poniedziałek, 12 września 2016

Miedziane 2233 m n.p.m. i Opalony Wierch 2115 m n.p.m.

Dolina Pięciu Stawów jesienią - szlak na Miedziane wschód słońca w drodze na Miedziane

Po wczorajszym dniu, gdzie wchodziliśmy na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Daniel spał w schronisku nad Morskim Okiem, a ja nad brzegiem stawu wciśnięty ze śpiworem pomiędzy dwa kamienie. Jako, że spałem samemu, patrzyłem dookoła, ponieważ noc obfitowała w piękne widoki. Przyglądałem się ludziom wracającym z gór. Pomimo nocnej pory wszystkie szczyty mieniły się od światła latarek „czołówek”. Wyglądało to, jakby świetliki błyszczały pośród skał. Co ciekawe, te światełka widziałem nawet na szczycie Rysów, czy też na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem. Nawet w nocy mogłem zobaczyć przebieg tych szlaków, ponieważ na różnych wysokościach świeciły się światełka. Wiedziałem też, że ci ludzie kiedyś będą przechodzić obok mnie w środku nocy. Ten widok szczególnie utkwił mi w pamięci, ponieważ światełka sprawiały wrażenie, jakby wszystkie gwiazdy z nieba spadały na Tatry… Dodatkowo widziałem ich odbicia w spokojnych już wodach Morskiego Oka. Turyści chcieli koniecznie wykorzystać w pełni, tak piękny, słoneczny weekend. Nie dziwiłem im się, bo i my to samo robiliśmy. W środku nocy podziwiałem dodatkowo wspaniałe, rozgwieżdżone niebo. Temperatura przy gruncie spadła poniżej zera. Miałem -2°C. Mimo wszystko, byłem przygotowany do spania w takich warunkach. Z Danielem umówiliśmy się na godzinę 3.00 w nocy, skąd mieliśmy wyruszyć dalej – na Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m. i Miedziane 2233 m n.p.m. W trakcie spania pokryła mnie grubokropelkowa rosa, a później to wszystko zamarzło…

O godzinie 3.00 w nocy bardzo szybko zebrałem się do wyjścia. Zjadłem na szybko czekoladę, strzepnąłem śpiwór ze szronu i zamarzniętych kropelek rosy i robiłem wszystko by rozgrzać zziębnięte stopy. Gotowy do wyjścia byłem o godzinie 3.15 w nocy. Po trzeciej słyszałem, jak ktoś mnie woła: „Michał, spisz?”. To oczywiście był Daniel. Opowiedział mi, co działo się w schronisku. Mówił, że nie wyspał się, ponieważ wiele ludzi piło alkohol i rozmawiało do 2.00 w nocy. Z góry wiedziałem, że tak będzie, ponieważ najczęściej ludzie piją alkohol w schroniskach po udanych wędrówkach górskich. Z tego powodu nie korzystam z usług schroniskowych od ponad dziesięciu lat. Daniel nie wyspał się, a ja miałem zziębnięte stopy. I tak po 3.15 w nocy wyruszyliśmy na Szpiglasowy Wierch, mając w nadziei podziwianie wschodu słońca z jego szczytu. Założyliśmy, że na szczyt będziemy potrzebowali około 2h 25min. Wiedzieliśmy, że około godziny 6.00 rano powinniśmy być już na wierzchołku. Nocnym szlakiem poszliśmy szybko. Nie rozglądaliśmy się za bardzo, ponieważ i tak wiele nie mogliśmy zobaczyć. Dopiero za bardzo długą pierwszą prostą, gdzie szlak zaczyna prowadzić trawersami, Daniel zauważył światełka w drodze na Rysy. Widzieliśmy, że ktoś podchodził w nocy na ten szczyt przy świetle „czołówek”. Po chwili zauważyliśmy dziwny ruch jednej z latarek, jakby ktoś spadał… Daniel myślał, czy zadzwonić po pomoc, ale po dłuższym przyglądnięciu się sprawie światełko „wróciło” na swoje miejsce. Pełni spokoju trawersowaliśmy kolejne etapy szlaku. Na Szpiglasowy dotarliśmy już o 5.36 rano, czyli jeszcze na długo przed wschodem słońca. Dopiero po półtorej godziny wędrówki moje stopy rozgrzały się i teraz czułem komfort. Podziwialiśmy czerwieniejące niebo. Oczekiwaliśmy na widowisko wschodzącego słońca w górach najwyższych.

