu, a może spróbuję do kogoś dołączyć. Dzisiaj czuję się rewelacyjnie i jestem gotowy na dalszą wędrówkę. Z drugiej strony wiem, że jeszcze tylko dzisiaj będzie pogoda, a później będzie już tylko gorzej, więc chcę spróbować”. Na koniec podziękowałem im, że pozwolili mi wyjść wyżej. Trwały jeszcze tylko ustalenia: ile może trwać całe przejście, o jakich godzinach spodziewam się być w konkretnych punktach i do jakiej wysokości chcę dojść. Pozostała jeszcze jedna z najważniejszych rzeczy do ustalenia, którą zaczęła Agnieszka: „o której godzinie maksymalnie zamierzasz tutaj wrócić, żeby w razie czego wszcząć alarm?” To było bardzo ważne pytanie. Przeliczyłem spodziewane czasy przejścia, odpoczynek i powrót. W końcu odpowiedziałem: „Gdybym wyruszył o godzinie 11.00, czyli za godzinę, to potrzebowałbym jakieś 18-20 godzin. Chcę spróbować od razu stąd pójść na szczyt te prawie 2000m i zejść jeszcze tego samego dnia. Dzień trwa do 23.15, więc będzie jasno. Nawet gdybym miał wracać w nocy, to jest tak jasno, że nie trzeba używać latarek. Cała trasa jest widoczna, bo poza tym podejściem, które mamy z naszej bazy, to dalej idzie się granią, więc nie ma innej drogi. Zakładam, że do bazy na 5200m powinienem zajść w 6-7 godzin, a na szczyt? Kto wie, czy mi sił wystarczy. Na wszystko daję sobie około 18-20 godzin. Umówmy się tak, że do 3.00 w nocy, maksymalnie do 4.00 nad ranem mam czas – jak nie wrócę do tego czasu, to możecie wszczynać alarm. Postaram się być wcześniej, bo jak nie będzie warunków, albo będą jakieś trudności w stylu oblodzone granie, to nie będę nawet próbować ich przechodzić, bo bardzo łatwo o poślizg. Zobaczę, jak będzie, bo może mnie rozrzedzone powietrze pokonać. Jak będę czuł chociaż mały ból głowy, to od razu zawrócę i nic na siłę nie będę robić. Wezmę ze sobą wszystko, co najgrubsze, żebym w razie silnych mrozów nie poodmrażał się”.

Mając nakreślone oczekiwania, wszyscy wiedzieli czego się spodziewać, chociaż bardzo ich to dziwiło, że zamierzam za jednym razem dojść do ostatniej bazy i od razu pójść na szczyt. Była dopiero 9.56 rano, więc słońce świeciło w Base Camp III dopiero od pół godziny. Czuliśmy jeszcze duży mróz, bo tej nocy mieliśmy -26˚C, a teraz „ociepliło się” do -18˚C. Trochę dziwnie to brzmi, kiedy mówimy „ocieplało się”, ale dla nas to już była całkiem przyzwoita temperatura. Żartowaliśmy, że idzie fala upałów… Nasze umysły chyba całkowicie przestawiły się na tutejsze warunki – przynajmniej te termiczne. Postanowiłem, że w ciągu jednej godziny przygotuję wszystko, co potrzebne do wyjścia na atak szczytowy oraz zjem dwa obiady, żeby mieć siły. W międzyczasie spakowałem plecak na całą drogę, ale szybko zobaczyłem, że „szmaciak”, który zamierzałem wziąć, jest za mały na wszystkie wymagane rzeczy. Dotychczas nosiłem go w większym plecaku, żeby nie zajmował dodatkowego miejsca. Musiałem z powrotem wrzucić trochę rzeczy do „szmaciaka” i opróżnić wielki plecak, nazywany przeze mnie w Alpach „za ciężkim dziadem”. Włożyłem do niego wszystko co puchowe, uzupełniony termos, czekolady, orzechy oraz aparat i kamerę wraz z podwójnym kompletem zapasowych akumulatorów. Zdążyłem nawet przed czasem przygotować to, co chciałem. Byłem gotów o godzinie 10.55. Pogoda nadal zachwycała, ponieważ chmury zalegały poniżej naszego poziomu, a niebo ciągle zachęcało błękitem. Foraker wystawał ponad gęste chmury, co wyglądało niezwykle. O godzinie 11.00 wyruszyłem, mówiąc jeszcze, że pójdę za idącymi ekipami, bo i te już rozpoczęły swoją przygodę. Moja grupa życzyła mi powodzenia i bezpiecznego powrotu. Powiedziałem jeszcze: „pogoda wygląda na stabilną i burza na pewno nie przyjdzie dzisiaj. Chmury w ciągu dnia mogą się podnieść i przykryć bazę, ale wyżej powinno być OK”. Poszedłem typowo moim tempem – szybki krok i do przodu. Popatrzyłem na to najbardziej strome podejście, na całej trasie. Wyceniłem je na 3-3,5 godziny ciągłego marszu.

Pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdybym zaszedł tam po 14.00. Na początku musiałem przejść całą bazę wyglądającą, jak duże miasto utworzone z samych namiotów. Niektóre z nich wyglądały, jak równo postawione szeregowce. Zdecydowana większość używała tego samego modelu, pomarańczowo-białego namiotu z firmy Mountain Hardware. Jego ciekawą właściwością było to, że kiedy padał śnieg, to napis z logiem firmy pozostawał cały czas czarny. Ze trzy minuty zajęło mi przejście obozu, za którym zaczynało się niewielkie zejście do lokalnego zagłębienia w terenie. Płaskie pole śnieżne leżało około 7-8 m poniżej poziomu ostatnich namiotów, po czym za nim, rozpocząłem bardzo strome podejście. Wiedziałem, że być może dwa obiady, które zjadłem przed namiotem, „spalę” tylko na tej górze, a gdzie mówić jeszcze o całej reszcie… Przejście przez bazę i pole śnieżne trochę mnie zmęczyło, chociaż szedłem w płaskim terenie… Czułem, że tutejsze powietrze jest inne –takie bardziej rozrzedzone. Myślę, że bardziej przeszkadzała mi inna przypadłość, która zawsze męczy mnie w górach, gdy jest zimno. Kiedy jest znacznie zimniej niż np. w domu, czy w namiocie, to przez pierwsze półtorej godziny muszę przyzwyczajać płuca do chłodniejszego powietrza. W tym czasie wypełniają się dużą ilością wydzieliny płucnej i często muszę ją odkasływać, żeby ułatwić sobie oddychanie. Do tego czasu mam trudności z wzięciem pełnego oddechu i stąd męczę się co kilkadziesiąt kroków. Tak samo mam w Tatrach, gdy jest zimno. Jednak, gdy minie około półtorej godziny, wydzielina odpuszcza i w ciągu kilku minut jej nadmiar cały zanika. Odtąd mogę iść szybko i pokonywać bardzo długie odcinki, bo prędzej u mnie zmęczy się serce niż zabraknie mi oddechu. Ograniczyć mógł mnie ewentualny ból mięśni nóg, który może pojawić się z wykorzystania wszystkiego, co dzisiaj zjadłem. Z tego powodu wiedziałem, że nie mogę dopuścić do sytuacji, kiedy poczuję głód. Wtedy mogło być już za późno. Musiałem jeść małymi porcjami – czy to orzechy, czy czekoladę. Nie mogłem zapominać o piciu.

Wiedziałem, że na początku trasy nie przyspieszę, ale później mogłem czuć się albo bardzo dobrze, albo rozrzedzone powietrze mnie „załatwi”. Szedłem pospiesznym krokiem do góry. Za polem śnieżnym od razu „wyrosła” stromizna przede mną. Nie wyprzedzałem żadnej z ekip, a raczej wybrałem wędrówkę za ostatnią z nich. Narciarze standardowo podchodzili trawersami. Większość zaś, szła w rakach, idąc do góry w linii prostej. Taka trasa bardzo męczyła, ale szybko osiągałem wysokość. Podchodziłem zaledwie 20min, po czym spojrzałem za siebie. Widok na bazę dosłownie wgniatał w ziemię! Teraz patrzyłem, jak wąska ścieżka przecinała ją na pół i dalej biegła w stronę szczytu stoku Icy Slope. Miałem do przejścia 600m wysokości względnej, co przy dużym nachyleniu zbocza musiało oznaczać ogromny wysiłek. Widoki dookoła niezwykle zachęcały do „mordęgi”, dlatego szedłem z wielką radością. Po lewej, za mną, widniał Mt. Foraker przecięty cienkim pasem chmur na dwie części, a pod dolnym, jeszcze widocznym fragmentem zalegało morze chmur. Widziałem, że co jakiś czas chmury stopniowo się podnoszą, dlatego obserwowałem, czy dotrą do poziomu bazy, albo nawet do mojego… Idąc coraz wyżej, stawałem co kilkadziesiąt kroków, by odpocząć i odksztuszać wydzielinę z płuc. Za około 50 min, licząc od początku dzisiejszej drogi, zatrzymałem się przed dość szeroką, bo na około 70cm, szczeliną. Przeskoczyłem na drugą stronę. Jej przeciwległy brzeg opadał w stronę otchłani i dodatkowo znajdował się powyżej krawędzi, z której skakałem. Za rozpadliną patrzyłem na wielkie seraki pełne błękitu, które widziałem po lewej stronie. Znacznie wyżej jeden z nich leżał dokładnie obok trasy mojego przejścia w drodze na górę. Przechodząc za duży serak, który właśnie omijałem, poczułem, że płuca prawie uwolniły się od nadmiaru wydzieliny. Teraz mogłem lepiej oddychać i podchodzić znacznie szybciej, ponieważ coraz mniej czasu poświęcałem na postoje. Trwały one co najwyżej kilkanaście sekund, żeby mięśnie mogły na chwilę odpocząć. Szedłem za innymi ekipami. W okolicach Base Camp III zauważyłem, że z bazy wyruszyły kolejne grupy po osiem osób. Od godziny 12.30 chmury powoli zakrywały trzecią bazę i teraz stopniowo sunęły po stromych zboczach do góry. Powstawały wówczas kłębiaste chmury, które coraz bardziej przysłaniały widoczność. Za chwilę przykryły nasz stok. Szliśmy we mgle, ale widoczność pozwalała patrzeć do przodu na około 100-150m. To znacznie lepiej niż podczas trzeciego i czwartego dnia…

 
 
 
 
Umocnienia ze śnieżnych cegieł przed spodziewaną burzą śnieżną i samotna wędrówka do Camp IV - 5210 m n.p.m.

Widząc, że stok jest coraz bardziej stromy, narciarze przystanęli i zaczęli pakować sprzęt. Ubrali buty i raki, dzięki czemu mogli pójść wyżej z innymi. Pomału zacząłem wyprzedzać ostatnie dwie ekipy. Od momentu uwolnienia płuc czułem się coraz lepiej. Dosłownie nic mnie nie bolało i teraz, póki trwał dzień, chciałem iść jak najwyżej. We mgle szedłem coraz wyżej, aż zobaczyłem, że ścieżka zakręca długim łukiem w lewo i prowadzi do ogromnej szczeliny wysoko ponad mną. Widziałem, że wzdłuż niej stało kilkanaście osób, więc pomyślałem: „co tam jest, że robi się taki zator?”. Idąc we mgle długim łukiem, mogłem zobaczyć o co chodzi. To nie jest zwykła rozpadlina, ale raczej lodowiec pękł na dwie części, rozdzielając się, tworząc głęboką otchłań… Doszedłem do krawędzi podłużnej szczeliny. Wydeptana ścieżka prowadziła wzdłuż niej, aż do samego końca. Drogę kończył dość duży, ale głęboki krater lodowcowy, czyli wielka dziura. Tuż przed nią widniały dwie szerokie szczeliny, połączone ze sobą lodowo-śnieżnym mostkiem Dochodząc na miejsce, przeszedłem jeszcze pod dwiema linami, naciągniętymi jak struny, które łączyły naprzeciwległe lodowe ściany nad otchłanią. Może kiedyś było tu inaczej i te liny spełniały jakieś zadanie, bo teraz nie mogłem doszukać się możliwości ich użycia. Pod nimi musiałem przeskoczyć nad mniejszą rozpadliną z mostkiem. W razie czego dodatkowe liny i tak by nie pomogły, ponieważ zawieszono je zbyt wysoko. Na moje oko wyglądało, że lodowiec musiał zmienić swój kształt i stąd najprawdopodobniej powstało duże naprężenie oraz dość dziwne ułożenie. Kilka metrów dalej przed kraterem, z lodowo-śnieżnego mostku trzeba wejść około 3-4 metrową, lodową ścianką, która prowadzi na najbardziej strome zbocze, jakie dotychczas miałem okazję pokonywać. Stok jest tak nachylony, że w całości zabezpieczono je linami poręczowymi. Dlatego na szkoleniu strażnik wspominał o małpie, którą trzeba wpiąć do jednej z nich, żeby przejść bezpiecznie. Teraz widziałem o co chodzi i jak wygląda omawiane miejsce. Zanim rozpocząłem wchodzić, widziałem wysoko przed sobą trzyosobową ekipę korzystającą z lin. Wyglądało, że są na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie bardzo wysoko. Stromizna podejścia sprawiała takie wrażenie.

Z urwiska nad otchłanią zwisają dwie liny zakończone węzłem. Stanąłem na solidnym mostku i chwyciłem prawą z nich. Do uprzęży przypiąłem małpę za pomocą repsznura, a sam przyrząd wpiąłem do liny poręczowej. Teraz podciągnąłem małpę tak, żeby zebrać luzy na linie W tym czasie, w lewej ręce trzymałem czekan i zacząłem wspinaczkę po ściance lodowej nad otchłanią. Postawiłem prawą nogą pierwszy krok i jednocześnie przyrządem podciągnąłem się do góry. Lewą nogą postawiłem wyżej krok, bo już wisiałem w powietrzu na linie. Od tego momentu raki wbijałem do ścianki, a czekanem i przyrządem podciągałem się do góry. Po przejściu ścianki wyszedłem na najbardziej strome zbocze całej trasy. Odtąd zalegał utwardzony śnieg. Dla raków są to idealne warunki, ponieważ zęby bardzo dobrze trzymały w śniegu. Stojąc ponad poziomem ścianki i błękitnej otchłani, widziałem jaka jest różnica wysokości pomiędzy krawędziami wielkiej rozpadliny. Wyglądało na około 5m w pionie. Przede mną ciągnęły się dwa rzędy lin, które ginęły gdzieś we mgle. Ułożono je równolegle w dwunastu wyciągach po 20m i 30m, zwykle naprzemiennie: raz 20m a raz 30m. Każdą z lin zamocowano do solidnie zakotwiczonej szabli śnieżnej. Wbito je idealnie. Były nie do ruszenia. Blisko godzinę zajęło mi przejście wszystkich odcinków z linami. Trasa prowadziła w linii prostej aż na przełęcz, którą widzieliśmy z namiotu. Doszedłem do wysokości 4907 m n.p.m. Film z komórki niejednoznacznie pokazywał tutejszy rejon. Chociaż dokładnie wskazał wielkie szczeliny, to nie mogłem za nic wyczytać, że za przełęczą swój początek bierze śnieżno-skalista, bardzo stroma grań. Na filmie miałem wrażenie, że po pokonaniu pierwszej stromizny dojdę do czwartej baza. Jednak nie pasowało mi to pod względem czasowym, dlatego pomyślałem, że dalej musi być coś więcej… Wiele ekip doszło do przełęczy, gdzie wiał słaby, ale mroźny wiatr. Większość stawała, żeby zrobić sobie przerwę i zjeść coś po wyczerpującym podejściu. Jak później zobaczyłem, wiele z nich zakopało swoje depozyty i… zawracali do bazy… Tylko 6 ekip poszło dalej. Dwie z nich miałem przed oczami, a inne za kilkadziesiąt minut mijałem, gdy te już wracały. Na przełęczy spędziłem jakieś pół godziny, bo uznałem, że tutaj też muszę dobrze zjeść. Otwarłem opakowanie z większymi żelkami, ale ich jedzenie sprawiało mi duży problem, ponieważ zamarzły i średnio trzy minuty zajmowało mi pogryzienie jednego, co trwało zbyt długo i znacznie ograniczało oddychanie. Z tego powodu wrzuciłem je do kieszeni, a wyciągnąłem orzechy. Wszystko zapijałem gorącym napojem owocowym z termosu. Czułem się bardzo dobrze i ciągle miałem mnóstwo sił. Dotarłem tu o godzinie 14.39, a wyruszyłem po 15.10 do góry.

 
Szczeliny na Icy Slope: pierwsza na wysokości 4570 m n.p.m., druga na wysokości 4700 m n.p.m.

Na przełęczy nie ma za wiele miejsca, ponieważ po drugiej stronie zbocza opadają stromo ku lodowcowi, stąd pod ukosem w prawo i do góry trzeba przejść jakieś 30 metrów, wyrównując tym samym do ciągu głównej grani. Pod skałami nawet nie zawiewał wiatr. Dla bezpieczeństwa wbiłem cały czekan do zmrożonego i utwardzonego śniegu, po czym wpiąłem się do niego. Po długiej przerwie postanowiłem iść dalej. Obserwowałem, jak większość zawraca. Od przełęczy ponownie miałem piękne widoki, bo chmury zatrzymała druga, przepaścista strona grani. Mając dużo sił przyspieszyłem kroku i poszedłem w stronę głównej grani. Przeszedłem niewielkie pole śnieżne i dorównałem do skał. Przede mną widniały skały podobne do palca, stąd to miejsce nazwałem „Palec 1”. Za polem śnieżnym przez chwilę szedłem utwardzoną lodoszrenią, po czym nagle ścieżka prowadziła trawersami na grani. Praktycznie w ciągu kilku minut „zdobyłem” szczyt „Palca 1”, ponieważ jest tam bardzo stromo i podchodziłem „zygzakami”. Na szczęście przestrzenie między skałami są przysypane śniegiem, dlatego trawersowanie jest wygodne. Za „Palcem 1” przeszedłem przez niewielką i wąską grań, również przysypaną utwardzonym śniegiem. Tutaj minąłem trójkę Amerykanów, którzy zamienili ze mną kilka słów i zapytali, czy idę sam. Kiedy odpowiedziałem, że tak, zaproponowali mi żebym poszedł z nimi. Dobrze nam się rozmawiało i panowała miła atmosfera. Byli pełni podziwu, że w samotności pokonuję ten odcinek i że przyspieszam w miarę osiągania coraz większych wysokości. Dalej trasa prowadziła bardzo stromym podejściem, o dziwo, nieubezpieczonym linami, gdzie według mnie najłatwiej było o upadek, który tutaj oznaczał zjazd w przepaść, aż do samego lodowca, znajdującego się znacznie poniżej nas… Wszyscy musieliśmy szczególnie uważać, żeby nie zahaczyć rakiem o twardy śnieg lub o spodnie, bo wtedy najłatwiej mogliśmy stracić równowagę. Jako, że kilka ekip tędy przeszło, to powstały regularne schody ułatwiające podejście, choć nie zapewniały bezpieczeństwa. Na całej długości stopni ze śniegu wystawały punkty asekuracyjne z taśm, do których mogliśmy się wpinać. Właśnie tutaj mijaliśmy dwie ośmioosobowe ekipy spięte linami, które w „podręcznikowy” sposób wykonywały zejście, asekurując każdą osobę. Wszyscy korzystali z każdego dostępnego punktu asekuracyjnego. Znacznie to wydłużało czas wędrówki, ale w komercyjnych wyprawach tak niestety jest, ponieważ przewodnik odpowiada za bezpieczeństwo całej grupy.

Inne ekipy – te niekomercyjne – również korzystały z zabezpieczeń, ale nie aż tak, jak obie schodzące przed nami. Równolegle z nimi schodziło dwóch chłopaków, którzy praktycznie biegiem zeszli z tej części, omijając obie grupy. Po wejściu na szczyt śnieżnych stopni, przed nami „wyrósł” kolejny palec – tym razem nazwałem go „Palec 2”. Ten jest większy i na dodatek ubezpieczony linami poręczowymi, które znacznie ułatwiają podejście. Trudno wybrać inną drogę, ponieważ najpierw trzeba dojść do jedynej odsłoniętej skały na rogu, gdzie chwyciłem za linę i ponownie skorzystałem z małpy, by odciążyć trochę nogi. Ekipa amerykańska zrobiła podobnie. Stromizna jest podobna do ostatniego stoku przed przełęczą na poziomie 4907 m n.p.m. Liny kończą się na wierzchołku „palca”. Teraz przeszliśmy na wąski pas śnieżny, gdzie przechodziliśmy pomiędzy dwiema skałami. Za nimi rozpocząłem kolejne, ale szersze podejście z linami poręczowymi, gdzie szybko osiągaliśmy wysokość, idąc w linii prostej do góry. Patrząc za siebie zobaczyłem, że grani wcale tak wiele nie ma, ale za to bardzo szybko na niej „przybywa” wysokości. W wielu miejscach na dole, wyglądała na bardzo przepaścistą, a kiedy spojrzałem pod nogi, mogłem zadać sobie pytanie „jak ja tędy zejdę?”. Stromizna naprawdę robi duże wrażenie, choć nie ma tam trudności technicznych. Za ostatnim odcinkiem z poręczówkami pozostało nam do przejścia jeszcze mniej nachylona skalisto-śnieżna grań, za którą wyszliśmy na pole śnieżne. Droga zakręcała w prawo i przed nami zobaczyliśmy w całości długi rząd gór ustawiony prostopadle względem nas. Znaczyło to, że idąc do przodu, w końcu dojdziemy do głównego ciągu grani i znowu będziemy musieli podchodzić pod jakieś bardzo strome zbocze. Biała przełęcz, którą zobaczyliśmy lekko po prawej, pomiędzy skalistą górą, a najwyższą po prawej to Denali Pass (5544 m n.p.m.). Wiedzieliśmy więc, że za chwilę musimy dojść do jakiegoś płaskiego miejsca, gdzie będzie baza nr 4, czyli Base Camp IV, zwana również High Campem. W drodze za „Palcem 2” mijaliśmy bardzo ciekawą, trzyosobową ekipę. Cała trójka zakładała punkty asekuracyjne na trasie oraz instalowała liny poręczowe tam, gdzie jest najbardziej stromo. Zamieniłem z nimi kilka słów i powiedziałem, że ich praca bardzo pomaga przy wchodzeniu.

Z drugiej strony wiedziałem, że dalej nic już nie będzie przygotowane, ale nie przeszkadzało mi to, ponieważ na całej grani można przejść bez ubezpieczeń, zachowując oczywiście wzmożoną czujność. Na początku pola śnieżnego pożegnałem się z ekipą amerykańską i podziękowałem za wspólną wędrówkę. Zadawali mi pytania skąd jestem i skąd idę. Rozstawaliśmy się uśmiechnięci. Na polu śnieżnym doganiałem inną trójkę, która przyszła zostawić swój depozyt w bazie. Była to para po 50-tce i chłopak po trzydziestce. Kobieta imieniem Sandra zadawała mi najwięcej pytań, bo ciekawiło ją skąd jestem. Kiedy powiedziałem że z Polski, odpowiedziała: „wy jesteście silni w górach i na pewno wejdziesz”. Kiedy o godzinie 17.47 dotarliśmy do czwartej bazy, położonej na wysokości 5210 m n.p.m. zatrzymaliśmy się wszyscy razem i usiedliśmy na śniegu. Wtedy Sandra poczęstowała mnie gorącą czekoladą i zadawała kolejne pytania. Rozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut. Mogłem również zapytać o ich drogę, przygody oraz o to, czy odczuwają problemy związane z wysokością. O dziwo, wraz ze wzrostem wysokości czułem się jeszcze lepiej i miałem wiele sił. Teraz za cel obrałem sobie Denali Pass na poziomie 5544 m. n.p.m., ponieważ od bazy nikt już dalej nie szedł. Była już stosunkowo późna godzina dnia. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy, po czym poszedłem dalej, a młodszy w tamtej ekipie zaczął kopać dół pod depozyt. W okolicach Base Camp IV, po lewej stronie widać tylko szarą, większą skrzynię, lub kontener z niewiadomą zawartością. Podobna stoi przy grani, po prawej stronie, kilka metrów od naszej ścieżki. Gdyby pójść na skraj tej grani, co ludzie najczęściej robią, można zajrzeć do… Bazy 3 – tam, skąd dzisiaj wyruszałem. Aktualnie odpoczywali w niej Wojtek, Agnieszka i Szymon. Niestety chmury nadal przykrywały Base Camp III dość grubą warstwą. Widziałem, że na niebie powoli gromadzą się chmury cirrus floccus, co dla mnie oznaczało zmianę pogody na gorszą. Oceniłem, że jakiś front burzowy jest już w odległości 300-700km od nas. Dzisiaj, ani przez noc nie zdążyłby nadejść do nas, dlatego nie liczyłem na nagły atak huraganowych wiatrów, choć miałem na względzie możliwość powstawania coraz większej ilości chmur.

 
 
Bezludny Camp IV...

Base Camp IV wyglądał bardzo dziwnie… Skoro w „trójce” jest tyle ekip, a sama baza wyglądała jak miasto, to spodziewałem się, że tutaj również zobaczę choć kilka namiotów. Liczyłem nawet na kilkadziesiąt… Kiedy zobaczyłem, że nikt jeszcze nie dotarł do „czwórki” z namiotem, to mocno się zdziwiłem! Wszędzie dookoła panowała zupełna cisza... Tylko jedną platformę okalał mur z cegieł śnieżnych z trzech stron, a dookoła powiewało pustką… Ten widok mnie zupełnie zaskoczył! Do bazy dotarło zaledwie kilka osób. Sądząc po założonych depozytach mogłem wywnioskować, że tylko dwie ekipy… Na miejscu zauważyłem dwie tyczki z opisem i… to wszystko… Dziwiłem się, bo codziennie przecież wychodziło po kilkadziesiąt osób z „trójki”… Pytanie, gdzie doszli?… Minęły już trzy dni, gdzie widzieliśmy ekipy wracające z Icy Slope. Co ciekawe, zabrakło nawet oznaczenia drogi na szczyt Denali od czwartej bazy. Szybko zauważyłem, że wiatr nawiał tak dużo śniegu, że chorągiewki zostały przysypane. Wiele z nich mogłem znaleźć na trasie pod śniegiem. Na obrzeżach Base Camp IV znalazłem częściowo przysypaną dość dużą ilość leżących traserów. Wykorzystałem je do znaczenia dalszej drogi, ponieważ znałem przebieg trasy i wiedziałem, gdzie należy ominąć szczeliny. Poszedłem najpierw kilkanaście metrów w dół – do równiny za Base Camp IV, skąd  ciągnęło się wielkie pole śnieżne aż do rzędu wysokich gór. Przeszedłem przez całkowicie pustą bazę czwartą i szerokim łukiem ominąłem śnieżne garby. W linii prostej przeciąłem pole śnieżne, aż dotarłem na jego przeciwległą stronę. Odtąd miałem kolejną stromiznę do pokonania. Na szczęście nie musiałem podchodzić na Denali Pass w linii prostej tak, jak dotychczas pokonywaliśmy wszystkie inne strome zbocza, ponieważ dojście do tej przełęczy skutecznie strzegła bardzo długa rozpadlina w lodowcu. Dość wąska, ale długa, tworząca skarpę, nie pozwalała przejść przez nią. Musiałem pod zboczem góry skręcać trawersem w prawo, jednocześnie stopniowo podchodząc. Wędrówka do góry trwała tak długo aż osiągnąłem jej poziom i teraz skręciłem pod ostrym kątem w lewo, idąc takim samym trawersem znajdując się z każdą chwilą coraz wyżej szczeliny.

Nie wchodziłem bezpośrednio na Denali Pass, ponieważ obejście znacznie wydłużyłoby mi drogę. Wyrównywałem raczej do pierwszego rzędu nieprzysypanych śniegiem skał, gdzie dość krótkim łukiem skręciłem w prawo. Doszedłem  ten sposób dość szybko ponad poziom przełęczy Denali, stając w głównym ciągu grani prowadzącej do miejsca zwanego Footbal Field. Wiem, że na pewno osiągnąłem już wysokość powyżej 5540 m n.p.m. i teraz za cel postawiłem sobie wejście na szczyt grani. Pomyślałem, że przejście około 350m wysokości względnej powinno zająć mi jakieś 2,5 godziny (w Tatrach 1h 10min). Nie odpoczywałem, widząc ile pozostało mi dnia. Mając dobre samopoczucie, zacząłem ostatnie moje podejście. Nie nastawiałem się na wejście na szczyt, ale chciałem go przynajmniej zobaczyć. Temperatura mocno spadała. Powyżej Denali Pass miałem -37˚C. Chciałem sprawdzić, jak to jest, ponieważ czytałem, że przy -35˚C wystarczy na kilka sekund wystawić palce na mróz i w dosłownie chwilę utracimy w nich czucie. Wystarczyło około 5 sekund, żebym po zdjęciu rękawiczki nie czuł już najmniejszego palca u prawej ręki. Na szczęście grube rękawice puchowe przywróciły go bardzo szybko „do życia”. Na wysokości powyżej 5550 m n.p.m. długo jeszcze świeciło słońce, dlatego mróz aż tak nie utrudniał wędrówki. Gorzej jest w cieniu, ponieważ wtedy naprawdę czuć porządną „siareczkę”. Na całej długości – od 5210 m n.p.m. aż do 5800 m n.p.m. trasę oznaczałem tyczkami na tyle, na ile miałem ich przy sobie. Rozstawiałem je w dużych odstępach, ale w warunkach, jak teraz, bez problemu mogłem dostrzec każdą chorągiewkę w oddali. Podchodziłem dość szybkim tempem i odliczałem kroki. Postanowiłem, że będę stawać co jakieś 100-120 kroków. Wtedy miałem gwarancję, że krótkie postoje będę robić w regularnych odstępach. Pomimo znacznej wysokości nadal nie czułem, żeby rozrzedzone powietrze jakoś mocno mnie ograniczało. Owszem, musiałem stawać i czasem próbować łapać tchu, ale nadal mogłem wchodzić dość szybkim tempem i utrzymywać je długo. To cieszyło mnie najbardziej. Do pierwszego rzędu skał dotarłem o godzinie 19.17 – to jest ponad poziomem przełęczy Denali.

Myślę że utrzymywałem bardzo dobre tempo, ponieważ przejście pola śnieżnego i podejście około 350m wysokości względnej zajęło mi jakieś 1h 30min. To tylko trochę gorzej niż w zimowych Tatrach. Kiedy porównałem sobie fakt, że pierwsze, 600-metrowe zbocze, którym dzisiaj rozpoczynałem wędrówkę, zajęło mi 3h 39min, to tutejsza średnia na godzinę była znacznie lepsza! Z powodu rozrzedzonego powietrza powinienem mieć gorzej. Pozostało mi do pokonania około 350m wysokości względnej grani prowadzącej do Football Field, więc i tu starałem utrzymywać dobre tempo. Więcej musiałem odpoczywać, ale robiłem tylko kilkunastosekundowe postoje, żeby złapać oddech. W trakcie wędrówki jadłem orzechy wyciągane z kieszeni. Przejście granią śnieżną jest dość łatwe, ponieważ poza stromizną, nie występują żadne trudności techniczne. Po prawej stronie przebiega skalisto-śnieżna grań, a przede mną dość szeroka rynna wypełniona zawianym śniegiem. Z tego powodu nie spodziewałem się na tym odcinku żadnych szczelin. Podchodzenie przypomina stromą wędrówkę do góry w linii prostej na sam szczyt. O godzinie 21.04 dochodziłem do wypłaszczenia, gdzie swój początek bierze wielka równina śnieżna nazywana Football Field. Temperatura spadła już do -40˚C. Była bardzo późna godzina, a jeszcze musiałem wrócić. Wiedziałem, że trochę to potrwa, więc zdecydowałem, że nie idę dalej. Nie stanąłem bezpośrednio na Football Field, ale niewiele mi zabrakło do tego miejsca. Swoją przygodę zakończyłem na wysokości około 5850 m n.p.m. (dane sprawdziłem na bardzo szczegółowej mapie terenu Denali, pokazującej wysokość z dokładnością do jednej stopy). Główną przyczyną zawrócenia były gęstniejące chmury cirrus floccus zamieniające się w cirrostratus nebulosus, co oznaczało dla mnie zmianę pogody na gorszą. Największy strach jednak wzbudziła we mnie chmura altocumulus lenticularis widziana pod Mt. Forakerem. Oznacza ona nic innego, jak potężny wiatr. Prognozowane wichury o prędkości 90mil/h powoli stawały się faktem, ponieważ altocumulus lenticularis zapowiada je na kilkanaście godzin do przodu. Dodatkowo chmury podnoszące się z dołu również gęstniały i przekroczyły już linię 5000 m n.p.m. Uznałem, że muszę wracać, ponieważ mogę mieć duże problemy z powrotem do bazy. Czułem ogromne zadowolenie z tego co przeszedłem, pomimo tego, że nie osiągnąłem szczytu.

