sobota, 13 sierpnia 2016

Kreta - co zobaczyć?, czyli Kreta Top 10

 Kreta - atrakcje  Kreta - plaże Krety

Co zobaczyć na Krecie? Jak się do tego zabrać nie mając własnego samochodu? Przyznam, że dużo czytałem na ten temat w Internecie i chciałem zobaczyć tyle samo lub więcej. Szukałem tylko najlepszego sposobu, żeby dotrzeć do jak największej ilości miejsc tych najbardziej polecanych. Postanowiłem stworzyć listę Kreta - top 10, czyli co warto zobaczyć na Krecie. Najbardziej kusiły mnie takie nazwy, jak Balos, Elafonissi, Wąwóz Samaria, czy też Falasarna. Chciałem odwiedzić również inne miejsca, dlatego ja i moja żona, Monika, stworzyliśmy mapę i zaznaczyliśmy na niej jak najwięcej miejsc do zobaczenia, które chcielibyśmy odwiedzić.

GDZIE WYBRAĆ KWATERĘ?
My zdecydowaliśmy się na hotel Kavros Beach ze względu na jego położenie. Można powiedzieć, że jest umiejscowiony na środku wyspy, co daje duże możliwości eksplorowania wyspy i z pewnością można intensywnie zwiedzać wyspę we wszystkich kierunkach. Wybranie lokalizacji w okolicach Heraklionu niestety ogranicza nas czasowo w dużej mierze, dlatego nie polecam tamtych rejonów. Dodatkowo część wyspy pomiędzy Heraklionem a St. Nicolas jest mocno zabudowana i zorganizowanie wycieczki na zachodnią część wyspy jest bardzo czasochłonne. Trzeba powiedzieć, że większa część atrakcji znajduje się właśnie w tej części wyspy. No właśnie… zależy, co kto chce zobaczyć... My skoncentrowaliśmy się głównie na przepięknych dziełach naturalnych, jak laguny, plaże, góry i skały. Niektóre z nich są fenomenem na skalę światową, dlatego warto i wręcz koniecznie, trzeba je zobaczyć. Kavros Beach jest natomiast bardzo ciekawą propozycją dla osób, które nie mogą wypożyczyć samochodu, bo nie mają prawa jazdy tak, jak ja, czy też boją się jeździć w trudnym terenie górskim. Hotel znajduje się 17km na zachód od dużego miasta Retymno i 45km na wschód od miasta Chania. Sam hotel może nie jest jakąś rewelacją, ale jeśli ktoś nie koncentruje się na luksusach i bardziej zależy mu na dobrej bazie wypadowej do zwiedzania wyspy, to na pewno będzie bardzo zadowolony. Hotel oferuje 320 pokoi i wyremontowano go w 2014 roku. Jest wiele rzeczy, które można wyliczyć obsłudze na minus, ale dla nas nie miało to większego znaczenia. Hotel składa się z trzech kompleksów. Najpiękniejszy jest Yassou Kriti, gdzie pokoje tworzą bardzo długi ciąg przypominający małe osiedle. Pomiędzy dwoma rzędami zabudowy idzie się pięknym chodnikiem z bardzo ładnymi drzewami i kwiatami rosnącymi po obu jego stronach. Na końcu alei dochodzimy do kompleksu kuchennego, gdzie wszyscy z trzech budynków przychodzą na posiłki. Tuż za restauracją znajduje się piękny basen z widokiem na rozległą plażę i morze.

Drugi kompleks pokoi zlokalizowany jest około 50m od Yassou Kriti, gdzie są wyremontowane wszystkie pokoje. Według mnie pokoje są czyste, wygodne i komfortowe. Na brak miejsca też nie mogliśmy narzekać. Lodówka jest w standardzie. Suszarka też. Najgorszy jest trzeci kompleks pokoi, ponieważ znajduje się po drugiej stronie autostrady i za każdym razem, kiedy idziemy na posiłek lub nad morze, trzeba przechodzić przez nią. W tej części mamy do dyspozycji pokoje w wersji ekonomicznej. Cena tych normalnych i ekonomicznych nie różni się zbyt wiele (około 9zł...), dlatego polecam wziąć normalną opcję, by mieć komfort i spokój. Co nam się nie podobało w hotelu? Z pewnością opcja all-inclusive, gdzie rano mieliśmy do wyboru tylko cztery soki, a w południe tylko napoje gazowane. Rano można było napić się tylko kawy, a w południe tylko herbaty. Przy większej ilości urlopowiczów brakowało szklanek, herbaty, kawy, a nawet talerzy. Kelnerzy nie pracowali jak typowi Grecy, gdzie na wszystko mieli czas, ale raczej uwijali się w ukropie, żeby ze wszystkim zdążyć. Na niekorzyść dopisałbym jeszcze fakt, że kiedy jedziesz na wycieczkę, to hotel nie wydaje lunch boxów. Jest to dość dziwna sytuacja, niespotykana w innych hotelach. Mimo wszystko nie patrzyłem na niedociągnięcia, ale raczej cieszyłem się ze wspaniałej lokalizacji do eksploracji wyspy. Hotel traktowałem jako miejsce do spania, a pod tym względem nie mogliśmy nic złego powiedzieć. No dobra – może komary w pokoju, ale to raczej normalne nad morzem i na wyspach greckich. Hotel jest pięknie położony, bo z budynku możemy wyjść bezpośrednio na plażę Kavros Beach i od razu zażywać słonecznych kąpieli.

 Kavros Beach Hotel 

KIEDY JECHAĆ NA KRETĘ? CENY NA KRECIE
Kreta w maju? Zdecydowanie tak! Dlaczego? Dlatego, że jeszcze nie ma sezonu turystycznego i możesz cieszyć się piękną ciszą. Trzeba przyznać, że Kreta jest najpiękniejsza w kwietniu i maju. To głównie dlatego trzeba przyjechać tu w tym miesiącu. Na całej wyspie kwitną oleandry w różnych kolorach i jest jeszcze w miarę zielono, bo słońce bardzo szybko wysusza trawy i niską roślinność. Temperatury są już całkiem przyzwoite, bo w ciągu dnia mamy od 23’C do 30’C. My trafiliśmy na przedział 25’C – 30’C, a więc bardzo pięknie. O pogodę nie musimy się martwić, bo na brak słońca nie mogliśmy narzekać. Co daje jeszcze opcja wyjazdu w maju? Na pewno, kiedy pojedziemy do Wąwozu Samaria nie doświadczymy upałów nie do wytrzymania. Przejście stanie się przyjemnością. Największą zaletą jednak są ceny! W maju nikt nie kasuje tak, jak w sezonie, dlatego można zaoszczędzić dużo pieniędzy. Poniżej podaję ceny każdej opisywanej wycieczki. Czerwiec, lipiec, sierpień są piękne na Krecie, ponieważ mamy gwarantowaną pogodę i upały, ale niestety też bardzo dużo ludzi przyjeżdża w tym czasie. W końcu to wakacje. Od czerwca do sierpnia ceny znacznie wzrastają. Od początku czerwca można zauważyć tendencję dźwigania cen za wynajem samochodów o 5 EUR co każdy tydzień. W maju widzieliśmy wszędzie cenę 28 EUR za dzień, za samochód Nissan Micra. Jeśli wypożyczamy samochód, to lepiej wziąć go na więcej dni, bo wtedy mamy upusty i cena jednostkowa za dzień maleje. Ja nie miałem prawa jazdy, a żona dopiero wróciła za kółko po bardzo długim czasie, dlatego zdecydowaliśmy się na wyjazdy zorganizowane i właśnie w tej kwestii będę podpowiadać co i jak, żeby wycieczka była naprawdę udana i po najniższej cenie, bo w tej kwestii mieliśmy duże doświadczenie. We wrześniu natomiast odczujemy spadek cen za usługi oraz ponownie zrobi się mniej tłoczno w kurortach. Jedyny minus to taki, że roślinność będzie już wysuszona i dla miłośników kolorów i zieleni nie będzie tak pięknie. Trzeba jeszcze wspomnieć o temperaturach wody. Na początku maja wody mogą być jeszcze zimne, ale od połowy miesiąca mają około 18’C i więcej w zależności od pogody. Podczas ciepłych dni taka temperatura wody jest idealna. Podsumowując – najlepiej pojechać po 15-20 maja. Wyspa jest kolorowa, pełna zieleni, kwiecista, jeszcze nie upalna, ale bardzo ciepła, słoneczna i według mnie najpiękniejsza! Ceny w sklepach przypominają bardzo te znane z Polski. Jedynie pieczywo i owoce są droższe niż u nas.

JAK ORGANIZOWAĆ PRZEJAZDY I GDZIE?
To mój ulubiony temat, gdyż nie korzystałem z ofert naszego biura podróży oraz z propozycji innych biur podróży, które organizowały wyjazdy w naszym hotelu. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Cena! Biura podróży z Polski organizują wyjazdy dokładnie za dwa razy większą cenę niż miejscowi! Z tego względu, co nam pozostało zrobić? Hotel Kavros Beach ma idealne położenie, bo mieści się w niewielkiej wiosce o tej samej nazwie. Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy i… od razu po prawej stronie mamy pierwszą grecką agencję turystyczną. Na odcinku dwustu metrów znajdziemy ich aż cztery! (po lewej stronie ulicy). Po prawej będą stali panowie ze stolikami i plakatami, oferując przejazdy w najbliższe lokalizacje za niską cenę (tak zwany „southround trip”). Warto skorzystać z ich oferty podczas jednego dnia pobytu. Oferują ciekawe przejazdy do ładnych miejsc w najbliższej okolicy. Jeśli myślimy o czymś dalszym i piękniejszym, to warto skorzystać z usług tych czterech agencji. Prowadzą je Grecy i znają się na rzeczy. Taki wyjazd będzie kosztował dokładnie o połowę mniej niż z naszego biura podróży. Z pewnością nie rozczarujemy się faktem, że znaleźli za mało chętnych na naszą wycieczkę i w ostatnim dniu ją odwołają. My skorzystaliśmy z ofert dwóch greckich biur podróży. Pierwsze z nich to Klados Panagiotis, a drugie to Spiridon Tours/Trip to Dreams. Klados Panagiotis to pierwsze biuro po przejściu na drugą stronę ulicy. Warto przyjść tu po godzinie 17.00 ponieważ facet zna się na samochodach i wiele może powiedzieć na temat ich wypożyczania, warunków, itp., a kobieta, która tam urzęduje jest kontaktowa i potrafi udzielić wielu informacji w kwestiach wycieczek i miejsc na Krecie. Zdecydowanie polecam kontakt z tą panią, ponieważ będziemy mieli pewność za wszystkie informacje. Trzeba przyznać, że poziom organizacji wycieczek stoi na najwyższym poziomie. Przewodnik mówi w pięciu językach! Dodatkowo jedziemy nowoczesnymi, klimatyzowanymi autokarami i przede wszystkim mamy dużo czasu na zwiedzanie naszych atrakcji! Każdy, kto pojechał z tym biurem mógł z pewnością wystawić z czystym sumieniem ocenę 5 z plusem.