O godzinie 6.04 rano słońce zaczęło oświetlać Kozi Wierch 2290 m n.p.m. swoimi czerwonymi promieniami. Widok był przepiękny! Brak ludzi i zupełna cisza pozwalała cieszyć się tą niezwykłą chwilą. Około dwadzieścia minut później wszystkie góry w rejonie Doliny Pięciu Stawów Polskich rozświetliły się na ciemnopomarańczowy kolor. Teraz dolina wyglądała bajecznie! Jedynie nad stawami ciągle widniał cień. Spoglądaliśmy również na wspaniałe Pieniny. Tak, jak dnia wczorajszego powstały tam morza mgieł. Patrzeliśmy, jak pięknie mgły ozdabiały to odległe pasmo górskie. Najczęściej fotografowaliśmy stąd jednak Dolinę Pięciu Stawów. Czekaliśmy aż słonce oświetli choć częściowo piękne stawy. Z każdą minutą do doliny docierało coraz więcej światła. Wyżnie Mnichowe Stawki zdążyło już rozświetlić słońce. Mieniły się bardzo jasnym błękitem. Daniel ciekawy widoku na drugim szczycie za Szpiglasowym Wierchem, postanowił tam pójść. Poszedł na drugi wierzchołek, skąd mógł spoglądać do Niżnego Ciemnosmreczyńskiego Stawu. Zrobiłem mu zdjęcie, bo teraz miałem porównanie jaki człowiek jest mały na tle gór. Za plecami dostrzegliśmy piękny głaz bardzo przypominający ten stojący na sztorc na Orlej Perci nad samym urwiskiem. Na szczycie zostaliśmy do godziny 7.30. Podziwialiśmy, jak zmienia się sceneria w miarę upływu czasu, licząc od momentu wschodzącego słońca. Czerwieniejące szczyty od wczesnoporannych promieni słonecznych zmieniały swoją barwę na ciemnopomarańczową, a teraz przyjmowały bardziej naturalne kolory.

Korzystając z tego samego pozwolenia, co wczoraj, poszliśmy w kierunku Miedzianego 2233 m n.p.m. Ta góra zawsze marzyła mi się i dla nas obojga była nieznana. Chcieliśmy podobnie, jak wczoraj, zobaczyć znane nam góry z innej perspektywy. Ciekawił nas widok z Miedzianego na Dolinę Pięciu Stawów Polskich. Od Przełęczy Szpiglasowej na Miedziane prowadzi wyraźna ścieżka, ale bardzo szybko zanika przy pierwszych kamieniach. Trawiaste zbocze szybko zamieniło się w kamienno-trawiastą przeprawę. Jednoznacznie nie mogliśmy ustalić przebiegu trasy, dlatego szliśmy według własnego uznania, korzystając z jak największej ilości odcinków kamiennych, idąc głównym grzbietem. Na całej długości trasy widać nieznacznie wydeptaną ścieżkę i to według jej przebiegu należy iść. Tutejsze skały są zupełnie inne w porównaniu do tych znanych z wytyczonych szlaków górskich. Skały są nienaruszone i bardzo chropowate, dzięki czemu mieliśmy bardzo dobrą przyczepność. Na szczęście nie są tak „schodzone”, jak na znanych szlakach tatrzańskich. „Szlak” nie zmienia swojego charakteru na całej długości, więc raz idziemy trawą, a raz skaczemy z kamienia na kamień. Mniej, więcej po dwudziestu minutach wędrówki dotarliśmy do kamiennego stołu tworzącego jednocześnie coś na wzór bramy. Nie należy iść pod skałą na dwóch podporach, ale raczej warto wybrać przejście lewą stroną – będzie łatwiej i bezpieczniej. Idąc coraz wyżej od czasu do czasu kontrolowaliśmy przebieg głównej grani, ponieważ czasami dochodziliśmy do skalnych urwisk. W trakcie podchodzenia, po lewej stronie słońce zaczęło dopiero co oświetlać skalistą grań bez żadnej roślinności. Po chwili zauważyliśmy podchodzące nią trzy kozice. Dziwiliśmy się, jak utrzymują one równowagę na gładkich płytach skalnych. Dodatkowo przeszły z płyt na ostrą krawędź i szły nią, dając nam piękne możliwości uchwycenia ich na zdjęciach. Kozice występowały na tle Czarnego Stawu Polskiego, stąd ten widok stał się wielką atrakcją. Podziwialiśmy tu prawdziwie jesienną scenerię. Trawy już dawno przybrały rdzawy kolor na tej wysokości. Spoglądaliśmy na Mięguszowieckie Szczyty, Pieniny, czy też zaglądaliśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Najciekawsza jednak okazała się piękna, przypominająca wyglądem fale grań, którą tutaj doszliśmy. Najpiękniej wyglądał Wielki Staw i potoki do niego wpływające. Oczekując na lepsze światło w Dolinie Pięciu Stawów, położyliśmy się w trawie na szczycie Miedzianego. Panowała zupełna cisza. Nawet wiatr nie wiał. Ja zasnąłem na około godzinę. Daniel jak zwykle nie mógł usnąć. Czułem, że odpocząłem, Światło zmieniało kąt padania z każdą minutą, a do doliny zaczęło docierać go znacznie więcej. Mogliśmy stąd podziwiać teraz najpiękniejsze widoki.