Największą satysfakcję dawała mi myśl, że pomimo tłumów w Base Camp III, w Base Camp IV jeszcze nikt nie postawił namiotu, a co dopiero mówić próbie ataku szczytowego! W ciągu jednego dnia wyruszyłem z wysokości 4330 m n.p.m. i doszedłem do 5850 m n.p.m. Nawet gdybym miał dobre warunki i bezchmurne niebo, to raczej bym nie zdecydował się na przejście na szczyt w pojedynkę dlatego, że za polem śnieżnym Football Field mamy Summit Ridge i słynne wzgórze Pig Hill, czyli grań szczytowa, która składa się z dwóch ostrych jak brzytwa garbów (czytaj: przepaścistych grani z obu stron) z nawisami śnieżnymi. Samemu dość łatwo na nich o wypadek, stąd co najwyżej doszedłbym do wysokości 5950-6000 m n.p.m. W każdym bądź razie nie o aktualnej porze dnia. Raczej nie porwałbym się na nocne przejście tej części, gdzie mróz solidnie trzymał i zionął „siareczką”. Teraz myślałem o bezpiecznym powrocie i o „cieple” panującym w bazie, ponieważ mogłem liczyć na mróz -25˚C. W takiej temperaturze sen mam idealny. Z drugiej strony przy -40˚C na wysokości 5850 m n.p.m. też było mi źle, bo miałem uszyte ubrania puchowe z dużym nadmiarem jeśli chodzi o komfort termiczny. Kiedy szedłem, było mi ciepło, a w plecaku miałem jeszcze schowaną grubą kurtkę bazową, którą użyłem dopiero, gdy wszedłem w strefę cieni, i gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Grubych spodni nie ubrałem w ogóle. Mając standardowe spodnie plus podwójne kalesony, zapewniłem sobie komfort termiczny. Czasami, gdy zawiał mocniejszy wiatr, to poczułem lekki chłód, ale wiedziałem, że teraz idę w „cieplejsze” strony. Na wysokości 5850 m n.p.m. gromadziły się wypychane chmury od spodu, przez co niestety nie miałem pięknych widoków. Zrobiłem tylko kilka zdjęć odbić w goglach, które na chwilę zdjąłem. Potem nastała szarówka. Rynną śnieżną schodziłem dość szybko. Na całej długości śnieg był mocno utwardzony i zmrożony, przez co raki idealnie wbijały się do powierzchni. Schodziłem podobnie jak przyszedłem, korzystając z własnych oznaczeń. Ponownie omijałem Denali Pass, zakręcając w lewo, poniżej poziomu ostatniego rzędu odsłoniętych skał. Dopiero tutaj chmury ustępowały, ponieważ w okolicach wielkiej góry przesuwały się po zboczu do góry. Teraz mogłem zobaczyć, dlaczego nie miałem dobrej widoczności w wyższych partiach góry.

Poniżej poziomu Denali Pass ponownie zobaczyłem słońce i zrobiłem zdjęcia z widokiem na bazę czwartą widzianą od drugiej strony, pokazując tym samym, jakie tu panują pustki. Zejście ponad długą rozpadliną równie szybko przebiegało. Teraz nie patrzyłem na zegarek, ale raczej pospiesznie szedłem i podbiegałem na prostych odcinkach. Schodząc do bazy czwartej, widziałem, że poniżej jest dosłownie szaro od chmur. Na wysokości około 4500 m n.p.m. kłębiły się grube chmury. Nie zrobiłem tutaj żadnego postoju, tylko od razu przeszedłem pole śnieżne i zakręciłem łukiem w lewo ścieżką prowadzącą bezpośrednio na grań z linami. Teraz myślałem o stromiznach, którymi podchodziłem. Patrząc w dół, przepaście wyglądały groźnie, ale mimo wszystko nie czułem większego zagrożenia, ponieważ na trasie nie występowały żadne trudności techniczne. Schodziłem wydeptaną ścieżką przez kilka ekip, które dzisiaj dotąd doszły. Na odcinku z liną nie miałem przyrządu zjazdowego, dlatego owinąłem linę o stylisko czekana i popuszczałem ją dłonią w rękawiczkach pięciopalczastych. Schodziłem wychylony do tyłu, trzymając czekan oburącz. W ten sposób bardzo szybko pokonywałem stromizny. Przeszedłem tak „Palec 2”, zszedłem ze stromizny bez liny i „Palec 1”. Droga przez grań upływała mi bardzo szybko i nawet nie spostrzegłem, a już się kończyła… To było niesamowite, ponieważ miałem swoje obawy związane z zejściem z grani, a wszystko minęło bardzo szybko. Pod sobą widziałem tylko ogromne morze siwych chmur. Wiedziałem, że w którymś momencie wejdę w ich górną warstwę. Na całej trasie najbardziej czułem strach przed nocnym zejściem w dużym mrozie przez lodową ściankę nad otchłanią. Brak dobrego światła wywoływał ten strach. Wielka rozpadlina powstała w 2016 roku po trzęsieniu ziemi na Alasce. Takie informacje przeczytałem po powrocie do domu. Wówczas lodowiec pękł na dwie części. Trzy lata temu nic tutaj nie było… Idąc granią, podziwiałem widoki i zrobiłem nawet kilka zdjęć pokazujących jej stromiznę. Na przełęczy stanąłem tylko na chwilę, ponieważ musiałem coś zjeść i napić się czegoś ciepłego. Wypiłem wszystko, bo do bazy pozostało nie tak wiele drogi. Uznałem, że mam blisko.

Zejście stokiem z użyciem dwunastu wyciągów lin poręczowych upływało mi bardzo szybko. Przywiązałem repsznur do napiętych lin, stosując prosty węzeł prusik (węzeł służących do auto asekuracji podczas zjazdu na linie, mający za zadanie zapobiegać gwałtownemu i niekontrolowanemu zjazdowi). Suwałem go ręką na linie, a gdy puszczałem, to zaciskał się od razu. Jedyny problem stanowiły częściowo zaśnieżone liny. Prusik skutecznie zbierał śnieg z lin, przez co dość często blokował się co kilka minut. Zejście na etapie z linami przebiegało szybko i sprawnie. Widziałem, że słońce dawno znikło za wysokimi górami, stąd odczuwałem mocny i siarczysty mróz. W końcu dotarłem do ostatniego wyciągu, który kończyła lodową ścianką nad błękitną otchłanią. Przez chwilę myślałem, jak zjechać na linie bez przyrządu zjazdowego, zapewniając sobie pełną kontrolę przy opuszczaniu się nad szczeliną. Uznałem, że najlepszy będzie węzeł półwyblinka, który można zablokować jedną ręką z użyciem małej siły. Dodatkowo można przy jego pomocy bardzo płynnie i łatwo sterować prędkością zjeżdżania. Zejście ze ścianki przebiegało bez żadnych trudności. Na krawędzi urwiska stanąłem plecami do otchłani i opuszczałem się tak, żeby wisieć prostopadle względem ścianki. Wtedy mogłem swobodnie schodzić aż dotknąłem stopą lodowo-śnieżnego mostka. Kiedy na nim stanąłem, wypiąłem linę, ponieważ tylko dotąd wystarczała, po czym przeszedłem na stabilny kawałek lodowca. W tym miejscu chciałem nakręcić film, żeby pokazać, jak to miejsce wygląda. Zostawiłem więc plecak, położyłem kamerę na śniegu i włączyłem ją na tryb nagrywania. „Na lekko” wróciłem jeszcze raz na mostek, pokonałem w innym miejscu urwisko i podszedłem trochę wyżej. Potem zacząłem schodzić i jeszcze raz zjechałem na linie do miejsca, gdzie zostawiłem plecak. Wtedy założyłem go, przeszedłem pod dwiema napiętymi linami łączącymi dwa naprzeciwległe brzegi i kontynuowałem powrót do bazy moim szybszym tempem. Ponownie szedłem wzdłuż krawędzi szerokiej rozpadliny. Dalej ścieżka zakręcała długim łukiem w prawo i stromo w dół.

W drodze powrotnej minąłem mały serak leżący tuż przy wydeptanej drodze, a następnie po raz kolejny przechodziłem przez dwie wąskie szczeliny, nad którymi wystarczyło tylko postawić większy krok. Dużo poniżej, gdzie miałem wspaniały widok na Base Camp III, została mi do pokonania ostatnia szczelina. Jako, że schodziłem z góry, to teraz było mi znacznie łatwiej, ponieważ wystarczyło postawić szerszy krok. Przed rozpadliną podbiegłem nieco szybciej i przeskoczyłem ją siłą rozpędu, daleko poza jej naprzeciwległą krawędź. Trzeba przyznać, że głębokość otchłani robiła wrażenie… Poniżej ostatniej „trudności” wędrówka przebiegała szybko, ponieważ wracałem szeroką i wydeptaną ścieżką. Prowadziła do zagłębienia w terenie za bazą. Zanim doszedłem do mojego namiotu, jeszcze niektórzy przyglądali się samotnie schodzącej osobie o tak późnej porze. Kilkoro nawet mnie zagadnęło, ponieważ pytali, między innymi, czy poszedłem sam, ponieważ pora dnia, a raczej początek nocy i samotność mogły sugerować, że wyszedłem z kimś i teraz wracam w pojedynkę, bo coś się stało i idę w pośpiechu wezwać pomoc. Na szczęście nadal nie odczuwałem żadnych skutków ubocznych związanych z przebywaniem na dużych wysokościach. Z każdą godziną jedynie pogłębiało się zmęczenie mięśni nóg. Wszystkim pytającym odpowiadałem gdzie byłem i jakie panują tam warunki. Najbardziej dziwił ich fakt, że w czwartej bazie nikogo nie ma i że widać tylko dwa depozyty… Po wysłuchaniu tych informacji pewnie pomyśleli, że muszą panować tam bardzo ciężkie warunki pogodowe, skoro nikt jeszcze nie postawił ani jednego namiotu, a w okolicy powiewały na wietrze tylko dwie chorągiewki oznaczające depozyty… Chyba nie takie rzeczy chcieli usłyszeć… Po krótkich rozmowach przeszedłem prawie całą bazę, Musiałem iść na jej drugą stronę. W końcu zobaczyłem swój namiot. Teraz mogłem powiedzieć, że wróciłem cały i zdrowy. Podszedłem do namiotu Wojtka i Szymona i powiedziałem: „Wróciłem! Jestem cały i zdrowy!”. Bardzo byli ciekawi wrażeń i odczuć z trasy. Agnieszka też wyszła na zewnątrz, żeby posłuchać jak wygląda droga powyżej tutejszej bazy. Do Camp III przyszedłem po godzinie 23.20, dlatego zbyt długo nie rozmawiałem.

 
 
Docieram na wysokość 5959 m n.p.m.; droga powrotna z Denali Pass i granie ubezpieczone linami poniżej Camp IV oraz szczeliny lodowcowe na trasie

Na zewnątrz przygotowałem sobie jeszcze dobry, i co najważniejsze, ciepły obiad, uprzednio przetapiając śnieg na wodę. W namiocie Wojtka i Szymona pokazywałem filmy na kamerze, pokazujące widoki z dużych wysokości i trudności występujące na trasie. Wszystkich zadziwiła otchłań na wysokości 4750 m n.p.m., ponieważ nigdy wcześniej w relacjach nie było nigdzie o niej mowy. Filmy przypomniały każdemu, że lodowiec jest ciągle „żywym” tworem. Na 450 m n.p.m. musiał pęknąć na dwie części podczas trzęsienia ziemi w 2016 roku i stąd powstała cała trudność. Po pokazie zdjęć poszedłem spać, ponieważ czułem duże zmęczenie. Bardzo zależało mi na dobrym śnie, żeby mieć siły na jutrzejszy powrót. Ekipa chciała wracać do Base Camp, dlatego powiedziałem, że jestem bardzo zadowolony z miejsca, do którego doszedłem, bo w bazie czwartej nie zobaczyłem ani jednej osoby z namiotem. Po drugie radości dawała mi pokonana trasa, bo na Icy Slope wystąpiły trudności, o których wcześniej nie przeczytałem w żadnych relacjach. Dla każdego były one czymś nowym. Pomimo niespodziewanych „atrakcji”, a w szczególności długości drogi, czułem, że zrobiłem naprawdę wszystko co mogłem, a nawet więcej, dlatego mogłem powiedzieć, że jestem w pełni zadowolony pomimo, że tak mało zabrakło do szczytu. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że samotne przejście śnieżną i ostrą, jak brzytwa granią w nocy, przy co najmniej -40˚C, nie należałoby do bezpiecznych, dlatego zgodnie z tym, jak umówiłem się z moją ekipą – nie będę ryzykować w pojedynkę przejść, które uznam za trudniejsze lub niebezpieczne. Dodatkową radość dawała mi myśl, że wróciłem praktycznie na sam koniec dnia, gdzie mróz nie odpuszczał. Mogłem cały czas korzystać z naturalnego światła. Mając głowę pełną wrażeń, musiałem pomału zasypiać, żeby wypocząć przez noc. Na następny dzień postanowiliśmy, że będziemy wracać do którejś z niżej położonych baz – w zależności od sił. Zakładaliśmy, że uda nam się zejść o dwie bazy niżej, czyli do Base Camp I. Na dużo niższej wysokości moglibyśmy przeczekać spodziewaną burzę śnieżną. Wiedzieliśmy, że będzie wiał bardzo silny wiatr, dlatego zależało nam na obniżeniu wysokości tyle, ile będziemy mogli, ponieważ 90mil/godzinę w okolicach Base Camp IV działało na naszą psychikę. Pomóc mogły jedynie solidne mury z cegieł śnieżnych. Pojedyncza warstwa nie wiele pomoże przy takim huraganie, dlatego mamy do wyboru dwie opcje.

DWIE MOŻLIWOŚCI WZMOCNIENIA MURÓW – PODSYPANIE ŚNIEGIEM I WYKORZYSTANIE SŁOŃCA
Mogliśmy wzmocnić mury, choć będzie to wymagało dodatkowego nakładu pracy. Najlepiej, gdy mamy pojedynczy mur i jest słoneczny dzień. Wtedy pozwalamy, żeby słońce topiło zewnętrzną warstwę śniegu. Wówczas cegły wiąże ze sobą spływająca woda zamarzająca w szczelinach pomiędzy nimi i przez to powstaje wielka bryła, którą trudno ruszyć z miejsca. Nie oczekujmy wielkich „roztopów”, ponieważ w cieniu nadal będzie panować dość duży mróz rzędu -15˚C. Wieczorem można podsypać śniegiem mur przynajmniej do połowy jego wysokości, dzięki czemu wiatr nie będzie dął bezpośrednio w mur i nie przewróci nam słabo ułożonych cegieł (szczególnie mamy na względzie najwyższy rząd). Nie warto obsypywać w całości umocnienia śniegiem, bo jak łatwo można zobaczyć, przy burzy śnieżnej luźny śnieg będzie zawiewany na nas. To rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę. Kiedy nie wiemy, z której strony nadejdzie huragan, to niezależnie od kierunku wiatrów, obsypanie murów pozwala zapewnić wytrzymałość konstrukcji. Z tego względu zalecamy zbudowanie muru w kształcie litery „C” z wąskim wejściem – najlepiej na szerokość sań, a wtedy będziemy zabezpieczeni przed huraganem praktycznie z każdej strony. A gdzie zrobić wejście? Trzeba wziąć pod uwagę w jakim miesiącu jesteśmy na Denali, ponieważ ruch powietrza na Ziemi ma swoje prawa, które są ściśle powiązane z porami roku. Przynajmniej od połowy wiosny i przez całe lato najczęściej silne wiatry nadchodzą z dwóch kierunków – z zachodu i z południowego zachodu. Trzeba nastawić się ewentualnie na podmuchy z południowego wschodu (tych jest znacznie mniej). Pozostaje więc strona północna, która przez okres trwania całej wyprawy nie powinna być w ogóle „oblegana” przez huragany. Korzystałem z tej właściwości i wejście do mojej bazy robiłem zawsze po stronie północnej, lub północno-zachodniej, bo nawet, gdyby wiało z zachodu, to zawiewany śnieg przelatywał pod ukosem przed wejściem.

W takim wypadku warto zrobić tak, żeby lewa strona muru (patrząc ze środka naszej bazy, będąc twarzą zwróconym ku wyjściu z niej) była lekko wysunięta do przodu względem muru kończącego wejście do naszej bazy po prawej stronie. Taka konstrukcja uchroni nas przed zaspami śniegu. Wtedy mamy pewność, że nie zostaniemy przysypani. Jedynie teren przed wejściem zostanie zawiany, ale to nie problem, bo przecież tak samo będzie dookoła murów. Mając tę całą wiedzę, widzieliśmy, jak inne ekipy radziły sobie z przygotowaniami do zapowiadanej trzydniowej burzy. W tym problem, że tylko dwie grupy zaniosły depozyt na wysokość 5210 m n.p.m. a wiele innych szło w ramach aklimatyzacji do przełęczy na wysokości 4907 m n.p.m., więc większość musiała liczyć się z faktem, że spędzą jeszcze tutaj wiele dni... Komercyjna ekipa przed nami starannie przygotowywała mury. Rozkopali dość duży teren i wycinali cegły śnieżne, stawiając wysoki mur na wysokość wszystkich ich namiotów, poza tipi, które służyło im jako kuchnia z zadaszeniem. Mieli bardzo ciekawie rozwiązany cały system, ponieważ w tipi powycinali nawet ławki, miejsce na nagi, czy też stolik na kuchenki. Mieli naprawdę dużo miejsca i mogli gotować w praktycznie bezwietrznych warunkach niezależnie od pogody na zewnątrz. Co mi się nie podobało w ich murach? Pomimo dużego przedsięwzięcia (a postawili naprawdę wiele murów), na moje oko sprawiały wrażenie „lichych”, ponieważ, kiedy wychodziłem, wystarczyło dotknąć bez użycia większej siły dowolnych cegieł z najwyższego rzędu i one spadały, bo nie utworzyły one zbitej bryły. Brakowało słońca, więc śnieg nie miał kiedy stopić się na zewnętrznej warstwie, uzupełniając tym samym szczeliny pomiędzy cegłami zmarzliną. W każdym bądź razie mury nie wyglądały solidnie i czasem myślałem, czy nie powinni dostawić w takim wypadku drugiej warstwy tworzącej podwójny mur (to druga z możliwych metod na wzmocnienie budowli). Podsypując go śniegiem do połowy, byłby nie do ruszenia. Jako, że ekipa miała mnóstwo czasu (a przebywali w Base Camp III od czterech dni), to mogła dalej rozbudowywać swoją „fortecę”.

My nie „inwestowaliśmy” naszego czasu na budowę murów obronnych, ponieważ wiedzieliśmy, że przed burzami opuścimy to miejsce. W moim umyśle cały czas żyła myśl, że dzisiejszy dzień był tym ostatnim z dobrą pogodą i nawet, jak nie nadejdzie burza do południa, to i tak będziemy szli we mgle. Spodziewaliśmy się pogorszenia warunków po południu. Czas przed jej nadejściem obowiązkowo chcieliśmy wykorzystać na dość sprawne zejście do Base Camp I. Nie wyobrażałem sobie, żeby udało nam się zajść od razu do Base Camp, czyli tam, gdzie lądują samoloty na lodowcu. Odległość była zbyt duża i raczej miałem obawy przed niespodziewaną „walką” z saniami, które miały zjeżdżać przed nami w sposób mało kontrolowany na stromych stokach. Wiedzieliśmy, że na takich odcinkach będziemy mieli dość spore problemy, dlatego nie nastawiałem się na jakiś „rajd” powrotny z Denali. Chcieliśmy raczej zejść tyle, na ile wszyscy mamy siły. Zapytałem Agnieszkę, jak z jej samopoczuciem. Wtedy odpowiedziała, że jest lepiej i przechodzą objawy choroby. Ucieszyłem się, bo teraz wszyscy byliśmy gotowi do opuszczenia tego miejsca. Poszliśmy więc spać po pięknym i dość słonecznym dniu…


Umocnienia z cegieł śnieżnych przed spodziewaną burzą

DZIEŃ 10.


Największa z widocznych szczelin podczas całej wyprawy na Denali - 4300 m n.p.m. Ma ponad 30m głębokości i dwa piętra

Każdy z nas wstał dużo szybciej w porównaniu do wcześniejszych dni. Przez dwie ostatnie doby moja ekipa nigdzie nie wyruszała w góry, więc wszyscy byli wypoczęci. Jedynie, albo i aż, musieli walczyć z objawami choroby wysokogórskiej. Ja wstałem trochę później niż reszta, ponieważ po całodniowym ataku szczytowym z Base Camp III czułem duże zmęczenie. Obudziłem się o godzinie 9.16, ale nikt z nas jeszcze nie wyszedł na zewnątrz, ponieważ oczekiwaliśmy godziny 9.28, kiedy to słońce wychodzi zza skalistej grani i pierwsze promienie docierają do bazy. Wtedy też z namiotu odpadają zamarznięte kawałki śniegu, czy odmarza para wodna, którą wydychaliśmy przez całą noc. Dzisiaj nie mogliśmy cieszyć się pełnym słońcem, ponieważ pod szczytem Denali i grani okalającej Base Camp III, powyżej wysokości 5200 m n.p.m. powstała wielka „czapka” z chmury. Miała kształt równego dysku, gdzie na jego obrzeżach występowały drobne chmurki ułożone w równoległych rzędach. Wiedziałem, że to altocumulus lenticularis, więc huraganowe wiatry zostały zapowiedziane po raz drugi. Dla mnie ta chmura wyglądała złowieszczo, bo wiedziałem co ona oznacza, stąd zależało nam na szybkim opuszczeniu bazy i zejściu jak najniżej. Najważniejsze, żeby przejść Windy Corner, ponieważ tam podczas burzy wiatry z pewnością jeszcze bardziej dają o sobie znać. Słońce bardzo słabo przebijało się przez chmurę w kształcie dysku, dlatego zamarznięta para wodna na namiocie tylko nieznacznie odpuszczała. W tym czasie przetapialiśmy śnieg oraz gotowaliśmy obiady i napełnialiśmy termosy przygotowanymi napojami. Inne ekipy pomału wstawały w przedziale godzinowym 9.30-10.30 i zaczęły przygotowywać się do wyjścia na 5210 m n.p.m. a inne do powrotów. Grupa zajmująca miejsca około 30m od naszej bazy za nami szybko składała namioty, a jeden z ich członków zapytał nas, czy chcemy jedzenie, bo mają go za dużo, a wracają już do domu. My też wracaliśmy. Liofilizatów mieliśmy naprawdę mnóstwo, więc Agnieszka odpowiedziała, że nie potrzebujemy, ale dziękujemy, bo sami mamy duże zapasy. W trakcie wszelkich przygotowań do opuszczenia bazy obserwowałem ekipę przed nami, która wybudowała wysokie mury dookoła wszystkich swoich namiotów. Dzisiaj wzięli się za rozkopywanie dalszych terenów i umacnianie budowli. Jednak nadal pozostali przy jednej warstwie i ciągle odpadały cegły przynajmniej na ostatnich trzech rzędach od góry... Silny wiatr z łatwością przewróci tę część konstrukcji.

Nasze rzeczy zebraliśmy do godziny 11.30. Nawet składanie namiotów przebiegało bardzo sprawnie. W składaniu namiotów miałem bardzo dużą wprawę, ponieważ opracowałem swoją technikę pakowania go, żeby za każdym razem zmieścił się w małym pokrowcu. O 11.30 widzieliśmy, że pogoda na razie nie ulega zmianom. Ciągle panowały stabilne warunki. Jedynie wielki dysk chmury altocumulus lenticularis raz się powiększał, a raz pomniejszał. Na szczęście mieliśmy na razie spokój. Base Camp III opuściliśmy po godzinie 11.30. Początkowo wiedzieliśmy, że pójdziemy ścieżką w płaskim terenie, więc tymczasowo wpięliśmy sanie do tylnych szpejarek w uprzęży. Znaną mi techniką, ciągnąłem je za sobą, mając ręce odchylone do tyłu. Wiedzieliśmy przecież, że po przejściu najbardziej spektakularnej szczeliny rozpoczniemy zejście nr 4, które w drodze do tego miejsca dłużyło nam się w nieskończoność, a Agnieszka mówiła, że nie ma sił na dalszą wędrówkę. Kiedy wyszliśmy z terenu Base Camp III popatrzeliśmy jeszcze za siebie, żeby podziwiać po raz ostatni piękne góry otaczające to miejsce oraz całą bazę, na tyle, na ile była widoczna z poziomu naszych platform namiotowych. Widzieliśmy też, że tylko nieliczne dwu- lub czteroosobowe grupy wyszły na zbocze Icy Slope, by spróbować dojść do bazy czwartej, położonej na wysokości 5210 m n.p.m. Ciągle myślałem, że swoją przygodę zakończą co najwyżej na poziomie przełęczy 4907 m n.p.m., ponieważ warunki pogodowe nie pozwolą na więcej. Idąc dalej, ostatecznie pożegnaliśmy to miejsce i teraz przechodziliśmy w prawie płaskim, ale szerokim terenie aż dotarliśmy do znanego nam kwadratu o wymiarach około 30m x 30m, gdzie po przekątnej przecinała go wydeptana ścieżka. W połowie widniała znana nam spektakularna szczelina lodowcowa. Słońce w tym czasie wyszło zza wielkiego dysku, a być może przez to, że my zmieniliśmy swoje położenie. Promienie „zaglądały” do samego dna rozpadliny. Wyglądało niesamowicie, ponieważ gdy przeszliśmy na jej drugą stronę, powiedziałem, że muszę zrobić zdjęcia, bo jej wysokie ściany śnieżne, tworzące układ dwóch pięter przybierały intensywną barwę błękitu. Teraz wyglądały, jak morze na Krecie w Grecji tyle, że pod powierzchnią śniegu. Wrażenie jest tak niesamowite, że każdy z nas stanął w bezpiecznej odległości za szczeliną i spoglądaliśmy do środka, żeby zobaczyć samo dno. Wysokość śnieżno-lodowych ścian wręcz przerażała…

Na samym końcu rozpadliny, za dwoma mostami śnieżnymi, gdzie szczelina zwęża się, widzieliśmy wydeptane ścieżki tworzące trójkąt z wbitą trzymetrową, pomarańczową tyczką oznaczającą miejsce, gdzie można wyrzucać fekalia. Na szczęście wybrano takie miejsce, gdzie nic nie widać, i dlatego mogliśmy w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Zrobiłem wiele zdjęć, a w szczególności przybliżeń na błękitne ściany, które najbardziej zachwycały. Czasami myślałem, żeby założyć stanowisko asekuracyjne i zjechać do jej wnętrza na linie. Oczywiście tylko o tym myślałem, bo nikt z nas nie chciał tego robić. Nie mieliśmy po prostu na to czasu, wiedząc, jakie warunki pogodowe mają nadejść. Po serii zdjęć wyruszyliśmy dalej, na drugą stronę naszego kwadratu. Odtąd weszliśmy na kopułę szczytową czwartego stromego zbocza śnieżnego. Stanęliśmy na chwilę, żeby przygotować sanie do prowadzenia ich przed sobą. Jeszcze w bazie zawiązaliśmy po jednej taśmie wspinaczkowej z przodu i z tyłu. Miały ułatwić nam kierowanie nimi, w razie wypadnięcia z głównej ścieżki. Na przedniej taśmie zawiązałem nawet uchwyt w połowie taśmy, dzięki czemu, na bardziej stromych zejściach miałbym większą kontrolę nad saniami. Tylna taśma służyła raczej do utrzymywania właściwego kierunku i na niej również zawiązałem pętelkę, służącą jako uchwyt. Najpierw jednak przygotowałem Agnieszce cały taki zestaw. Taśmy miały po 3,5m długości, więc mieliśmy na czym wiązać uchwyty. Agnieszce za pierwszym razem przygotowałem idealnie długie taśmy z uchwytami dopasowanymi dla niej. U mnie wyszło to znacznie gorzej, bo o ile przednia taśma spełniała swoje założenia, to tylną poprawiałem wiele razy, bo albo brakowało 10cm, albo o 5cm była za długa… Podczas prowadzenia sani uchwyt przesunięty nawet o 5cm w jedną, albo drugą stronę miał wielkie znaczenie, ponieważ jedna ręka przejmowała znacznie większe obciążenie i przez to szybko się męczyła. Stąd ponawiałem tyle prób, żeby w końcu dobrać odpowiednią odległość. Sztuka ta udała mi się dopiero poniżej Windy Corner…

 
 
 
Camp III i największa szczelina na trasie, odległa o 5min wędrówki w dół od bazy

PROWADZENIE SAŃ PODCZAS SCHODZENIA
Na co warto jeszcze zwrócić uwagę podczas prowadzenia sań ze stromizn? Na pewno na krótką linkę z repsznura, którą mamy z przodu i z tyłu sani, służącą jako punkt do przypięcia sań do liny asekuracyjnej. Ta dłuższa z przodu służy do ich prowadzenia. Kiedy będziemy chcieli wpiąć taśmę, to najważniejsze, żeby sztywno uwiązać ją na samym środku linki prowadzącej, bo nawet nieznaczne odchylenie na którąś ze stron spowoduje, że sanie będą wypadać ze ścieżki i co chwilę będziesz musiał je naprowadzać. Jeśli znowu węzeł jest po przeciwnej stronie ciebie, patrząc od środka linki prowadzącej, to sanie będą bardzo wywrotowe. Oczywiście będą również wypadać z trasy, ale każda próba ich naprowadzenia, będzie je podnosić na każdej nierówności i będą się wywracać wzdłuż długiego boku. Z tego względu wykorzystałem węzełki na lince prowadzącej, rozmieszczone co około 10-15cm. Jeden z nich był przygotowany idealnie na środku, dlatego taśmę zawiązałem tak, żeby jedna z jej części przebiegałą po lewej stronie tego węzełka, a druga po prawej. Zapewniłem sobie w ten sposób stabilność mocowania taśmy. Krótkie linki, które mamy z przodu i z tyłu sani mają takie same węzełki i w zależności od obciążenia warto na nie zwrócić uwagę. Jeśli idziemy w technice „depozytowej”, to rzecz jasna mamy mniej do ciągnięcia, przez co nie warto wiązać taśm do głównej linki prowadzącej. Mając mniej rzeczy, warto przywiązać ją do krótkiej linki z przodu, przez co będziemy mieli o wiele lepszą kontrolę. Nasze sanie były mocno obładowane, dlatego musieliśmy prowadzić je z wykorzystaniem głównej linki. Tylną taśmę zawiązaliśmy do krótkiej linki asekuracyjnej, przez co o wiele łatwiej nam było utrzymywać je na właściwym torze. Tutaj należy zwrócić szczególną uwagę, ponieważ, kiedy taśmę zwiążemy nie na środku, to częste wywrotki, nawet podwójne, będą gwarantowane…

W większych grupach, szczególnie 4-8 osobowych widziałem, że ekipy podchodząc do wyższych baz wiązały sanie na sztywno z obu stron do liny asekuracyjnej pomiędzy ludźmi, dzięki czemu nie wpadały one pod nogi, ale za to ciągnęły główną linę. Nie widziałem natomiast żadnych wracających grup przez cały ten czas, bo wiele schodziło albo przed nami, albo po nas. Początek mieliśmy dobry. Za kopułą szczytową stromizny nr 4 schodziliśmy, mając ekwipunek wysunięty przed sobą. Bardzo pięknie sunął przed nami, przez co rękoma utrzymywaliśmy jedynie kierunek i prędkość zjazdu, żeby czasem nie pojechał za szybko. Kiedy za jakieś 10min zaczęliśmy bardziej strome zejście powstały pierwsze problemy, które ciągnęły się nieprzerwanie aż do Base Camp II. Właśnie z tego względu cały dzień był dla nas równie wyczerpujący, jak ten, gdy podchodziliśmy z Base Camp II do Base Camp III. Byliśmy na to przygotowani, ponieważ skoro podchodziliśmy do Base Camp III i sanie wypadały co chwilę ze ścieżki, to dlaczego teraz miało by być inaczej?... Po pierwszych dziesięciu minutach schodzenia pierwszy raz moje sanie wywróciły się tak, że zrobiły jeden pełny obrót wzdłuż długiego, lewego boku. Jako, że wszystkie rzeczy miałem powiązane linkami i bardzo mocno je naciągnąłem, to wszystko trzymało idealnie. Wybrałem ze środka tylko grubsze bryły śniegu i poszliśmy dalej. Za chwilę sanie Agnieszki koziołkowały. Miała słabiej związane rzeczy, ale jako, że woziła wszystko w dufflu, to nic jej nie wypadło. Szymonowi za chwilę też wywróciły się sanie. Oni nie mieli taśm, bo w trakcie przygotować tylko ja i Agnieszka stwierdziliśmy, że je weźmiemy. Szymon i Wojtek prowadzili ekwipunek przy pomocy linki prowadzącej i teraz widzieli, że przydałoby się jakieś jej przedłużenie, żeby iść za nim, ponieważ teraz musieli cały czas iść poza ścieżką, tylko po to, żeby sanie mogły sunąć po ścieżce. Zużywali więcej sił, bo teraz musieli jakby na nowo przecierać szlak. O tyle dobrze, że mieliśmy „z górki”. Nierównomierne ustawienie uchwytów na taśmach powodowało, że najczęściej sanie wywracały się mi. Przeszedłem niewielki odcinek, a te ponownie zrobiły pełny obrót i ugrzęzły w głębokim śniegu. Wydostawanie 30kg ekwipunku z zasp powodowało, że traciłem dużo sił.