Drugie biuro podróży przyjęło trochę inną taktykę. Prowadzą je George i jego żona Stella, a biuro nazywa się „Trip to Dreams”. Stella jest bardzo kontaktową osobą i wychodzi na deptak, żeby oferować różne wyjazdy. Moim zdaniem w tym biurze zbyt dużo opcji jest „wrzuconych” na jeden dzień. Robi się z tego gonitwa, co dla nas, jako osób interesujących się fotografią krajobrazu, jest uciążliwe i odczuwamy brak czasu. Program może jest bogaty, ale niestety mamy zbyt mało czasu na podziwianie wybranych atrakcji. Z tego względu polecam od nich nietypową opcję samochodu siedmioosobowego, który będzie prowadzić George. To biuro ma ciekawą opcję, bo można wybrać sobie obojętnie jakie miejsce na mapie i powiedzieć, że tam chcesz jechać, a on cię tam zawiezie. Z tego powodu wybraliśmy dwa z ciekawych miejsc i połączyliśmy je w program jednej wycieczki. Wtedy George wystawia taką wycieczkę na sprzedaż i inne osoby mogą dołączać do momentu, aż zapełni się samochód. Cena za wyjazd była bardzo niska bo tylko 20 EUR za dojazd do Imbros Gorge i Frangokastello. Regularna autokarowa wycieczka do obu tych miejsc kosztuje 30 EUR (organizuje je Spiridon Tours), dlatego postanowiłem wybrać pierwszą opcję. Do naszej propozycji dołączyło trzech Niemców i dzięki temu mieliśmy niestandardową wycieczkę. Na miejscu wystarczy znać prosty angielski. Nikt nie będzie zły, że nie znasz dobrze języka. Dla nich liczy się klient i wszystko zrobią, żeby dobrze Cię poinformować i żebyś był zadowolony z wyjazdu. My tego doświadczyliśmy. Chociaż nie umiem dobrze angielskiego, to przynajmniej znam go na tyle, żebym mógł powiedzieć, co chcę zobaczyć, zapytać o szczegóły wycieczki oraz ustalić warunki. Najważniejsze, że rozumiałem wszystko, co mi mówiono. Hotel Kavros Beach ma ciekawe położenie pod tym względem, ponieważ autokar zabierający turystów ma tu ostatni przystanek i stąd jedziemy już bezpośrednio do celu. Z powrotem wychodzimy jako pierwsi, więc nie tracimy dużo czasu na czekanie i postoje. Pod tym względem jest rewelacyjnie!

Muszę dopowiedzieć jeszcze o kwestii zwiedzania miast Retymno i Chania. Wszystko zależy, czy chcemy mieć przewodnika, czy też nie. Większość ludzi chce po prostu zobaczyć stare uliczki, pójść nad plażę, zobaczyć historyczne miejsca i nacieszyć oczy czymś nietypowym. Nie polecam więc zorganizowanych wycieczek, ale… dojazd komunikację miejską! Przy hotelu Kavros Beach stoi mały, drewniany przystanek autobusowy. Co godzinę, od godziny 6.00 rano jeździ taki ciemnozielony kreteński PKS (KTEA), gdzie za 2,90 EUR zajedziemy do centrum miasta. Zorganizowana wycieczka kosztuje 15 EUR. Podobnie jest z miastem Chania, gdzie dojedziemy za 4,70 EUR, a zorganizowana wycieczka kosztuje 20 EUR. O szczegółach będzie poniżej – w liście „Kreta - Top 10".  Podsumowując: główne miejsca, najbardziej znane na Krecie wybieraj z Klados Panagiotis, ponieważ będziesz miał mnóstwo czasu na zwiedzanie atrakcji, a w nietypowe miejsca wybieraj Spiridon Tours. Ceny są porównywalne, więc kieruj się raczej względami transportowymi i czasem, jaki jest przewidziany na zwiedzanie wybranych miejsc. Poziom obsługi obu wycieczek stoi na bardzo wysokim poziomie, więc będziemy na pewno z nich zadowoleni i długo będziemy wspominać najpiękniejsze chwile naszego pobytu.

  

CO ZOBACZYĆ NA KRECIE?
To chyba najważniejsze pytanie, bo w końcu po coś tu przyjechaliśmy. Ja może rozpocznę mój ranking od najpiękniejszych miejsc (od najpiękniejszego do najmniej atrakcyjnego, co nie znaczy, że dane miejsce nie jest atrakcyjne lub nie warte zobaczenia – zresztą sami możecie to ocenić oglądając zdjęcia i czytając relację z poszczególnego miejsca).

1.  LAGUNA BALOS I GRAMVOUSA (GRAMWUZA)

Dla mnie zdecydowanie numer jeden! Muszę wspomnieć, że w sierpniu 1981 roku Karol i księżna Diana spędzili tu część swojego miesiąca miodowego po ślubie, który odbył się 29 lipca 1981r.  Ten fakt chyba świadczy o pięknie naszego miejsca. My skorzystaliśmy z oferty greckiego biura podróży Klados Panagiotis, które oferuje wyjazd na Balos i Gramvousę za 16 EUR. Trzeba od razu dodać, że to nie jest pełna cena za wycieczkę, ponieważ dodatkowo płacimy 27 EUR za bilety na prom. Dlaczego tak duża cena? Według mnie cena nie jest duża, bo wycieczka jest pomyślana naprawdę z głową. W tym samym czasie wypływają dwa promy mogące wziąć na pokład około 500 osób. Żeby nie przeludnić laguny jeden z promów zabiera pasażerów na Balos, a drugi na Gramvousę Imeri. Po trzech godzinach następuje zamiana i dzięki temu większa ilość ludzi mogła jednocześnie podziwiać oba miejsca we względnym spokoju. Autokar zabrał nas spod hotelu o 8.45 rano. Jedzie około 80km do Kissamoss (Kastelli – nowa nazwa miasta), gdzie zatrzymujemy się w porcie o tej samej nazwie. Przewodnik w autokarze zbiera pieniądze na bilety na prom i po zaparkowaniu kupuje dla wszystkich bilety. Mamy jeszcze 40min czasu do odpłynięcia statku, dlatego nie musimy się spieszyć. Wraz z biletem jest pobierana jeszcze jedna opłata w wysokości 1 EUR – coś na wzór opłaty wstępu do parku narodowego w Polsce. Według mnie to dobra inicjatywa, bo z tych pieniędzy finansują sprzątanie obu lokalizacji. Wycieczka jest przewidziana do godziny 20.00, dlatego mamy mnóstwo czasu i jak zobaczymy na miejscu – mogłoby go być jeszcze więcej, gdyby nie ograniczenie w postaci zachodu słońca i końca dnia. Już sam rejs staje się bardzo atrakcyjny, ponieważ blisko godzinę zajmuje dopłynięcie do Balos. Okrążamy półwysep, po czym wpływamy na otwarte wody Morza Kreteńskiego pomiędzy kilkoma wyspami. Podziwianie różnych formacji skalnych z poziomu pokładu statku na pewno dostarczy wielu pięknych wrażeń. Po prawej stronie widzimy Gramvouzę Imeri ze słynną fortecą piratów. My natomiast popłynęliśmy bezpośrednio na Balos, gdzie za trzy godziny mieliśmy się zamienić.

Moment dobijania do Balos dostarcza wielu emocji, ponieważ najpierw wpływamy na błękitną, rajską lagunę. Jako, że nasz statek nie może podpłynąć do brzegu ze względu na swoje rozmiary, to na środku głębokiej jeszcze laguny, mamy przesiadkę na 40-osobowe białe łódki, które po dwie zabierają nas na plażę Balos. Ten widok robi ogromne wrażenie! Z wielkiego statku oglądasz jak turyści wsiadają na łódkę, która rzuca cień na dno laguny. Masz wtedy wrażenie, że łódź lewituje! Przesiadka jest całkowicie bezpieczna, bo schodzimy po stopniach, gdzie mamy poręcze po obu stronach i tak samo jest na łódce. Po zebraniu czterdziestu osób (w czterech dziesięcioosobowych rzędach) łódka dopływa na plażę. Od teraz możemy rozkoszować się pięknem tego miejsca! Mamy do dyspozycji trzy godziny czasu na podziwianie laguny, półwyspu i plaży Balos! To bardzo dużo i najbardziej cieszyliśmy się z tego faktu. Przewodnik powiedział nam w autokarze, że po lewej stronie, na górę prowadzi wydeptana ścieżka. Stamtąd można zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z góry, które tak bardzo rozpowszechnione jest w Internecie. Najpierw jednak z Monią poszliśmy wzdłuż linii brzegowej wszystkich dostępnych tu plaż. Co ciekawe niektóre są tak kręte, że lepiej iść na skróty. Skróty wyglądają tu nieco inaczej… bo można iść przez wodę w linii prostej do interesującego nas miejsca! Woda w lagunie sięga co najwyżej do kolan, więc można szybko „przeskakiwać” z miejsca na miejsce. Plaże wyróżniają się różowym piaskiem na brzegu, co bardzo przyciąga wzrok. Najciekawsze jest jednak przechodzenie przez wody na skróty. Na dnie leżą kilogramy biało-zielonych muszelek w paski, których nazbieraliśmy bardzo dużo. Są piękne i chociażby z tego powodu warto pochodzić trochę w wodzie. Jedni mawiają, że po prawej stronie widać wyspę, a inni mówią, że to tylko półwysep. Jak zwał, tak zwał, bo wszystko zależy od pory kiedy tu jesteśmy. Gdyby czepiać się szczegółów, to w naszym czasie była to wyspa, ponieważ plażę zalewała 30cm woda i jedyną drogą przejścia z plaży na górę było przejście na skróty przez nią. Najbardziej chcieliśmy zobaczyć jednak opisywany przez przewodnika widok z góry z wysokości 150 m n.p.m. Polecił nam dojście do skraju plaży po przeciwnej stronie skalistej wyspy i tam wydeptaną ścieżką, a później kamiennymi schodami, mogliśmy podchodzić do góry.