Po długim odpoczynku i oczekiwaniu na lepsze światło wstaliśmy i poszliśmy w kierunku Opalonego Wierchu 2115 m n.p.m. choć bez zamiaru wejścia na jego wierzchołek. Ten szczyt nie zapewniał już tak spektakularnych widoków, dlatego szliśmy tylko tyle, na ile pozwalała ścieżka i podobały nam się widoki. Pomimo znacznej odległości Czarny Staw pod Rysami wyglądał z tego miejsca fenomenalnie. Słońce zdążyło już go oświetlić w połowie, a była dopiero godzina 10.23 rano. Mienił się tysiącami malutkich światełek. Idąc dalej, poza wierzchołek Miedzianego, widzieliśmy, jak szybko ulegają zmianom widoki i stwierdziliśmy, że nie są już tak piękne, jak dotychczas. Mogliśmy powiedzieć, że „kończyły się” pomału góry. Zawróciliśmy. Ponownie przeszliśmy przez szczyt Miedzianego i zaczęliśmy schodzić kamienno-trawiastą ścieżką. Musieliśmy szukać odpowiedniej drogi, ponieważ nie istnieje tam jasno wytyczona droga. Kluczyliśmy pomiędzy kamieniami, wchodząc nawet na skraj przepaści. Zawróciliśmy i ponownie szukaliśmy właściwego przejścia wśród kamieni. Po około pół godzinie od szczytu dotarliśmy do znajomej nam kamiennej bramy skalnej, którą przekraczaliśmy wcześnie rano. Wyglądała jak wielki skalny stół. Na dwóch podporach leżał wielki, płaski głaz. Przeszliśmy obok niego. Dalej znajomą nam, ledwo widoczną ścieżką wróciliśmy na Szpiglasową Przełęcz. Od tego momentu szliśmy już znanym nam żółtym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Mijaliśmy kilkoro ludzi podchodzących w strefie ubezpieczonej łańcuchami, ale na razie nie spotkaliśmy tłumów. Zachwycaliśmy się pięknym widokiem na Wielki Staw Polski. W drodze zejściowej do doliny obowiązkowo zwracałem uwagę na stałe punkty tego szlaku: na zielone zbocza Liptowskich Kosturów, na czerwone stoki od czerwonych liści krzaków jagodowych, czy też na ogromny głaz wystający znad stromego zbocza, na którym zawsze robiliśmy zdjęcia.