Kiedy wychodziliśmy ze strefy głębszego śniegu, rozpoczęliśmy schodzenie zboczem, gdzie ścieżka prowadziła pod ukosem. Szlak opadał w kierunku południowym – w stronę lodowca. Odtąd każdy z nas walczył o utrzymanie sań na ścieżce, ale z marnym rezultatem… Na odcinku tylko 100m moje sanie koziołkowały aż trzy razy! Wypadały ze ścieżki, ciągnąc jednocześnie w stronę lodowca. Z powodu ich wagi, my sami musieliśmy bardzo mocno się z nimi „naszaprać”. Samo ich przywrócenie na ścieżkę nie wiele dawało, ponieważ po przejściu kilku kroków, ponownie wypadały z trasy. W tym właśnie miejscu największe znaczenie ma sposób przywiązania taśm do linek. Kiedy tylna taśma miałaby węzeł założony bliżej nas, patrząc od środka tylnej linki asekuracyjnej, to sanie wywracałyby się co kilka kroków. Nasze zaliczały „dachowanie” głównie z powodu stromizny. Teraz walczyłem o ich ciągłe utrzymanie. Najbardziej męczyły się ręce i miałem wrażenie, że schodzimy dłużej niż wchodzimy… Ale co mieliśmy zrobić?... Innego wyjścia nie mieliśmy. Szliśmy dalej. Przy kolejnej wywrotce, gdzie sanie zrobiły pełny obrót, wypadł mi aparat i puszka CMC oraz śmieci. Przy tylu wypadkach, linki trzymające rzeczy w końcu poluzowały się w jakimś stopniu. Mając czekan w ręce, założyłem stanowisko asekuracyjne i wpiąłem do niego najpierw siebie, a później ekwipunek, po czym poszedłem po rzeczy, które leżały jakieś 2-3m poza saniami. Wszystko ułożyłem na nowo, choć jeszcze nie naciągnąłem linek utrzymujących sprzęty, bo wiedziałem, że i tak co chwilę będę musiał to robić. Szymon i Wojtek również walczyli ze swoimi saniami. Nie mieliśmy już głębokich śniegów, dlatego oni przeszli na prawą stronę wydeptanej trasy i szli bokiem, ciągnąc je za główną linkę. Ich ekwipunek zjeżdżał bokiem i ciągle dużo poniżej poziomu ścieżki, więc ich walka była chyba jeszcze bardziej uciążliwa... Wystarczyło, że trafili na jakąś małą nierówność terenu i wszystko koziołkowało w powietrzu… Każdy z nas szybko tracił siły w tym nierównym pojedynku… Marzyliśmy o dotarciu do płaskiego terenu, gdzie w jednym miejscu założono mnóstwo depozytów. Widzieliśmy ten punkt z daleka i dlatego szliśmy jak najszybciej, żeby coś zjeść i trochę odpocząć.

Najbardziej musiały odpocząć ręce, bo nogi wytrzymywały ten wysiłek bez problemu. Jeszcze… Zanim dotarliśmy do znanych nam depozytów moje sanie przekoziołkowały jeszcze cztery razy. Przez całą pozostałą drogę utrzymywałem je przy pomocy dwóch taśm, łapiąc za obie jednocześnie, idąc bokiem do ścieżki. Czułem, że tylny uchwyt jest źle wyregulowany, bo brakowało jakieś 5cm, żeby lewa ręka nie była tak mocno obciążona. Postanowiłem, że poprawię węzeł na „depozytach”, czyli na naszym upragnionym płaskim miejscu. Stamtąd pozostało jeszcze jakieś 35min drogi do przełęczy, na której odpoczywaliśmy, schodząc z trasy, skąd widać całe zejście przez niżej położony lodowiec do ostrej grani, gdzie wiał silny wiatr (Windy Corner). Wiedzieliśmy, że za tym 35min zejściem dopiero zobaczymy niżej położony lodowiec ze stromym zejściem nr 3, który zaprowadzi nas do Windy Cornera. Nasza droga była więc bardzo długa i uciążliwa… Na „depozytach” odpoczęliśmy przez chwilę oraz zjedliśmy kilka garści mieszanek orzechowych i napiliśmy się z naszych termosów. Teraz rozpoczęliśmy jeszcze gorszy odcinek. Z równie dużą częstotliwością każdy z nas walczył o utrzymanie sani jadących bokiem… Za „depozytami” początkowo ścieżka opadała nieznacznie, ale jej nachylenie w stronę lodowca powodowało, że już od pierwszego kroku musieliśmy ciągnąć je poniżej nas, wzdłuż długiego boku. Ja i Agnieszka, mając taśmy, musieliśmy iść bokiem do ścieżki, trzymając za oba uchwyty. Zarówno jeden, jak i drugi sposób był dla nas bardzo męczący… Przez kolejne dziesięć minut moje sanie koziołkowały aż sześć razy. Wściekałem się przy tym, bo ileż można wytrzymać… Za chwilę ciągnięte rzeczy przeszły na „wyższy poziom”, bo teraz „dachowały” podwójnie! Przy takiej wywrotce linki znacznie szybciej się luzowały… Co chwilę więc musiałem wychodzić po puszkę CMC i po śmieci. Od tamtego czasu aparat przymocowałem stabilnie przywiązując go do linki trzymającej wszystkie inne rzeczy. Kiedy doszliśmy do końca ścieżki prowadzącej w linii prostej, trasa przebiegała przez zbocze zakręcające w prawą stronę. Po przeciwnej stronie – jakieś 5-6m od nas widzieliśmy dość duży krater będący szczeliną lodowcową. Agnieszka przeprowadziła sprawnie swoje sanie poza zakręt, Szymon i Wojtek też. Ja szedłem jako ostatni. Niestety moje sanie wyjątkowo utrudniały mi przeprawę, dlatego na tym zakręcie „dachowały” po raz kolejny dwa razy. Wypadły z nich oczywiście puszka CMC i nawet aparat. Śmieci też poleciały...

CHWILA GROZY
W trakcie wywrotki sanie szarpnęły mną bardzo mocno i przewróciłem się wraz z nimi. Zacząłem zjeżdżać do tego krateru… Wszyscy poczuli strach, ponieważ pomimo powiązania liną asekuracyjną zakręt powodował, że zjeżdżałem po łuku, a nie bezpośrednio w dół. W takim wypadku nawet naprężona lina nie gwarantowała, że nie wpadnę do środka. Gdyby to wszystko działo się na prostym odcinku drogi, to lina zdałaby egzamin, a tutaj sunąłem łukiem po zboczu bokiem, mając cięgle naprężoną linę. Aparat i puszka CMC zatrzymały się na szorstkim śniegu, jakieś 2m przed kraterem. Sanie zaś, wpadły do niego w całości… Zawisły w powietrzu pionowo na lince prowadzącej wpiętej bezpośrednio do mojej uprzęży. Śmieci niestety zjechały w całości na skraj szczeliny i wiatr sam im dopomógł, żeby wpadły do środka. Pusta butelka plastikowa poleciała gdzieś daleko poza krater, w dół lodowca, a inną jako pierwszą, pochłonął krater. Na szczęście miałem czekan w ręce, co pozwoliło mi gwałtownie zahamować i zatrzymać lot na dwa metry przed krawędzią „bramy” do otchłani. Nawet stąd słyszałem bardzo ciężki oddech Agnieszki. Wojtek tylko zaklął bardzo głośno, ale stanął nieruchomo, żeby utrzymać naprężenie liny. Próba podejścia do mnie pogorszyłaby sprawę, ponieważ zjeżdżałbym jeszcze niżej... Co prawda lina nie zapewniła mi wyhamowania przed kraterem, ale w razie wpadnięcia do niego, zawisnąłbym na niej, a trzy osoby, czyli Wojtek, Szymon i Agnieszka mogli utrzymać mój ciężar. Najwidoczniej byli na to przygotowani, bo kiedy zjeżdżałem w stronę krateru, wszyscy od razu przykucnęli jak najbliżej twardego śniegu, żeby złapać dobry punkt podparcia. Po ustaniu mojego zjazdu szybko wbiłem mój długi czekan na całą jego długość do twardej lodoszreni i śniegu, po czym wpiąłem najpierw siebie do niego. Spojrzałem za siebie i teraz musiałem wydostać wiszące pionowo sanie z krateru.

Najpierw poszukałem dobrego punktu podparcia dla siebie. Wbiłem głęboko raki do twardego śniegu i zacząłem podciągać wiszący ekwipunek obiema rękami. Najtrudniejszy był moment, kiedy przeciągałem go przez krawędź, ponieważ tutaj musiałem użyć znacznie większej siły – podobnie, jak w drodze do Base Camp III, gdzie przeciągaliśmy sanie przez 20-30cm skarpy śnieżne. Tutaj powstawał ten sam efekt, ale ze znacznie większą siłą. Dopiero po wciągnięciu ich ponad krawędź przepaści, wpiąłem je do czekana i na chwilę odpocząłem. Wiszący ciężar w szczelinie działał tak samo, jak ładunek przewieszony przez krążek na dźwigu tyle, że tutaj mamy dodatkowo duży opór wytartego śniegu na skraju przepaści. Taki ładunek działa na linę z dwukrotnie większą siłą, niż gdyby ten sam ciężar zawiesić na swobodnie wiszącej linie. Cały efekt robi przewieszenie ładunku przez krawędź. Dlatego musiałem użyć siły, jak gdybym wciągał w linii prostej do góry ciężar o wadze 60kg. Ekipa nie mogła nic zrobić, bo musiała utrzymywać, w razie czego, stałe napięcie liny asekuracyjnej. Uznałem w tym momencie, że poradziłem siebie z całą sytuacją i teraz musiałem pozbierać porozrzucane rzeczy i wrócić na ścieżkę. Po tym wypadku aparat przywiązałem znacznie mocniej i puszkę przywiązałem do linek tak, żeby i ona nie wypadała za każdym razem. Ważne, żeby podczas schodzenia najcięższe rzeczy ułożyć z przodu, bo wtedy nie wypychały tych lżejszych. Najlepiej z nas wszystkich radziła sobie Agnieszka, bo jej sanie najmniej się wywracały. Miała bardzo dobrze przygotowane taśmy. Ja po raz kolejny próbowałem wyregulować uchwyty, przesuwając je o kilka centymetrów dalej. Kiedy wszystko ponownie ułożyłem, najpierw wpiąłem ekwipunek do uprzęży, a później poprawiłem mocowanie raków do twardego śniegu. Usunąłem stanowisko asekuracyjne i zacząłem podchodzić do ścieżki pozostałe trzy lub cztery metry. Kiedy wyrównałem do trasy, nie mogłem nawet na chwilę odpocząć, ponieważ nadal czułem cały ciężar sań ciągnących z powrotem do krateru. Na ścieżce ponownie usiadłem, żeby rękoma podciągnąć je do mojego poziomu wysokości. Dopiero wtedy wstałem i poszliśmy dalej.

POWRÓT NA TRASĘ I KONTYNUACJA WĘDRÓWKI
Teraz i ja mogłem przejść cały zakręt i znaleźć się po tej stronie, co reszta ekipy. Odtąd trasa prowadziła bardziej stromym zejściem w stronę przełęczy. Byliśmy w komplecie, więc rozpoczęliśmy dalsze schodzenie. Poniżej krateru dalej wszyscy walczyliśmy z koziołkującymi saniami, ponieważ ścieżka nadal prowadziła ukośnie nachylonym zboczem. Do połowy zejścia do przełęczy każdy z nas przynajmniej dwa razy musiał zbierać rzeczy i próbować wrócić na właściwą trasę, ponieważ niezmiennie sanie ciągnęły nas na lewo – w stronę lodowca. Gorzej mieliśmy w miejscu, gdy zobaczyliśmy przełęcz. To jest to samo miejsce, gdzie w drodze do Base Camp III dołączyliśmy do odpoczywającej trójki. Poza nachylonym szlakiem w stronę lodowca dodatkową trudnością była dość gruba warstwa świeżego śniegu. Jako, że przechodziły tędy inne ekipy, to w wielu miejscach przy ścieżce mijaliśmy głębsze ślady po butach. W takich miejscach niewiele wystarczyło, żeby sanie „dachowały”… Cały fragment wspominam jako jeden z najgorszych. Agnieszka przebrnęła ukośne zbocze w miarę sprawnie, ale też zbierała kilka razy swoje rzeczy. Pozostała trójka z naszej ekipy niestety nie miała tak dobrze. Moje sanie tyle razy koziołkowały, że nawet nie mogłem już tego zliczyć… Co chwilę stawałem, żeby wyciągać je z głębokich dziur powstałych po przejściu innych ludzi. Czułem sfrustrowanie… bo ileż można…? Po ciągłym „dachowaniu” linki trzymające rzeczy w końcu popuściły. Postawiłem sobie za cel, żeby chociaż dojść do przełęczy. Nie mogłem nawet tam dotrzeć, bo zbyt często wszystko gubiłem. Musiałem stanąć na dłużej na stromiźnie i wszystko powiązać na nowo. Wówczas ułożyłem dokładnie moje rzeczy i jeszcze raz przeciągałem linkę przez każde oczko w saniach, po czym naciągałem ją za każdym punktem mocowania.

Teraz wszystko trzymało nie do ruszenia. Mniejsze sprzęty takie, jak puszka CMC, czy też aparat przywiązałem jeszcze raz, bo w razie koziołkowania, nie mogły mi wypaść poza sanie. Agnieszka musiała trochę poczekać na nas. Ona zresztą też stanęła z powodu innych ekip podchodzących do Base Camp III. Co ciekawe, nadal mieliśmy słoneczną pogodę. Najbardziej ciekawiły nas chmury, ponieważ czym niżej schodziliśmy, tym bardziej one obniżały swój poziom. Dla nas na korzyść, bo ciągle mieliśmy piękne widoki i przede wszystkim słońce, dające ciepło. Mając wszystko solidnie związane, ruszyłem dalej, w stronę przełęczy. Po drodze zaliczyłem jeszcze około trzy, cztery „dachowania”, ale teraz nie musiałem już zbierać rzeczy, tylko ustawiałem ekwipunek na właściwej ścieżce i pomału dochodziłem do przełęczy. Nieustanna walka z saniami męczyła tak bardzo, że każdy z nas usiadł, żeby odpocząć fizycznie i psychicznie od tego zejścia. Liczyliśmy, że od miejsca odpoczynku będzie trochę lżej i nadrobimy zaległości… Tylko częściowo mogliśmy coś nadrobić, ponieważ schodziliśmy stromizną nr 3. Ścieżka prowadzi ze stromego zbocza na dość płaski lodowiec, który zakańcza słynny Windy Corner. Na bardziej pochyłym odcinku moje sanie koziołkowały „tylko” trzy razy, po tym, jak za każdym razem wpadały do głębszego śladu w śniegu. Na szczęście droga prowadziła stokiem o niewielkim nachyleniu, co ułatwiało kierowanie ekwipunkiem przede mną. W mniej pochyłym terenie mogliśmy nieco przyspieszyć, chociaż czuliśmy duże zmęczenie. Stwierdziliśmy, że zejście jest równie wyczerpujące, co wejście na górę. Od samego początku nastawiliśmy się na morderczy wysiłek, po tym, jak „walczyliśmy” w drodze z niżej położonej bazy do Base Camp III. Kiedy zeszliśmy na bardziej płaską część lodowca, poszliśmy w miarę szybko. Wiatr wywiał śnieg w wielu miejscach, a to co pozostało, utworzyło lodoszreń. Mogliśmy więc iść szybko. Na końcu lodowca nawet zobaczyliśmy błękitne pola, ponieważ na przewianych częściach trasy patrzeliśmy na goły lodowiec. Jeśli ktoś wcześniej nie wiedział, dlaczego ten zakręt nazwano Windy Cornerem, to teraz mógł zobaczyć, jak wiatr tworzy bezśnieżne pola…

W okolicy ciekawił nas fakt, że chmury ciągle obniżały swój poziom, pozwalając ciągle cieszyć się wspaniałymi widokami. Pomimo nieustannej walki z saniami stawałem w wielu miejscach i robiłem zdjęcia, ponieważ w drodze do Base Camp III mieliśmy praktycznie mgły i przez dwa dni przebijaliśmy grubą warstwę chmur. Chciałem pokazać przebieg całej trasy w słońcu, żeby wszystko lepiej było widoczne i najwyraźniej ta sztuka mogła się dzisiaj udać. Dookoła nas podziwialiśmy wysokie góry i lodowo-śnieżne granie, które ograniczały nas z obu stron. Nawet gdyby nikt tędy nie przeszedł, intuicyjnie mogliśmy wybrać właściwą drogę zejścia ze względu na ukształtowanie terenu. Za Windy Cornerem zobaczyliśmy stromiznę nr 2 – to ta, na której zdzieraliśmy skórę na biodrach od zbyt ciężkich sań. Nie mieliśmy lekko i wiedzieliśmy, że teraz będzie równie ciężko, albo jeszcze gorzej. Każdy z nas marzył o jak najszybszym przejściu tego fragmentu. Co gorsza, chyba wszystkie utrudnienia skumulowały się w jednym czasie. Na całej długości zejścia nr 2 wystąpiły takie trudności jak: nachylona pod ukosem w prawo, szeroka, wydeptana ścieżka, co oznaczało, że sanie będą wypadać poza trasę; świeży i głęboki śnieg z bardzo głębokimi śladami poza główną drogą przejścia, co oznaczało, że gdy sanie wypadną poza trasę, to wywrotka będzie nieunikniona; strome zejście, co oznaczało dla nas siłowanie się z saniami na każdym kroku, żeby utrzymać je na właściwym torze, oraz 20-30cm skarpa śnieżna ciągnąca się wzdłuż ścieżki po prawej stronie, co oznaczało morderczy wysiłek, gdy sanie wypadną poza ścieżkę, ponieważ żeby je wciągnąć na tak, wydającą się niską skarpę, trzeba użyć bardzo dużej siły. Gdy zobaczyliśmy wszystkie utrudnienia w jednym miejscu, od razu pomyśleliśmy: lekko nie będzie… Za Windy Cornerem rozpoczęliśmy zejście. Agnieszka poszła jako pierwsza, Szymon jako drugi, Wojtek jako trzeci i ja na końcu. Nie liczyłem na to, że będzie łatwo, dlatego od razu wolałem zostawić sobie miejsce na ciągłe wywrotki i zbieranie rzeczy. W połowie stromizny musieliśmy dodatkowo przejść przez śnieżny garb. Rozpoczęliśmy zejście. Wystarczyło kilkanaście kroków, by po raz pierwszy koziołkowały sanie. Ciągle ściągały nas do prawej strony, dlatego używaliśmy dużej siły, żeby utrzymać na trasie ok. 30kg ekwipunek.

Kiedy zbocze stało się bardziej strome, moje sanie od razu wyjeżdżały poza trasę i wpadały w głębokie ślady. Przy każdej okazji (czytaj: nierówności) sanie wywracały się i musiałem je z powrotem obracać na właściwą stronę… Agnieszka też nie miała lekko, bo jej sanie również wiele razy koziołkowały. Szymon i Wojtek schodzili bokiem, trzymając za linkę prowadzącą i za linę asekuracyjną. Pozwalało im to utrzymywać ekwipunek na ścieżce. Pomimo tego ciągnął ich w prawą stronę, na grząski śnieg. Ja schodziłem bokiem, żeby obiema taśmami móc regulować trasę przejazdu sań. Czasami udawało mi się przejść większy odcinek. Za jakieś 5min główna ścieżka nieznacznie zakręcała w lewo i ciągle prowadziła pod skalistą granią. To ciągłe odbijanie drogi w lewo stworzyło kolejny problem, ponieważ ekwipunek wypadał z trasy i odtąd rozpocząłem najgorszą walkę z saniami. Kiedy te spadły z niskiej skarpy śnieżnej, nawet nie mieliśmy już sił, żeby walczyć z nimi i wciągać je na właściwą ścieżkę, bo wiedzieliśmy, że za chwilę znów wypadną i utracimy w ten sposób niewielkie, pozostałe siły… Stromizna po prawej prowadziła śnieżnym zboczem, które kończyła skalista przepaść. Od głównej ścieżki do przepaści mieliśmy około 30m na całej długości, więc według nas to dość duży dystans. Sanie wielokrotnie wyjeżdżały poza ścieżkę i wpadały w ślady (trzeba pamiętać, że inne ekipy wydeptały je na szerokości przynajmniej 10m od trasy, na całej szerokości). Wystarczył sam przejazd przez skarpę, by spowodować wywrotkę. Kiedy je poprawiałem po raz kolejny, te za dwa kroki wywróciły się ponownie. Moja frustracja narastała i byłem już bardzo wyczerpany tą nierówną walką i nie ukrywam – byłem bardzo zdenerwowany, bo ileż można…? Postanowiłem więc, że nie będę nawet próbował dorównywać do ścieżki, ale raczej pójdę równolegle do niej w głębokim śniegu, żeby nie tracić sił na powracanie na podejście ze skarpą przebiegające wzdłuż głównej drogi. Skarpa działała trochę jak ciężar zawieszony na linie przez krążek – żeby wciągnąć ekwipunek przez skarpę musieliśmy użyć blisko dwukrotnej siły w porównaniu do normalnego wyciągania ich z głębokich śladów. Właśnie dlatego ja i Szymon zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki utartą ścieżką. Idąc przez grząski śnieg nie mieliśmy wcale lżej, ponieważ od teraz nasze sanie co chwilę „dachowały” podwójnie…

Każda próba zbliżenia się do głównej trasy powodowała, że uderzały one długim bokiem o nierówności głębokich śladów w połączeniu ze stromizną i dość dużą siłą rozpędu musiały w końcu koziołkować... Podwójny obrót teraz należał do „codzienności”. Mieliśmy nawet na swoim koncie potrójne wywrotki. Przy tylu obrotach w powietrzu linki mocujące popuściły i musiałem koniecznie stanąć, żeby je przewiązać jeszcze raz. Naciągnąłem je z powrotem najmocniej, jak tylko mogłem, żebym po drodze nie zgubił jakichś sprzętów. Wiązanie ekwipunku zajęło mi około 10min, ale warto było, ponieważ odtąd rzeczy nie przemieszczały się na saniach pomimo ciągłych wywrotek. Niestety zauważyłem też, że z każdym krokiem odchodzę coraz dalej od wyznaczonej trasy, dlatego postanowiłem stopniowo i na wydłużonym odcinku minimalnie dorównywać do niej. Wystarczył tylko delikatny zakręt w lewo, żeby sanie podwójnie koziołkowały... Nawet nie mogłem zakręcić o kilkanaście centymetrów, bo od razu czekała mnie wywrotka. Czułem wielką frustrację… Kto by pomyślał, że człowiek jadący na urlop będzie się denerwować… Urlop przecież miał służyć odpoczynkowi i relaksowaniu myśli… No cóż – innym razem… Jak to ktoś w pracy u mnie powiedział: „urlop masz cięższy niż robotę pod względem fizycznym”. Co mogłem powiedzieć?... „nic dodać, nic ująć”… Ciągle próbowałem dorównywać do szerokiej ścieżki, żeby przynajmniej iść około 5m poza nią. Widząc, że nic nie mogę zrobić, a sanie co chwilę podwójnie koziołkowały, postanowiłem, że spróbuję podejść do ścieżki bezpośrednio –prostopadle do niej. Również ten pomysł szybko musiałem porzucić, ponieważ praktycznie co dwa metry sanie „dachowały” po dwa, trzy razy… Jako, że nie mogłem dorównać w żaden sposób do ścieżki, chwyciłem za taśmy i nerwowo ciągnąłem je w śniegu na siłę. Nie zważałem w jakiej pozycji były. Sunęły po śniegu do góry nogami, a czasem tą właściwą stroną. Tylko tak mogłem wyrównać do głównej trasy. Zużyłem mnóstwo sił, ale wytarłem porządne koryto w śniegu…

 
 
 
 
Zejście z Windy Corner i Squirrel Hill. Wyczerpujące zejście. Sanie wywracają się po kilkadziesiąt razy z powodu ukośnego nachylenia ścieżki

W końcu wróciłem na drogę, dzięki czemu przez dłuższy odcinek mogłem schodzić znacznie szybciej. Niestety moja radość trwała bardzo krótko… Za kilkadziesiąt kroków, ekwipunek ponownie wypadł poza skarpę. Starałem się iść jak najbliżej ścieżki. Każdy z nas walczył z podobnymi problemami, dlatego nie tylko ja opadałem z sił. Nikt z nas nie mógł powiedzieć, że miał lżej, ponieważ każdy z nas prowadził przed sobą ciężkie i pełne sanie różnych sprzętów i jedzenia. Agnieszka miała odrobinę lżej, bo miała idealnie wyregulowane taśmy, więc mogła równomiernie rozłożyć obciążenie. Mimo wszystko, na nierównościach sanie wywracały się jak każdemu. W wielu miejscach musiała schodzić bokiem, żeby utrzymać je na ścieżce. Kiedy szliśmy w dół, równolegle do nachylonej pod ukosem ścieżki, dodatkowych problemów przysporzyły nam komercyjne ekipy, które wchodząc stromizną zajmowały szerokość całej wydeptanej drogi i przez to wypadaliśmy z ekwipunkiem poza nią. Nieustanna walka w głębokich śladach w świeżym śniegu niestety ciągle męczyła… Jeszcze przed garbem śnieżnym moje sanie wywróciły się i przekoziołkowały dwukrotnie, przez co wiązanie puszki CMC i aparatu w końcu puściło… Aparat staczał się w stronę skalistej przepaści, ale tu nie mogłem nic zrobić, ponieważ ciężar sprzętów powodował, że musiałem stanąć, wbić czekan do głębokiego śniegu, wpiąć je do niego, i dopiero mogłem wypiąć ekwipunek i poczuć chwilową wolność od ciężaru. To trwało o wiele za długo, ponieważ sanie zawsze ciągnęły w dół z dużą siłą. Zanim zrobiłem wymienione czynności, aparat zdążył zjechać kilkanaście metrów niżej. Czułem wielką frustrację i jednocześnie bezradność, że nic nie mogłem zrobić, ani przyspieszyć. Mogłem tylko patrzeć, co wypadało z sań i dokąd doleci… Głębokie ślady w śniegu uratowały puszkę oraz aparat, bo w pewnym momencie zatrzymały się w jednej z większych dziur. Kiedy cały ekwipunek wpiąłem do czekana, poszedłem po leżące rzeczy i ponownie przywiązałem je do linki mocującej cały sprzęt. Po wszystkim ponownie sanie wpiąłem do uprzęży. Schodziliśmy dalej. Wróciliśmy na właściwą ścieżkę i dzięki temu mogliśmy pokonać trochę większy odcinek. Przejście przez garb powodowało, że ekwipunek rozpędził się i ponownie wypadł poza trasę. Dodatkowo mijaliśmy kolejne komercyjne grupy. Za garbem mieliśmy już nieco lżej, bo chociaż nadal walczyliśmy z nierównościami w terenie, to podwójne wywrotki ustały i odtąd mieliśmy coraz mniej pojedynczych. Stromizna malała w miarę dalszego schodzenia. Za około 15min dochodziliśmy do pierwszej przełęczy, gdzie w drodze do Base Camp III spotkał nas pierwszy silny wiatr przed skalistymi graniami.

Poziom chmur nadal się obniżał i ciągle mieliśmy piękną, słoneczną pogodę. Najbardziej cieszyły mnie widoki, ponieważ teraz mogłem zobaczyć skalisto-śnieżną grań oraz błękitne seraki wiszące wysoko ponad nami. W drodze na szczyt niestety nie mogliśmy ich zobaczyć. Z przełęczy zobaczyliśmy nawet lodowiec Peters przez cienką warstwę chmur. Poniżej nas nieustannie powstawały chmury kłębiaste, ale z każdą godziną ubywało ich i co najważniejsze nadal obniżały swój poziom. To dobrze, bo mogliśmy zobaczyć przebieg całej trasy w prawie idealnej pogodzie. Najefektowniej wyglądała grań śnieżna na wprost, opadająca ostrymi jak brzytwa stromiznami poza naszą trasę. Właściwa ścieżka zakręcała pod kątem prostym w lewo, gdzie mieliśmy przejść ostatnią stromiznę, która w drodze do Base Camp III kosztowała nas wiele sił ze względu na duże nachylenie i poprowadzenie ścieżki w linii prostej, niezależnie od stopnia pochyłości stoku… Mieliśmy nadzieję, że od przełęczy, będzie lżej, ponieważ nikt nie pamiętał ukośnej ścieżki wzdłuż zbocza na tym odcinku, więc teoretycznie za pomocą taśm lub linek powinniśmy prowadzić sanie przed sobą i tylko nadawać im właściwy kierunek. Jako, że przeszły tędy liczne, komercyjne wyprawy, to liczyliśmy na przetartą i wyraźną ścieżkę, gdzie w świeżym śniegu musiał powstać mocno ubity tor ułatwiający prowadzenie sań. Zanim wyruszyliśmy w dalszy etap powrotny, przez chwilę siedzieliśmy na przełęczy, żeby odpocząć i przede wszystkim podziwiać niecodzienne widoki. Teraz mogliśmy patrzeć na potężną grań West Buttress, gdzie wysoko ponad nami i w oddali zalegała bardzo gruba warstwa lodu. Kończyło ją pionowe urwisko nad skalistą przepaścią, co wyglądało bardzo efektownie. Obowiązkowo musiałem zrobić serię zdjęć, żeby później móc pokazać to miejsce. Każdy z nas czuł wyczerpanie organizmu spowodowane wielogodzinną walką o utrzymanie sań na trasie. Ciągłe szarpanie się z 30kg ciężarem potrafiło nas porządnie wymęczyć…

Po krótkim posiłku w postaci mieszanki orzechów, czekolady i ciepłego napoju zaczęliśmy zejście ostatnią stromizną. Z każdym krokiem widzieliśmy, że lodoszreń powoli zamienia się w warstwy świeżego śniegu, przez co zejście stawało się o wiele łatwiejsze. Tutaj już nikt nie musiał zbierać swoich rzeczy, ani przywracać sań na właściwy szlak. Nikomu też one nie koziołkowały. Odtąd widzieliśmy wyraźny i głęboki na około 30cm kanał, w którym sanie zjeżdżały perfekcyjnie. Wystarczyło wysunąć je przed siebie i tylko przednią taśmą lub linką hamować ich pęd. Cieszyliśmy się, że największa stromizna dzisiejszego dnia ułatwiła nam sprawę. Za jakieś 3min idealnej wędrówki musieliśmy przystanąć, ponieważ przechodziła tędy ośmioosobowa komercyjna wyprawa powiązana linami, co oznaczało, że musieliśmy zejść z wytyczonej rynny w śniegu i usiąść na saniach poza nią. Czekanie dłużyło się bardzo, ponieważ zanim każdy z członków tamtej ekipy przeszedł fragment trasy równoległej do nas, to upłynęło trochę czasu. Usiadłem na saniach, Agnieszka stała w śniegu, Szymon też stanął nieco poniżej, a Wojtek usiadł podobnie, jak ja. Wtedy za moimi plecami piąta osoba w komercyjnym zespole nagle wpadła do szczeliny. Powstało poruszenie. Dużo starszy pan ode mnie, walczył, żeby wyjść stamtąd. Miał tylko kijki w rękach, dlatego nie za bardzo mógł sobie pomóc. Próbował wbijać je w śnieg, ale w takiej chwili idealny byłby czekan. Szybko zszedłem z sań i podbiegłem w jego stronę, żeby mu pomóc. Inni utrzymywali naciąg liny asekuracyjnej, żeby nie wpadł głębiej. Jeden z członków komercyjnej grupy również podszedł do niego. W dużej mierze ten pan sam sobie poradził i wyszedł na trasę, zanim ktokolwiek zdążył udzielić mu pomocy. Całe szczęście, że zanim usiadłem na saniach, to przy pomocy czekana założyłem stanowisko asekuracyjne i wpiąłem siebie i ekwipunek do niego, a potem uwolniłem się od ciężaru. Dopiero wtedy odkryłem, że na miejsce odpoczynku wybrałem mały fragment pola śnieżnego w odległości około 30-50cm od szczeliny, a nawet nieświadomie przechodziłem przez nią... Kiedy facet wyszedł na ścieżkę, otrząsnął śnieg i reszta ekipy mogła iść dalej. Minęło jakieś 10min zanim wszyscy przeszli obok nas.