W hotelu poznaliśmy dwie starsze panie po 70-tce i namówiliśmy je na wspólny wyjazd. Zgodziła się jedna z nich, bo druga miała raczej problemy z chorobą morską. Cieszyła się bardzo, że zabraliśmy ją ze sobą, bo sama nie zorganizowałaby sobie tej wycieczki, ponieważ jej koleżanka należała do grupy „czarnowidzów”, która widziała same problemy, a nie cel. Z taką osobą trudno jest cokolwiek zorganizować, a już tym bardziej gdzieś pojechać. Po przeciwnej stronie, patrząc od miejsca, gdzie wysiadaliśmy z łódki, doszliśmy do innej plaży. Tutaj wody nie przybierały błękitnego koloru, ale raczej mieniły się szmaragdowymi odcieniami. Wyglądały przepięknie, bo kolor nie pochodził od brudów. Pełnię piękna Balos mogliśmy ujrzeć dopiero idąc kamiennymi schodami aż do wysokości 150 m n.p.m. Ścieżka prowadzi dalej, na parking samochodowy. My szliśmy tylko do momentu, aż zrobiło się całkowicie płasko. Wtedy spojrzeliśmy z góry na okolicę. Teraz mogliśmy zobaczyć, jak pięknym półwyspem jest Balos i jakie wody go otaczają. Po lewej stronie morze przybierało kolor szafiru; po lewej stronie, przy linii brzegowej, aż przez cały półwysep Balos – morze przybierało kolor szmaragdowy, a po prawej stronie – niesamowity turkusowy, przemieszany z lazurowym błękitem! Ten widok po prostu wgniatał w ziemię! Cały półwysep okalały jasne, prawie białe i różowe piaski a w oddali widzieliśmy drugi cel naszej wyprawy – Gramvouza Imeri. W drodze na górę mijamy przystanek „Donkey taxi”, gdzie osoby, które nie lubią chodzić po górach mogą wjechać na osiołku, żeby zobaczyć fenomenalny widok znany z wielu widokówek. Kiedy zobaczyliśmy wszystkie atrakcje tego miejsca, zaczęliśmy schodzić. Pozostało nam tylko 40min do odpłynięcia ostatnich małych, białych łódek do dużego statku, dlatego wróciliśmy na rozległą plażę i cieszyliśmy się wspaniałym kolorem błękitnego i turkusowego morza. W trakcie obserwacji jak łódki zabierają kolejnych turystów na wielki statek mieliśmy powód do śmiechu, ponieważ usłyszeliśmy odgłos nawalającego silnika w jednej z nich i zobaczyliśmy jak czterdziestu turystów zostało na środku laguny, pomiędzy plażą a dużym statkiem. Wtedy podpłynęła druga łódka, żeby wziąć na hol pasażerów i tym samym zabrać ich na statek. Z powodu piękna półwyspu Balos, czekaliśmy aż do ostatniego kursu o godzinie 14.45.

Nasz rejs przebiegał spokojnie i dopłynęliśmy do celu bez atrakcji. Z najwyższego pokładu statku patrzeliśmy na to, jak kierujący łódką podpłynął do tej zepsutej i wyciągnął narzędzia. Rozpoczął naprawę silnika. Podsumowałem ten widok „naprawą w raju”, bo klimat morza i wyspy przypominał Karaiby i na środku rajskiego morza sternik miał ubrudzone ręce od smarów. Wyglądało to co najmniej zabawnie. Duży statek odpłynął po godzinie 15.30. Dopłynięcie do Gramvouza Imeri zajmuje 15min, dlatego mieliśmy nie całe dwie godziny na zwiedzanie tej części wyspy. Przewodnik polecił najpierw podejście na szczyt góry o wysokości 154 m n.p.m., gdzie znajduje się wielka, niszczejąca twierdza piratów z XVI wieku. Przyznam, że budowla zajmuje ogrom miejsca na górze i jest gdzie tam chodzić. Najbardziej polecam podejście do murów obronnych z widokiem na Balos. Możemy stamtąd popatrzeć na otoczenie półwyspu Balos oraz na dużą górę Gramvousa, o wysokości 716 m n.p.m., którą oglądaliśmy podczas godzinnego rejsu na Balos. Zdecydowanie góruje nad okolicą. Ten widok zapadnie z pewnością na zawsze w pamięci, ponieważ Balos z twierdzy wygląda jak rajska wyspa z wielką górą na środku. Przyglądając się tej części murów warto przejść wzdłuż niego, ponieważ w jego połowie zauważymy dużą wyrwę z widokiem na morze i w tym samym miejscu rośnie bardzo ciekawy krzak z pomarańczowymi liśćmi zdobiący okolicę. Podejście do twierdzy jest bardzo ciekawe. Ponieważ z niewielkiej przystani idziemy bezpośrednio na szlak prowadzący do twierdzy. Dokładnie w połowie drogi do niej mijamy po prawej stronie ogromne pole wysokich agaw. Wyglądają niesamowicie, ponieważ rosną na długości kilkuset metrów pod niewielką ścianą skalną. Same kaktusy mają około 3m wysokości! Kiedy spoglądniemy na dół zobaczymy niesamowite kolory morza. Podobnie, jak na Balos, wody przyjmują turkusowy i błękitny odcień. Patrząc ze szczytu góry Gramvousa Imeri najbardziej rzuci się w oczy fragment skał pod wodą, które tworzą linię w stronę Balos. Pas skał rozpoznamy po jaśniejszych odcieniach morza.

Dla tych, którzy nie lubią chodzić po górach, polecam przejście plażą wzdłuż aż dojdziemy do wraku zardzewiałego statku. Widać go z każdego miejsca, dlatego nie trudno obrać właściwy kierunek. Na wrak nie wolno wchodzić, ponieważ z każdym rokiem odpadają kolejne części i obecnie nad wodą pozostała już tylko połowa statku, podczas, gdy w 2011 roku widać było jeszcze zdecydowanie większą jego część. Z plaży również można podziwiać wspaniały pas agaw. Gramvousa jest bardziej zacisznym miejscem, ponieważ ludzie nie rozchodzą się we wszystkich kierunkach, ale raczej wszyscy idą na twierdzę, a ci co nie lubią gór, pozostają na plaży. Schodząc ze szczytu po schodach trzeba uważać, ponieważ kamienne stopnie są bardzo sypkie. Na nieszczęście trafiliśmy na Francuza z zaburzeniami psychicznymi, który kopał każdy luźny kamień i przez to je zrzucał z wysokości na niżej idących turystów. Na nic zdawały się upominania innych ludzi. Również na dole ciągle musiał coś zbierać i podnosić z ziemi. Na umówioną godzinę duży statek zabiera wszystkich pasażerów i płynie z powrotem do Kissamoss. W trakcie rejsu panuje zupełna cisza, a później przez głośniki na cały głos płynie piosenka „I feel so good”, po czym wszyscy wyskakują ze swoich siedzeń. Po krótkim wstępie kapitan zapowiada promocję lodów i piwa.

Na Balos można dojechać wypożyczonym samochodem. Z Kavros trzeba jechać autostradą do Kissamoss (Kastelli). W mieście pojedziemy 3km asfaltem, po czym droga zamienia się w szutrową szeroką ścieżkę, którą jeszcze 8km będziemy jechać około pół godziny. Droga jest wąska i z przepaścią po prawej stronie, dlatego trzeba jechać ostrożnie i powoli. W firmach wypożyczających samochody jest zaznaczone, że nie wolno tymi autami jeździć po szutrowej nawierzchni, ale wszyscy to robią. Pozwalają jeździć tylko i wyłącznie asfaltowymi drogami. Po 8km jazdy docieramy do parkingu, gdzie samochodów pilnują… kozy. Co ciekawe zdarzają się przypadki, gdzie kozy chodzą po samochodach, dlatego warto zastanowić się, gdzie zostawimy samochód... Z parkingu nie widzimy jeszcze naszego celu – Balos. Najpierw idziemy ścieżką w równym terenie. Po około 15min dochodzimy do miejsca, gdzie mamy fenomenalny widok na Balos znany z widokówek. Kolejne 15min zajmuje dojście do plaży na półwyspie o tej samej nazwie. Łącznie czas dojścia z parkingu do plaży zajmuje 30min. Moim zdaniem, jeśli wypożyczamy samochód, podjedźmy nim do portu Kissamoss i tam wybierzmy rejs statkiem. Widoki z morza na Balos i Gramvousę są zdecydowanie piękniejsze, przesiadka ze statku na małe łódki dostarcza wielu emocji i zobaczysz Gramvousę, do której z parkingu pod Balos po prostu nie masz dostępu. Moim zdaniem, jadąc samochodem można bardzo dużo stracić. Jeśli nie lubisz tłumów, to polecam Kretę w maju. Wtedy będziesz mógł skorzystać z rejsów w nie pełni sezonu. Widok, który możemy zobaczyć z góry, idąc od parkingu, możemy również ujrzeć korzystając z oferty rejsowej, bo wtedy po dopłynięciu do Balos możemy podejść na tą górę.