W miejscu, gdzie z Czarnego Stawu Polskiego wody przelewają się potokiem do Wielkiego Stawu, zrobiliśmy postój. Panowała zupełna cisza i słońce grzało bardzo pięknie. Usiedliśmy nad potokiem mocząc stopy w zimnej, a wręcz lodowatej wodzie. Tutejsza przyroda zachwycała, ponieważ nie tylko stoki zaczerwieniły się od krzaków jagodowych, ale rosła tu roślina podobna do bawełny. Nieco dalej, idąc w kierunku schroniska, najpiękniejsze okazały się trzy głazy, jakby wrzucone na czerwony „dywan” utworzony z krzaków jagodowych. Wyglądały przepięknie. W tym miejscu stanęliśmy, a było to w okolicach podejścia na Kozi Wierch 2290 m n.p.m. Mogliśmy stąd szerzej spojrzeć na dolinę. Widzieliśmy, że roślinność dawno przyjęła jesienne barwy i pomyśleliśmy, że już wkrótce cykl życia rozpocznie się od nowa. Nawet paprocie rosnące kępami od połowy w górę przyjęły jesienne czerwone odcienie. Najbardziej podobały nam się rzędy kosodrzewiny przeplatane uschniętą trawą rosnące pod stokami Koziego Wierchu. Podkreślały jego piękno. Nie wchodziliśmy nawet do schroniska ze względu na dużą ilość ludzi. Raczej spoglądaliśmy za siebie na najwyższe góry. Pomału zaczęliśmy schodzić czarnym szlakiem. Po lewej stronie patrzeliśmy na piękne jarzębiny z czerwonymi owocami na tle Granatów i fragmentów Orlej Perci. Ten widok zachwycał. Czarny szlak nie należy do przyjemnych, ponieważ prowadzi półgodzinną ścieżką, na którą składają się poukładane bardzo stromo kamienne schody. Idąc w dół, bardzo czuje się zmęczone kolana od ciągłego hamowania, toteż patrzeliśmy, żeby przejść jak najszybciej ten odcinek. Pozostała nam Dolina Roztoki, czyli dwugodzinne przejście lasem. Zawsze o nim mówimy, gdy tędy idziemy, ponieważ jest nużące i na całej długości szlaku z ziemi wystaje mnóstwo nieregularnych kamieni, co bardzo odczuwaliśmy na zmęczonych stopach całodzienną wędrówką. Na szczęście kąpiel w lodowatej wodzie dużo zdziałała, bo nie odczuwaliśmy bólu aż tak bardzo, ale raczej szybkim tempem pokonywaliśmy ten odcinek leśny. W drodze stanęliśmy na chwilę, bo na ścieżce siedział bardzo piękny i niecodzienny motyl. Skrzydła miał brązowe, a obrzeża zdobiły żółte pasy wzdłuż ich krawędzi. Dodatkowo tuż przed żółtym pasem układał się równy rząd niebieskich małych oczek. Bardzo rzadko miałem okazję obserwować takiego motyla. Po dotarciu do Wodogrzmotów Mickiewicza zobaczyliśmy ile ludzi korzystało z pięknego weekendu. Wracały tłumy, a my razem z nimi. Martwiliśmy się, jak będzie na drogach. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że przy takich okazjach pogodowych, w drodze powrotnej powstają zazwyczaj duże korki przed każdym miastem po drodze, jak chociażby trzy tygodnie temu, kiedy to wracaliśmy aż siedem godzin do domu… W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy pięknym punkcie widokowym na Tatry, który pomału zarastają drzewa. Mimo wszystko zobaczyliśmy jeszcze pasmo Tatr Bielskich i zrobiliśmy zdjęcia w tamtym kierunku.

    wschód słońca na przełęczy szpiglasowej  Gorce widziane z Tatr  jesień w Tatrach Wielki Staw Polski jesienią Dolina Pięciu Stawów jesienią    droga na Miedziane      Trzy Korony widziane z Tatr Dolina Pięciu Stawów widziana z Miedzianego   Czarny Staw pod Rysami        jesień w Dolinie Pięciu Stawów          

6 komentarzy:

  1. Hej, mógłbyś zdradzić jak udało Wam się zdobyć to pozwolenie? Z góry dzięki za odpowiedz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu napisałem maila do TPN-u. Chcieli tylko udokumentowaną działalność górską i to wszystko.

      Usuń
    2. Co to znaczy udokumentowana dzialalnosc górska? Prowadzenie bloga ? Zdjęcia z wypraw ? Posiadanie legitymacji ? I jak oceniasz wyjście od szpiglasowej? 0- ,0 czy 0+. Dzięki i Pozdrawiam

      Usuń
    3. Dokładnie tak. Zdjęcia z wypraw pokazujące twoją działalność górską. W tamtym czasie udokumentowałem zimowe wędrówki po Tatrach, wejścia na alpejskie czterotysięczniki oraz prowadzenie górskiego klubu.
      Wyjście od Szpiglasowej oceniłbym na 0+. Brak trudności. W jednym miejscu tylko większe skały, gdzie mamy przewężenie w terenie. Zero jakiejkolwiek wspinaczki.

      Usuń
  2. jestes moze trzezwiejacym alkoholikiem tez chodze po gorach Michal alkoholik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie piję alkoholu, ale chciałbym być codziennie "upity" górami :). Alkoholu nie piję w ogóle.

      Usuń