Jako, że pogoda sprzyjała wędrówkom, poniżej widzieliśmy dwie kolejne komercyjne ekipy. W obu grupach wszyscy mieli na nogach buty La Sportiva, wszyscy związani byli podręcznikowo w tym samym stylu, i nawet używali tych samych duffli, czy taśm. Komercyjne grupy różniły się od tych zorganizowanych na własną rękę, że „podręcznikowy” styl rzucał się w oczy na każdym kroku. Dla nas obecność podobnych ekip oznaczał długie przestoje. Najbardziej jednak ogarniała nas radość, ponieważ nie walczyliśmy już z saniami. Nawet na zakrętach same zakręcały w wydeptanym i wyślizganym torze tak, jak chcieliśmy. Schodząc niżej, podziwialiśmy ogromne seraki po lewej oraz granie po obu stronach, które jednocześnie wymuszały aktualną drogę przejścia. Zdążyliśmy przejść może kolejne 5min drogi i musieliśmy ponownie stanąć, żeby przepuścić trzy kolejne komercyjne grupy korzystające z wyślizganego toru. Z racji zwiększonego ruchu na trasie usiedliśmy na saniach poza ścieżką jeszcze raz. Oczekiwanie znacznie się wydłużyło, ponieważ ekipy liczyły od czterech do ośmiu osób. W trakcie przymusowego odpoczynku wyciągnąłem mieszankę orzechów i zapijałem je ciepłym napojem z termosu. Wojtek, Szymon i Agnieszka też poszli w moje ślady. Po przejściu wszystkich grup nasza ścieżka najpierw prowadziła bliżej lewej grani, a później skręcała nieznacznie w prawo, prowadząc w środku szerokiej rynny. Za zakrętem przeszliśmy przez wąską szczelinę, którą ktoś oznaczył skrzyżowanymi chorągiewkami. Na całej trasie stromizny widzieliśmy Base Camp II i miejsce, gdzie wkopywaliśmy depozyty. Rozpoznawałem stąd nawet głęboki dół z murem z cegieł śnieżnych, który otaczał mój namiot. Za zakrętem pozostała nam do przejścia tylko prosta droga aż do samej bazy. Schodziliśmy nią ciągłym i równym tempem, dzięki czemu do Base Camp II pozostało tylko 30m. Wtedy Agnieszka wypatrzyła podwójną szczelinę z kraterem po prawej stronie. Przechodziliśmy tędy w drodze na szczyt, ale teraz miała wrażenie, że obie równoległe do siebie szczeliny, połączone lichym mostkiem śnieżnym, poszerzyły się.

 
 
Powrót do Camp II

Zapytała nawet: „jak my to przejdziemy?”. Wtedy odpowiedziałem: „musimy wypiąć sanie. Najpierw będziemy przeskakiwać bez niczego, a potem będę po kolei przerzucał linki prowadzące nad szczelinami i musicie je przeciągać na drugą stronę. Tak będzie najbezpieczniej”. Agnieszka przeskoczyła jako pierwsza. Przerzuciłem przednią taśmę nad rozpadlinami. Przeciągnęła sanie przez wrota do błękitnych otchłani i mostek. To samo powtórzyli Szymon i Wojtek. Jako, że mi nie miał kto przerzucić taśmy, więc mój ekwipunek przeprowadziliśmy jako pierwszy, a ja skakałem na samym końcu. W końcu wszyscy znaleźliśmy się po tej samej stronie obu szczelin. Teraz wystarczyło dojść do bazy. Dotarliśmy do niej o godzinie 16.05, a jeszcze wiele drogi mieliśmy przed sobą. Agnieszka zapytała, czy tutaj się rozbijamy, bo czuliśmy ogromne zmęczenie i wyczerpanie, ale każdy z nas stwierdził, że pójdziemy dalej, ponieważ pogoda na to pozwala i lepiej być niżej. Po krótkim odpoczynku powiedziałem, że lepiej nam będzie schodzić do Base Camp I, bo odtąd droga powinna być znacznie łatwiejsza. Wspominaliśmy, jak szliśmy na szczyt i rozmawialiśmy o stromiźnie, którą właśnie zeszliśmy i czy zostawić sanie w Base Camp II, a może w Base Camp III, czy może jednak pójść z nimi jeszcze wyżej... Widząc, że w okolicy zalega mnóstwo śniegu, a liczne komercyjne ekipy wyślizgały saniami bardzo dobry tor, stwierdziliśmy, że lepiej będzie nam schodzić tam, gdzie panuje pogodowy spokój. Co prawda mieliśmy w tutejszej bazie gotowe, bardzo głębokie doły na namioty wraz z murem z cegieł śnieżnych – wystarczyło tylko je odśnieżyć i moglibyśmy już bezpiecznie spać. Agnieszka powiedziała, że ma jeszcze siły, więc i my postanowiliśmy iść dalej. Zaproponowała nawet, żeby od razu pójść do Base Camp tam, gdzie lądują awionetki na lodowcu, ale przerwałem jej myśl, ponieważ wszystko zależało od tego, o której godzinie zajdziemy do Base Camp I. Równie ważne było nasze samopoczucie – w końcu do góry szliśmy dwa dni, więc niezależnie od kierunku marszu, musieliśmy zużyć znacznie więcej sił.

Długość trasy między bazami zniechęcała do jednorazowego, całodziennego wysiłku. Patrząc na głęboki dół, w którym miałem kilka dni temu rozbity namiot, widziałem ile przybyło śniegu przez kilka dni. Wcale mnie to nie dziwiło, ponieważ na Denali ciągle zalegały chmury, a tutaj z każdej chmury padał śnieg… Dobrze, że przynajmniej nie wiało, bo szybko powstałyby zaspy, przez które droga powrotna na pewno umęczyłaby nas za dwóch… Słoneczna pogoda ciągle dopisywała, dlatego bardzo cieszyliśmy się z tego, co mamy. Widzieliśmy też, że poniżej bazy widać górną granicę chmur. Spodziewaliśmy się odtąd schodzenia we mgle. Mając takie same myśli [a mieliśmy dość chmur i wędrówce podczas opadów śniegu], każdy z nas chciał opuścić bazę i za jednym ciągiem spróbować przebić grubą warstwę chmur, by jak najszybciej wędrować poniżej ich poziomu. Tak naprawdę mieliśmy dość ciągłych opadów śniegu, które pomiędzy bazą pierwszą a drugą ani na chwilę nie ustawały. W Base Camp III podszedłem do chorągiewki, która oznaczała depozyt i zacząłem jego wykopywanie. Musiałem przerzucić około 70cm warstwę śniegu zanim dokopałem się do naszych rzeczy. Wydobyłem rakiety śnieżne, kartusze z gazem i obiady, które wystarczało na dwa dni, gdyby coś poszło nie tak. Założyliśmy, że w trakcie wyprawy mogło zabraknąć nam jedzenia i depozyt ten miał być ostatnią deską ratunku, pozwalającą na powrót do lądowiska, gdzie awaryjnie moglibyśmy opuścić lodowiec. Po odbiorze depozytu pozostał głęboki dół, który zawiał śnieg w krótkim czasie podczas kolejnych dni. Widząc, jaka jest piękna pogoda, jeszcze przez chwilę odpoczywaliśmy na miejscu, jedząc suchy prowiant, po czym poszliśmy dalej. Zrobiłem kilka zdjęć. Utrwaliłem widok na pierwszą stromiznę widoczną z bazy i na szczelinę, przez którą przeskakiwaliśmy. Patrząc w stronę stromego stoku, po lewej stronie widzieliśmy ogromne, błękitne seraki; po prawej zaś, gładkie pole śnieżne o stopniowo zwiększającym się nachyleniu. Niektórzy chętni narciarze, chodzili tam wieczorami, by zaliczać długi zjazd. Z drugiej strony omawiany teren wyglądał na lawiniasty, o czym była mowa nawet na szkoleniu ze strażnikami. Najgorzej miały ekipy rozbijające swoje namioty w najwyżej położonych miejscach bazy pod wspomnianym polem śnieżnym, ponieważ wystawiały się na ewentualną lawinę. Mój namiot w drodze na szczyt miałem również rozbity w najwyższym miejscu Base Camp II, ale w pobliżu dwóch szczelin, gdzie lawiny nie schodziły – tak przynajmniej mówiono na szkoleniu.

Wszystkie rzeczy, które wykopaliśmy ze śniegu przywiązaliśmy na saniach bardzo starannie, żebyśmy nie musieli zbierać ich po drodze. Zauważyliśmy, że chmury ciągle obniżają swój poziom i nawet stają się coraz rzadsze. W wielu miejscach prześwitywały, przez co mogliśmy zobaczyć przebieg dalszej trasy. Po 16.30 opuściliśmy Base Camp II. Ścieżka prowadziła przez nieznacznie opadający lodowiec na bardzo długim odcinku. Nie czuliśmy przez to zmęczenia, ponieważ sanie zjeżdżały same i nie musieliśmy używać dużej siły do ich hamowania. Za pomocą taśm lub linek nadawaliśmy im tylko kierunek. Lodowiec w kilku miejscach nawet był płaski tak, że czasami musieliśmy wychodzić przed sanie i ciągnąć je za sobą. Na szczęście nie musieliśmy z nimi „walczyć”, jak podczas zejścia do Windy Cornera. Szliśmy tak około godzinę, aż w końcu zobaczyliśmy mnóstwo komercyjnych ekip. Naliczyłem co najmniej 17 osób, a za nimi podchodziły kolejne grupy w rakietach śnieżnych i na nartach. Czekał nas długi postój… Ponownie usiedliśmy na ekwipunku w grubej warstwie świeżego śniegu i czekaliśmy aż wszystkie grupy przejdą obok nas. Nie mogliśmy schodzić obok kanału wydrążonego przez sanie, ponieważ świeży śnieg powodował, że sprzęt zakopywał się w puchu. Nie mogliśmy nic z tym zrobić, dlatego cierpliwie czekaliśmy aż wszyscy przejdą. Na czekaniu upłynęło nam aż pół godziny. Na szczęście słońce ciągle świeciło, więc mieliśmy ciepło. Kiedy wszystkie grupy już przeszły, wstaliśmy i poszliśmy dalej. Na większości odcinków sanie sunęły gładko przed nami. Nie musieliśmy używać wiele sił, by je prowadzić. Zanim doszliśmy do miejsca, gdzie zakopaliśmy depozyt, minęliśmy jeszcze jedną, amerykańską grupę. Jako, że szedłem pierwszy w tym miejscu, jeden z ich członków zapytał mnie, czy wracam ze szczytu?, i jakie są warunki?

Odpowiedziałem tak: „niestety nikt, kto jest w obozie trzecim nie wszedł jeszcze na szczyt. Widziałem tylko dwie grupy, które dotarły do obozu czwartego [zwanego High Campem]. Może więcej ludzi tam doszło, ale na miejscu są tylko dwa depozyty i nic więcej. Obóz czwarty praktycznie nie istnieje. Widziałem tam tylko jeden mur z cegieł śnieżnych. Droga na szczyt również nie jest przetarta. Moim zdaniem nikt tam nie był, bo nie widać w ogóle żadnych śladów ani nawet bambusowych tyczek. Ja szedłem do wysokości 5800 m n.p.m. i przecierałem całą trasę. Zawiało tam mnóstwo śniegu. Wychodziłem od razu z bazy trzeciej w stronę szczytu, bo moja ekipa się rozchorowała, więc szedłem ile mogłem”. Na tych słowach zakończyłem naszą rozmowę.

Idąc nieco dalej, dotarliśmy do miejsca, gdzie spaliśmy pomiędzy Base Camp I i Base Camp II. Agnieszka przegapiła to miejsce i pędziła dalej. Wtedy głośniej powiedziałem: „nasz depozyt!”. Agnieszka na to odpowiedziała: „dobrze, że czuwasz. Nie poznałam tego miejsca”. Przysypane mury i platformy namiotowe wydawały mi się znajome, Widziałem też, że w międzyczasie dwie inne ekipy, jakieś 15m od nas, zakopały swoje rzeczy. Dojście do pozostawionych rzeczy nie było łatwe i umęczyło mnie bardzo mocno, ponieważ po całodziennej szarpaninie z saniami chyba każdy z nas odczuwał wielki głód i wyczerpanie. Mimo wszystko nikt z nas nie chciał odpoczywać w tych okolicach, ponieważ widzieliśmy ile ekip idzie jeszcze do góry i na dodatek wszystkie rzeczy do gotowania mamy w dufflach, które bardzo dobrze powiązaliśmy linkami mocującymi. Zauważyłem, że z dwóch platform namiotowych pozostało niewiele – tyle napadało śniegu. Ledwo rozpoznałem nasze miejsce i ubikację za przysypanym murem. Tyczka z opisem depozytu stała na swoim miejscu. Wiele brakowało, żeby ją przysypało, dlatego bez problemu dotarłem do naszego składu. Zejście z głównej ścieżki było dla mnie bardzo męczące, ponieważ warstwa świeżego śniegu miała około 70-80cm. Wędrówka odbywała się przez głębokie zaspy, niejednokrotnie sięgające mi powyżej pasa. Stawiałem krótkie, ale bardzo wysokie kroki, torując zwały śniegu. Wydeptywałem zupełnie nową ścieżkę, ponieważ tamta już dawno nie istniała. Kilka minut zajęło mi przejście odcinka o długości około 60m. To jeszcze nie koniec atrakcji, bo depozyt oznaczyłem tyczką, ale nie zapamiętałem po której stronie chorągiewki wkopywałem rzeczy. Pamiętałem jedynie, że wkopałem je bardzo głęboko – na około 1m. Rozpocząłem kopanie. Musiałem przerzucić wiele warstw śniegu, zanim dotarłem do depozytu – tym bardziej, że podczas kilku dni dopadało bardzo dużo puchu na tej wysokości. Zbędny śnieg wyrzucałem poza mur i zasypaną ubikację. Wykopałem dół na około 1m głębokości i wszedłem do niego, ale nadal nic nie znalazłem. Tyczkę pozostawiłem nadal w tym samym miejscu, żeby mieć punkt odniesienia. Wtedy zacząłem poszerzać granice wielkiej dziury w lewą stronę.

Agnieszka widziała, że długo szukam naszych rzeczy, więc zapytała, czy coś widzę. Powiedziałem tylko tyle, że zaraz je znajdę. Przekopując kolejne zwały śniegu dotarłem aż za tyczkę. Pojawił się w końcu worek ze śmieciami, więc wiedziałem że w pobliżu jest reszta sprzętów. Zanim dotarłem do nich, musiałem jeszcze przez 10min przerzucać duże ilości puchu. W końcu zobaczyłem trzylitrowy bukłak termiczny Agnieszki, który wyglądał jak sztywna bryła lodu. Zostawialiśmy go tutaj w drodze na szczyt, ponieważ zamarzł więc nie był jej potrzebny. Za chwilę odkopałem śmieci oraz nasze zamarznięte tatrzańskie buty trekkingowe. Zabrałem wszystko ze sobą i ponownie przedzierałem się przez zaspy w stronę głównej ścieżki. Agnieszka wyszła w moją stronę, żeby odebrać rzeczy. Przyznałem, że samo dojście do depozytu jest bardzo męczące, z powodu nowych warstw świeżego śniegu. Warunki nie zachęcały do dalszej wędrówki. Było źle. W międzyczasie obok Wojtka i Szymona przechodziły dwie czteroosobowe ekipy idące w kierunku szczytu. Wszystkie odebrane sprzęty ułożyliśmy na saniach i ponownie przewiązywaliśmy linki mocujące, żeby ekwipunek trzymał się stabilnie. Jeszcze przez chwilę podziwialiśmy tutejsze widoki, ponieważ po prawej stronie widzieliśmy długą grań śnieżną, zakończoną bardzo wysoką górą. Wzdłuż grani powstał długi, ale bardzo niski i okrągły, zmieniający kształty wał chmur wyglądający. Był bardzo dynamiczny, przez co widok zachwycał! Zobaczyliśmy nawet, że chmury zalegające nad lodowcami całkowicie się rozpadały i wszędzie niebo przybrało bardzo wyraźną barwę błękitu. Taki widok bardzo cieszył nasze oczy. Nawet w oddali, poniżej naszego poziomu widzieliśmy, że pogoda jest coraz lepsza. Myśleliśmy nawet o zapowiadanych burzach - gdzie one są? Z drugiej strony wiedzieliśmy, że nie ominą ekip wchodzących na szczyt, ponieważ mogły się tylko opóźniać. Idąc do góry, nie widzieliśmy nic i nie mogliśmy zobaczyć ani jednego szczegółu. Nie spodziewaliśmy się, że tutaj jest tak pięknie i że dookoła są tak ogromne przestrzenie. We mgle wszystko wyglądało zupełnie inaczej…

Patrząc przed siebie, widzieliśmy dalszy odcinek łagodnie opadającego lodowca i ścieżki go przecinającej. Poszliśmy więc dalej do przodu, naszym tempem. Półgodzinny odcinek, którym teraz szliśmy był prawie płaski. Sanie prowadziliśmy raz przed nami, a raz ciągnęliśmy je za sobą. Wydeptana ścieżka delikatnie raz skręcała w lewo, a raz długim łukiem w prawo. Nieznacznie zmienialiśmy kierunek, ale ogólnie szliśmy w dół lodowca. Kiedy szliśmy tak ponad 50min, ścieżka zaczęła zakręcać bardzo długim łukiem w lewo, wzdłuż śnieżnej grani z licznymi serakami. W oddali, za nią zobaczyliśmy wielki krater w śniegu, a przed nim trzy namioty i dwie wydeptane ścieżki prowadzące do nich. Pomyśleliśmy: kto rozbija namioty pod tak wielką szczeliną? A może to jakaś ekipa badawcza? Wszędzie dookoła wisiały potężne, błękitne seraki. Schodziliśmy coraz niżej, aż dotarliśmy do dużego, płaskiego terenu, który mogliśmy nazwać polem piłkarskim. Wiedzieliśmy, że za nim rozpoczniemy ostatnią stromiznę prowadzącą bezpośrednio do Base Camp I. Na równinie każdy z nas robił zdjęcia otaczającego terenu, ponieważ góry wyglądały stąd bardzo efektownie i przy tak czystym niebie panoramy były wręcz bajeczne! Kiedy zeszliśmy poniżej poziomu wielkiego krateru z namiotami, otwarł się przed nami rozległy widok na lodowiec Kahiltna. Poniżej nas jeszcze zalegały chmury, ale i tam pomału zanikały, pozwalając zobaczyć znacznie więcej. Przeszliśmy wielkie równiny za wielkim kraterem z trzema namiotami, zakręcając jednocześnie bardzo długim łukiem w lewo. Przed nami otwarł się widok na ostatni etap zejścia. Czekało nas bardziej strome zbocze, ale już stąd wiedzieliśmy, że sanie nie będą nam sprawiać żadnych problemów. Pomimo dużych ilości śniegu sanie prowadziły się idealnie, a to dlatego, że przez cały dzień przechodziły tędy komercyjne (a więc liczne) ekipy w stronę szczytu Denali. Od momentu wykopania depozytu nie mijaliśmy już nikogo po drodze. Zaczęliśmy schodzić ostatnią stromizną. Raczej odczuwaliśmy ją jako rozciągniętą w terenie i dlatego nie musieliśmy używać więcej sił na utrzymanie sań na właściwym torze. Wysunęliśmy je tylko do przodu, przed nas i jedną linką lub taśmą nadawaliśmy im kierunek. Nie ciągnęły mocno w dół, więc cieszyliśmy się, że ostatni odcinek przebiega równie łatwo.

 
 
 
 
Ski Hill - przepiękna, widokowa trasa pomiędzy Camp II a Camp I

W międzyczasie podziwialiśmy przepiękne widoki na rozległy lodowiec Kahiltna. Każdy z nas przyznał: jak tu jest pięknie! Rzeczywiście góry po lewej i po prawej stronie wyglądały jak w Himalajach, a łączył je potężny lodowiec, wypełniając każdą wolną przestrzeń pomiędzy nimi. Jeszcze dość duża ilość chmur pokrywała wierzchołki gór, ale mimo wszystko panorama niezwykle zachwycała! W miarę schodzenia widzieliśmy, że ubywa chmur. Stawały się coraz mniejsze i dzięki temu promienie słoneczne zaczęły oświetlać wszystkie góry po lewej oraz około dwie trzecie lodowca. Linia światła i cienia przebiegała wzdłuż niego. Do Base Camp I promienie docierały przez szczeliny w chmurach, przez co ten obóz był „pocięty” światłem na kilka kawałków. Patrząc po okolicy, zauważyliśmy, że wszystko jest oświetlone, a tylko do bazy pierwszej nie docierały promienie… Chcieliśmy mieć jeszcze słońce w Base Camp I, żebyśmy mogli jeszcze odpocząć po całodziennym przejściu. Czuliśmy ogromne zmęczenie po walce z saniami na odcinku Base Camp III – Base Camp II. Dodatkowo doskwierało nam silne uczucie głodu. Nikt nie chciał stawać na zboczu, którym schodziliśmy, bo widzieliśmy przed sobą bazę. Chcieliśmy dojść tam jak najszybciej. Postanowiliśmy, że idziemy do końca i dopiero po rozłożeniu namiotów ugotujemy obiad, a nawet dwa… W trakcie dalszego schodzenia rozpoczęliśmy typowo polską rozmowę, gdzie marzyliśmy o kotlecie schabowym, czy też o największym, niezdrowym, amerykańskim hamburgerze… Wtedy przypomniał mi się najbardziej niezdrowy hamburger z Ameryki o nazwie „poczwórny by-pass”. Sama nazwa już wiele mówiła… Według właściciela restauracji hamburger zapewniał 9000 kcal i właśnie o czymś takim teraz myśleliśmy. Podejrzewam, że nawet nie zaszkodziłby nam w żaden sposób, ponieważ i tak codziennie szliśmy na „deficycie” kalorii. W końcu nie jedliśmy więcej niż podczas normalnego dnia w domu, a wysiłek mieliśmy naprawdę ciężki. Pomimo stromizny szliśmy szybko. Od czasu, do czasu droga nieznacznie zakręcała, a sanie zjeżdżały same. Od połowy zejścia, patrząc w dół, w wielu miejscach przechodziliśmy przez utwardzony śnieg, więc tym bardziej było nam łatwiej. Nie musieliśmy prowadzić już sań utartym korytem, ale raczej mogliśmy iść w linii prostej. Tam, gdzie ponownie zalegały świeże warstwy, wracaliśmy na wydeptaną ścieżkę i prowadziliśmy ekwipunek w szerokim przetartym torze. Do bazy pozostało nam nie wiele. Nie poznawaliśmy jej, ponieważ w drodze na szczyt widzieliśmy dziesiątki namiotów, a teraz stało ich zaledwie kilka... Wyglądała na bardzo opustoszałą. Dlaczego tak było, dowiedzieliśmy się dopiero za dwa dni…

Nasza stromizna stawała się coraz mniejsza i pomału dorównywaliśmy do poziomu bazy. Szliśmy mocno przedeptaną ścieżką, ciągnąc sanie za sobą. Wtedy Agnieszka nagle wpadła do ukrytej szczeliny jedną nogą do wysokości pasa. Słyszeliśmy tylko pisk i Agnieszka zaczęła się z niej sama wydostawać. Kiedy wyszła z dziury i stanęła po jej drugiej stronie powiedziała, że noga wisiała jej w powietrzu. Przez moment czuła przerażenie i powiedziała: „nawet tutaj są szczeliny”. Patrząc na to, ile ekip przeszło tędy chociażby dzisiejszego dnia, ścieżka wydawała się normalną trasą przez lodowiec. Droga wyglądała wszędzie jednakowo i przynajmniej na tutejszym zboczu była bardzo wyraźna i utwardzona. Przypomniała nam raz jeszcze, że nad zasypaną szczeliną może przejść nawet sto osób, a sto pierwsza może wpaść... Do bazy pozostało nam jakieś 15min wędrówki. Stromizny praktycznie nie odczuwaliśmy i od teraz dzielił nas od niej dłuższy odcinek, a nie jak dotychczas – duża wysokość. W trakcie wędrówki po lewej stronie podziwiałem zbocze górskie pełne błękitnych seraków, którym w drodze na szczyt robiłem mnóstwo zdjęć. Teraz mieliśmy znacznie lepszą pogodę, dlatego mogłem wykonać jeszcze lepsze ujęcia wielkich brył lodu. Seraki wyglądały bajecznie, ponieważ wszędzie dookoła widzieliśmy tylko biel, a one, jak błękitne, drogocenne kamienie ozdabiały okolicę. Kiedy dotarliśmy do wielkiej równiny lodowca Kahiltna zauważyliśmy, że chmury rozpadły się dosłownie na pojedyncze strzępki. Błękit nieba zachwycał. Ponownie popatrzyłem za siebie, do tyłu i na lewą stronę, na zbocze pełne seraków, ponieważ teraz słońce w pełni je oświetlało. Wcześniej, w dużej mierze pokrywał je cień. Stanąłem na chwilę, by zrobić kolejne ujęcia.

Kiedy zeszliśmy poniżej zbocza lodowych brył, zobaczyliśmy niesamowity widok. Wszędzie dookoła nas, z ogromnych lodowych powierzchni wyrastały wysokie, a w niektórych miejscach, monumentalne góry. Patrząc przed siebie, widzieliśmy jeszcze strzępy chmur zalegające pomiędzy górami odległymi od nas o około cztery godziny wędrówki. Każdy z nas stawał co chwilę, żeby fotografować odległe miejsca, bo dzięki chmurom, podziwialiśmy co chwilę zupełnie inną panoramę. Promienie słoneczne oświetlały również inne miejsca, tworząc piękne, pomarańczowo-żółte pasy. Zmienność krajobrazu była niesamowita! Do bazy dotarliśmy po godzinie 21.12. Kiedy stanęliśmy na miejscu bardzo powolnym tempem przelatywał wielki, czarny kruk nad nami, przecinając góry w połowie ich wysokości. Widok dużego ptaka, z rozpostartymi skrzydłami na tle białego świata na każdym wywarł duże wrażenie. W bazie powiedziałem, że już więcej nie dam rady pójść, a to z powodu ciągłej walki z saniami do Windy Cornera. Czułem wyczerpanie sił, a do Base Camp mieliśmy jeszcze około 5 godzin wędrówki, więc zaszlibyśmy tam w środku nocy. Przy naszym zmęczeniu pewnie wędrówka trwałaby znacznie dłużej, a wzniesienie Heartbreak Hill z pewnością dałoby nam popalić… Z tego powodu postanowiłem, że zostaniemy tutaj na noc i jutro pójdziemy dalej. Zastał nas dość późny wieczór, chociaż wiedzieliśmy, że dzień potrwa jeszcze dwie godziny. W bazie panowała zupełna cisza. Inna ekipa w oddali odśnieżała wokoło swoich namiotów, ale chyba raczej z chęci wypełnienia czasu jakimś zajęciem, bo widzieliśmy ich już z dużej wysokości. Ja tak samo robiłem, że gdy miałem za dużo czasu, to zawsze chwytałem za łopatę i mogłem wyrównywać teren, odśnieżać, czy też umacniać mury od dwóch do czterech godzin nieprzerwanie. Takie zajęcia pozwalały wypełnić czas i poprawić komfort spania w bazie. Po 21.00 światło nie docierało do nas, ponieważ po prawej stronie mieliśmy wysokie góry i podłużne granie, za którymi słońce zdążyło się schować.

 
 
 
 
 
Piękno lodowca Kahiltna oraz otoczenie w Camp I

Czuliśmy też, że pomimo obniżenia wysokości o ponad 2000 m mróz nadal trzymał dość dobrze. Teraz mieliśmy -7˚C i powoli temperatura spadała do -10˚C. Kiedy szliśmy na szczyt, było tu znacznie cieplej. Mrozy nam nie przeszkadzały, ponieważ po całodniowej wędrówce i walce z saniami byliśmy bardzo rozgrzani od środka. Teraz w bazie szukaliśmy odpowiedniego miejsca na namiot. Dookoła widzieliśmy kilka opuszczonych platform, które ktoś wcześniej wykopał. Wybraliśmy jedną z nich po prawej stronie, odległą o około 5m od głównej drogi przecinającej Base Camp I na dwie części wzdłuż. Wystarczyło odśnieżyć równe miejsce i zebrać zawiany śnieg dookoła muru, żeby mieć jeszcze więcej miejsca. Na przygotowanie terenu i rozbicie namiotu nie poświęciliśmy wiele czasu. Praca zajęła nam może dwadzieścia minut. Wszyscy marzyliśmy o ciepłym i dobrym obiedzie, dlatego po postawieniu namiotów wrzuciliśmy na szybko do środka tylko srebrną karimatę, materace i spakowany śpiwór. Za chwilę wyciągnęliśmy kuchenki i wszyscy przygotowywaliśmy jedzenie. Przetapianie śniegu na wysokości 2314 m n.p.m. trwało o wiele szybciej niż na 4330 m n.p.m. Gaz spalał się znacznie lepiej i to nas bardzo cieszyło. Wszyscy czuliśmy taki głód, że po zjedzeniu pierwszego obiadu przygotowywaliśmy drugi… Siedząc na zewnątrz przed namiotem, zaczęliśmy prowadzić rozmowy podsumowujące. Mówiliśmy o tym, co nas spotkało, co mogło pójść lepiej oraz o tym, czy czujemy jakieś niezadowolenie związane z nieudaną próbą wejścia na szczyt. Zebrałem kilka najważniejszych myśli w pamięci i stwierdziłem, że całe przejście było wielką wyprawą życia. Chociaż inni ludzie wchodzą na wyższe góry i osiągnęli znacznie więcej, to dla nas Denali stało się największą górą, o największym podejściu i drodze na szczyt, jaką do tej pory próbowaliśmy osiągnąć. Każdy z nas powiedział kilka ciekawych słów.

Nasza rozmowa wyglądała mniej, więcej tak:

Agnieszka: jak tu jest pięknie! Pomyśl, że nikt z naszych znajomych nie je teraz obiadu w tak pięknym miejscu.

Wojtek: i pomyśl, że nikt z naszych znajomych nie był na Denali i zdecydowana większość na pewno nie będzie, bo góry nie są ich pasją.

Szymon: nie ma nic lepszego niż odpoczywać przy takich pięknych widokach.

Ja: może inni widzieli więcej niż ja, ale dla mnie to jest wyprawa życia, bo kiedy sobie pomyślę ilu z moich znajomych widziało to miejsce, to przyznaję, że Denali jest wyjątkowe. Już sam lot samolotem na lodowiec dostarczył nam tylu emocji, że mało kto miał okazję takie coś przeżyć. Widok na Alaskę, gdzie w 30min wiosna zmienia się w surową zimę jest niesamowity!

Szymon: masz rację – lot awionetką był piękny! Najbardziej zapamiętałem, jak przelecieliśmy nad przełęczą Nadziei [nasza nazwa nadana podczas wyprawy, gdy czekaliśmy na samolot powrotny] i spojrzałem w dół, a tam widziałem Base Camp. Wszystko było takie malutkie! A później jak samolot zaczął zataczać koło nad lodowcem, żeby móc wylądować. To były wrażenia!

Agnieszka: u mnie w pracy to nikt na pewno nie był na takiej wyprawie. Byłam na Kilimandżaro, ale tam się idzie z przewodnikiem i wszystko jest takie komercyjne. Bez żadnego porównania. Nigdy nie próbowałam wchodzić na szczyt, gdzie trzeba wejść tak głęboko w góry. Tu jest jak w Himalajach.

Ja: a mnie na Denali zachwyciło mnóstwo rzeczy, bo już sam dolot na lodowiec był czymś wyjątkowym. Jak sobie pomyślę, ile ludzi miało okazję zobaczyć góry z awionetki, a tym bardziej Alaskę, to właśnie chociażby z tego względu uważam naszą wyprawę za wyprawę życia. Jak zobaczyłem naszą bazę pod nami i jakie wszystko jest malutkie, to pomyślałem jakie te góry muszą być wielkie. Mnie najbardziej zachwycił widok, jak samolot zaczął obniżać lot za przełęczą [Nadziei], kiedy zataczał krąg, żeby wylądować to, gdy patrzeliśmy przez okna pilota, to góry widoczne przed nami tak nagle „urastały” i wydawały się nieskończenie wysokie.