  
  
  
  

2. ELAFONISSI

Moim zdaniem drugie najpiękniejsze miejsce na Krecie. Wiele osób ma dylemat, co jest piękniejsze – Elafonissi czy Balos/Gramvousa. Ja i Monia przyznajemy, że obie plaże i laguny, mają zupełnie co innego do zaoferowania, stąd możemy powiedzieć, że obie są bardzo atrakcyjne i równie piękne. Ponownie zdecydowaliśmy się na wyjazd z Klados Panagiotis, ponieważ w programie agencja przewidywała aż cztery godziny pobytu na plaży z możliwością zwiedzania całej laguny. Wycieczka na Elafonissi kosztowała 30 EUR, podczas gdy nasze biuro podróży życzyło sobie 60 EUR! Dojazd na miejsce trwa około 1h 45min, dlatego spod hotelu wyjeżdżaliśmy po godzinie 8.05. Jako, że poznaliśmy wcześniej „babcie” w hotelu, bo tak je nazwaliśmy, to zaproponowaliśmy im wspólny wyjazd z nami na Elafonissi. Bardzo chciały tam być, dlatego pojechaliśmy w czwórkę. Autokar po przejechaniu ponad połowy swojej trasy zatrzymuje się w małej wiosce Topolia, gdzie mamy postój na śniadanie. Wioska oferuje fenomenalne widoki i z pewnością ujrzymy niecodzienny sposób zagospodarowania górskiego zbocza. Później jedziemy bezpośrednio do celu, podziwiając po drodze piękne pomarańczowe sady. Autokar dojeżdża praktycznie pod samą lagunę. Tutaj nie mamy żadnych rejsów. Do miejsca dochodzimy bezpośrednio. Od momentu wyjścia z autokaru mamy do dyspozycji cztery godziny. Czy to mało, czy dużo? Zależy na co chcemy je przeznaczyć. Zawsze powtarzam, że na Elafonissi powinno się przyjechać dwa razy – pierwszy raz, żeby dokładnie sfotografować okolicę (a jest rozległa) i drugi raz, żeby nacieszyć oczy rajskimi widokami oraz skorzystać z kąpieli w krystalicznie czystej lagunie.

Jeśli ktoś przyjeżdża tu by się wykąpać w pięknej scenerii, to z pewnością wykorzystał swój czas bardzo dobrze, ale jeśli ktoś przyjechał, by zwiedzić to piękne miejsce, to warto zapuścić się aż na sam koniec półwyspu. Na samym początku, z parkingu, wychodzimy na szeroką i rozległą plażę ze słomkowymi parasolami. W maju piaszczyste przejście w większości jest zalane krystalicznie czystą wodą, dlatego nie warto okrążać tego zalewiska, ale raczej warto pójść na skróty, idąc przez płytką lagunę. Widać stąd niesamowity błękit morza i to właśnie w jego kierunku będziemy szli. Wychodzimy wtedy na drugą rozległą, piaszczystą plażę, gdzie rozstawiono drugi rząd słomkowych parasoli z czerwonymi leżakami. Dalej widać ścieżkę na wzór szlaku turystycznego, gdzie dochodzimy do dużych głazów zanurzonych w morzu po lewej stronie plaży. Większość ludzi szuka sobie tutaj wygodnego, zacienionego miejsca, ponieważ widoki dookoła są fenomenalne. Jeśli jesteś tu pierwszy raz, to nie warto zatrzymywać się w miejscu „początkowym”, ale raczej polecam eksplorację Elafonissi. Wśród skał zobaczysz drewniane ogrodzenie zabezpieczające chronioną roślinność, które wymusi kierunek wędrówki i wtedy przejdziemy na drugą stronę, na kolejną plażę. Co ciekawe, na wszystkich plażach bardzo pięknie widać różowe piaski. Za wielkimi głazami zauważymy, że na piaskach leży mnóstwo drobnych muszelek. Jest ich więcej niż samego piasku! Ja i Monia stwierdziliśmy jednogłośnie, że po tej stronie laguna oferuje piękno najwyższej klasy. Z morza wystają powulkaniczne skały, które dodają uroku okolicy. Błękit morza wręcz wgniata w ziemię! Większość ludzi kończy na tym etapie swoją wędrówkę, ale my postanowiliśmy „przetrzepać” okolicę aż do samego końca, na co decyduje się tylko kilka osób. Półwysep ma ponad kilometr długości, dlatego potrzeba trochę więcej czasu, żeby wszystko zobaczyć. Za skałami warto iść brzegiem morza, mijając poszczególne plaże. Po prawej stronie ciągle będziemy widzieli pas skał. Po około 800m wędrówki dojdziemy do otwartych piasków tworzących wydmy! Co ciekawe, wśród wydm możemy wypatrzeć piękny rząd niskich, kulistych krzewów, które zdobią okolicę. Wchodząc w strefę otwartych piasków i wydm podeszliśmy pod górę, aż doszliśmy do niewyraźnej ścieżki wśród cierni. Na górze, po lewej widać jakąś białą kapliczkę. Podeszliśmy tam, ponieważ z góry rozpościera się najbardziej rozległy widok na całą lagunę Elafonissi. Po obu stronach półwyspu widzimy, jak bardzo różne kolory przybierają wody morza. Po prawej widać wspaniały błękit, a po lewej szafirowe odcienie. Zarówno jedna, jak i druga strona wygląda fenomenalnie. Ma się wrażenie, jakby dwa morza stykały się właśnie na Elafonissi. Jako, że nasze babcie, które pojechały z nami, nie miały tyle chęci, by w upale chodzić po skałach i w nieznanym terenie, to usiadły pod pierwszym rzędem głazów i czekały na nas. Tak się umówiliśmy.

Zanim zwiedziliśmy okolicę i wróciliśmy do naszych babć, to minęły… dwie godziny! Rzeczywiście tyle czasu potrzeba, żeby w zupełnym spokoju poznać wszystkie atrakcyjne zakamarki półwyspu. Przed pasmem wydm przechodziliśmy przed plażę nudystów. Miłośnicy golizny z łatwością mogli ukrywać się wśród skał. Nie spotkamy tutaj tłumów turystów. Nie żałowaliśmy, że doszliśmy aż do samego końca półwyspu, bo zdecydowana większość wycieczkowiczów wypoczywała praktycznie na samym początku i przez to, tak wiele ich ominęło. My za to stworzyliśmy bogatą serię ujęć z Elafonissi i teraz możemy cieszyć się tymi widokami nawet po przyjeździe do domu. Wyjazd na Elafonissi kosztuje 30 EUR i nie są pobierane żadne dodatkowe opłaty. Po dwóch godzinach wróciliśmy pod skały i teraz nasze babcie zaczęły poznawać okolicę. Zniknęły na około godzinę, po czym wróciły pod duże głazy. W tym czasie chodziliśmy w płytkich, błękitnych wodach oraz patrzeliśmy, jak jaszczurka wyjada pozostałości jabłka z obierek, które ktoś zostawił na plaży. Prawie wcale się nie bała. Widok był niesamowity! Kiedy babcie wróciły, poszliśmy razem wzdłuż plaży, gdzie rozstawiono czerwone leżaki ze słomkowymi parasolami. Grecy pobierają za jedno takie stanowisko 5 EUR/dzień. Raczej niewielu korzystało z tych miejsc, bo większość rozkładała koce na licznych plażach dookoła. Kiedy szliśmy razem, podziwialiśmy południowe wybrzeże półwyspu, gdzie wody przybierały bajecznie błękitny kolor. Ja i Monia szliśmy cały czas w wodzie. Wtedy dwie dziewczyny z Włoch – Irene i Elvy – poprosiły nas o zrobienie zdjęć lustrzanką, którą mieliśmy ze sobą, bo jak same stwierdziły, na Elafonissi jest jak w raju, a one miały za słaby aparat (tak powiedziały), żeby oddać piękno laguny. Chciały mieć zdjęcia wyższej jakości i poprosiły o to, żeby przesłać je mailem po powrocie do domu. Tak też zrobiliśmy. Po długim zwiedzaniu okolicy wróciliśmy do autokaru. Chyba każdy był bardzo zadowolony z wyjazdu, bo Elafonissi dosłownie przypomina raj. Możemy poczuć klimat Karaibów. Laguny jest niepowtarzalna i z pewnością obok Balos, Gramvousa jest to obowiązkowa pozycja do zobaczenia na Krecie!

Wycieczka nie kończy się na tym etapie, ponieważ w drodze powrotnej kierowca staje u podnóży góry, gdzie możemy podejść do Agia Sofia Cave (Jaskinia „Wisdom of God”) w Topolii. Kierowca parkuje przy tawernie. Kto chce, może wejść na samą górę (ponad 100m wysokości do pokonania po schodach) żeby zobaczyć piękną jaskinię, dającą wspaniały widok na okoliczne góry. Co ciekawe, wstęp do jaskini jest bezpłatny! Tuż przed samym wejściem do niej schody prowadzą piękną ścieżką wśród pochylonych gałęzi, tworzących naturalne łuki wyglądające niczym sklepienia. Z pewnością jest to idealny motyw dla fotografów. Polecam odwiedzić to miejsce. W środku jest dość wilgotno, dlatego warto ze sobą zabrać buty, które osłonią stopy. Wysoko nad głowami lata kilka nietoperzy. Nie polecam eksploracji jaskini w japonkach i klapkach. Kiedy wracamy z jaskini, w Topolii droga jest tak wąska, że w skałach wycięto tylko tyle skał, żeby zmieścił się w nich autokar! Dodatkowo ruchem wahadłowym kierują światła. Mamy wrażenie, że autokar musi wykorzystać każdy centymetr drogi, żeby przejechać tędy bezpiecznie. Dosłownie wisi nad przepaścią! Za światłami wjeżdża w niewielki, tunel wydrążony w skałach. Obowiązkowo musiałem zrobić zdjęcia tego miejsca.