Naszą rozmowę ciągnęliśmy jeszcze długo, ponieważ podsumowywaliśmy wiele rzeczy, które przytrafiły nam się podczas całej wyprawy. Najbardziej wspominaliśmy szczeliny lodowcowe. Najwięcej w tej kwestii miałem do powiedzenia ja i Agnieszka. Wtedy zacząłem:

Ja: są dwie szczeliny, które zapamiętam najbardziej. Jak schodziliśmy z trzeciej bazy i sanie pociągnęły mnie do krateru, to wtedy się naprawdę wystraszyłem. Nie zapomnę tego widoku, jak sanie wisiały pionowo na dwóch linkach w tej dziurze i tylko czekałem co będzie dalej. Pomimo, że wy staliście na ścieżce, to słyszałem ciężki oddech Agnieszki. Nie wiem kto bardziej się wystraszył, ale chyba wszyscy czuliśmy przerażenie. A druga szczelina to ta dwupiętrowa, jak zaczęliśmy schodzić z 4330 m, co śnieg ma kolor jak morze z Krety. Nigdy nie widziałem, żeby śnieg miał taką barwę i żeby szczelina była tak głęboka. Przecież, jak szliśmy, to ze ścieżki nawet nie widzieliśmy jej dna.

Agnieszka w tym czasie dopowiedziała: tutaj wszędzie są szczeliny. Trzeba wszędzie uważać. Jak dochodziliśmy do tutejszej bazy, to myślałam, że jest już po wszystkim, a tu na sam koniec wpadłam do dziury. Czułam, że tam jest wielka otchłań, bo noga wisiała mi w powietrzu i nią machałam. A druga szczelina to ta, gdy szliśmy od samolotu do tutejszej bazy. Po rozbiciu namiotu poszłam się przejść i wszyscy przeszli, a oczywiście ja musiałam wpaść do szczeliny. Mieliśmy pecha do szczelin. Z tego co czytałam, to ten lodowiec słynie ze szczelin.

W końcu nadszedł temat, który już trochę wcześniej podsumowywaliśmy, bo chodziło przecież o najważniejszą kwestię: czy jesteśmy zadowoleni z wyprawy i czy satysfakcjonuje nas miejsce, do którego doszliśmy? Tutaj miałem mnóstwo do opowiedzenia, dlatego powiedziałem tak:

ja jestem bardzo zadowolony i mimo wszystko uważam Denali za udaną wyprawę życia. Dlaczego? Bo po raz kolejny mogłem przesunąć swoje granice wytrzymałości. Na Denali było dużo rzeczy, których nigdzie wcześniej nie mogłem przeżyć. Cieszę się z tego, że pozwoliliście mi pójść samemu na atak szczytowy, jak was trzymała choroba wysokościowa. Muszę to powiedzieć, że nie przyjechałem tak daleko tylko żeby wejść na 4000 m. Czułem się idealnie, dlatego nie mogłem pojechać do domu, nie próbując nawet wejść na szczyt. Źle bym się z tym czuł. Z drugiej strony nie chciałem nic robić na siłę, dlatego nakreśliłem sobie granice, do których mogę się zbliżyć, a kiedy miało być coś niebezpiecznego, to miałem zawrócić. I tak robiłem. Wtedy jak poszedłem sam, za licznymi ekipami, to starałem się iść za nimi, żeby w razie czego zawsze ktoś był do pomocy. A gdy dołączyłem do trzech Amerykanów, to mogłem pójść jeszcze wyżej. Koniecznie chciałem dojść do poziomu 5210 m n.p.m., bo to ostatnia baza. Chciałem zobaczyć jak ona wygląda i jak daleko jest jeszcze od niej na szczyt. Spać na takiej wysokości – to by było kolejne nowe przeżycie. No i takiego morzu -40˚C nigdzie bym nie doświadczył i teraz wiem, jak jest – że mam dość duży zapas pod względem wytrzymałości. Mogłem też siebie sprawdzić na nietypowej wysokości – na 5800m – jak się czuję, bo tego nikt nie wie, dopóki tam nie wejdzie. Pomimo rozrzedzonego powietrza czułem, że mam jeszcze duży zapas, ponieważ od 4330 m wraz z wysokością przyspieszałem, a powinno być odwrotnie. Myślałem, że będzie gorzej, bo na Elbrusie na 5300m czułem silne zmęczenie z powodu rozrzedzonego powietrza, a tutaj po prostu szedłem bez większego wysiłku. Szkoda tylko, że pogoda i późna pora dnia „kazała” mi schodzić. Ale i tak mam wielką radość, bo nic się nie stało, a do szczytu pozostało tak nie wiele. Wiem, że jeszcze pozostała cała śnieżna grań do pokonania, ale gdybyśmy szli wszyscy, to kto wie, czy nie dałbym radę?... Z innych rzeczy, to bardzo mi się podobało zjeżdżanie na linach na 4750 m nad błękitną otchłanią i ta wielka, dwupiętrowa szczelina ze śniegiem w kolorze morza na Krecie w Grecji. Dużo rzeczy mi się podobało i uważam, że dla tych wszystkich przeżyć warto było przyjechać i spróbować, bo jak sobie pomyślę, że w tym czasie swojego wejścia próbowało 277 osób i jeszcze nikt nie rozbił nawet namiotu w High Campie, i jak zobaczyłem tam tylko dwa depozyty, to wywnioskowałem, że ja doszedłem najdalej, bo aż do poziomu 5800 m, idąc przecież z trzeciej bazy. Nikt tak nie robi ze względu na zbyt dużą odległość i siły potrzebne do wejścia. Właśnie przez to uważam, że pokonałem swoje granice wytrzymałości. Wiedząc, że teraz mają przyjść trzy dni z burzami śnieżnymi, to nie spodziewam się, żeby w ciągu tego tygodnia komuś udało się wejść na szczyt. Z tego powodu uważam, że w aktualnych warunkach podjęliśmy najbardziej słuszne decyzje i zrobiliśmy chyba nawet więcej niż można było. Każdy z nas przecież pamięta, jak się szarpaliśmy z saniami, gdy szliśmy od bazy drugiej do trzeciej. Wszyscy robili tą trasę na dwa razy, zakładając depozyty, a my poszliśmy „na Polaka”, czyli „do zajechania jeden krok” – wzięliśmy wszystko naraz i męczyliśmy podejście 12 godzin. Byliśmy wyczerpani, ale wzięliśmy ten odcinek na jeden raz i to pozwoliło sprawdzić każdego z nas, czy jesteśmy gotowi na duży wysiłek.

Agnieszka dopowiedziała swoje słowa: pomimo, że weszłam tylko na 4300m, to czuję wielką radość, bo nigdy nie byłam w górach, gdzie trzeba wejść tak głęboko i tyle dni spędzić na lodowcach i na takich mrozach. Przez to, że zachorowałam najbardziej, to zrobiłam wszystko, co mogłam. Nie przyjechałam tu, żeby robić coś na siłę, bo zdrowie jest najważniejsze i dlatego uważam, że i dla mnie wyprawa jest udana. Czasami sobie myślę jednak, a co by było, gdybyśmy jeszcze u góry przeczekali te trzy dni i spróbowali. Czasami biję się ze sobą w myślach, czy można było zrobić więcej, ale fajnie mówi się tutaj, jak jesteśmy na dole zdrowi i pełni sił, a co innego, jak tam czułam się fatalnie… Kiedy myślę o tym, jakbyśmy zostali, to wiem, że mogłoby nam zabraknąć czasu, bo musielibyśmy przeczekać trzy dni burz i ze trzy, cztery dni poświęcić na wejście na szczyt, bo jeden dzień, to dojście do ostatniej bazy, założenie depozytu i powrót, drugi dzień, to złożenie namiotu i wniesienie drugiej części rzeczy. Później odpoczynek i atak szczytowy. No i trzeba jeszcze wrócić do Base Camp. Wrócilibyśmy pewnie na początku czerwca, a zanim wrócilibyśmy, to pogoda znowu zdążyłaby się zepsuć i kto wie, czy samoloty by latały.

Faktycznie, biorąc pod uwagę wszystkie te rzeczy, też pomyślałem, że raczej czasowo nie wyrobilibyśmy się. Trzy dni zapowiadanych burz śnieżnych zabrałoby nam zbyt wiele czasu… Wszyscy pamiętaliśmy, że gonitwa z czasem w górach oznacza wypadek, dlatego nikt z nas nie przyjmował takiej wersji podczas całej wyprawy. Nie chcieliśmy robić nic na siłę. Po prostu nie mogliśmy zwiększać prawdopodobieństwa zaistnienia wypadku, bo przecież w normalnych warunkach było już kilka miejsc, gdzie mogłoby się coś stać. Rozpoczęliśmy więc omawiać kwestię wypadków z udziałem Polaków, którzy najczęściej doznają urazów i innych ciężkich wypadków na skutek ścigania się z czasem, ponieważ np. w 4-5 dni chcą wejść na jakiś czterotysięcznik i robią to na siłę. Podobnie z Mt. Blanc, na którym nie brakuje ekip z ewidentnym brakiem czasu na taką wyprawę. No cóż – tego nie zmienimy, dlatego my jako ekipa, mogliśmy znacznie wcześniej pomyśleć o potrzebnym czasie i tak właśnie zrobiliśmy, dając sobie duży zapas, między innymi na załamania pogody, które w górach są przecież normalną sprawą. Każdy z nas miał jeszcze wiele do powiedzenia i wszyscy zgadzaliśmy się, co do tego, że podejmowaliśmy słuszne decyzje, że jako ekipa współpracowaliśmy ze sobą bardzo dobrze i że nikt na nikogo nie miał prawa być obrażonym ani zdenerwowanym, ponieważ nikt nie nalegał na drugiego, żeby zrobić coś więcej. Nikt z nas też nie czuł rozczarowania. Najważniejsze, że każdy uznał ten wyjazd jako wyprawę życia i że w bazie mieliśmy teraz uśmiechy podsumowując to wszystko. Widząc, jak piękny mamy wieczór, gdzie błękit nieba i białe góry zachwycały w każdym calu myśleliśmy, że jutro będziemy mieli idealną, spokojną pogodę, która pozwoli nam wrócić do Base Camp. Dopiero wtedy, gdy usiedliśmy i porozmawialiśmy, stwierdziliśmy, że podjęliśmy najbardziej  słuszną decyzję, że nie poszliśmy dalej – do Base Camp –  ponieważ z braku sił stanęlibyśmy gdzieś w połowie drogi. Teraz czuliśmy jak bardzo jesteśmy „połamani”. W końcu położyliśmy się spać, po godzinie 22.00. Zaczął prószyć lekki śnieg. Każdy z nas spał nieprzerwanym snem. Wszyscy czuliśmy bardzo wielkie zmęczenie.


Pierwsze seraki widoczne z podejścia z Camp I. Są niezwykle błękitne

DZIEŃ 11.
SŁYNNE BURZE ŚNIEŻNE NA DENALI I JAKĄ OBRAĆ TAKTYKĘ NA PRZETRWANIE


W Base Camp - oczekiwanie na samolot

Agnieszka wstała jako pierwsza i wyjrzała na zewnątrz. Nasza nadzieja na powrót do Base Camp niestety prysła bardzo szybko. Teren od początku nocy aż do teraz spowijały bardzo gęste mgły takie, że nawet nie widzieliśmy ścieżki prowadzącej przez lodowiec. Dodatkowo od kilku godzin nieprzerwanie padał śnieg. Mieliśmy jeszcze jakąś nadzieję, że może w ciągu dnia poprawą się trochę warunki. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że trzydniowy okres burz i tak mocno opóźnił wielkie załamanie pogody, więc kiedyś musiał nadejść. Dobrze, że byliśmy nisko, bo w wyższych partiach Denali z pewnością zagrożeniem byłby dla nas bardzo silny wiatr. Tutaj też byliśmy wystawieni na jego działanie, ale mieliśmy zabezpieczenie w postaci muru. Co godzinę sprawdzaliśmy, jakie są warunki, ale nic nie zapowiadało odmiany na lepsze... Cieszyliśmy się z tego, że przynajmniej wiatr nie wieje w ogóle. Panowała zupełna cisza. W ciągu dnia wychodziliśmy, żeby ugotować coś na śniadanie, a później na obiad. Teraz odrabialiśmy utracone kalorie i mieliśmy dużo czasu na odpoczynek. Zupełna cisza tego dnia oznaczała przysłowiową „ciszę przed burzą”… O godzinie 16.00 tak nagle, w ciągu kilku sekund zaczął wiać dość silny wiatr, a o 16.55 przerodził się w burzę śnieżną. Teraz słyszeliśmy, jak bardzo mocno wieje i jak szybko powstają zaspy. Śnieg padał nieprzerwanie od początku nocy, a przy tej prędkości wiatru, mieliśmy wrażenie, że opadu jest coraz więcej. Wystarczyła godzina porywistego wiatru i początek opadów, żeby zobaczyć, co oznaczają burze na Denali. Nie raz czytałem, że w ciągu jednej nocy można zostać zasypanym i to się zdarzało, a teraz my musieliśmy się zmierzyć z dokładnie takim samym problemem.

Podsumowaliśmy, że Denali na każdym kroku utrudnia nam powrót do bazy początkowej, bo co dziennie coś nas spotyka i zawsze musimy się „naszarpać”, żeby gdzieś dojść dalej. Burza śnieżna trwała od 20min, a wiatr wiał od ponad godziny. Zauważyliśmy, że zasypuje nas bardzo szybko. Agnieszka wyjrzała ze swojego namiotu i zapytała: „nic z tym nie zrobimy?” Za chwilę wyszedłem na zewnątrz, żeby zobaczyć, jak jest na zewnątrz. Dobrze, że Agnieszka nie miała widoku na stronę, z której wiał wiatr, bo tam wyglądało tragicznie... Odgłos silnego wiatru i śniegu uderzającego o namiot z dużą prędkością nie zachęcał do wychodzenia z ciepłego namiotu, ale niestety musieliśmy. Szymon i Wojtek też szybko wyszli na zewnątrz i najpierw rozejrzeliśmy się po okolicy. Wielki mur w kształcie półokręgu, który okalał nasze namioty zapewniał ochronę od strony zachodniej aż do wschodniej. Wiatr wiał z południowego zachodu (bardziej jednak z południa), co powodowało, że omijał cały mur! Od tej strony mieliśmy ustawiony tylko bardzo niski, ułożony z trzech warstw cegieł śnieżnych murek, który szybko zasypało i teraz zamienił się w rampę, od której podbijało śnieg do góry. Zawiewany opad skutecznie zatrzymywał nasz namiot, przez co zasypywało go bardzo szybko. Również od spodu, pod tropikiem powstawały zaspy. Strona południowo-zachodnia wyglądała najgorzej, ponieważ w ciągu jednej godziny powstała około jednometrowa zaspa na wysokość, o długości również ponad jeden metr i w bardzo szybkim czasie poszerzała swoje granice w kierunku naszego namiotu. Pomyślałem, że to wiatr tak szybko nawiewał śnieg, że przez niski mur piętrzył się w jednym miejscu w znacznie szybszym tempie, ponieważ sam opad nie był intensywny ani duży. Prędkość wiejącego wiatru powodowała, że potrafił przerzucać ogromne masy śniegu w krótkim czasie. Jeszcze wieczorem, od strony niskiego murku, a teraz rampy, mieliśmy około półtorej metra odśnieżonej i płaskiej powierzchni od namiotu. Teraz pozostało zaledwie… 20cm, a sama zaspa wyglądała jak nawis nad przepaścią ostrych grani śnieżnych. Widok był przerażający i wiedzieliśmy, że jeśli nic z tym nie zrobimy, to za kilkanaście minut zacznie na nas napierać warstwa o grubości 1m.

Masy śniegu mogły nas dosłownie zasypać i przygnieść w całości. Sanie, plecaki i wszelki sprzęt dosłownie zniknęły w obozie. Wtedy chwyciłem za łopatę i zacząłem odśnieżać teren najpierw dookoła mojego namiotu. Pomimo ciężkich warunków musieliśmy wszyscy to zrobić – każdy swoją część. Odśnieżanie namiotu trwało aż 1h 40min. Zakończyłem o godzinie 18.55. Dlaczego tak długo? Na początku rozbijałem wielką zaspę od strony południowo zachodniej i przerzucałem zwały śniegu poza wysoki mur, za namiotem. Odtąd wykorzystywałem wiatr do tego zadania. Stał się moim sprzymierzeńcem. Duże bryły podrzucałem energicznymi ruchami za pomocą łopaty do góry i za siebie. Wichura rozbijała je w powietrzu na mniejsze kawałki i przez to wywiewało je daleko, nawet kilka metrów poza naszą ubikację. Około 8m od namiotu za murem była wbita tyczka oznaczająca czyjś depozyt. Wiatr miał taką siłę, że głównie tam spadały kawałki brył, które wyrzucałem wysoko w powietrze. Pomyślałem, że komuś przysypuję sprzęty, ale w takich warunkach, to nie miało teraz znaczenia. Ważne, żeby tyczka stała na swoim miejscu, żeby ekipa, która zostawiła sprzęty, mogła bez problemu je odnaleźć. Podczas normalnej pogody z łatwością odkopią sobie rzeczy. Kiedy rozbiłem wielką zaspę do poziomu płaskiej i utwardzonej powierzchni, na której stał namiot, zacząłem wydobywać plecak i sanie spod zasp. W końcu mieliśmy tam jedzenie i sprzęt do gotowania. Tutaj też wykorzystałem silne podmuchy i wyrzucałem śnieg w powietrze, a resztę robił za mnie wiatr. Kiedy opanowałem mój kawałek terenu, poszedłem za namiot, by dookoła wysokiego muru zebrać wszystko, co nawiało. Wysoki mur był wielką zaporą dla śniegu i opad gromadził się nie od tej strony, co trzeba. Lewy, krótszy bok odśnieżyłem bardzo szybko, ale powstał problem, gdy chciałem to samo zrobić wzdłuż długiego boku.

Pomiędzy namiotem, a murem ciągle wirowało powietrze, które podrzucało sypki śnieg do góry, tworząc wielką kurzawę. Nie mogłem tam podejść, bo od razu zatykało płuca i nie mogłem nawet złapać oddechu. Musiałem się wycofywać i próbować po raz kolejny. Wtedy pomyślałem: wstrzymam oddech i w ciągu tej krótkiej chwili przerzucę poza mur jak najwięcej śniegu, żeby go nie wywiewało w powietrze. Wtedy nie zatykałoby mnie z powodu kurzawy. Na jednym bezdechu przerzucałem około 4-5 łopat i wracałem. W około 10min opanowałem również ten teren. Kiedy zdjąłem warstwę około 30cm śniegu spomiędzy namiotu a muru, kurzawa ustała. Wtedy mogłem oddychać normalnie i zacząłem zeskrobywać zmrożony śnieg z muru oraz z namiotu. W końcu wyczyściłem teren dookoła namiotu. Wtedy zauważyłem, że pomiędzy częścią sypialną, a tropikiem gromadzą się większe zaspy niż poza namiotem. W trakcie panującego wiru powietrza wiatr podwiewał śnieg pod tropik i w ten sposób znacznie szybciej powstawały duże bryły pomiędzy dwoma materiałami. W trakcie odśnieżania terenu mogłem zobaczyć, jak szybko powstaje nowa zaspa pomiędzy warstwami namiotu. Wystarczyło 10min, żeby bryła miała około 40-50cm wysokości. Na zewnątrz, od tej samej strony nawiało tylko 5cm. W tym samym czasie, od strony południowo-zachodniej kolejne masy śniegu nacierały w moją stronę. Przez 20min zdążyło nawiać już 30cm nowej warstwy! Wtedy musiałem od nowa przerzucać je na drugą stronę. Widząc, jak szybki jest postęp postanowiłem, że od strony największych zasp muszę wykopać szerszy dół, sięgający poza obręb niskiego murku. Dzięki temu nawiewany śnieg miałby więcej terenu do zasypywania. Tak też zrobiłem. Bambusowymi tyczkami oznaczyłem granicę, którą chcę osiągnąć i do wyznaczonego miejsca musiałem kopać. Na początku rozbijałem zamarznięty mur i wyrzucałem jego bryły na prawo, w stronę drugiego depozytu – od strony zachodniej. Mając w końcu dostęp do świeżych warstw, zacząłem je rozbijać na wielkie bryły i podrzucać w powietrze. W ten sposób poszerzałem granice mojej bazy. Szymon i Wojtek podpatrzyli, jak w szybki sposób opanowuję nowy teren. Próbowali w ten sam sposób zabezpieczyć swoje namioty. Mimo wszystko nie chciało im się tak dokładnie odśnieżać, więc stwierdzili, że tyle ile zrobili zupełnie im wystarczy. Po pracy poszli spać do namiotu. Ja dalej kopałem, żeby dokończyć swój dłuższy plan.

Do godziny 18.30 przewalałem wielkie bryły nawianego śniegu i na koniec jeszcze raz odśnieżyłem dookoła namiotu, zgarniając kolejną 20cm warstwę. Patrząc na tempo zasypywania, pomyślałem, że wykonuję syzyfowe prace, bo na początku miałem wrażenie, że śnieg jest szybszy niż moje „szuflowanie” łopatą. Szybko jednak to się zmieniło, od momentu, gdy poszerzyłem granice mojego obozu. Jako, że dolna część niskiego muru zamieniła się w wielką, lodową bryłę, nie mogłem jej rozbić. Pozostawiłem więc wysoki na 20cm długi stopień w kształcie łuku, o długości około 3m. Namiot miałem rozbity w najniżej położonym miejscu, a za stopniem śnieg gromadził się na poziomie położonym wyżej o 20cm. Wszystko za nim było zmrożone, dlatego nie mogłem dokopać się poniżej poziomu pozostawionego lodowego łuku. Po zakończonej pracy, stwierdziłem, że poszerzony teren wystarczy mi na jakieś dwie godziny burzy i kiedy za ten czas wstanę, to ponownie zobaczę „wielki nawis” napierający na namiot. O 18.55 porzuciłem dalszą pracę i poszedłem spać. Chciałem trochę odpocząć, żeby znowu mieć siły do kolejnego kopania. W namiocie jadłem jeszcze czekoladę, żeby nie opaść z sił. Próbowałem zasnąć, ale nie mogłem. Ciągle nasłuchiwałem wiatru i śniegu uderzającego o namiot. Leżenie raczej zamieniło się w czuwanie i rozmyślanie o tym, jak długo będzie trwała jeszcze ta burza. Kiedy byliśmy na zewnątrz, Agnieszka zapytała ile może trwać taka burza? Odpowiedziałem, że różnie – w zależności od warunków. Może trwać od kilku godzin do nawet trzech dni. Nie to chciała usłyszeć, ale tak niestety było... W końcu prognozy mówiły o trzech dniach burz. Nastawiałem się w umyśle na długą i ciężką walkę ze śniegiem, dlatego, kiedy leżałem w namiocie po pierwszym odśnieżaniu wymyśliłem plan, jak dać sobie jeszcze większe szanse na dłuższy sen i co zrobić, żeby w środku nocy nas nie zasypało.

Pomyślałem tak: skoro co dwie godziny muszę wstawać, żeby walczyć z zaspami i półtorej godziny zajmuje mi odśnieżenie, to co trzy i pół godziny będę poszerzać teren od strony południowej, żeby dół do zasypywania stawał się coraz większy, co dałoby mi możliwość dobrego snu. Miałbym wtedy więcej czasu. W końcu to nie opad był zagrożeniem, ale prędkość zawiewania śniegu. Liczyłem na trzy dni takich burz, dlatego musiałem mieć pewność, że przez cały czas będę miał siły. Musiałem więc dobrze wypoczywać. Zasypanie raczej nam nie groziło, gdybym zrealizował mój plan. W trakcie pierwszego odśnieżania powiedziałem ekipie – nie zamartwiajmy się, bo damy radę. Musieliśmy jedynie regularnie wstawać i odśnieżać. Z drugiej strony pokazałem im inne namioty i powiedziałem: „tam też ktoś jest. Skoro oni dają radę, to my też damy radę”. W ekipie, która rozbiła się 100m przed nami słyszeliśmy nawet muzykę i śmiechy. Z powodu silnego wiatru nie mogliśmy rozpoznać ani jednego słowa, ale przynajmniej słyszeliśmy, że nie stracili poczucia humoru. Tamta grupa miała postawiony mur od właściwej strony i być może dzięki niemu nie musieli poświęcać tyle czasu na odśnieżanie. Co prawda oni też musieli co jakiś czas wstawać, ale my mieliśmy znacznie gorzej z powodu braku muru od właściwej strony. Teren dookoła mojego namiotu od strony południowej poszerzyłem do około 2,5m. Jak łatwo sobie policzyłem, powinno to wystarczyć na jakieś 3-4 godziny. Chociaż zaspa przesuwała się średnio z prędkością 1m/godzinę, to w trakcie odśnieżania rozbiłem jeszcze zmrożoną warstwę za murem (podobnie jak w bazie drugiej) i pogłębiłem teren. Szeroki dół pozwalał na gromadzenie większej ilości śniegu i przez to spowolnienie przesuwającej się zaspy, bo ta musiałaby najpierw wypełnić cały odśnieżony teren, żeby dalej mogła powiększać swoje rozmiary. W namiocie cały czas czuwałem, ponieważ nie mogłem zasnąć z powodu hałasu, jaki powstawał podczas huraganowego wiatru.

O 22.05 musiałem wstawać ponownie, ponieważ zaspa dotarła pod mój namiot. Brakowało jakieś 20-30cm, więc chciałem jeszcze raz przygotować teren na kolejne kilka godzin. Teraz miałem znacznie więcej terenu do odśnieżenia, ponieważ w ciągu dnia poszerzyłem go. Z drugiej strony wiedziałem, że świeży śnieg można znacznie szybciej przerzucać w postaci większych brył, niż stare warstwy, które najpierw trzeba rozbijać siłowo. Świeży śnieg zbijał się w mało stabilne bryły, przez co na łopatę mogłem nabierać znacznie więcej niż wynosiła jej powierzchnia. Podrzucając je do góry i za siebie, ponownie spadały dopiero gdzieś w okolicach depozytu. Kiedy Agnieszka odśnieżała swój teren, wyrzucała śnieg na główną drogę w bazie. Obrała gorszą metodę, ponieważ nie opanowała nic więcej poza małym skrawkiem dookoła namiotu i przez to musiała wstawać częściej. Podczas drugiego odśnieżania szybko zabrałem się za rozbijanie wielkiej zaspy i ponownie wyznaczyłem sobie nowy teren do poszerzenia. Teraz myślałem o zapasie około 6-ciogodzinnym, co pozwoliłoby mi zasnąć na dłużej i mieć spokojny sen. Nowe warstwy przerzucałem w okolice depozytu. W końcu odsłoniłem starą zmarzlinę. Rozbijałem ją z użyciem dużej siły. Duże bryły wyrzucałem ręcznie za mur, ponieważ były za ciężkie. Poszerzyłem w ten sposób granice mojego terenu kolejny metr. Tyczkami zaznaczyłem nowe „ziemie” do opanowania i pomału realizowałem założony plan. Odśnieżenie namiotu dookoła zostawiłem na sam koniec. Wiedziałem, że w okolicach wysokiego muru będzie mocno podwiewało. Dopiero po 23.00 przerzucałem świeży śnieg spod muru. Pomimo ponad godziny spędzonej na zewnątrz, za namiotem nawiało co najwyżej 30cm śniegu. Tam gromadził się znacznie wolniej, ponieważ od strony południowej wszystko zatrzymywał sam namiot, albo wcześniej, wielka zaspa. Przed nim miałem przygotowany wielki dół, szeroki na jakieś 3,5-4m, co dawało mi kolejne godziny na odpoczynek. Teren wokół sań i plecaków odśnieżyłem tylko „z grubsza” tak, żebym tylko wiedział gdzie są sprzęty i inne rzeczy. Zasypane sanie przeciągnąłem na nowo odkopany teren pod zaspę, żeby przed namiotem mieć więcej miejsca. Teraz czułem się znacznie spokojniej, bo wiedziałem, że za każdym razem daję sobie jeszcze więcej czasu na dobry sen i pewność, że śnieg mnie nie zasypie w środku nocy.

W końcu pracę zakończyłem o godzinie 23.15, więc teraz marzyłem o spaniu i o zakończeniu burzy. Chyba właśnie zdobyty komfort psychiczny pozwolił mi na szybkie zaśnięcie i na długi sen. Przebudziłem się tylko na chwilę po 3.00 w nocy, ale przez ścianki namiotu widziałem, że śnieg nie dotarł jeszcze w ich pobliże. Wtedy od wewnątrz potrząsałem namiotem, żeby zalegający śnieg na górze zsuwał się na dół i sprawdzałem w ten sposób, czy wielka zaspa jest już wyczuwalna. Na szczęście nie zdążyła aż tak zwiększyć swoich rozmiarów. Pomimo środka nocy, niebo przyjmowało ciemnoniebieski kolor i przez to przy słabym świetle mogłem rozpoznać, czy na południowej stronie jest ciemniej, czy tak samo, jak dookoła. Ciemniejszy teren oznaczałby obecność zaspy tuż za tropikiem. Widząc, że na razie jest tak samo, zasnąłem ponownie na godzinę. Około godziny 4.15 nagle w jednym momencie burza ustała! Jeszcze przez chwilę czuliśmy porywiste, pojedyncze podmuchy, które równie szybko wygasły. Teraz panowała zupełna cisza… Wszyscy wyszliśmy na zewnątrz, żeby zobaczyć, jak jest dookoła nas. Na szczęście wielka zaspa nie zdążyła przez 5 godzin dotrzeć do namiotu. Najwidoczniej przed czwartą opad musiał słabnąć i przez to nawiewało mniej śniegu. I tak były jego ogromne ilości, ale przynajmniej nie zdążyły dotrzeć do samego wejścia, jak ostatnio. Dodaliśmy sobie otuchy, mówiąc, że dzisiaj uda nam się wyruszyć do Base Camp i kto wie, czy nie wrócimy do Talkeetny… Chyba każdy z nas tego chciał, bo wyprawę i tak już zakończyliśmy pod względem wchodzenia na szczyt Denali. Mając długą chwilę spokoju, poszliśmy z powrotem do namiotu, żeby wyspać się do porządku po nocnej walce z nacierającym śniegiem.

Wstałem po godzinie 8.08 rano i pierwsze co zrobiłem, to wyszedłem na zewnątrz, żeby sprawdzić jakie panują warunki. Świeciło słońce, ale powiedziałem, że są chmury i nie ma już takiej gęstej mgły. Najwięcej chmur zalegało nad nami i w oddali – w stronę Base Camp. Mieliśmy więc nadzieję, że skoro przez noc szalała taka burza, a teraz ucichła i nawet mgły ustąpiły, to będziemy mieli w miarę dobrą pogodę na wyjście. Na razie nic nie zwiastowało polepszenia warunków, ponieważ przez większą część czasu chmury tak nisko opadały, że co chwilę z powrotem spowijały bazę gęstymi mgłami. Czasami mieliśmy krótkie przebłyski, dzięki czemu mogliśmy spojrzeć do połowy stromego podejścia za bazą pierwszą i w drugą stronę – w głąb lodowca Kahiltna, na tyle, na ile pozwalała widoczność. O tej porze raczej nikt nie wyruszał w góry, bo było zbyt wcześnie, a warunki niestabilne. O godzinie 8.08, kiedy wstałem, nie zrobiłem sobie nawet śniadania, tylko od razu chwyciłem za łopatę i zacząłem odśnieżać zwały śniegu. Przerzucenie wszystkiego, co nagromadziło się przez ponad 5 godzin w nocy, licząc od ostatniego odśnieżania, zajęło mi jakieś dwie godziny. Nie poprzestałem na tym, bo kiedy widziałem, że pogoda jest stabilna, chciałem wykorzystać ten fakt, żeby wzmocnić naszą platformę. Początkowo wyznaczyłem nowy teren do poszerzenia, ale tutaj zagarnąłem kolejne 2m naraz i poszerzyłem też łuk będący granicą naszej platformy, sięgający znacznie dalej, poza wysoki mur okalający częściowo namioty. Odśnieżyłem też wokoło mojego namiotu, bo to miejsce zawsze zostawiałem na sam koniec. Wtedy zobaczyłem, że dookoła niego warstwa śniegu nie jest za wielka, bo miała tylko jakieś 20-30cm grubości, ale za to śnieg, który wiatr wcisnął pomiędzy część sypialną a tropik, długo wyciągałem łopatą. Musiałem po trochu rozbijać warstwę, żeby spadała na dół i później podbierałem, co opadło. Teraz mogłem zobaczyć, jak wir powstający za namiotem potrafił wysoko wcisnąć śnieg do góry.

Szymon i Wojtek wstali po 9.30. Najpierw musieli odśnieżyć sanie i plecaki, a dopiero potem zaczęli gotować ciepłe obiady. Agnieszka wstała po 10.00 i od razu mogła przygotowywać śniadanie, bo jej sanie i częściowo teren dookoła namiotu zdążyłem już odśnieżyć. Udało mi się nawet utworzyć nowy chodnik pomiędzy namiotami oraz wykopać zupełnie nowe przejście do ubikacji, którą mieliśmy za wysokim murem z cegieł śnieżnych. Pogłębiłem też sam dół w WC, bo prawie go zasypało. Teraz mieliśmy odśnieżone przejścia i mnóstwo miejsca dla czterech sań. Widzieliśmy jednak, że wszędzie dookoła przybyło około 30cm świeżego śniegu plus miejscowe zaspy. Trasa powrotna zupełnie gdzieś zniknęła… W trakcie odśnieżania, w miarę upływu czasu, zaobserwowałem, że mamy naprzemienną pogodę – raz świeciło słońce, a raz gromadziły się chmury. Najciekawiej wyglądało powyżej grani West Buttress, gdzie na jej szczycie powstała chmura w kształcie dysku, czyli altocumulus lenticularis. To ta sama, co zapowiada bardzo silne wiatry i pogorszenie pogody. Mając na względzie, że ponownie, w ciągu kilku sekund może zaatakować kolejna burza śnieżna, zacząłem od godziny 8.08 poszerzać dół. Prognozy mówiły w końcu o trzech dniach, a chmura w kształcie dysku, wysoko ponad nami potwierdzała, że to jeszcze nie koniec wichur. Po godzinie 10.10 zauważyłem we mgle idącego samotnie narciarza. Trochę dziwił mnie kierunek, z którego przyszedł, bo szedł zupełnie poza ogólnie przyjętą drogą. Wybrał raczej trasę wzdłuż grani, które widzieliśmy po prawej stronie, patrząc w kierunku Base Camp. Wydeptywana przez niego ścieżka wydawała mi się zupełnie niewłaściwa, tym bardziej, że pod długimi graniami widzieliśmy mnóstwo szczelin i spękanych fragmentów lodowca. Nie wiem, czy komuś tak się spieszyło, że bez względu na panujące warunki chciał wyjść już w góry, albo zbyt długo czekał na odpowiednie i bez względu na wszystko postanowił wyjść na lodowiec. Wyglądało to trochę, jakby właściwą drogę całkowicie zasypało i narciarz szedł na zasadzie: iść lodowcem, byle do góry. Chyba nie do końca wiedział, co ma robić dalej, bo kiedy dotarł do Base Camp I, czyli do nas, przeszedł w odległości około 10m od naszej platformy i co kilka kroków zatrzymywał się, jakby nie miał pewności, czy ta trasa jest bezpieczna. W końcu stanął jakieś 40m od nas i zaczął kopać dół pod namiot. Po jego wykopaniu jeszcze długo myślał, co zrobić dalej. Siedział w nim bez namiotu i być może czekał na poprawę pogody.

Ja tymczasem odśnieżałem dalej, bo chciałem przygotować nas na kolejną burzę. Zagarniałem jak największy teren, co pozwoliłoby na spokojny sen i brak konieczności wstawania w środku nocy, żeby przerzucać kolejne zwały śniegu. Skoro stary dół wystarczał na 6 godzin biorąc pod uwagę słabnącą burzę pod koniec, to ten aktualny musiał zapewnić bezpieczeństwo na więcej niż 8 godzin. Po godzinie 10.20 ugotowałem obiad i przygotowałem wodę do zrobienia napoju owocowego, który piłem podczas całej wyprawy. W międzyczasie dalej przekopywałem kolejne warstwy śniegu. O godzinie 11.10 zauważyliśmy osiem osób, idących tą samą trasą co narciarz. Zza wzniesienia na lodowcu wyłaniali się jeden po drugim. Wszyscy byli związani liną i skręcili w stronę bazy, dorównując do starej ścieżki, która przecinała Base Camp I na dwie części. Trasa, którą wytyczył narciarz prowadziła zupełnie poza obrzeżami tutejszego obozu. Ośmioosobowa grupa stanęła na skrzyżowaniu ścieżek i spotkała się z inną amerykańską grupą obozującą w tym miejscu. Bardzo długo prowadzili rozmowy. W szczególności o warunkach, które były, delikatnie mówiąc, fatalne. Miałem wrażenie, że w tych zaspach trzeba „naszarpać” się za dwóch, żeby gdziekolwiek dojść. Samo wyrównanie do głównej ścieżki bazowej z naszej platformy wymagało użycia większej siły, żeby przeciągnąć sanie. No cóż – nie mogliśmy na to nic poradzić. Musieliśmy iść ciągle do przodu, jeśli marzyliśmy o opuszczeniu tego miejsca. Dopóki ósemka z komercyjnej grupy nie skończyła rozmów, nikt nie mógł pójść dalej, ponieważ stanęli w świeżo utworzonym torze po przejściu narciarza a później ich samych. Raczej nikt nie planował przecierania nowego szlaku w tak dużych zaspach... Wszyscy byli związani linami, więc zanim wszyscy stanęli w jednym miejscu musieliśmy trochę poczekać. Czwórka, z którą rozmawiali zadecydowała, że pakują namioty i idą wyżej.

Zegarek wskazywał godzinę 11.53. Chmur na niebie ubywało, a słońce świeciło coraz mocniej. Wtedy Agnieszka powiedziała: „nawet samoloty latają, a teraz słyszę kolejny. Idziemy! Nie chcę tu być dłużej!”. Wszystkim spodobała się ta myśl. Szybko dorzuciła: „jaki mamy czas operacyjny? Do 13.00 musimy się wyrobić, to może na samolot zdążymy, bo w tą stronę pod górkę szliśmy 4 godziny, to teraz z górki powinno być tyle samo”. Podchwyciliśmy wyznaczony czas i zaczęliśmy wszystko pakować w pośpiechu. Powiedziałem tylko tyle: „cztery godziny kopałem i teraz na nic nam się to nie przyda, ale przynamniej wracamy!”. Agnieszka dodała: „przyda się innym, bo kto wie, czy nie będzie drugiej burzy”. Jako, że przed podjęciem decyzji zdążyliśmy zjeść już obiad, to pakowanie poszło nam znacznie szybciej. O godzinie 12.55 byliśmy gotowi do opuszczenia bazy. Chcieliśmy wyjść ale ośmioosobowa grupa skutecznie tarasowała całe przejście – i starą i nową drogę. Stara trasa kończyła się praktycznie za ostatnim namiotem. Dalej widzieliśmy tylko zaspy. Jeszcze przez chwilę wybieraliśmy, którędy pójdziemy. Nie wiedzieliśmy, jak przebiega nowa droga, a starą musielibyśmy w całości przetrzeć na nowo. Mieliśmy na uwadze zasypaną szczelinę, do której na początku wpadła Agnieszka, a teraz była bardzo dobrze zamaskowana. Nie mieliśmy żadnej pewności, że oznaczenia, które tam pozostawiliśmy jeszcze będą widoczne. Największą obawę przed tą rozpadliną budził fakt, że patrząc w stronę zachodu, poszerzała się ona nawet do trzech metrów… Nieciekawie by było jeszcze na sam koniec wpaść do takiej wielkiej dziury… O równej 13.00 ośmioosobowa grupa poszła w końcu do góry, bo wcześniej dużo dyskutowali między sobą. Czteroosobowa ekipa wyruszyła kilka minut wcześniej, przed nimi. Do góry poszło zatem 12 osób.

Obie ekipy szły w niewielkim odstępie. Widząc po tym, jakie zaspy mieliśmy na trasie przed burzą, aż bałem się pomyśleć, jakie zaspy muszą być teraz powyżej Base Camp I... Podczas naszego powrotu z Base Camp II widzieliśmy jak bardzo inne ekipy „męczyły” kolejne podejścia, a co dopiero teraz, po przejściu śnieżyc… Dobrze, że ten etap mieliśmy już za sobą. Kiedy grupy wyruszyły do góry, my przepchnęliśmy nasze sanie na starą ścieżkę, żebyśmy mogli zaciągnąć je na nową drogę. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy nową trasą, bo niezależnie od tego, jak ona prowadzi, będziemy szybciej niż gdybyśmy mieli przecierać zupełnie nowy szlak o długości około 8km. Trochę czasu by to z pewnością zajęło… Z drugiej strony mieliśmy na względzie, że w takich warunkach, ponownie moglibyśmy walczyć z wywracającymi się saniami, czego każdy z nas miał już dość. Od momentu opuszczenia bazy nasz ekwipunek ciągnęliśmy za sobą. Na szczęście nie musieliśmy używać do tego dużo sił. Agnieszka poszła jako pierwsza, bo widzieliśmy przed sobą całą drogę i nie musiała przecierać trasy. Kiedy opuściliśmy bazę, zobaczyliśmy, jak 12 osób próbuje wejść na pierwszą, większą dla nich stromiznę podczas ich wyprawy. Tworzyli sznur, który stąd wyglądał jak dwanaście czarnych punktów. Nad nami chmury szybko zanikały. Większe skupiska i kłęby widzieliśmy tylko wzdłuż grani i wysokich szczytów. Naszą drogę oświetlało już słońce. Widzieliśmy równą granicę chmur, która kończyła się poniżej poziomu Base Camp I nad lodowcem. Ze starej ścieżki skręciliśmy w prawo na nową drogę i obserwowałem, w którym kierunku ona prowadzi. Najbardziej ciekawił mnie kierunek, ponieważ trasa cały czas odbiegała w przeciwną stronę w porównaniu do starej. Granie po prawej stronie stawały się coraz bliższe i większe. Nie ufałem nowej ścieżce, ponieważ kierunek wędrówki nie pasował do niczego. Pomyślałem: skoro ktoś tędy przyszedł, to znaczy, że powinna prowadzić do właściwego miejsca.

Szybko zauważyłem o co chodzi. Narciarz skorzystał z przysypanych śladów po kimś innym, czyli jeszcze wcześniej ktoś wybrał taką opcję. Za około 10min, od momentu, kiedy opuściliśmy bazę, znowu weszliśmy w chmurę, mając przed sobą gęstą mgłę. Od czasu do czasu, w trakcie krótkich przebłysków widzieliśmy równą granicę chmur. Dążyliśmy do niej, ponieważ nawet gdyby powstały nowe chmury, to poniżej niej mgły już by nas nie dosięgły. Przy słabej widoczności szliśmy wytyczoną nową drogą, ale ta co kilka minut skręcała dłuższymi łukami, raz w lewo, a raz w prawo. Najbardziej zadziwiał mnie fakt, że wędrowaliśmy od pół godziny, a sanie musieliśmy bez przerwy ciągnąć. Czasem nawet musieliśmy użyć większej siły, ponieważ w wąskim torze, pozostałym po przejściu ośmioosobowej grupy, dość często wystające rzeczy haczyły o śnieg i blokowały ekwipunek. Wyglądało na to, że narciarz szedł najwyższymi wniesieniami po lewej stronie wzdłuż lodowca, patrząc od strony jego przyjścia do Base Camp I. Cały czas próbowałem zrozumieć, kto wytyczył taką trasę i dlaczego tak bardzo odbiegaliśmy od prawidłowej drogi, która w większość przebiega środkiem lodowca Kahiltna, a nie jego obrzeżami. Nawet nie widzieliśmy ani jednej tyczki. Może to dobrze, bo kiedy nastałaby lepsza pogoda, ktoś mógłby wydeptać prawidłową drogę przez lodowiec tak, jak była dotychczas oznaczona tyczkami. Szliśmy ciągle nową ścieżką, aż w końcu dotarliśmy do granicy podstawy chmur. Odtąd mieliśmy mieć zagwarantowaną widoczność. Mimo wszystko tak się nie stało, ponieważ ścieżka prowadziła wzniesieniami, dlatego czasami nieznacznie podchodziliśmy i przebijaliśmy podstawę chmur. Z tego powodu jeszcze nie raz musieliśmy iść w gęstych mgłach. Po około dwóch godzinach wędrówki nieznaną drogą zauważyliśmy w oddali kilka namiotów. Od razu pomyślałem, że tutejsze ekipy wczoraj musiała złapać burza śnieżna. Mieli wymuszony długi postój, ponieważ burza i silny wiatr musiał ich dorwać w ciągu kilku sekund – tak nagle. Podobnie jak nas.

Na miejscu widzieliśmy sześć namiotów, więc nazwaliśmy pośredni obóz Base Camp 0,5. Warunki były tak złe, że normalną trasę musieli jeszcze podzielić na pół. W trakcie wędrówki w stronę namiotów widzieliśmy, że ślady zanikają i dalej urywa się ścieżka… Teraz poskładałem wszystko w myślach i powiedziałem: „ci co są w namiotach musieli iść wczoraj, ale zastała ich burza i musieli się schronić przed wiatrem, dlatego przymusowo zostali na całą noc i pół dnia. Droga, która właśnie tutaj miała swój koniec oznacza, że dzisiaj rano wyruszył najpierw samotny narciarz, a później ośmioosobowa ekipa, która utrwaliła tę trasę. Dalej nie ma żadnej drogi, tylko widać same zaspy”. Kiedy doszliśmy do namiotów chmury podniosły się o kilkadziesiąt metrów i przez to ponownie mieliśmy widoczność. Teraz mogliśmy zaglądać nawet kilka kilometrów w głąb lodowca, aż po same granie. Patrzyłem na góry w oddali, i szukałem charakterystycznych punktów, czy czegoś nie poznaję. Przed nami wyrastał cały ciąg grani, ale uznałem je raczej za te, które w drodze na szczyt mieliśmy po lewej, więc nie mogliśmy pójść w ich stronę. Daleko, daleko przed nami, słońce oświetlało spękany lodowiec i właśnie to miejsce wydało mi się bardzo znajome. Agnieszka szła jako pierwsza aż do czasu zakończenia wydeptanej ścieżki. Teraz ja wyszedłem naprzód i zacząłem wytyczać nową trasę tak, żeby dorównać do głównego ciągu lodowca Kahiltna. Dopiero stąd mogliśmy zobaczyć, jak bardzo zeszliśmy z ogólnie przyjętej drogi wejścia… W końcu tak prowadziła ścieżka po narciarzu, więc musiała doprowadzić nas w dobre miejsce. Schodząc coraz niżej, w oddali zobaczyłem najpierw samotny czarny punkt idący w naszą stronę. Postanowiłem, że najpierw dorównamy do niego i się spotkamy, ponieważ będzie to z pewnością inny narciarz, za którym będzie wydeptana wyraźna ścieżka i ta powinna nas doprowadzić na środek lodowca.

Od tego momentu szedłem w jego kierunku w linii prostej. Po około 20min dotarliśmy do niego. Wymieniliśmy kilka uwag o warunkach i podziękowaliśmy sobie za przetarcie trasy. Od miejsca spotkania, ponownie mieliśmy wyraźną drogę, ale po przejściu tylko jednego człowieka nadal wymagała ciągłego przecierania. Wszędzie zalegały bardzo grube i świeże warstwy śniegu i na dodatek w wielu miejscach przecinaliśmy nawiane zaspy. Patrząc w dal zauważyłem coś jeszcze. Najpierw daleko, daleko w dole, na lodowcu, zauważyłem dwa czarne punkty, duży odstęp i kolejne osiem punktów. Stwierdziłem, że przed nami idą grupy związane linami, sądząc po równych odstępach pomiędzy czarnymi punkcikami. Z powodu odległości nie mogłem jednak jednoznacznie powiedzieć, że czarne punkty to są ludzie. Mimo wszystko – teraz mieliśmy cel! Najgorszą ścieżkę mieliśmy ciągle przed nami, ponieważ po przejściu narciarza pozostała tylko wąska bruzda, zbyt wąska na nasze sanie. Powodowało to, że często jechały bokiem i musieliśmy cały czas patrzeć, czy czasem nie wywracają się. Co kilkadziesiąt kroków stawałem, ponieważ warstwa świeżego śniegu była za gruba i przez to w wielu miejscach wpadałem głębiej lub sanie „tonęły” w zaspach. Wiedziałem, że zanim dotrzemy do lodowca, czeka nas bardzo ciężka przeprawa. Szliśmy około pół godziny. W końcu poczuliśmy, że obniżamy wysokość. Dotąd przez cały czas okrążaliśmy lodowiec lokalnymi wzniesieniami. Widząc duży dystans do niego i w jakim terenie aktualnie idziemy pomyślałem, jak bardzo go okrążyliśmy… Ciekawiło mnie tylko, ile niepotrzebnej drogi nadrobiliśmy. Wędrówka skrajem lodowca przez lokalne wzniesienia była zupełnie niepotrzebna... Porównując naszą trasę w drodze na szczyt, wiedzieliśmy, że powinniśmy tylko i wyłącznie schodzić aż do początków Heartbreak Hill.

Minęły już 3 godziny, a my ciągle szliśmy w płaskim terenie, albo nieznacznie opadającym lub wznoszącym – tak naprzemiennie. Ścieżka do miejsca spotkania z narciarzem ciągle odbiegała w prawo, czyli w przeciwną stronę niż powinna. Sprawdzałem nawet czas przejścia mojej grupy. Szybko zauważyłem, że na czterech godzinach nie zakończymy naszej przeprawy. Dodałem tylko: „dobrze, że przedwczoraj nie poszliśmy dalej za jednym ciągiem, bo wędrówka w takim terenie wykończyłaby nas i zajechała do końca, a przecież w Base Camp I czuliśmy już wyczerpanie. Na pewno nie znaleźlibyśmy więcej sił na męczarnie tą bezsensowną drogą”. Teraz przecierałem jedyną drogę wydeptaną przez narciarza i czułem, że tutaj potrzeba bardzo dużo sił… Czasami zastanawialiśmy się nawet, czy gdzieś nie występuje szczelina, ponieważ mijaliśmy kilka głębszych miejsc z błękitnym śniegiem. Przechodząc przez takie „dziury” wpadaliśmy trochę głębiej niż standardowo. Przeszliśmy około 2/3 długości „łącznika” pomiędzy Base Camp 0,5, a początkiem właściwej trasy przez lodowiec. W przeciwną stronę do nas szła czteroosobowa grupa, której celem na dziś była baza pierwsza. Cieszyliśmy się bardzo, ponieważ wędrówka czterech osób oznaczała dla nas wyraźną ścieżkę oraz przetarty tor dla sań. Oni również wypatrywali innych ludzi, ponieważ tylko wtedy mogli mieć pewność, że idą właściwą drogą. Nie mieliśmy łatwo. Odtąd przechodziliśmy takimi odcinkami trasy, gdzie droga przebiegała prostopadle do kierunku wiejącego wiatru. Wystarczyło, że przeszliśmy mały kawałek i za 10 min, cała trasa była zawiana już śniegiem. Nie mogliśmy nawet rozpoznać żadnych śladów... Cały „łącznik”, którym teraz wędrowaliśmy jest nachylony pod niewielkim kątem do głównego zbocza, przez co absorbował każdą ilość nawiewanego puchu.

Mieliśmy świadomość, że przejście czteroosobowej ekipy oznacza tylko chwilową radość z dobrze przygotowanej ścieżki, bo za 10min od miejsca spotkania ponownie będziemy ją przecierać. Pomimo ustania burzy w nocy, wiatr ciągle wiał z południowego-zachodu, ale ze znacznie mniejszą siłą. Na szczęście porywy chłodnego powietrza dawno ustały. Wiatr jednak ciągle powiewał i to wystarczało, żeby pomału przerzucać lekki i świeży śnieg. W zagłębieniach po przejeździe sań bardzo szybko gromadził się śnieg. Najpierw powstawały równoległe pasy pod ukosem do ścieżki, które ją przecinały. Wystarczyło kilka minut i tworzyły już one jedną zaspę… W ten sposób trasa stopniowo zanikała. Po przejściu czteroosobowej ekipy nie stawaliśmy ani na chwilę, żeby nie tracić czasu. Chcieliśmy jak najwięcej skorzystać z widocznej ścieżki, a przede wszystkim, korzystaliśmy z przetartego toru. Liczyliśmy, że sanie ponownie mogą koziołkować. Za 20min pomału dochodziliśmy na lodowiec Kahiltna i w końcu zobaczyliśmy tyczki znaczące przebieg oficjalnej trasy. Dziwiło mnie fakt, że na całej długości lodowca, po lewej stronie, nie widziałem ani jednej tyczki na drodze „po staremu”. Czyżby wszystkie tak bardzo zawiał śnieg podczas burzy? Teraz mogłem zobaczyć, dlaczego inne ekipy wybrały aktualną drogę przejścia. Idąc we mgle, łatwo można było zasugerować się szeroką rynną śnieżną, którą teraz schodziliśmy. Podpowiadała, że właśnie tędy trzeba iść. Nawet przy słonecznej pogodzie, jaką mieliśmy teraz, nie widzieliśmy żadnej możliwości, żeby pójść dalej przed siebie, środkiem lodowca, gdzie swój początek miało znane nam jego przewężenie. Weszliśmy na zakręt, gdzie nowa droga łączyła się ze starą. Teraz mogłem zrozumieć, jak powstał błąd i dlaczego inni go powielali. No trudno – musieliśmy przejść ten fragment, bo innej możliwości przecież nie mieliśmy.

W końcu rozpoczęliśmy wędrówkę lodowcem Kahiltna w jego głównym ciągu, dlatego poczuliśmy dużą ulgę. Ekipy, które widzieliśmy tak bardzo daleko, teraz nas mijały. Do Base Camp pozostało nam około 3-3,5 godziny marszu, więc jeszcze sporo. W normalnych warunkach powinna nam zostać około godzina. Na szerokim lodowcu wiatr przewiewał trochę w inny sposób śnieg, bo chociaż zalegały grube warstwy, to nie tworzyły one zasp luźnego puchu. Śnieg raczej stopniowo zamarzał i w wielu miejscach powstawała cienka skorupa. Liczne ekipy, które podchodziły do góry bardzo dobrze utrwalały ścieżkę. Tuż po wejściu na właściwą trasę mijała nas pierwsza ośmioosobowa grupa. Przejście każdej takiej ekipy oznaczał przymusowy postój w zaspach, ponieważ musieliśmy się wyminąć. Jako, że wracaliśmy do głównej bazy, to my byliśmy ustępującymi miejsca dla idących w stronę szczytu. Za każdym razem wchodziliśmy w duże zaspy i wciągaliśmy nasze sanie do śniegu, żeby ekwipunek osób wymijanych mógł przejechać w utrwalonym torze. Idąc dalej, dotarliśmy na środek i tak szerokiego przewężenia lodowca, skąd mieliśmy wspaniały widok do wnętrza odnogi East Fork Kahiltna Glacier. Widzieliśmy stąd dość duże skupisko szczelin i najwyraźniej z tego powodu pierwsza ekipa idąca jeszcze przed burzą musiała skręcić w lewo, w obawie przed wędrówką obok licznych rozpadlin. Najprawdopodobniej tak powstała aktualna wersja wydłużonej drogi do Base Camp I. Chyba nikomu nie przypadła ona do gustu, bo zataczaliśmy bardzo duże koło. Z drugiej strony, nie mając słonecznej pogody, trudno było coś innego wymyślić. Schodziliśmy dalej lodowcem. Ścieżka zakręcała bardzo długim łukiem w prawo, omijając tym samym wysuniętą, wspólną część grani gór Mount Crosson i Kahiltna Dome. W trakcie wędrówki zobaczyliśmy, że coś jest na rzeczy, ponieważ do Base Camp I wyruszyły w tym samym czasie głównie ekipy ośmioosobowe i rzadziej czteroosobowe. Już sama ilość ludzi w jednej grupie świadczyła, że wchodzili w skład komercyjnych ekip. Co ciekawe, wszyscy posiadali ten sam sprzęt, w ten sam sposób mieli przywiązane sanie i wszyscy byli „podręcznikowo” spięci liną po osiem osób.

Za chwilę musieliśmy ustąpić miejsca trzeciej takiej grupie. Kiedy odchodziłem na lewą stronę ścieżki, lewa rakieta zakopała się w zaspach i wpadłem cały do śniegu. Nie mogłem wstać, dlatego najpierw musiałem wypiąć sanie, a później próbować inaczej ułożyć stopę, żeby potem móc stanąć na rakiecie. Jeden z członków komercyjnej grupy pomógł mi wstać. Wtedy ponownie wpiąłem sanie do uprzęży i czekałem aż wszyscy nas miną. Przejście trzech pierwszych ekip jakoś przeżyliśmy, ale gdy uszliśmy zaledwie 50m, zobaczyliśmy całe tabuny ośmioosobowych grup idących do góry. Wtedy zeszliśmy w prawo w kolejne zaspy i usiedliśmy na ekwipunku tak, żeby nie przeszkadzać przechodzącym. Wiedzieliśmy, że zanim wszyscy nas miną upłynie wiele czasu. Agnieszka usiadła całkiem na przodzie, ja w odległości około 15m od niej, i w takich samych odstępach za mną, Szymon i Wojtek. Widząc, jak dużo mamy „wolnego” czasu postanowiłem umilić sobie oczekiwanie. Wyciągnąłem chyba najlepszą rzecz, jaką miałem w dufflu – rodzynki w białej czekoladzie o smaku jogurtowym. W czasie półgodzinnego, przymusowego postoju zdążyłem zjeść całą paczkę. Agnieszka też coś zajadała i popijała herbatą z termosu. Szymon dojadał czekoladę, a Wojtek leżał na saniach, opalając się w słońcu. Z zegarkiem w ręku widzieliśmy, że przejście wielu grup zajęło aż pół godziny. W tym czasie niektóre osoby z różnych ekip wypytywały nas o warunki i o miejsce, do którego doszliśmy. Pytali również o zaspy, ale niestety nie mogliśmy powiedzieć nic dobrego, jak tylko to, że będzie bardzo ciężko… Kiedy mijała nas ostatnia ekipa wstaliśmy i skomentowaliśmy to, co się przed chwilą stało, ponieważ nikt z nas nie mógł przewidzieć takiego „zmasowanego ataku” ludzi.

 
 
Wędrówka lodowcem Kahiltna do Heartbreak Hill (wzniesienie "Łamacz Serca")

Trochę wcześniej, jedna osoba z przedostatniej grupy wyjaśniła nam, że od czterech dni w Base Camp zalegają chmury i przez to nikt nie mógł wyruszyć. Cztery dni temu w jednym czasie wylądowało dużo samolotów i wszyscy czekali na możliwość rozpoczęcia wyprawy. Dzisiaj był dopiero pierwszy dzień ze słońcem i dlatego ekipy masowo rzuciły się do wędrówki, bo nikt nie chciał dalej „kiblować” na samym początku. Zorganizowane grupy szły z wielką nadzieją. Obecność tylu komercyjnych grup bardzo męczyła... Schodząc nieco niżej, gdzie w około 25min okrążyliśmy wysuniętą wspólną część grani obu gór, musieliśmy po raz kolejny stanąć i przepuścić następne ekipy. W międzyczasie podziwialiśmy wielkie wybrzuszenie na terenie lodowca, pocięte dosłownie w kratę głębokimi szczelinami. Na początku naszej przygody omijaliśmy rozpadliny szerokim łukiem i szliśmy po prostu dalej przed siebie. Na tym odcinku lodowiec znacznie szybciej opadał, dlatego powstało więcej szczelin, niż w innych jego częściach. Na niższym poziomie, za wspólną granią dwóch gór, dotarliśmy do wielkiej równiny, która ciągnęła się praktycznie po sam horyzont. Pamiętaliśmy, że musieliśmy skręcić przy Heartbreak Hill w lewo i wtedy rozpoczniemy wędrówkę ostatnim wzniesieniem aż do Base Camp. Agnieszka stwierdziła, że całe podejście  powinno nam zająć jakieś pół godziny. Widząc zaspy, wyceniłem wejście na około godzinę lub trochę ponad. Idąc wielką równiną lodowca, po lewej stronie widzieliśmy trójwierzchołkową górę, która przypominała tą znaną z Patagonii. Skaliste granie wieńczyły śnieżne kopuły, które na tle błękitnego nieba z białymi chmurami wyglądały fenomenalnie! W międzyczasie mijaliśmy jeszcze inne pojedyncze ekipy, raz ośmio-, a raz czteroosobowe. W końcu minęła nas inna grupa niż amerykańska komercyjna. Przed nami szło czterech Japończyków, a za nimi jeszcze kolejna dwójka z tego samego państwa. Dziwił nas fakt, że dzisiaj przeszły tędy hordy ludzi, a 10min po przejściu ostatniej z grup wiatr ponownie zawiał drogę… Ponownie przecierałem trasę.

Odcinek ten dłużył się niesamowicie, ponieważ ponad godzinę zajęło nam obejście trójwierzchołkowej góry z Patagonii. Przed sobą widzieliśmy powoli wznoszące się zbocze i ledwo widoczną ścieżkę, która oznaczała początek Heartbreak Hill. Odtąd wiedzieliśmy, że będziemy szli do góry i w pełni poczujemy, co oznacza ta nazwa... Zanim doszliśmy do jego początków, musieliśmy najpierw przejść pod ukosem pochyłe zbocze lodowca u stóp gór z Patagonii, żeby móc je ominąć. Szybko zauważyłem, że i tutaj zmodyfikowano drogę przejścia, bo w drodze na szczyt trasa prowadziła środkiem, pomiędzy granią tutejszych gór, a granią widoczną daleko przed nami. Nic nie mogliśmy zrobić, ponieważ wszędobylskie zaspy utrudniały jakąkolwiek zmianę trasy. Wszyscy doceniali każdy widoczny ślad i fakt, że ktoś zaczął wyprawę i wydeptał jakąś ścieżkę. Nie ważne jaka ona jest, bo i tak każda źle wytyczona trasa będzie lepsza niż przecieranie grubych zasp śniegu. Przebieg mocno skróconej drogi widzieliśmy na kilkaset metrów do przodu. Szkoda tylko, że ktoś poszedł tuż przy grani „gór z Patagonii”, a nie wydłużył trasy, idąc środkiem lodowca. Z pewnością zwiększyło to stromiznę podejścia, ale też niebezpieczeństwo podejścia. Dlaczego? Dlatego, że lodowiec Kahiltna słynie z ukrytych szczelin i ścieżka prowadziła praktycznie krawędzią jego odnogi. Najwięcej szczelin zawsze można spotkać na obrzeżach lodowców, jak i na przełamaniach, stąd powinno się unikać takich miejsc. Widzieliśmy w oddali, że ku nam idzie jeszcze jedna i ostatnia czwórka Japończyków. Późna pora dnia (a zegarek wskazywał 17.00 godzinę) nie zachęcała inne ekipy do rozpoczynania wyprawy. Z tego powodu nieustające podmuchy wiatru w szybkim tempie zasypywały ścieżkę przed nami. Japończycy bardzo cieszyli się, że szliśmy w ich stronę, bo nawet schodząc na lodowiec, męczyli się ciągłym przecieraniem trasy. My ułatwiliśmy im to zadanie. Szedłem ciągle na przodzie, żeby torować jeszcze widoczną drogę. Nieco dalej, za Japończykami przechodziliśmy dosłownie nad szeroką szczeliną lodowcową. Wiele z niej nie mogliśmy zobaczyć, ponieważ zasypał ją śnieg podczas wczorajszej burzy i powstały słabe mosty śnieżne nad otchłanią. Jak najszybciej chcieliśmy opuścić to miejsce i przejść na drugą stronę. Teraz mogliśmy zobaczyć, dlaczego żałowałem, że ktoś wytyczył trasę obrzeżem lodowca...

Za szczeliną ścieżka prowadziła bardziej na środek zbocza, gdzie tym samym rozpoczęliśmy najbardziej znienawidzone przez wszystkie ekipy podejście Heartbreak Hill. Drogę wytyczono szerokim łukiem, stopniowo zakręcając w lewo. Dopiero za nim trasa przebiegała tak, jak powinna. W miejscach, gdzie ścieżkę wydeptano prostopadle lub prawie prostopadle do kierunku wiejącego wiatru, zaspy szybko opanowywały drogę i przez to już po 10min pytaliśmy: gdzie jest trasa? Przecież przed chwilą tędy przechodziły inne ekipy… Problem w tym, że od szczeliny, aż po wyjście na środek zbocza, praktyczne całą ścieżkę zdążyło przysypać... Od wielkiej rozpadliny znacznie zwolniliśmy tempo, ponieważ na nowo musiałem przecierać po części widoczną drogę. Szedłem w kierunku widocznych chorągiewek, ale ciągnąc za sobą ciężkie sanie i mając założony równie ciężki plecak, nie mogliśmy ani trochę przyspieszyć. Rakiety śnieżne pomagały w dużym stopniu, bo przynajmniej zapadaliśmy się mocno, a nie bardzo mocno… Czuliśmy wyczerpanie. Wynikało ono z nastawienia psychicznego. Dzisiaj nie mieliśmy przecież jakiegoś morderczego wysiłku. Owszem – szliśmy mocno okrężną drogą przez zaspy już od ponad 5-ciu godzin, ale mimo wszystko nie czułem, że to była siłowa wędrówka. Raczej działała świadomość, że podejście powinno trwać 30-45min, a my dosłownie męczyliśmy je i nikt do końca nie wiedział ile jeszcze potrwa... Idąc jako pierwszy, wyglądałem kolejnych tyczek, a te wyrastały jedna za drugą, wzdłuż ciągle wznoszącego się zbocza. Co ciekawe, zbocze Heartbreak Hill nie jest strome, ale  rozciągnięte na dużym odcinku. Wzniesienie męczyło pod względem psychicznym, ponieważ ciągnęliśmy za sobą pełne sanie i nieśliśmy ciężkie plecaki, a postępu brakowało… Blisko godzinę zajęło nam obejście brązowej grani „gór z Patagonii”. Dopiero wtedy, w oddali zobaczyłem boje, które oznaczają pas startowy dla awionetek. Każdy chciał tam być. Najpierw pomyśleliśmy, że musimy dojść do ostatniej boi, czyli szóstej. Długo musieliśmy czekać na tą chwilę. Ciągle szedłem jako pierwszy i chociaż tempa nie zwiększyłem, to zmniejszyłem ilość przerw.