  
  
  
  

3. WĄWÓZ SAMARIA

Trzecie miejsce należy się Samarii, ze względu na fenomenalne widoki oraz długość wąwozu. Jak podają różne źródła, wąwóz ma 16km długości i jest tym samym najdłuższym w całej Europie. Jeśli jesteś na Krecie, to koniecznie musisz odwiedzić to miejsce. Greckie biuro podróży Klados Panagiotis proponuje dwie wersje wycieczki do Wąwozu Samaria: łatwa i długa. Decydując się na wersję łatwą pojedziemy autokarem do Chora Sfakia, gdzie podpłyniemy małą łodzią do Agia Roumeli, skąd najpierw podejdziemy pod górę przez wioskę o tej samej nazwie i dalej, do wylotu Wąwozu Samaria. Wędrówkę musimy tak zaplanować, żeby dojść do najbardziej charakterystycznych miejsc jak, np. Żelazne Wrota i później będziemy wracać do Agia Roumeli. Opcja ta jest przewidziana dla osób nie mających dobrej kondycji, a chcących zobaczyć najciekawsze miejsca wąwozu. Wycieczka w wersji łatwej kosztuje 25 EUR + 5 EUR za wstęp do parku narodowego. Rejsy statkami kosztują łącznie 13,50 EUR. Zdecydowanie polecam jednak wersję długą, gdzie przejdziemy cały szlak przewidziany w wąwozie. Normalnemu turyście pokonanie całej trasy powinno zająć około 6 godzin. Na szczęście organizatorzy dają około 8 godzin, co dla nas szczególnie okazało się przydatne, ze względu na fotografię krajobrazu. Nawet my, którzy potrzebowaliśmy więcej czasu, przeszliśmy całą trasę w 7h 05min, czyli mieliśmy jeszcze 55min wolnego czasu w Agia Roumeli. Wszystkie wycieczki, kończą się na wybranej tawernie, ponieważ biura podróży mają podpisany kontrakt, z którąś z nich. Obie strony czerpią z tego korzyści, bo dzięki temu wszyscy zarabiają pieniądze. Na szczęście w autokarze przewodnicy bardzo dokładnie informują o godzinach wejścia/wyjścia, szczegółach trasy, czy też trudnościach. Na pewno nikt nie może czuć się niedoinformowany. Dodatkowo dostajemy mapę wąwozu z punktami postojowymi. Trzeba pamiętać, że w lecie opcja długa jest wymagająca ze względu na upały, często przekraczające +40’C. Trzeba ze sobą zabrać dużo wody (ja i Monia zabraliśmy 4 litry, ale tylko dlatego, że w maju jeszcze „działa” osiem źródełek z wodą po drodze. W sezonie wody zdecydowanie brakuje, dlatego polecam na dwie osoby zabrać minimum 6 litrów). Zdarzały się przypadki, gdzie w wąwozie umierali ludzie na skutek przegrzania. Druga sprawa to spadające kamienie z pionowych ścian skalnych. Po opadach deszczu, na drugi dzień wąwóz zawsze jest zamykany, ponieważ ryzyko spadania kamieni jest bardzo duże. Zginął tu między innymi Polak w 2013 roku.

Koniec straszenia, bo nie o to w tym chodzi. Szlak przypomina bardzo zejście z Kasprowego Wierchu – tworzą go w pierwszej połowie trasy kamienne schody, a później przechodzimy w bardzo nierównym skalistym terenie. Najważniejsze, żeby zabrać ze sobą obuwie trekkingowe przewidziane do wędrówek górskich. Z pewnością zapewnią komfort przejścia. Będąc przygotowanym przed wyjazdem na Kretę, spakowaliśmy je ze sobą, dlatego nic nas nie zaskoczyło na szlaku. Początkowo autokar zawozi nas na wielką równinę Omalos wśród Białych Gór, gdzie mamy 40min postój w tawernie na śniadanie. W tym czasie przewodnik kupuje za nas bilety wstępu do parku narodowego. Koszt całej wycieczki to 35 EUR za organizację wycieczki + 5 EUR za wstęp + 11 EUR za bilety na statek z Agia Roumeli do Chora Sfakia. Dlaczego konieczny jest rejs dowiesz się z dalszej części opisu. Cena może wydawać się wysoka, ale kiedy weźmiesz pod uwagę, że twoje biuro podróży zażąda dwukrotnie większej kwoty, to bez wahania zdecydujesz się na wyjazd z miejscowymi agencjami turystycznymi. Jedyną barierą może być język, ale wystarczy, że jedna osoba z waszej grupy będzie go znała, a wtedy wycieczka będzie przyjemnością. O dziwo na szlak nie wychodzi z nami przewodnik, jak to jest z polskimi biurami podróży, gdzie dodatkowo podpisuje się oświadczenia mające odsunąć na bok wszelką odpowiedzialność za ewentualne wypadki. W przypadku greckich biur podróży ubezpieczenie jest w cenie i nie podpisuje się żadnych „dziwnych” papierków. Co ciekawe przewodnik tylko wskazuje którędy iść i mówi, że za 8 godzin spotkamy się w tawernie w Agia Roumeli. Nam przypadła taka opcja do gustu, ponieważ nikt nas nie zatrzymywał i szliśmy według własnego uznania. Na początku, przy kasie okazujemy bilet wstępu i na trzynastym kilometrze jest strażnik, który kontroluje ponownie bilet, żeby zliczyć tych co weszli. Dzięki biletom strażnicy mogą zobaczyć, czy tyle samo wyszło turystów, co weszło. Kolejne trzy kilometry to dojście do wioski Agia Roumeli.

A jak wygląda przejście Wąwozem Samaria? Jakie są trudności? Po śniadaniu w tawernie w Omalos, ruszamy autokarem do wejścia do Wąwozu Samaria. Tam zatrzymujemy się na dość dużym parkingu z widokiem na potężne Góry Białe. Widok jest bardzo podobny do tego z Tatr Słowackich w rejonie Zielonego Plesa, w drodze na Jagnięcy Szczyt. Parking znajduje się na wysokości 1237 m n.p.m. Jako, że będziemy szli wąwozem aż do poziomu Morza Libijskiego, to znaczy, że musimy zejść 1237 metrów w pionie! Dla nóg, a w szczególności dla kolan, z pewnością będzie to odczuwalna wędrówka. Ponownie chcieliśmy zabrać jedną z naszych poznanych babć, ale niestety nie wzięła ze sobą dobrego obuwia i dlatego nie zdecydowała się na wspólny wyjazd. Miała rację, bo w adidasach raczej czułaby każdy kamień po dłuższej wędrówce. Na początku widzimy trzy szlaki przed sobą. Wybieramy ten z drewnianymi barierkami prowadzący w dół. Od tego momentu będziemy iść trawersami (zygzakowaty szlak, mający na celu zmniejszenie stromości zejścia) przez… 2,5km. Już po tym odcinku odczujemy obolałe palce, jeśli mamy niewłaściwie dobrane buty. Co prawda idziemy tylko regularnymi i ułożonymi, kamiennymi schodami, ale na odcinku 2,5km jest ich całe mnóstwo i na pewno zdążymy zmęczyć stopy ciągłym hamowaniem. Na trasie zejściowej warto oglądać się za siebie, ponieważ widzimy, jak potężne szczyty górują nad nami. Po drugie rosnące tutaj sosny są bardzo nietypowe i zachwycające. Niedługo po starcie będziemy przechodzić szlakiem zabezpieczonym siatkami rozpiętymi na drewnianej konstrukcji. Siatka ma za zadanie wyłapywanie spadających z góry kamieni, ponieważ będziemy iść wzdłuż ścian skalnych. W jednym miejscu nie zainstalowano siatki i kiedy przechodziłem w tym miejscu, ze ściany skalnej wystartował ptak wielkości trochę mniejszej od pospolitego gołębia. Leciał bardzo szybko prosto na mnie i jedynie zahaczył nogami o włosy. Wyglądało raczej, że obrał sobie trasę lotu, a ja w tym momencie mu ją przeciąłem. Dalej schodzimy stopniami zacienionym szlakiem. Co dwieście metrów rozstawione są tabliczki z napisem 200, 400, 600, 800, co oznacza 200 metrów, 400 metrów, itp. Na pełnym kilometrze stoi płaski kamień z żółtą cyfrą 1, 2, 3, 4. To oznacza kilometr wąwozu, na którym jesteśmy. Stąd łatwo można sobie policzyć ile trasy mamy już za sobą. Jeśli zobaczyliśmy płaski kamień z numerem 4 i dalej stanęliśmy przy tabliczce z liczbą 200, to znaczy, że przeszliśmy 4.200m/13.000m. Kolejne 3.000m to dojście do wioski Agia Roumeli, ale ten odcinek nie jest wliczany do długości wąwozu. Dzięki takim oznaczeniom wiedzieliśmy ile potrzebujemy czasu na cały szlak. Oznaczenia co 200m spotykamy do siódmego kilometra trasy. Później widzimy tylko płaskie kamienie co 1km.

Pierwsze siedem kilometrów trasy to wędrówka przez lasy i jeszcze w miarę niski Wąwóz Samaria. Na otrzymanej mapce mamy zaznaczone osiem źródełek z wodą oraz kilka punktów z WC. Na szlaku, w lesie są wybudowane kamienne budki z ubikacjami. Zwykle tworzą się przy nich kolejki. Na czwartym kilometrze z pewnością miniemy pierwszego białego konia, a raczej krzyżówkę konia z osłem. Zwierzęta są rozstawione co 4km i służą jako pomoc w nagłych przypadkach do sprowadzenia potrzebującej osoby. Są też tacy wygodni, co chcą przejechać trasę, bo nie chcą się przemęczać. Pomiędzy 2,5km a 5km zobaczymy kilka ciekawych rzeczy. Na pewno staniemy przy pierwszym źródełku, gdzie jest zorganizowany punkt postojowy. Dodatkowo przejdziemy obok zwalonych drzew, gdzie ułożono setki małych piramidek z kamieni na zasadzie „ja tu byłem”. Nieco poniżej wejdziemy do wąwozu, na pierwsze jego etapy, gdzie po raz pierwszy będziemy mogli podziwiać piękne skały i ogromne głazy. Na tym odcinku spotkaliśmy pierwsze koziołki „kri-kri” skaczące po skałach. Bardziej czujny obserwator zauważy, że na całej długości 16km pociągnięto czarne węże z wodą, a co około 100m zobaczymy… hydrant! Wąwóz jest zabezpieczony przed pożarem lasów. Być może Grecy boją się powtórki z plaży Preveli, gdzie palmowy las palił się w sierpniu 2010 roku. Drzewa przeżyły, ale ich pnie są dosłownie czarne aż po dziś dzień. Między piątym a siódmym kilometrem trasy będziemy szli w wąwozie i od teraz coraz częściej wychodzimy na otwarte przestrzenie pozwalające podziwiać piękne Białe Góry. W szczególności ciekawe są białe usypiska kamieni, gdzie kwitną oleandry, najczęściej w różowym kolorze. Bardzo pięknie jest na trasie od 7km! Najpierw dochodzimy do niewielkiej trawiastej polanki z dwoma kamiennymi budynkami. Jeden z nich to WC, a drugi to skład sprzętu przeciwpożarowego. Okolica wygląda bajecznie! Dookoła widać zielone i bardzo wysokie szczyty Gór Białych. Widok ponownie bardzo przypominał mi podejście na Jagnięcy Szczyt w Tatrach Słowackich. Obowiązkowo zatrzymaliśmy się w tym miejscu. Uroku obu kamiennym budynkom dodawały przepięknie kwitnące oleandry. Zrobiło się tak kolorowo! A wszędobylska zieleń dodawała optymizmu. Usiedliśmy w cieniu na skraju lasu. Monia wypatrzyła mrówki niosące fragmenty igiełek i liści do dziury w ziemi. Postanowiła coś wypróbować. Pokruszyła kawałek bułki i poukładała najmniejsze drobinki w dwóch rzędach na płaskim kamieniu. Za chwilę mrówki zwietrzyły okazję i jedna po drugiej zaczęły zbierać okruchy i znosić je do dziury. Wystarczyły dwie minuty, żeby oczyściły cały kamień! Co ciekawe, najcięższe okruchy zabierały we dwie i niosły je tak, że rzucało nimi na boki. Długo przypatrywaliśmy się mrówkom i ich zorganizowaniu. Za trawiastą polaną rozpoczynało się zejście do wąwozu, gdzie płynął potok.

Około 200m poniżej tego miejsca idziemy wzdłuż kamiennego murku. I tu spotkała nas kolejna atrakcja. Dwa koziołki „kri-kri” podeszły na murek i zaczęły walczyć na rogi, jakby na pokaz. Przyglądaliśmy się również tej scence. Najlepszy jednak był mały koziołek, który nie wiedział, czy ma zejść do nas, czy też nie. Ostatecznie pozostał kilka metrów nad nami, na skałach. Jeden z nich zaglądał wręcz do obiektywu, nie bojąc się w ogóle ludzi. Dla niego z pewnością tłumy turystów to codzienność. Czego miały się bać, skoro w tych okolicach nie występowały żadne drapieżniki, ani inne zwierzęta im zagrażające. Potrzebowały tylko wody, a tej na razie nie brakowało. W dalszej drodze warto przyglądać się również starym, poskręcanym drzewom, które tworzą niezwykłe formacje i mają bardzo dziwne kształty. Na ósmym kilometrze dochodzimy do ruin starej osady, a raczej wioski. Pozostały tylko fragmenty murów przy ziemi. Ostatni ludzie mieszkali tu ponad 70 lat temu. Na miejscu zorganizowano punkt postojowy oraz WC. Z ruin wioski bardzo dobrze widać piękne góry oraz wysokie ściany Wąwozu Samaria. Od tego miejsca rozpocznie się najciekawsza część wędrówki. W maju, obok ruin, przepływa wartki potok i zobaczymy tu piękne kwitnące drzewa na czerwono. Od ósmego kilometra wchodzimy w otwartą przestrzeń i widzimy płaski kamień z numerem 8. Przed nami wyrastają nagle 600-metrowe, pionowe ściany skalne. Pierwsze etapy bardzo zachwycają i ma się wrażenie, że ściany dosłownie wiszą nad tobą! Wszyscy robili zdjęcia w tym miejscu. Wąwóz przypominał pod względem przyrodniczym góry znane z Chin – z rejsu rzeką Lijiang. Z pionowych ścian skalnych wyrastają bujne krzewy tworzące piętra roślinności. Skały poprzecinane pasami zieleni zachwycały każdego. Trasa zwęża się w miarę przechodzenia wąwozem. Między ósmym a dziewiątym kilometrem ciągle schodzimy wśród skalnych ścian. Po środku trasy, od czasu, do czasu kwitną oleandry. Widoki na całej długości są przepiękne! Dziewiąty kilometr, to wędrówka wśród ogromnych głazów i szlak jest bardzo wąski. Na trasie mamy znak informujący o niebezpieczeństwie spadających kamieni. Przeczytamy też, żeby nie zatrzymywać się i iść szybko. Dziesiąty kilometr jest jeszcze ciekawszy. Jesteśmy już ściśnięci pomiędzy wysokimi na około 300m ścianami skalnymi. Dodatkowo w maju płynie szlakiem potok na prawie całą szerokość wąwozu. Musimy zatem niejednokrotnie skakać po kamieniach, a czasem przechodzimy przez dość liche drewniane mostki. Potok na szczęście jest głęboki tylko na 10-20cm, dlatego nie musimy obawiać się o jakieś zagrożenia.

Najbardziej podoba mi się 11-sty kilometr. Na początku idziemy w dość otwartym terenie i mamy wrażenie, że to już koniec. Dochodzimy do zalesionej równiny, gdzie zorganizowany duży punkt postojowy z WC. Chyba wszyscy stają w tym miejscu, bo „pit stop” wygląda niczym zielona oaza na pustyni. Po krótszej przerwie poszliśmy dalej. Za równiną ponownie wchodzimy do wąwozu i dochodzimy przez liczne mostki i kamienie w potoku, do Żelaznych Wrót. Jest to najwęższe miejsce całego wąwozu i liczy sobie jedynie 3,6m szerokości. Na tym małym skrawku terenu znajduje się nasza ścieżka i potok płynący całą szerokością wąwozu oraz kilka rzędów czarnych węży przeciwpożarowych. Żeby przejść tędy w maju, to musimy skakać po kamieniach z jednego brzegu na drugi. Przyznajemy, że to miejsce jest bardzo piękne i nie dziwi nas fakt, że tak często występuje w katalogach i folderach różnych biur podróży. Stwierdziliśmy jednak, że my mieliśmy najlepsze warunki. Foldery nie pokazywały całego piękna tego miejsca, ponieważ w pełni sezonu potok powoli zanikał. Za Żelaznymi Wrotami skakanie po kamieniach nie kończy się, ponieważ nadal musimy przechodzić z jednej strony potoku na drugą. W końcu potok płynie poniżej szlaku i wchodzimy na dwunasty kilometr trasy – piękny drewniany most pod ciekawą ścianą skalną, którą tworzą faliste formacje piaskowcowe. Widzimy stąd dwa drewniane mosty, którymi będziemy przekraczać jeszcze raz ten sam potok. Za mostami wchodzimy na większą, kamienną równinę, gdzie kwitnie mnóstwo oleandrów. Tutaj znowu musimy skakać po kamieniach, by przejść na drugą stronę potoku. Od tego momentu wąwóz powoli kończy się i nieznacznie opadającym zboczem dochodzimy do trzynastego kilometra, gdzie strażnik skontroluje nasze bilety wejściowe. Za budką strażnika i rzędem tawern oferujących zimne i świeże soki owocowe pozostanie nam do przejścia trzy kilometry trasy – na początku kamienną drogą, a później asfaltem. Za tawernami pewien facet oferuje zjazd do Agia Roumeli busem za 1,5 EUR. Woleliśmy przejść cały odcinek, żeby podziwiać piękne widoki. Po wyjściu z wąwozu szlak prowadzi na kamienną drogę, gdzie po obu stronach kwitną bardzo gęsto oleandry. Po prawej stronie widzimy mały, biały kościółek podobny do tych, znanych z Santorini. Na tle zielonych gór wygląda przepięknie! Po prawej stronie widzieliśmy jeszcze koziołka wspinającego się po skałach, a po lewej stronie widać jaskinię zaadaptowaną pod… mieszkanie! Z przodu jest wybudowana biała ściana ze wstawionymi drzwiami i oknem. Przed wejściem do domu stoi mała kapliczka z dzwonem. Po trzech kilometrach wędrówki dochodzimy do małej wioski Agia Roumeli. Jest niezwykła, ponieważ na drogach nie jeżdżą samochody. Dlaczego? Dlatego, że miejscowość nie ma połączenia drogowego z żadną częścią Krety! Wszystko dowożone jest tutaj promem. Nawet samochody dostawcze przypływają wielkim promem i tylko one jeżdżą po ulicach, rozwożąc towar do poszczególnych tawern i sklepów, których tu nie brakuje. Skorzystaliśmy z lokalnego sklepu, gdzie kupiliśmy zimne napoje z lodówki, by chociaż trochę się schłodzić.