Na Heartbreak Hill nie szliśmy związani linami, ponieważ każdy miał inne tempo. Wtedy poszedłem znacznie do przodu, żeby dalej przecierać trasę. Zostawiłem odstęp co najmniej 300 kroków. Średnio za jednym razem przechodziłem odległość równą około 150 kroków. Pod koniec zatrzymałem się dopiero po czterech tyczkach, które rozstawiono co 50m. Do Base Camp liczyłem kroki, żeby mieć odniesienie, ile pozostało nam do końca. Kiedy dotarłem do poziomu szóstej boi ucieszyłem się, bo widziałem, że nie muszę iść do pierwszej, ponieważ bazę założono na wysokości boi od drugiej do trzeciej. Wystarczyło, że przejdziemy połowę wymaganej trasy i będziemy na miejscu. Widoczność mieliśmy bardzo dobrą. Mgły dawno odpuściły. Ciągle świeciło słońce zza dość wąskich szczelin pomiędzy chmurami. Wisiały one wysoko ponad nami, dlatego nie mieliśmy obaw przed złą pogodą. Pomału docierałem do bazy. Reszta ekipy szła jakieś 200m za mną. Tuż przed obozem pochyliłem się, upadłem na śnieg, zrzuciłem wszystko z siebie i zacząłem odpoczywać psychicznie i fizycznie... Teraz w pełni mogłem poznać, co oznacza nazwa Heartbreak Hill… Rzeczywiście to wzniesienie jest idealnym łamaczem serca… Po sześciu i pół godzinach dotarliśmy w końcu na miejsce. Kiedy położyłem się na śniegu, żeby odpocząć, z namiotu pospiesznie wybiegł strażnik Parku Narodowego Denali i zapytał mnie, czy wszystko w porządku, bo kiedy leżałem, uznał, że coś mi jest.

Po dwukrotnym powtórzeniu pytania odpowiedziałem, że wszystko jest OK. Zapytał mnie, skąd idę i na jakiej wysokości byłem. Wtedy powiedziałem, tak: „wracam ze swoją ekipą. Oni już idą za mną. Udało mi się dojść do wysokości 5800m, czyli 19000 stóp. Od czterech dni przebywaliśmy w trzeciej bazie na wysokości 14000 stóp, ale warunki nie pozwalały na atak szczytowy. Rano świeciło słońce, a po 11.00 chmury podbijało do góry i dopiero wieczorem odpuszczały. Ostatniego dnia poszedłem samemu z poziomu 14000 stóp bezpośrednio w stronę szczytu. Tylko dwie ekipy zostawiły dwa depozyty na wysokości 17000 stóp, po czym zawróciły. High Camp nie istnieje, bo nie ma tam nikogo, nawet ani jednego namiotu. Jest tylko śnieżny murek i to wszystko. Dalej nawet nie ma drogi. Ja poszedłem dalej w stronę szczytu. Doszedłem do 5800m i zrezygnowałem tuż przed Football Field (płaskie pole lodowcowe rozpoczynające się na wysokości 5859m n.p.m., za którym widać drogę na grań szczytową), bo była już 21.00 i po chmurach widziałem, że pogoda ulegnie zmianie. Wiedziałem też, że od następnego dnia zapowiadali trzy dni burz śnieżnych, dlatego chciałem spróbować przed nimi. Trasę od 5200 m n.p.m., czyli 14000 stóp, do 5800 m n.p.m., czyli 19000 stóp oznaczyłem tyczkami, żeby innym było łatwiej. Na tej wysokości jest silny mróz i oceniam go na -35˚C [wartości temperatur w różnych miejscach odczytałem z automatycznych baz meteorologicznych rozmieszczonych na Denali po powrocie do domu – w rzeczywistości z powodu późnej pory dnia, ponad ostatnią bazą miałem już -37˚C, a na 5800m było -40˚C]. Kiedy spaliśmy w nocy, w trzeciej bazie, na poziomie 14000 stóp, w nocy mieliśmy od -25˚C do -30˚C i przez to w namiocie wszystko zamarzało. Nawet para wodna, którą wydychaliśmy tworzyła szron na śpiworze”.

Po wysłuchaniu całej historii strażnik pogratulował mi samotnej próby ataku szczytowego i wysokości jaką udało mi się osiągnąć. Powiedział też, że zaszliśmy najwyżej, bo nikt od tygodnia nie przekroczył granicy 17100 stóp, czyli 5210 m n.p.m. W tym czasie doszła do mnie reszta ekipy. Ten sam strażnik podszedł do Agnieszki, bo i ona podobnie opadła z sił i zapytał, czy wszystko jest w porządku. Agnieszka odpowiedziała, że jest bardzo zmęczona, ale wszystko jest OK. Strażnik również jej pogratulował. Powiedziała, że dotarła do bazy trzeciej, bo warunki na więcej nie pozwalały. Wiedział, że mówiliśmy prawdę, ponieważ strażnicy mają ze sobą łączność, przebywając w poszczególnych bazach. Faktycznie w tym tygodniu nie było ani jednej osoby, która założyłaby bazę w High Campie. Bardzo chciałem, ale wiedziałem, że przed nami są zapowiadane i spodziewane trzy dni burz, które musielibyśmy przeczekać. Będąc w trzeciej bazie od czterech dni i jednocześnie, gdy ekipa odchorowywała „wysokościówkę”, nie mieliśmy już ochoty zostawać dłużej u góry, nie widząc żadnego postępu. Dodatkowo burza miała przedłużyć pobyt ciągle w tym samym miejscu. Mrozy nam nie przeszkadzały, ponieważ przynajmniej pod tym względem przygotowaliśmy się wszyscy bardzo dobrze. Ze strażnikiem wymieniliśmy jeszcze kilka zdań na temat, gdzie można rozłożyć namiot. Wypatrzyłem dwie platformy po namiotach, ponieważ wiele komercyjnych ekip wyruszyło dzisiaj i pozostawiły one mnóstwo przygotowanego miejsca. Wybrałem tą prawą, ponieważ wydawała się bardziej równa i wystarczyło ją tylko lekko odśnieżyć.

Od razu zabraliśmy się za rozkładanie namiotów, co zajęło nam tylko kilka minut. Wrzuciliśmy do środka materace, śpiwory i elektronikę, po czym od razu zaczęliśmy gotować obiady. Kiedy dosypywaliśmy kolejne porcje śniegu na przetop, nagle usłyszeliśmy mocny, kobiecy głos. Z dużego namiotu, wyszło dwóch strażników i trzy kobiety z wielkim garem. Wtedy kobieta idąca z przodu, będąca dużo poniżej poziomu naszego namiotu głośno zapytała, czy lubimy makaron z serem. Nie do końca zrozumieliśmy o co jej chodzi, ponieważ z powodu odległości nie usłyszeliśmy w pełni wszystkich słów, dlatego poczekaliśmy aż cała piątka przyjdzie do nas. Kiedy wszyscy stanęli przy naszym namiocie, kobieta otwarła pokrywę i powiedziała: „macie jakieś talerze lub jakiś pojemnik? Wyciągnijcie co macie największego”. Ja nie miałem talerza ani nic podobnego, bo jedyny pojemnik, jaki posiadałem, to menażka, w której właśnie przetapiałem śnieg. Agnieszka wyciągnęła składaną do płaskiej postaci miskę, lub nazwijmy to naczynie głębokim talerzem, i wtedy kobieta zaczęła nakładać nam do pełna ciepłego makaronu z serem i bekonem. Agnieszka podsumowała to: „co za piękny gest! To jest bardzo miłe! Tak właśnie wyglądają ludzie gór, gdzie jeden pomaga drugiemu”. Chyba wszyscy mieliśmy takie odczucia, bo chociaż w komercyjnych grupach mogliśmy zauważyć dość duży brak kultury, to tutejsza grupa zachwyciła nas bardzo. Jako, że Agnieszka zna bardzo dobrze angielski, to porozmawiała więcej z pozostałymi kobietami. Taki obiad na koniec wyprawy był czymś zupełnie niespodziewanym, ale i czymś niezwykłym dla nas! Wszyscy razem podsumowaliśmy, że to są prawdziwi ludzie gór… Grupa zachęciła nas, żebyśmy przyszli po dokładkę, gdy już zjemy, ponieważ makaronu zostało dużo.

W międzyczasie gotowaliśmy nasze jedzenie. Po zjedzeniu tak dobrego obiadu Agnieszka poszła do Sandry, która zawiadywała lotami na lodowcu, żeby zgłosić nas na powrót. Byliśmy dopiero 11. i 12. w kolejce oczekujących. Sandra powiedziała, że polecimy dopiero trzecim samolotem. Idąc lodowcem Kahiltna, mieliśmy cichą nadzieję, że po godzinie 18.00 jeszcze coś będzie latać i nas zabiorą. Dopiero tutaj mogliśmy zobaczyć, jak wygląda cała sprawa naprawdę. Grupa, która poczęstowała nas bardzo dobrym obiadem składała się z dziesięciu osób, stąd tak długa lista oczekujących. Po powrocie Agnieszka powiedziała, że ma złe wieści, mówiąc o trzecim samolocie. Mieliśmy cichą nadzieję, że polecimy jutro, ponieważ kiedy zaczynaliśmy wyprawę, K2 Aviation wysyłało kilka samolotów naraz, więc powinno pójść szybko. Wieczorem niestety chmur przybywało, ale wysoko ponad nami, dlatego nie powstawały mgły. Zauważyliśmy, że na około 100m przed bazą śnieg jest utwardzony i nie ma zasp. Wiatr wiał ciągle z tego samego kierunku, czyli z południowego-zachodu. Grań ciągnąca się po prawej stronie, patrząc z punktu widzenia osoby dochodzącej do bazy, osłaniała bazę przed wiatrem i dlatego nie powstawały nowe zaspy. Po rozbiciu namiotów poczuliśmy, że zawiewało z przeciwnej strony, czyli z północnego-wschodu. Nie mieliśmy postawionego muru dookoła platformy, ponieważ tutaj go już nie potrzebowaliśmy. Gruba warstwa śniegu naturalnie broniła nas przed silnymi podmuchami. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach i podsumowywaniu tego, co zobaczyliśmy. Rozważaliśmy ponownie kwestię, czy można było zrobić coś więcej, ale każdy z nas przyznał, że wszyscy zrobili wszystko, na co było ich stać według swoich najlepszych możliwości. Najbardziej omawialiśmy niesamowite widoki, mróz, niebezpieczne sytuacje, szczeliny lodowcowe, „ptaśki” oraz zepsutą pogodę, która statystycznie w tym czasie nie powinna się zdarzyć.

Oglądając dane z lat 2001 – 2016, we wszystkich latach okres 15 maja – 10 czerwca zawsze był wymarzonym, a w tym roku wszystko się odmieniło… Strażnik, który nas przywitał powiedział, że nie pamięta kiedy od połowy maja było tak źle. Stwierdził, że zmienił się klimat. Po długich rozmowach w trakcie sytego obiadu cieszyliśmy się, że najprawdopodobniej jutro polecimy do Talkeetny, kończąc tym samym zimową część wyprawy. Nie bez powodu każdy marzył o prysznicu i o ubraniu czegoś świeżego, choć jak to przywykłem mówić: „smród zamarza przy -13˚C”. Aktualnie mieliśmy co najwyżej -10˚C. Pogoda była znacznie gorsza niż na początku, ponieważ pierwszego i drugiego dnia w Base Camp mogliśmy opalać się na całego, pomimo pełnej zimy. Teraz dość mocno mroziło i od czasu do czasu zawiewał śnieg. W międzyczasie obowiązkowo komentowaliśmy okrężne zejście do Base Camp, które powinno zająć cztery, a nie 6,5 godziny. Trudno dopuścić do umysłu fakt, że schodząc, szliśmy półtora razy dłużej niż idąc do góry... Nikt nie umiał uwierzyć, jak to jest możliwe… Wiedzieliśmy jednak, że wszystkiemu winne są zaspy, których nie brakowało na całej długości trasy powrotnej. Przed namiotami spędziliśmy jeszcze ponad godzinę. Po 21.30 poszliśmy spać, ponieważ nie mieliśmy nawet co odśnieżać, ani poprawiać dookoła nas. Jedną platformę dalej, w lewo, wypatrzyliśmy bardzo ciekawy depozyt. Jakaś ekipa wykopała jaskinię, ze schodami do niej, gdzie powrzucali swoje duffle i torby do środka. Z naszej perspektywy ten skład wyglądał jak szczelina lodowcowa, ale po bliższym przyjrzeniu się sprawie widzieliśmy o co chodzi. Ktoś miał bardzo dobry pomysł na skład, któremu zasypanie raczej nie groziło. Przygotowane miejsce na torby idealnie nadawało się nawet jako miejsce noclegowe dla dwóch osób, ponieważ tam na pewno nie zawiewał wiatr, a jak wiadomo, w igloo jest ciepło.

 
 
Piękne otoczenie w Base Camp

DZIEŃ 12 i 13.
PRZEŁĘCZ NADZIEI I PRZYGOTOWANIE PASA STARTOWEGO


Poranek w Base Camp

Noc upłynęła bardzo szybko. Wszyscy mieliśmy bardzo dobry sen przynajmniej do połowy nocy, z powodu wczorajszego wysiłku. Przez drugą część szalała burza śnieżna, ale tutaj nie obawialiśmy się zasypania, ponieważ świeży opad sunął po platformie w niższe partie lodowca. Rano wystarczyło tylko nieznacznie odśnieżyć teren. Grań bardzo dobrze chroniła nas przed wiatrem. Wstaliśmy, gdy pierwsze promienie przebiły chmury, czyli po godzinie 8.00 rano. Mieliśmy wielką nadzieję, że zachmurzenie w ciągu dnia zmaleje i około godziny 10.00 wylądują pierwsze samoloty. Jako, że w nocy zawiewał śnieg, to pas startowy zupełnie zniknął. Samoloty nie mogły więc przylecieć. Gruba warstwa świeżego śniegu musiała zostać najpierw utwardzona. Jedna z kobiet dziesięcioosobowej ekipy zwoływała każdego, kto w nocował w Base Camp, ponieważ wszyscy musieliśmy przygotować pas startowy i ten do lądowania, żeby mogły pojawić się pierwsze samoloty. Ekipa kobiet wstała dużo wcześniej niż my, dlatego w czasie kiedy my przygotowywaliśmy śniadanie, one już udeptywały śnieg. Po naszym śniadaniu również dołączyliśmy na około dwie godziny do tamtejszej grupy, żeby pomóc w pracy, która służyła przecież nam wszystkim. Łącznie nazbieraliśmy dwanaście osób.

Pas do lądowania musiał być dobrze przygotować, dlatego jeden z panów będący członkiem licznej ekipy koordynował pracę, ale tak, jak pozostali, brał w niej udział. Wyznaczył on granice dwóch pasów – długość i szerokość oraz podał metodę jaką mamy iść, żeby pomagać. Wszyscy mieliśmy założyć na buty cokolwiek – narty lub rakiety śnieżne po to, żeby zwiększyć powierzchnię nacisku na śnieg. Podzieliliśmy się na trzy grupy po cztery osoby i w takich składach szliśmy do przodu jeden przy drugim. Pomiędzy każdą czwórką ustanowiliśmy kilka metrów odstępu. Chodziło o to, żeby stawiać krok przy kroku, i żeby kolejna grupa za nami ponownie utwardzała powstałe ślady. Wymiary zostały ustalone na około 100m długości i 7-8m szerokości dla pasa startowego i tego do lądowania. Oba na końcach miały być połączone łukiem o dużym promieniu i szerokości 15m, wykorzystywanym do nawracania samolotów. Kobiety najpierw przygotowały pas do lądowania, a kiedy dołączyliśmy do nich, utwardzaliśmy pas do rozbiegu awionetek. Szliśmy jeden przy drugim, w trzech grupach czteroosobowych, dzięki czemu za jednym razem mogliśmy trzykrotnie przedeptać i utwardzić świeży śnieg. Potem zawracaliśmy i poszerzaliśmy pas wzdłuż, obok tego wydeptanego. W ten sposób poszerzaliśmy pas startowy. Musieliśmy jeszcze nieco poprawić łuk do zawracania, ale z tym zadaniem uporaliśmy się bardzo szybko. W trakcie udeptywania śniegu, Agnieszka kręciła film i rozmawiała z kobietami. Dwie z nich również mnie wypytywały o samotne przejście z poziomu 14000 stóp do 19000 stóp i o mróz jaki tam panuje. Były zaciekawione całą historią, ponieważ ich ekipa nie przyjechała z myślą o wejściu na Denali, ale raczej stanowili grupę szkoleniową do wędrówek w warunkach zimowych. Program szkolenia mogłem przyrównać do naszych kursów zimowych w Tatrach z tym, że tutaj dochodziła praktyczna wiedza o poruszaniu się po lodowcach i wyciąganie ze szczelin. Chciałem jak najlepiej opowiedzieć wrażenia i przeżycia, ponieważ mój angielski nie jest dobry i raczej potrafię rozmawiać tylko prostymi zdaniami. Myślę jednak, że wiele mogły wywnioskować z tego, co mówię.


Przygotowywanie pasa startowego dla awionetek. Osoby przebywające w bazie wydeptują pas startowy

Trzeba przyznać, że na dziesięciodniowe szkolenie, wybrali wyjątkowo piękny teren i warunki. Po godzinie 10.30 zakończyliśmy przygotowywanie pasa startowego i odtąd mogliśmy czekać na samoloty. Po godzinie 9.20 zauważyliśmy pierwszy samolot z Talkeetna Air Taxi, który po wykonaniu okręgu nad lodowcem wylądował. Pas przeznaczony do startu dopiero kobiety rozpoczynały udeptywać. W trakcie prac, łuk do zawracania miał jakieś 7m szerokości, przez co pilot wypadł poza niego. Zakręcił znacznie dalej. Dobrze że nie wkopał się w głęboki śnieg, bo wtedy miałby większy problem. Widząc, jak wylądował i jak zawraca, koordynator postanowił poszerzyć dwukrotnie łuk. Po zakończonej pracy, mogliśmy zobaczyć jak wygląda tutejsze „lotnisko”. Z dużej odległości wszystko wydawało się bardzo równe, jakby ułożone z betonowych płytek. Obowiązkowo musieliśmy zrobić zdjęcia w stronę pasów i łuku. W oczekiwaniu na następną awionetkę postanowiliśmy, że złożymy śpiwór, wszelkie płachty i zostawimy tylko namioty oraz materace, żeby w razie lotu móc szybko wszystko spakować bez zbędnego przedłużania. Kiedy skończyliśmy przygotowania, obowiązkowo podsumowywaliśmy nasze wrażenia z Denali.

Ponad godzinę dyskutowaliśmy na temat polskiej i słowackiej turystyki oraz nad kulturą i przygotowaniem ludzi do wycieczek. Poruszyliśmy również kwestię trochę „większych” wyjść w góry. Od razu zauważyliśmy, że całe rzesze Polaków są nieprzygotowane do górskich wędrówek. Stwierdziliśmy, że duża część nawet nie wie gdzie jest i nie potrafi określić swojego położenia, ani omówić celu swojego wyjazdu. Próbowaliśmy zrozumieć, jak robią to Słowacy, że każdy w Tatrach jest przygotowany i wie po co idzie. Czyżby to była zasługa płatnych ubezpieczeń, które każdy sam sobie musi wykupić? Można powiedzieć, że to praktycznie dwa podobne państwa, a jakże mamy odmienne podejście do turystyki górskiej… Drugą sprawą oczywiście jest kultura w górach, gdzie podzieliliśmy Polskę na siedem rejonów. Zachwycaliśmy się Bieszczadami i Beskidem Niskim, gdzie dzika natura przyciąga niezmiennie od lat do wędrówek górskich. W tych pasmach górskich ludzie się pozdrawiają na szlakach i dlatego musieliśmy koniecznie opowiedzieć o tym. Zauważyliśmy, że w Beskidzie Śląskim pozdrawianie ludzi na szlakach praktycznie zanika, a Sudety nastawione są w pewnej mierze na turystów z Niemiec i często liczy się tylko pieniądz. Nie wrzucaliśmy wszystkich „do jednego wora”, ponieważ wiadomo, że wszędzie spotkamy prawdziwych ludzi gór, którzy doceniają naturę, nie są za komercjalizacją dzikich terenów, przejawiają pokorę, czy też poznawanie pasm górskich jest ich prawdziwą pasją. Musieliśmy stwierdzić, że pewne rodzaje zachowań są bardziej widoczne dla danej grupy pasm górskich.

Najbardziej podobało mi się podsumowanie Agnieszki, która zacytowała słowa jej taty: [jako pilot poznał dużą część świata i bywał w wielu krajach] „ciesz się, że mieszkasz w Polsce, bo to jeden z najpiękniejszych krajów świata. Mamy morze i góry, piękną i ciekawą historię, najlepszy klimat oraz niesamowitą przyrodę”. W pełni poparłem jej słowa, ponieważ 8 lat temu w podobnym tonie wypowiedziałem się publicznie o Polsce. Krótko opowiedziałem ekipie moją historię przejścia 1047km samotnie przez wszystkie pasma górskie południowej Polski naraz, za wyjątkiem Tatr, gdzie po 31 dniach wędrówki podsumowałem: „Polska jest mała i nudna, dla tych którzy przejeżdżają ją samochodem, a ogromna i piękna, dla tych, którzy przeszli ją pieszo”. W ten sposób rozpoczęła się długa wymiana zdań na temat miejsc wartych odwiedzenia w Polsce. Każdy z nas omawiał jakieś ciekawe miejsca nie tylko górskie. Wtedy zaczęliśmy je zestawiać z różnymi krajami świata, gdzie albo wszystko było spalone słońcem, albo zasypane śniegiem, czy też groziły w jednych miejscach trzęsienia ziemi i tajfuny, a w drugich wybuchy wulkanów i zarazy. Każdy z nas tęsknił za zielenią, dlatego wszyscy wracaliśmy myślami do Beskidów i ich przepięknych polan pełnych czerwcowych kwiatów. W trakcie rozmów powstał pomysł, by po powrocie do kraju pojechać w nie i ujrzeć omawiane piękne, naturalne ogrody. W międzyczasie zobaczyliśmy drugi samolot, który wylądował po godzinie 11.40. Niestety później chmury przykryły część lodowca Kahiltna, a przełęcz, z nad której przylatywały samoloty zanikała gdzieś w kłębach chmur. Z powodu długiego oczekiwania nazwaliśmy ją „Przełęczą Nadziei”. Od Lisy, bo teraz kobieta o takim imieniu zawiadywała lotami, dowiedzieliśmy się, że w mieście jest słońce, a w górach chmury, dlatego awionetki już nie mogły latać. Musieliśmy czekać. Na zewnątrz siedziałem do godziny 16.40, po czym przeszedłem się po okolicy.

Chmury ciągle zalegały nad nami i tylko do czasu do czasu widzieliśmy słońce. Wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie, a tym bardziej, że mieliśmy polecieć dopiero trzecim samolotem. Przy aktualnym tempie nie liczyliśmy, że szybko opuścimy główną bazę. Każdy miał dość „kiblowania”, bo przecież nie przybliżało nas ono ani do szczytu, ani do powrotu. Najbardziej komentowała to Agnieszka mówiąc: „jak to jest, że z Talkeetna Air Taxi przyleciały dwa samoloty a z K2 ani jeden?”. No cóż… Talkeetna Air Taxi ma po prostu lepszy system nawigacji (z podczerwienią), dzięki czemu mogą latać w chmurach. Musieliśmy poczekać na kolejny dzień. W międzyczasie, na trzech platformach powyżej nas rozłożyła się inna pięcioosobowa grupa, która rozbiła trzy namioty. Od teraz zakłócali nasz spokój, bo za dnia zachowywali się dość głośno. Nie mając nic więcej do roboty, po godzinie 22.00 poszliśmy spać z nadzieją, że nazajutrz zobaczymy zieleń... Noc przebiegała spokojnie, a burze ustawały. Oczekiwaliśmy więc pięknej pogody. Obudziliśmy się, mając wspaniały błękit nieba. Tylko, gdzieniegdzie zalegały pojedyncze chmury i ich strzępki. W szczególności spoglądaliśmy na Przełęcz Nadziei. Pas mieliśmy przygotowany, dlatego liczyliśmy, że dzisiaj na pewno stąd polecimy. Agnieszka po godzinie 8.30 rano poszła jeszcze raz do Lisy. Tym razem dowiedziała się, że w mieście zalegają chmury, a w górach jest słońce – czyli odwrotna sytuacja do wczorajszej. Zdenerwowała się i powiedziała: „ile można czekać? Na idealną pogodę możemy czekać nawet dwa tygodnie”. Miała w tym trochę racji, ale wytłumaczyłem Agnieszce, że kiedy tutaj jest piękny błękit nieba, to na dole, w Talkeetnie, nie mogą być inne chmury niż stratocumulus stratiformis perlucidus. Jest to płaska warstwa, która rozpada się w dwie lub trzy godziny po wschodzie słońca. Chociaż minęło więcej czasu, to znaczyło, że musiały później powstać. Wiedziałem, że jeśli nad dolinami „wisiały” takie chmury, to na pewno będą zanikać.

Na zewnątrz siedzieliśmy do godziny 10.30. W międzyczasie wylądowały dwa samoloty Talkeetna Air Taxi. Wtedy Lisa powiedziała, że K2 szykuje trzy samoloty naraz i za pół godziny będą. W obozie zapanowała wielka radość, ponieważ dziesięcioosobowa grupa też czekała na swój lot. Mieli ostatni dzień pobytu w ramach szkolenia. Kobiety wykorzystywały czas wolny na zjazdy na sankach w stronę pasa startowego. Zjeżdżając, prowadziły ranking, kto najdalej zajedzie. My w tym samym czasie popakowaliśmy prawie wszystko, żeby nie przedłużać postoju awionetek. Pozostał tylko namiot i materac. Agnieszka leżała jeszcze w środku namiotu. Powiedziała tylko: „jak będzie jakiś ruch w tej ekipie [dziesięcioosobowej], to dawaj znać, bo oni coś wiedzą”. Ja w tym czasie siedziałem na pokrowcu z łopaty położonym na zwiniętej linie. Teraz oczekiwałem jakiegoś ruchu i okrzyku radości wśród kobiet. W trakcie czekania na samolot, trochę powyżej nas zdążyła się rozłożyć kilkuosobowa grupa, która przyleciała pierwszym samolotem. Zajęli miejsce głośnej ekipy z wczoraj, bo tamta grupa spakowała wszystkie rzeczy i wyruszyła w drogę. Agnieszka nawet podsłuchała, że w jednym z namiotów przebywała ważna osobistość z Wielkiej Brytanii. Wywnioskowała tak, po słowach przewodnika, który powiedział: „to dla mnie wielki zaszczyt, że mogłem pana osobiście poznać…”. Dalej kontynuował swoją przemowę, z której Agnieszka wiedziała, że jego celem nie jest wejście na Denali. Kiedy Agnieszka zasnęła, starałem się wyłapać inne wątki poruszane podczas rozmów między nimi. Dowiedziałem się, że wszyscy oprócz „ważnej osoby” wyjdą do godziny 17.00 na trening i potem wrócą z powrotem do namiotów. Ich podręcznikowe, pomarańczowo-białe namioty z firmy Hardware Mountain idealnie komponowały się z błękitem nieba, pięknym słońcem i śnieżną granią „gór z Patagonii”. Obowiązkowo musiałem zrobić zdjęcia tych trzech namiotów na tle gór i błękitnego nieba. Najbardziej zadziwił mnie sprzęt, który zabrała ze sobą ekipa. Mieli nawet domowe garnki, wszelkie naczynia, patelnie, itp. rzeczy.

Wystarczyła chwila, żebym mógł poznać prawdziwy cel podróży tej grupy… Wtedy podsłuchałem słowa przewodnika: „zdecydowana większość tutejszych ekip to komercyjne wyprawy amerykańskie. Przed nami wyrusza taka grupa, jak my. Mamy za zadanie przejść do ostatniej bazy i wszystko przygotować ekipie, która zapłaciła za wejście na szczyt. My mamy pozakładać depozyty i w miarę możliwości przygotować platformy pod namioty. Mamy oznaczyć trasę, żeby przewodnikowi było łatwiej”. Te słowa dały mi wiele do myślenia… Teraz wiedziałem, dlaczego tak wiele ekip poszło przedwczoraj, gdy tylko nadarzyła się chwila dobrej pogody. Większość grup liczyła 8 osób i wszyscy mieli ten sam sprzęt. Czyżby połowa z nich przygotowywała teren pod komercyjną ekipę?, albo komercyjne wyprawy szły już po przejściu ekip przygotowawczych? Tego nie wiedzieliśmy. Kiedy Agnieszka wyszła z namiotu, powiedziałem jej o całej rozmowie, a później Szymonowi i Wojtkowi, którzy nieco później wyszli na zewnątrz. Wtedy poczuliśmy duży niesmak do gór najwyższych, ponieważ zbyt wiele wkradło się w nie komercji… Przykładem jest Mt. Everest, gdzie w 2017 roku wydano około 734 pozwolenia na wejście na szczyt. Widzieliśmy zdjęcia, jak ponad stu ludzi tworzy jeden wielki sznur i jednocześnie zator, co pokazywało, że nie takie chodzenie po górach nas interesowało… Agnieszka wspomniała jeszcze o Aconcagui, jako najwyższym szczycie Ameryki Południowej, gdzie na poziomie 4300 m n.p.m. można nawet zamówić hamburgera, a ilość komercyjnych ekip po prostu przerażała.

Wielki zgiełk w wysokich górach niestety powodował niesmak. Agnieszka podsumowała Denali, że tutaj też zbyt wiele komercji zobaczyła. Ubolewała nad tym, że niestety w świecie gór to zjawisko będzie się rozrastać, dlatego rozmawiając o kolejnych celach na najbliższe lata wspomniała o niekomercyjnych szczytach takich, jak grupa Śnieżnej Pantery i siedmiotysięczne piki w poradzieckich państwach. Trudno było nie przyznać jej racji. Jednogłośnie wytypowaliśmy Pik Lenina 7123 m n.p.m., na którym nie spotkalibyśmy wielkich tłumów. Z pewnością i tam można spotkać komercyjne wyprawy. Sam przecież widziałem ogłoszenia różnych agencji ogłaszających się z tym szczytem, ale Denali pod względem płatnych grup przerosło nasze wyobrażenia. Z drugiej strony pomyśleliśmy tak: w czasie całego naszego wejścia tylko dwie ekipy poszły jako samozorganizowane, gdzie wszystko zrobiono na własną rękę. Tylko takie wejście dawało pełną satysfakcję, ponieważ musieliśmy sami sobie zorganizować logistykę, przestudiować trasę przejścia, czy też dobrać sprzęt i jedzenie na tak długi czas. Pod tym względem czuliśmy się w pewnym sensie zwycięzcami, bo chociaż nie weszliśmy na sam szczyt, to wszystko – od A do Z – zrobiliśmy sami. W trakcie dalszych rozmów ekipa nad nami wyruszyła w ramach treningu na lodowiec Kahiltna z tym samym sprzętem, co reszta innych grup. W międzyczasie przed namiotem, od godziny 8.30 rozkładany panel słoneczny ładował dwa telefon. Chcieliśmy mieć łączność po wylądowaniu w Talkeetnie.