W Agia Roumeli byliśmy o godzinie 16.05, a prom miał odpływać po godzinie 17.00. Mieliśmy zatem dużo czasu. Nasza pani przewodnik kupiła bilety dla nas wszystkich i rozdawała je w umówionej tawernie. Statek opóźnił się o około 15min. Widzieliśmy ile ludzi czeka na wejście na pokład. Widok tłumów wręcz zadziwiał. Jako, że nie ma połączenia drogowego z resztą wyspy, rejs statkiem staje się koniecznością. Widzieliśmy jak w ciągu kilku minut zaludniona wioska opustoszała i ucichła. Prom miał płynąć około 35min. Pani przewodnik poinformowała nas, że wysiadamy na drugim przystanku. Po 15min rejsu prom przybijał do jeszcze mniejszej wioski zwanej Loutro. To właśnie tam apostoł Paweł zawitał podczas swoich podróży misjonarskich. Loutro jest piękne, a wszystkie domy wybudowano w białym kolorze. Klimat tego miejsca jest niesamowity! My popłynęliśmy dalej do Chora Sfakia, podziwiając w drodze wspaniałe Góry Białe od strony południowej i Morze Libijskie. Kiedy dopłynęliśmy do portu w Chora Sfakia kilkanaście autokarów czekało na setki turystów. Na statku siedzieliśmy na najwyżej położonym pokładzie, dlatego mieliśmy widok na coś niezwykłego. Kiedy obsługa techniczna promu opuściła stalowy most na przystań, ze statku wyszedł wielki tłum. Cała wieś nie miała tylu mieszkańców, co turystów z tego jednego statku! Pomimo tak wielkich tłumów wszyscy sprawnie rozeszli się do autokarów. Praktycznie z poziomu morza autokary musiały wjechać na poziom 700m n.p.m. Kierowcy musieli zmagać się ze stromymi i krętymi podjazdami. Widzieliśmy jak, całe jedno zbocze góry zamieniono w jedną wielką, krętą drogę! Wioska Chora Sfakia ma ciekawą historię związaną z jedną rodziną i ich kłótnią, ale tu odsyłam do innych źródeł, gdyż nie zapamiętałem wszystkich szczegółów. Podsumowując, Wąwóz Samaria jest obowiązkową propozycją dla osób chcących zwiedzać Kretę. To jeden ze sztandarowych punktów, które po prostu trzeba odwiedzić. Trudno pominąć najdłuższy i widokowy wąwóz w Europie. Warto wiedzieć, że różne biura podróży podają różne odległości do poszczególnych charakterystycznych punktów. W opisie podawałem odległości, które są zaznaczone na kamieniach w Wąwozie Samaria. I tak na przykład Żelazne Wrota według różnych biur podróży są na 13-tym kilometrze, a według kamiennych oznaczeń znajdują się na 11,7km. Różnica zatem jest spora…

  
  
   
   

4. FALASARNA

Bardzo piękna i długa plaża ciągnąca się aż przez 3km! Co w niej jest takiego niezwykłego? Z pewnością inny kolor piasków, ponieważ przyjmują ciemnożółtą barwę – jakże odmienną w stosunku do piasków na innych plażach. Dodatkowo to miejsce wyróżniają dość głębokie wody oraz duże fale. Ponieważ Falasarna znajduje się 11km od Balos, to i wody muszą mieć przepiękny kolor. Tak w rzeczywistości jest, bo kiedy staniemy na brzegu, zauważymy piękny błękit, turkus i szmaragd. Kolor wód przyciąga oczy. Ktoś mógłby pomyśleć, że to tylko plaża, więc co tutaj zwiedzać. Warto przejść ją całą, zaczynając od małej wioski Falasarna (Ancient), bo nie jest jednakowa na całej długości. Patrząc od strony tej miejscowości wejdziemy na rozległą piaszczystą plażę, gdzie możemy popływać w rajskich wodach. Rozstawiono tu liczne parasole, leżaki oraz mamy do dyspozycji przebieralnię oraz prysznice. Za tymi udogodnieniami plaża zmienia swój charakter w przeprawę przez skały wulkaniczne. Przyjmują bardzo ciekawe kształty i jedyne co trzeba zrobić, to szukać wśród nich właściwej ścieżki, żeby przejść na drugą stronę – do kolejnej części piaszczystej plaży. W skalistej części warto poeksplorować teren. Znajdziemy tu liczne oczka wodne, ciekawe formacje skalne, czy też… ciekawe miejsca do kąpieli. W skałach wypatrzyłem małą zatoczkę z krystalicznie czystymi i głębokimi wodami, gdzie obok zauważymy małe oczko wodne o szerokości około 2,5m ale głębokie na ponad 3m. Wskoczyłem tam, żeby schłodzić się i skorzystać z uroków tego miejsca. Mało kto zagląda w te rejony, bo każdy raczej biegnie na piaszczystą plażę, a tutaj z pewnością nacieszyłby oczy rajskimi widokami. Za skałami wejdziemy na bardzo długą piaszczystą plażę, ciągnąca się aż do pasma górskiego widocznego przed nami. Możemy nią dojść aż do kolejnego pasa skał pod górami, gdzie w morzu blisko brzegu, ujrzymy dwie kolejne skaliste wysepki, podobne do tych z oczkami wodnymi.

Jeśli masz czas, to przejdź całą plażę Falasarna ze względu na fenomenalne widoki i piękny kolor wód. Niecodziennie można podziwiać takie rzeczy. Oczywiście grzechem byłoby nie wykąpać się w tutejszych wodach. Jak tam dojechać? Są dwa sposoby. Można skorzystać z oferty czwartego biura turystycznego „Trip to dreams”, gdzie jest opcja „prywatny 7-mio osobowy samochód”, o czym piałem na początku relacji. Wtedy możemy założyć wyjazd do Falasarny i inni będą mogli dopisać się do twojej propozycji. Taka wycieczka kosztowałaby około 25 EUR i gdybym wcześniej wiedział o tej opcji, z pewnością skorzystałbym z niej. Ja wybrałem inną możliwość, raczej niedostępną dla większości osób, ze względu na kondycję i jazdę w upale na otwartej przestrzeni. W Kavros, w tym samym biurze wypożyczyłem rower za 5 EUR i wyruszyłem o 6.20 rano. Po przejechaniu 102km dojechałem do Falasarny o godzinie 11.37, jadąc częściowo przez New National Road, a częściowo przez Old National Road. W drodze do Falasarna minąłem Chanię i Kissamoss-Kastelli oraz port, z którego płynęliśmy kilka dni wcześniej na Balos i Gramvousa. Zatem dojazd na miejsce zajął mi 5h 17min. Jechałem w 32’C upale, więc odszukanie zatoczki z oczkiem wodnym wśród wulkanicznych skał było strzałem w dziesiątkę! Z tego właśnie powodu wskoczyłem do niego, by się wykąpać i schłodzić. Czułem się jak nowo narodzony i dzięki temu miałem siły na powrót do hotelu. Teraz czekała mnie jazda 102km z powrotem i na początku 4km ostro pod górę, bo do Falasarny zjeżdżamy serpentynami górskimi aż do poziomu morza. Z powodu ograniczeń czasowych nie mogłem przejść całej Falasarny, ale za to udało mi się odwiedzić trzy najważniejsze miejsca z długiego ciągu plaż i to jest dla mnie najważniejsze. Mając rower do dyspozycji, mogłem pokonywać szybciej niektóre odcinki. Na podziwianie okolicy i szukanie ciekawych miejsc poświęciłem 1h 10min, po czym wracałem do Kavros. Powrót zajął mi 6h 05min. Kiedy jechałem do hotelu zawodowy kolarz zagadnął mnie w drodze i podał mi baton energetyczny. Zapytał mnie skąd i dokąd jadę. Kolarz zatrzymał się pod lasem, ponieważ czekał na swoich dwóch kompanów. Z pewnością też opracowali jakąś ciekawą trasę w ramach treningu. Przejechałem łącznie 204km i przy takim upale odczułem palące słońce, dlatego ani kąpiel w hotelu, ani kąpiel w morzu nie była w stanie mnie schłodzić. Ciągle czułem jakbym był rozpalony od środka.

  
  
  
  

5. KOURNAS LAKE

W większości relacji to jezioro jest na ostatnim miejscu. Dlaczego? Ci, którzy je ocenili tak nisko nie mieli po prostu pogody! Rzeczywiście, kiedy na niebie występuje dużo chmur, to jezioro jest niestety mało atrakcyjne. Mieni się szarością i praktycznie niczym nie zachwyca. Cały szczegół polega na tym, żeby pojawić się tam przy bezchmurnym niebie. Wtedy zobaczymy jezioro w pięknych szmaragdowych i zielonych kolorach. Jest wręcz fenomenalne! A jak zorganizować sobie przejazd? My wpadliśmy na bardzo prosty pomysł. Skoro mieszkaliśmy w Kavros, to do jeziora Kournas Lake mieliśmy tylko 4km pieszej wędrówki. Postanowiliśmy, że pójdziemy z naszymi poznanymi babciami i razem zobaczymy to miejsce. Na deptaku w Kavros, panowie ze stolikami i plakatami po prawej stronie proponują takie wycieczki za 7 EUR i tak samo możemy zorganizować sobie przejazd w hotelu za 8 EUR. W cenie mamy wypożyczenie roweru wodnego na godzinę. Jezioro ma wymiary 1000m na 880m. Monia miała na początku obawy, czy wypożyczyć rower, ale ja bez wahania skusiłem się, bo widząc tak piękne kolory wód, chciałem obejrzeć to wszystko z poziomu jeziora. Za 7 EUR za osobę wypożyczyliśmy rower wodny i popłynęliśmy z przystani na środek zbiornika. Dopłynęliśmy do jego drugiego brzegu po przeciwnej stronie, u stóp góry Kenta 918 m n.p.m. Widoki z poziomu jeziora są zdecydowanie piękniejsze, ponieważ dookoła niego jest coś na kształt obwódki, gdzie woda przybiera bardzo jasne odcienie koloru zielonego. Na wyraźnej granicy tej obwódki wody stają się nagle głębokie i przez to przyjmują ciemną barwę. Warto popłynąć wzdłuż omawianej granicy i przypłynąć pod górę Kenta. Widoki na pewno zachwycą nie jedną osobę. Nie skorzystaliśmy z opcji zorganizowanych wycieczek, ponieważ pieszo mogliśmy wyruszyć kiedy tylko chcieliśmy. To pozwalało nam uniknąć tłumów i dzięki temu mogliśmy w spokoju sfotografować całą okolicę. Kiedy zakończyliśmy nasz kurs, przyjechał pierwszy pociąg na kółkach (bo takie tu dowożą turystów) i wtedy na jeziorze pojawiły się dziesiątki rowerów, co nie wyglądało zbyt zachęcająco. My za to cieszyliśmy się pięknym spokojem i na dodatek zobaczyliśmy białą czaplę przy brzegu.