 
 
 
 
 
Powrót z Base Camp

Po godzinie 11.00, kiedy słońce mocno przygrzewało, kobiety na dole zaczęły głośno cieszyć się, więc powiedziałem do naszej grupy – jest jakiś ruch!. Agnieszka jako pierwsza wyszła z namiotu i z radości krzyczała w stronę kobiet. Teraz wiedzieliśmy, że wyprawa dobiega końca i że za chwilę opuścimy Base Cam. Pół godziny w zupełności wystarczyło, żeby spuścić powietrze z materaców oraz, żeby poskładać namioty i pozostałe rzeczy wrzucić do plecaków i duffli. Jeszcze na szybko oddzieliliśmy ostry sprzęt od pozostałego (bo taki w awionetkach jest kładziony na jednych saniach i zabezpieczany). Wszystko wrzuciliśmy do wielkiego wora turystycznego Agnieszki i zawiązaliśmy. W trakcie pakowania namiotu z nad Przełęczy Nadziei wyleciał nagle jeden samolot K2 Aviation. Zatoczył długi okrąg i przygotowywał się do lądowania. Ten jeszcze nie skończył, a znad przełęczy wyleciał kolejny! Wiedzieliśmy, że mało mamy czasu, choć mieliśmy polecieć dopiero trzecim. Minęły kolejne trzy minuty i już trzeci krążył nad bazą. Po dłuższej chwili wszystkie trzy ustawiły się w trójkątnym szyku. Najpierw powychodziły z nich nowe ekipy, które zaczynały przygodę z Denali. Po piętnastu minutach podeszliśmy z bagażami w pobliże samolotów. Część kobiet z dziesięcioosobowej grupy poleciała z nami, ponieważ my wsiedliśmy do trochę większego samolotu – sześcioosobowego. Ekipa z obsługi awionetek starannie zapakowała sprzęt na pokład i po prawej stronie owinęła go w siatkę usztywniającą. Po lewej siedzieliśmy my i z tyłu dwie osoby. To był moment, kiedy chciało się płakać, bo wiedzieliśmy, że pewien rozdział zakończył się w naszym życiu – w końcu opuszczaliśmy Denali… Patrzeliśmy jeszcze przez kilka minut w panoramiczne okna, po czym pilot zaczął rozgrzewać silnik do startu. W międzyczasie jeden samolot wystartował, a my czekaliśmy na naszą kolej. Kiedy nasza awionetka sunęła pierwsze dwa metry, pilot zatrzymał się, ponieważ stwierdził, że śnieg jest za głęboki. Wyszedł na zewnątrz, udeptał go trochę przed płozami i z powrotem wsiadł za stery.

Odtąd zwiększył moc silnika i śmigło wirowało z pełną prędkością. Powstał tak duży ciąg, że za skrzydłami unosiły się tumany śniegu. Po chwili sunęliśmy po wydeptanym przez nas pasie startowym. Na poziomie czwartej boi awionetka wystartowała w powietrze i zaczęliśmy myśleć, że to już naprawdę koniec naszej wyprawy. Pełni nostalgii opuszczaliśmy piękny świat zimy, w którym spędziliśmy aż 13 dni… Pierwsze sekundy lotu pozwalały nam podziwiać niesamowite widoki, ostre grani i nieokiełznaną biel – ciągnącą się aż po horyzont. Największe wrażenie na nas wywierał zdecydowanie lodowiec Kahiltna, któremu nie było końca. Kiedy samolot opuścił jego odnogę, zakręcił pod dużym kątem w lewo i lecieliśmy już dalej ponad jego płaskimi i rozległymi powierzchniami. Z góry widzieliśmy mnóstwo szczelin, a przez okna mogliśmy popatrzeć bezpośrednio na ostre i poszarpane, skaliste granie, które przerywały nieskończoną biel. W trakcie lotu podziwialiśmy niesamowite widoki na Alaskę, które z każdą minutą poszerzały się wraz z osiąganą wysokością. Pogoda dopisywała, więc kręciłem długi film widokowy, pokazujący piękno miejscowych gór. Najbardziej zapamiętałem dwa wielkie i cudowne miejsca. Pierwsze to, kiedy samolot przelatywał obok kłębiastej chmury i nagle zza niej ujrzeliśmy ostre, jak brzytwa granie. Drugie, odległe o kilka minut lotu, to niesamowite dwa, przebiegające równolegle względem siebie lodowce. Nigdy nie widziałem, żeby dwa potężne lodowce „spływały” obok siebie. Odgradzał je tylko wąski pas niższych grani. Przyrównałem je dwóch potężnych rzek, które płynęły obok siebie. Trudno sobie wyobrazić coś podobnego, dlatego chyba każdego zachwycił bardzo rzadki i niespotykany widok dwóch lodowców obok siebie. Za nimi mijaliśmy coraz niższe góry, a my ciągle lecieliśmy na tym samym pułapie. Widzieliśmy coraz mniej śniegu na wierzchołkach i w pewnym momencie białą strefę śniegu zakończyła równa granica, od której nagle zaczynały się rozległe równiny zarośnięte lasem.

Tuż za górami podziwialiśmy wypływające rzeki z lodowców oraz surowy, morenowy teren (morena lodowca to skalisty i kamienisty teren, który powstaje podczas wędrówki lodowca. W tym czasie przenosi on materiał skalny, który najczęściej uwalniany jest po obu jego stronach. Wzdłuż topniejących lodowców najczęściej po obu stronach widać kamieniste równe linie, które tworzy naniesiony materiał. Lodowce mają tę właściwość, że w ciągu roku potrafią przesuwać się w dół z prędkością od kilkunastu centymetrów aż do kilku metrów. Podczas tych ruchów powstają pęknięcia i szczeliny. Morena boczna to nic innego, jak ciemna linia po obu stronach lodowca złożona tylko i wyłącznie ze skał, kamieni i ewentualnie fragmentów lodu.). Nieco dalej, za morenami i jałowym terenem nagle rozpoczynały się… zielone lasy. Zadziwiający dla nas był fakt, że wiosna dotarła tak szybko i tak daleko na północ kuli ziemskiej. Zatrzymały ją tylko nagle wyrastające góry z wielkich równin. Można powiedzieć, że w ciągu kilku chwil przechodziliśmy ze świata zimy do świata wiosny. Już od początku terenów opanowanych przez wiosnę podziwialiśmy równą linię śniegów i góry, których końca nie widzieliśmy. Przelot nad równinami dostarczył nam wielu wspaniałych widoków, ponieważ w lasach często występowały polodowcowe stawy oraz czasami w środku dziczy zauważaliśmy pojedyncze chatki. Widząc na Discovery, jak ludzie mieszkają na Alasce, pomyślałem, że być może to jedna z takich chat, gdzie odległości pokonuje się pieszo i nie prowadzą tam żadne drogi. Ilość stawów zachwycała, a tym bardziej, że wiele z nich miało inny kolor lub odcień. Nad równinami lecieliśmy około 20min. Dopiero na sam koniec przelatywaliśmy nad szeroką rzeką Susitna, która przypominała raczej kilka mniejszych łączących się ze sobą rzek w jednym, wielkim korycie. Od rzeki pozostało nam jakieś 2,5km do lotniska w Talkeetnie.

Pilot ciągle obniżał lot, aż w końcu przelatywaliśmy dosłownie nad koronami zielonych brzóz, topoli oraz jodeł. Cały czas kręciłem film widokowy, żeby pokazać piękno Alaski. Wylądowaliśmy bardzo miękko tak, że nawet nie odczuliśmy tego manewru. Przez chwilę słyszeliśmy pisk opon, po czym za moment kołowaliśmy w stronę hangaru. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz zadziwiło nas ciepło. Pomimo pochmurnej pogody w Talkeetnie dla nas panował upał… Od trzynastu dni mieliśmy temperatury od -5˚C do -32˚C w bazie trzeciej, a teraz termometry wskazywały +15˚C. Stąd poczuliśmy wręcz buchnięcie ciepła, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Nadal mieliśmy założone wyprawowe buty, ponieważ startowaliśmy z lodowca. Teraz marzyliśmy o dobrym miejscu noclegowym oraz o prysznicu. Zanim jednak opuściliśmy hangar, upłynęły jeszcze ponad dwie godziny. Agnieszka poszła do biura załatwiać formalności z zakończonym lotem i odbiorem zdeponowanych rzeczy, bo znała bardzo dobrze angielski. My tymczasem przepakowywaliśmy rzeczy tak, żeby wszystko wrzucić do jednego wora oraz, żeby rozdzielić ostre sprzęty pomiędzy nas. Widzieliśmy jak przywieziony śnieg dosłownie spływał z pokładu samolotu.

Po wyładowaniu wszystkich rzeczy obsługa naziemna nas opuściła, a my długo przepakowywaliśmy nasze rzeczy. Na szczęście firma K2 Aviation jest bardzo pomocna i nie pobiera żadnych opłat za dojazd do hangaru, ani nawet po zakończonym locie, gdy chcemy żeby zawieźli nas do Talkeetny lub do wybranego hotelu w okolicy. Są bardzo pomocni i jak słyszałem, wszystkie ekipy zawsze były tak samo traktowane. Nawet gdy pogoda nie dopisywała, to przez cztery dni wozili pewną polską ekipę, którą spotkaliśmy z hangaru do wioski, bo spali w hangarze. Kiedy trzeba było przewieźć duże ilości bagażów i sprzętu oni zawsze zawozili pod hotel. Podczas naszego przepakowywania, Agnieszka szukała jakiegoś miejsca do spania. Pewien pan z K2 Aviation dzwonił wszędzie po wszystkich kwaterach Talkeetny. Na samym końcu znalazł ostatni wolny pokój w Hostelu „House of Seven Trees”. To miejsce jest naprawdę dobre, bo znajduje się w ścisłym centrum Talkeetny i do najważniejszych punktów mamy po kilkanaście, kilkadziesiąt metrów… Centrum nie oznacza hałasu, ponieważ Talkeetna jest wioską położoną w środku bezkresnego lasu, gdzie ponad połowę zabudowań stanowią sklepy z pamiątkami. Kiedy wyszliśmy po ponad dwóch godzinach spędzonych w hangarze, ten sam pan podjechał wielkim dwunastoosobowym samochodem i wrzuciliśmy wszystkie nasze rzeczy. Podwiózł nas do hostelu „House of Seven Trees”.

Gdy tylko przejechaliśmy tory i może w całości z 70 metrów, nagle zobaczyliśmy rzesze ludzi, całe tłumy! Agnieszka zapytała: co to jest? Zadała takie pytanie, ponieważ gdy byliśmy na początku wyprawy w wiosce, to nie widzieliśmy ani jednego człowieka. Wtedy pan powiedział, że dzisiaj [29 maja] mamy Memorial Day. Jest to amerykańskie święto, gdzie ludzie mają długi weekend. Święto przypominało mi bardzo polską majówkę, gdzie wszyscy „rzucają się” naraz w podróż. Przez wioskę jechaliśmy bardzo powoli, mijając ogromne tłumy z obu stron. Teraz wiedzieliśmy, dlaczego wszystkie pokoje są zajęte. Stanęliśmy przy zabytkowej, żółtej limuzynie, która z kolei stała przed hostelem House of Seven Trees. Kiedy przekroczyliśmy próg chaty, z powrotem poczuliśmy się, jak w lesie. Pan z K2 Aviation wszedł do środka, zawołał właścicielkę i powiedział, że przyprowadził nas, mówiąc, że to on dzwonił. Podziękowaliśmy mu za szybkie załatwienie sprawy i wszelką pomoc. Z właścicielką umówiliśmy się na 50$ za noc. Ceny wcale nie dziwiły, ponieważ na Alasce ogólnie wszystko jest drogie. Z drugiej strony opłata nie była wysoka, bo musieliśmy przyznać, że dom jest bardzo komfortowy i mieliśmy udostępniony go cały dla nas. Mieszkaliśmy w pokoju Driftwood na poddaszu. Mieliśmy ładny widok na Talkeetnę z poziomu porównywalnego do połowy wysokości tutejszych drzew. Na dole znajdował się piękny pokój z fortepianem i wszelkimi informatorami turystycznymi. Nawet na małej półeczce leżał wielki atlas Alaski z bardzo dokładnymi mapami i opisami atrakcji. W korytarzu wisiała mapa świata z pozdrowienia różnych ekip z wielu państw, próbujących wejść na Denali. Nawet widzieliśmy flagę RPA, co jest godne podziwu. Europejskie kraje były raczej „standardem”. Przypadło nam do gustu to miejsce. W pokoju mieliśmy trochę mało miejsca, bo jak wnieśliśmy wszystkie rzeczy, to zajęły one większą jego część.

Najbardziej podobało mi się położenie hostelu, ponieważ pomimo sąsiedztwa z główną drogą, wejście umiejscowiono z boku, a sam budynek ze wszystkich stron otaczały drzewa. Dlatego mogliśmy powiedzieć, że mieszkamy w chacie w środku lasu. Weranda przed wejściem, również miała swój klimat, ponieważ na wysłużonych deskach stały dwa krzesła, a nad nimi dwie budki dla ptaków. Dosłownie nad głowami przelatywały co chwilę piszczące, niebieskie jaskółki! Takich jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Agnieszka uchwyciła je nawet na zdjęciu zrobionym telefonem. Gdy tylko wrzuciliśmy wszystkie rzeczy do pokoju, Agnieszka powiedziała: „teraz pójdziemy na takiego amerykańskiego, niezdrowego hamburgera, bo mam ochotę na coś niezdrowego”. Każdemu jej pomysł się spodobał i po prysznicu w kilka chwil byliśmy gotowi, żeby wyjść do którejś z restauracji. Wybraliśmy jedną z nich, naprzeciwko naszego domu i zamówiliśmy pełny obiad z hamburgerem w roli głównej. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo smakował tego dnia… Po powrocie skorzystaliśmy z idealnego zasięgu Wi-fi w obiekcie, dlatego po wejściu do pokoju od razu zaczęliśmy łączyć się z naszymi bliskimi. Zapewnialiśmy ich, że wszystko jest dobrze i że zakończyliśmy już wyprawę oraz że wszyscy jesteśmy cali i zdrowi. Problem w tym, że bliscy i znajomi chcieli, żeby teraz opowiadać im jak było, ale fizycznie było to niemożliwe, ponieważ musielibyśmy rozmawiać lub pisać całymi godzinami, stąd np. ja opowiedziałem tylko kilku wybranym  najbliższym osobom, co przeżyliśmy. I tak opowiedzenie wszystkiego zajęło mi łącznie dwie godziny… Agnieszka jeszcze dłużej rozmawiała. Po opisach zadzwoniła jeszcze do swojego narzeczonego i prowadziła na werandzie długą rozmowę, siedząc na drewnianych schodach. Resztę dnia spędziliśmy na odpoczywaniu i na obserwacji wielkich tłumów z poziomu poddasza. Ciągle nie wierzyliśmy, że w cichej na co dzień wiosce przechodziło tyle ludzi... W końcu pamiętaliśmy zupełnie inaczej tę miejscowość z początku naszej wyprawy…

W pokoju ciągle nastawialiśmy się psychicznie na wielkie przepakowywanie wszystkich rzeczy. Wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować wiele godzin. Na pewno mieliśmy co robić... Naprzeciwko naszego domu, za drogą, jakieś 50m dalej w prawo, jest dom o nazwie „Roadhouse”, gdzie oprócz bardzo dobrej restauracji znajdziemy pokoje do wynajęcia oraz… pralnię na monety. Kiedy zobaczyliśmy, że można wyprać nasze rzeczy od razu Agnieszka zarzuciła temat: „można by było wszystko wyprać, to wtedy moglibyśmy spakować świeże rzeczy na stałe do walizek i nie musielibyśmy się dwa razy przepakowywać”. Oprócz duffla miałem jeszcze ze sobą zdeponowaną „szmacianą”, bardzo lekką torbę podróżną, do której wrzuciliśmy wszystkie brudne ubrania.

DZIEŃ 14.


Talkeetna - drewniane domy i liczne sklepy z pamiątkami

Następnego dnia z rana, po godzinie 10.00 poszliśmy z pełną torbą do pralni, gdzie za 5,5$ mogliśmy zrobić porządne pranie do 10kg. W „Roadhouse” mają 4 pralki i 4 suszarki, dzięki czemu za półtorej godziny mogliśmy odebrać wyprane i wysuszone ubrania. Pranie wygląda tak, że w automacie pralki układamy dwudziestopięciocentówki w rządku i za 3 dolary robimy pranie, które trwa 45min (kobieta w recepcji zamienia nam 5,5$ na dwudziestopięciocentówki. W trakcie prania możemy wyjść „na miasto” i odwiedzić sklepy z pamiątkami, po czym wracamy i przerzucamy rzeczy z pralki do automatycznej suszarki, gdzie za 2,5 dolara wysuszymy wszystko. Ponownie wychodzimy „na miasto” i wracamy po 45min. Właśnie w ten sposób odświeżyliśmy sobie większą część rzeczy i dzięki temu pakowanie mieliśmy w pewnej mierze ułatwione, ponieważ nie musieliśmy odkładać lub oddzielać brudnych ubrań. W domu o nazwie „House of Seven Trees” spędziliśmy trzy noce. Mieliśmy więc dużo czasu, dlatego drugiego dnia po południu wziąłem się za przepakowywanie dosłownie wszystkiego. Nawet szybko mi poszło. Ubrania i sprzęty ułożyłem tak, jakbym miał za chwilę wracać na lotnisko. Resztę drugiego dnia wykorzystaliśmy na zakupy w sklepach z pamiątkami, gdzie naprawdę jest z czego wybierać. W jednym z nich bardzo sympatyczna i ładna dziewczyna wypytywała mnie o szczegóły wyprawy, bo dla niej wejście na Denali było w ogóle poza jakimikolwiek granicami możliwości (tak przynajmniej powiedziała). Właśnie w tym sklepie udało mi się kupić bardzo piękne zdjęcie panoramy na Denali widzianej z jeziora Wonder Lake. Rano zaś i późnym wieczorem poszliśmy nad rzekę Susitna do miejsca, gdzie trzy mniejsze rzeki łączą się w jedną. Na prawym dopływie wybudowano stalowy most kolejowy, którym obowiązkowo musieliśmy przejść na drugą stronę. Mieliśmy stamtąd nieco szersze widoki na okolicę i przyznaliśmy, że Alaska jest piękna i dzika. Tablice informowały, że nawet w Talkeetnie można spotkać niedźwiedzie i łosie. Po spacerze wzdłuż brzegu rzeki chodziliśmy jeszcze w leśnej części Talkeetny – tej zarośniętej i niewidocznej z ulicy. Znaleźliśmy nawet kilka domów na sprzedaż.

Po powrocie do domu intensywnie myśleliśmy, co zwiedzić jeszcze na Alasce. Widząc jakie są duże odległości do interesujących nas punktów oraz ceny za wynajem samochodu lub transportu publicznego, stwierdziliśmy, że nie mamy tyle pieniędzy. Przejazd pociągiem do miejscowości Huricane (najdalej na północ dostępną miejscowość koleją z pięknymi widokami) kosztowałaby nas 98$ w obie strony za osobę, a np. rejs w okolice lodowca „spływającego” bezpośrednio do oceanu to koszt 149$ za osobę. Nie przygotowaliśmy się na Denali i zwiedzanie Alaski, bo wtedy potrzebowalibyśmy drugie tyle pieniędzy. Zbyt wcześnie wróciliśmy z gór i dlatego pozostało nam za wiele czasu. Myśleliśmy jak go wykorzystać. Wtedy do wielkiego pokoju, przyszła inna czteroosobowa ekipa z Polski, która dopiero co przyjechała na wyprawę Denali. Jej członkowie składali się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn. Obie kobiety były bardzo miłe i naprawdę czuliśmy, że to są prawdziwi ludzie gór. Dwaj panowie niestety sprawiali wrażenie przemądrzałych i koniecznie chcieli pokazać, że są lepsi... Młodszy z panów wszedł na Mt. Everest, a kobieta o miłym głosie była kilka razy w Himalajach. Jedna z nich – blondynka – wyglądała bardzo delikatnie i nawet miała taki głos. Mimo wszystko widać w niej było wielką pasję i pokorę wobec gór. Druga z nich – Olga, wyglądająca na kobietę w wieku 50 lat, również przyciągała swoją rozmową i podejściem do tematu gór. Jak bardzo różniły się od swoich współtowarzyszy… Z Olgą rozmawiałem najwięcej, opowiadając jej wszystkie nasze doświadczenia oraz trudności na trasie. Trzy lata temu była na Denali i nie weszła na szczyt, dlatego teraz chciała poprawić swoje osiągnięcie. Chociaż wszyscy byliśmy razem – tamta ekipa i nasza – to praktycznie tylko z nią rozmawiałem, bo mieliśmy bardzo dużo do opowiedzenia – i ona i ja. Wtedy poruszyliśmy temat wielkiej rozpadliny na wysokości 4750 m n.p.m. i tego, że trzy lata temu jeszcze jej nie było… Ich ekipa była nieco podłamana, ponieważ maj dobiegał końca, a 11-stego czerwca musieli wracać do domu. Druga połowa grupy wracała 9. czerwca… Z powodu słabej pogody spędzili już cztery noce w hangarze w Talkeetnie i nadal czekali na swój wylot... Takie oczekiwanie najbardziej frustrowało, bo mając 11 dni na wejście i zejście nie liczyłem, że jeszcze im się uda… Kiedy mamy cztery dni dobrej pogody pod rząd można wiele zdziałać, ale po niej następuje kolejne załamanie, więc wejście na szczyt zostanie przeniesione z pewnością na następne dni. Jeszcze musieli wrócić i dodatkowo czekać na przylot samolotu…

Rozmowy prowadziliśmy bardzo długo. Agnieszka najwięcej z blondynką, a ja z Olgą. Szymon i Wojtek wymieniali uwagi z dwoma pozostałymi panami. Po rozmowach z nimi czuliśmy, że panowie byli o wiele bardziej doświadczeni w górach ale też i o wiele starsi od nas… Szkoda tylko, że okazali się tacy nieprzystępni… Najbardziej podobało nam się pożegnanie Olgi, bo na koniec powiedziała: „do zobaczenia w Tatrach, na pewno się spotkamy”. To było miłe dla każdego z nas i pokazywało, co te kobiety miały w sercu. Sądząc po rozmowie widziałem, że Olga jest załamana, ponieważ przyjechała drugi raz, czekała piąty dzień w Talkeetnie na poprawę pogody, a termin powrotu gonił, pomimo, że jeszcze nawet nic nie zaczęli… Pożegnaliśmy się bardzo ciepło i powróciliśmy do naszych ustaleń, jak wykorzystamy pozostały czas na Alasce. Obliczyliśmy, że wystarczy nam co najwyżej pieniędzy na trzy noclegi w Anchorage i dojazd do tego miasta. Zarezerwowaliśmy więc hotel w Anchorage i we wtorek, 30-stego maja, pojechaliśmy autobusem do Anchorage. Musieliśmy jeszcze oddać rakiety śnieżne pożyczone trzy tygodnie temu.

 
 
 
W Talkeetnie - drewniane domy we wiosce; Roadhouse - najbardziej znany dom we wiosce. Tutaj wypierzemy rzeczy po zakończonej wyprawie; maszyna do wytwarzania lodów, żółta; zabytkowa limuzyna przed obiektem noclegowym "House of Seven Trees".

DZIEŃ 15.


Widok w stronę Denali z okolic Hotelu Talkeetna Alaskan Lodge

Trzeciego dnia w Talkeetnie, z samego rana poszliśmy do lokalnej kawiarni serwującej tylko i wyłącznie śniadania oraz kawy. Zamówiliśmy ręcznie robione jogurty ze świeżymi owocami i mieszanką orzechów. Bardzo smakował nam taki mix. Później wróciliśmy nad rzekę. Kiedy nadeszła pora obiadowa, koniecznie musieliśmy spróbować dań w innej restauracji, która istniała w Talkeetnie od ponad 70-ciu lat. W trakcie jedzenia bardzo dobrego dania fish & chips, podsłyszeliśmy rozmowę przypadkowych ludzi, gdzie jeden facet do drugiego powiedział: „córka mojego przyjaciela co ma 8 lat, wczoraj zastrzeliła swojego pierwszego niedźwiedzia”. Kiedy to usłyszeliśmy oczy „wyszły” nam ze zdziwienia. Dla nich, na Alasce, to przecież takie normalne… Po obiedzie wróciliśmy do hostelu, gdzie pomału przygotowywaliśmy się do wyjazdu. Dojazd z Talkeetny autobusem do Anchorage nie jest taki łatwy, jakby się mogło wydawać. W Talkeetnie jest mały plac dla autobusów, który z łatwością rozpoznamy, bo zawsze stoi tam jakiś bus. Jednak, autobus do Anchorage nie jeździ bezpośrednio z centrum wioski. Trzeba wsiąść do darmowego busa jeżdżącego piętnaście minut po każdej godzinie i za piętnaście minut przed każdą godziną, który zawiezie nas do bardzo wielkiego hotelu, odległego o 2km stąd, o nazwie Talkeetna Alaskan Lodge, gdzie znajduje się Connection Park. Jest to wielki parking przed hotelem, gdzie przyjeżdżają wszystkie duże autokary. Ciekawostką jest fakt, że do darmowego busa nie wolno wnosić bagażów… Mając tak dużo rzeczy musieliśmy znaleźć inny transport. Poszliśmy wówczas do Roadhouse, żeby zadzwonić z ich telefonu stacjonarnego po taksówkę. Niestety nikt nie odpowiadał.

Pewna kobieta jedząca obiad w restauracji powiedziała: „ja was zawiozę, dajcie mi tylko 10min, to skończę obiad”. Czasu mieliśmy mnóstwo, bo do odjazdu autobusu mieliśmy 2,5 godziny. Kobieta podjechała wielkim, białym pick-upem i na środku ulicy w Talkeetnie wrzucaliśmy cały nasz bagaż na tył samochodu. Daliśmy jej 10$ za kurs. Na 170m przed bramą wjazdową do hotelu Talkeetna Alaskan Lodge jest punkt widokowy na całe pasmo górskie i Denali. Kobieta zawróciła i zaparkowała w punkcie obserwacyjnym, żebyśmy mogli wyjść i zrobić zdjęcia. Na niebie z każdą chwilą chmur ubywało. Widok stąd jest tak piękny, że aż trudno sobie wyobrazić całą panoramę gór! Pasy zieleni, które tworzą rozległe lasy ciągną się aż po horyzont. Na końcu lasów „wyrastają” potężne, białe, śnieżne góry. Pomimo dużej odległości wydają się bliskie. Po dotarciu na miejsce największą obawę budziły nasze bagaże i fakt ile za nie dopłacimy. Całe szczęście, bo kierowca nie wziął od nas żadnej dodatkowej opłaty (a mieliśmy 3 wielkie torby/walizki na osobę). Zapłaciliśmy jedynie 65$ za cały kurs na osobę. W trakcie jazdy kierowca opowiadał ciekawostki o mijanych miejscach. W szczególności zafascynował nas łoś widziany po prawej stronie autostrady oraz białe góry za wielką wodą, w których zalegają największe ilości śniegu na świecie.

 
 
 
Widok w stronę Denali z okolic Hotelu Talkeetna Alaskan Lodge; odjazd do Anchorage

W ANCHORAGE
Wyjeżdżaliśmy o godzinie 17.20. Do Anchorage dotarliśmy po 20.10. Mimo wszystko nadal trwał piękny, słoneczny dzień, jakby było popołudnie. Szukaliśmy naszego hostelu, ale mieliśmy tyle bagażów, że nie wiedzieliśmy, jak to wszystko zabrać za jednym razem. Przypadkowa osoba pomogła mi nieść najcięższą torbę. Miasto poznawaliśmy pokonując je pieszo. Zobaczyliśmy też, że tutejsi mieszkańcy mają bardzo dużo zieleni i że codziennie mogą odpoczywać w zupełnej ciszy.

Na czwartek zaplanowaliśmy długi spacer na 16km wzdłuż wybrzeża, gdzie mieliśmy wyjść poza miasto 5,6km, idąc cały czas lasem. Dosłownie w kilka minut mogliśmy wyjść z centrum miasta na piękne i spokojne zielone tereny. Na końcu trasy doszliśmy do punktu widokowego, gdzie podziwialiśmy Denali z odległości ponad 200km. Trzeba przyznać, że pomimo tak dużego dystansu góra wyróżnia się bielą i swoim ogromem. Z tego samego miejsca można obserwować również startujące samoloty pasażerskie, bo dochodzimy do końca pasa startowego międzynarodowego lotniska w Anchorage. Dla miłośników lotnictwa z pewnością punkt widokowy na Denali byłby wielką atrakcją. W ten sposób mogliśmy spędzić bardzo dobrze czas, nie musząc wyjeżdżać poza miasto. Około 1,5km wędrówki od centrum miasta przechodziliśmy jeszcze wzdłuż pięknego stawu z wysepką na środku, gdzie w tle mieliśmy widok na bajecznie piękne góry. Widok utkwił nam bardzo w pamięci jako typowa panorama z Alaski, pokazywana w telewizji. Najciekawszy był jednak licznik przejeżdżających rowerzystów, który zliczał każdą taką osobę przejeżdżającą drogą rowerową. Licznik pokazywał za pomocą diodowego słupa i elektronicznie wyświetlanych cyfr ile osób przejechało tędy w ciągu jednego dnia i w ciągu roku. Przyglądałem się dłużej temu urządzeniu i faktycznie precyzyjnie zliczał każdą osobę będącą na rowerze. Pieszych w ogóle nie ujmował do statystyk.

 
 
 
 
Widoki z 16-sto kilometrowej ścieżki rekreacyjnej wzdłuż wybrzeża w Anchorage; na ostatnim zdjęciu góra Denali widoczna z odległości ponad 200km

W Anchorage bardzo podobała nam się bogata sieć ścieżek pieszych i rowerowych poprowadzonych przez piękne tereny zielone pełne ptactwa i kwiatów. Aż przyjemnie było iść fragmentami tych tras. Widząc na mapie ile wytyczono pieszych szlaków turystycznych, chciałem pójść gdzieś jeszcze dalej. Dwie z tras prowadziły nawet w góry widoczne w tle nad brzegiem stawu. W piątek, 2-ego czerwca pojechaliśmy taksówką na lotnisko, gdzie spędziliśmy całą noc. Z lotniskowych krzeseł mogliśmy podziwiać, jak zachodzi słońce i jak jasno jest jeszcze o 2.00 w nocy. O 4.45 wyczekiwaliśmy już wschodu słońca. Mieliśmy wracać tydzień później, ale Agnieszka wyszukała tani lot do Niemiec i wszyscy zdecydowaliśmy się, że poniesiemy jakieś straty, ale anulujemy lot przewidziany na 10-ego czerwca, a kupimy na nowo bilety na lot tydzień wcześniej. Straciliśmy w sumie 1000zł, ale mimo wszystko było warto, bo tygodniowy pobyt na Alasce kosztowałby nas znacznie więcej i dodatkowo zyskaliśmy tydzień wolnego czasu w Polsce. Każdy od razu podjął męską decyzję i Agnieszka kupiła nowe bilety. Po powrocie mieliśmy jej tylko oddać pieniądze, ponieważ zapłaciła kartą kredytową. Lot do Niemiec z firmą Condor przebiegał bardzo spokojnie. Chcąc znacznie obniżyć koszty zdecydowaliśmy, że z Frankfurtu pojedziemy autokarem Sindbad do Katowic. Takich kursów nie brakowało każdego dnia. Taksówka z lotniska na dworzec autobusowy kosztowała 29 EUR, a bilety autokarowe 275zł. Za nadbagaż zapłaciliśmy tylko 5 EUR, więc naprawdę niewiele. Jedyny minus to czas jazdy, bo 900km jedziemy w 14h 10min, co daje średnią 62km/h. Mimo wszystko mieliśmy mnóstwo czasu wolnego, dlatego 14 godzin jazdy było do przeżycia. Przejazd uważałem nawet za całkiem komfortowy, ponieważ od połowy trasy część ludzi wysiadła i zrobiło się luźniej. My jechaliśmy do samego końca – do Katowic.

IV. PODSUMOWANIE


Piękno lodowca Kahiltna

Wyprawa na Denali wymaga obycia z wysokimi górami, a minimum to Alpy i wejścia na czterotysięczniki. Na Denali wchodzimy znacznie głębiej w góry, przez co odczuwamy ich surowy klimat zimowy. Wędrówka w jedną stronę może trwać od około sześciu do piętnastu dni, stąd trzeba być przygotowanym na bardzo silne mrozy, ponieważ wraz z wysokością mróz staje się coraz silniejszy. Jeśli Twoim mottem nie jest powiedzenie „nadzieja przymarza ostatnia”, to Denali nie jest dla Ciebie. W sezonie temperatury w ostatniej bazie wahają się w okolicach około -25˚C. My mieliśmy niższe wartości, ponieważ trafiliśmy na dłuższe załamanie pogody, które trwało ponad tydzień. Dla nas spanie przy -32˚C nie było problemem, bo uznaliśmy, że jedną z najważniejszych rzeczy jest dobry śpiwór. Naprawdę warto w niego zainwestować, jeśli myślimy o wysokich górach, ponieważ od komfortu spania zależy pomyślność całej wyprawy. Seryjnie przeciągane niedospanie osłabia organizm i wraz z osiąganą wysokością będziemy odczuwać to coraz bardziej.

Powrót do: DENALI - JAK PRZYGOTOWAĆ WYPRAWĘ, PORADY I FORMALNOŚCI

5 komentarzy:

  1. Piękna i szczegółowa relacja, zdjęcia przepiękne -podziwiam i gratuluję (jeszcze raz) zdobycia DENALI-kochany Michasiu, bardzo bardzo bardzo...............

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Będzie. Jeszcze trochę potrwa żeby to spisać, ale będzie. Będzie w tym samym stylu, co ostatnio, czyli "co warto zobaczyć na Rodos".

      Usuń
  3. No i właśnie na to czekam, na piękne zdjęcia i opis wyspy*)

    OdpowiedzUsuń