Wszystko fajnie, ale jak dojść do Kournas Lake? Z hotelu Kavros Beach musimy przejść na drugą stronę ulicy i iść nią do góry, aż się skończy. Wtedy skręcamy w prawo i od tego momentu kierujemy się strzałkami, które znajdziemy na niejednym ogrodzeniu. Chociaż nie wskazują one bezpośrednio Kournas Lake, a kierują raczej na tawernę o podobnej nazwie, to idąc za drogowskazami, dojdziemy do celu. Po drodze miniemy bardzo piękne gaje oliwne oraz przejdziemy wspaniałą i cichą okolicą. Jedynie na ostatnim skrzyżowaniu trzeba uważać, bo strzałki wskazują, żeby skręcić w lewo, a my musimy iść pod górę i skręcić w prawo. Skrzyżowanie poznasz po tym, że po prawej stronie zauważysz równą drogę z pasami i słupami linii elektroenergetycznej, kierującej prosto do morza. Wtedy przejdź przez skrzyżowanie, wybierając tym samym dość strome zejście w stronę jeziora Kournas. Kiedy dojdziemy do pierwszej zabudowy, zauważymy pierwszą drogę stromo zbiegającą ku Kournas Lake. Wtedy trzeba nią zejść i wyjdziemy dokładnie na przystani. W tych okolicach znajdziemy wiele sklepów z pamiątkami oferujących bardzo piękną ceramikę ręcznie malowaną. Przy jednym z nich, w cieniu pod drzewem, jakiś facet gra grecką muzykę na gitarze. Dzięki temu poczujemy fajny klimat tego miejsca. Oferuje on nawet sprzedaż swoich płyt za 5 EUR. Nawet jeśli nacieszymy się wspaniałymi widokami i przepłyniemy staw przy pomocy roweru wodnego, to warto jeszcze po wyjściu na lokalną drogę podejść nieco do góry, żeby z dużej wysokości zobaczyć całe jezioro. Z tego wzniesienia będziemy mogli podziwiać Kournas Lake w całej okazałości i zobaczymy również Morze Kreteńskie. Z tej perspektywy wydaje się, że pomiędzy morzem a jeziorem jest tylko mały kawałek lądu. Mamy wrażenie, że wody z obu zbiorników mogą wymieszać się ze sobą. Co ciekawe, wody morza i te z Kournas Lake mają zupełnie inny kolor. Widok z tak dużej wysokości jest niesamowity i z pewnością niecodzienny. Jeśli chodzi o szczegóły techniczne, to rowery wodne są zaprojektowane na 225kg i można wchodzić do nich nawet w trzy osoby, w układzie dwóch dorosłych i jedno dziecko. Ciekawostką jest jeszcze fakt, że nad brzegiem Kournas Lake możemy spotkać gęsi, z którymi z pewnością możemy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Przy brzegu znajduje się również czerwona łódka, która zdobi okolicę. Warto iść brzegiem w prawą stronę, patrząc od przystani, ponieważ będziemy mieli jeszcze inne spojrzenie na okolicę.

  
  
  
  

6. IMBROS GORGE

To drugi najdłuższy wąwóz w Europie i na Krecie. Ma 8km długości i moim zdaniem warto go przejść. Może nie jest tak spektakularny, jak Samaria, ale i tak warty odwiedzenia. Wszystkie biura podróży oferują wyjazdy do tego wąwozu za cenę 30 EUR. Dodatkowa opłata to wstęp do parku narodowego w wysokości 2 EUR. Cena może jest trochę wyższa, ale wynika to z faktu, że autokar musi wrócić tą samą trasą i pojechać na drugi koniec wąwozu Imbros, by odebrać turystów. My zdecydowaliśmy się na opcję „prywatny 7-mio osobowy samochód” z biura „Trip to dreams" i umówiliśmy się na konkretną godzinę. Z naszej propozycji skorzystała 3-osobowa grupa Niemców. Normalnemu turyście przejście całego wąwozu powinno zająć 2,5h do 3h. Mieliśmy do dyspozycji trzy godziny, dlatego nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. Samochód jest znacznie szybszy niż autokary na górskich drogach, dlatego w ciągu pół godziny byliśmy już na miejscu. Za swoją wycieczkę zapłaciliśmy tylko 15 EUR, ale dorzuciliśmy do tego jeszcze Frangokastello za 5 EUR, o czym będzie poniżej. Jak widać – przejażdżki prywatnym samochodem opłacają się bardziej. Jedyny minus to taki, że nie mamy przewodnika, który będzie nam opowiadać historie. Z drugiej strony, wycieczki o charakterze podziwiania przyrody raczej nie potrzebują przewodnika. Nam zależało głównie na dotarciu do wybranych miejsc i ten cel osiągaliśmy. Kierowca zawiózł nas do wioski Impros, gdzie swój początek ma szlak prowadzący przez wąwóz Imbros. Na miejscu kupujemy bilety wstępu w budce strażnika i możemy już wchodzić na trasę. Nie znajdziemy tu oznaczeń odległości tak, jak to ma miejsce w Wąwozie Samaria, ale za to spokój miejsca zachwyca już od samego początku. Idziemy wąską, kamienistą i nieregularną ścieżką wśród niskich drzew. Po obu stronach widzimy strome zbocza gór i liczne stare drzewa o różnych kształtach. W czasie wędrówki, na tym odcinku największą atrakcją są dziesiątki motyli, które latają przed i za tobą. Widok naprawdę jest niezwykły! Na trasie nie ma źródełek z wodą.

W Wąwozie Imbros zorganizowano tylko jeden punkt WC, na czwartym kilometrze trasy. Znajduje się tutaj również zadaszony punkt postojowy, gdzie raczej większość turystów robi sobie przerwę na posiłek. Dwa litry wody w zupełności powinny wystarczyć na jedną osobę, gdyż szlak nie jest tak wymagający, jak Wąwóz Samaria i w dużej części idziemy w cieniu. Myślę, że odcinek do czwartego kilometra jest najciekawszy. Na początku głównie podziwiamy ciekawe drzewa, pojedyncze skały i motyle, a pomiędzy 2,5km a 4km idziemy pomiędzy bardzo ciasnymi ścianami skalnymi. Jesteśmy w wąwozie. Ściany są wysokie na kilkanaście metrów, ale tworzą bardzo piękne formacje. Jest tak wąsko, że nie docierają nawet promienie słoneczne do wnętrza wąwozu Imbros. Najwięcej czasu poświęciliśmy temu odcinkowi, ponieważ staraliśmy się jak najlepiej oddać piękno tego miejsca na zdjęciach. Na trasie przejdziemy przez dwa skaliste wąwozy, które z pewnością zachwycą swoją urodą. W najwęższym miejscu mamy tylko 1,6m szerokości! Kiedy idziemy ścieżką nawet motyle lecą w kolejce za tobą, bo jest tu tak ciasno. Widok z pewnością zachwyci nie jedną osobę. Za zacienionymi wąwozami dojdziemy do punktu postojowego z WC. Niestety WC jest raczej bezużyteczny, ponieważ zagnieździły się tam pszczoły, a w środku jest bardzo nieczysto. Od czwartego do szóstego kilometra trasa jest raczej podobna i idziemy w odsłoniętym wąwozie z drzewami i pojedynczymi skałami, mając widok na strome zbocza gór. Na szóstym kilometrze czeka na nas piękna atrakcja – wysoka skalna brama. Jest tak duża, że nie można uchwycić jej w całości na jednym zdjęciu! Żeby zrobić zdjęcie, trzeba zejść ze szlaku i pójść na słabo widoczną ścieżkę wśród kamieni jakieś kilkanaście metrów. Więcej się nie da, ze względu na ograniczenia stromych zboczy – w końcu idziemy wąwozem. Brama przypomina dużą literę A z szerokim przejściem u dołu. Taka formacja skalna jest bardzo ciekawa i trudno żebyśmy nie zatrzymali się w tym miejscu. Za bramą dalej kontynuujemy wędrówkę w otwartej przestrzeni. Do samego końca w terenie nie zobaczymy wiele zmian, dlatego na ostatnich dwóch kilometrach z pewnością nadrobimy tempa. Zbocza górskie również maleją wraz z pokonywaną odległością aż w końcu dojdziemy do wylotu Wąwozu Imbros. W okolicznych skałach zauważymy niebieską tabliczkę z napisem Giorgos & Anette, na której przeczytamy zaproszenie do pierwszej tawerny za kościołem w Komitades. Właśnie tam idziemy. Za skałą z tabliczką dojdziemy do rozwidlenia dróg. My musimy pójść w prawo – do Komitades. Na końcu trasy zobaczymy jeszcze oleandry kwitnące w trzech kolorach: białym, czerwonym i różowym. Widok jest niesamowity! Na lokalnym parkingu czekał już na nas George. Wykorzystaliśmy 2h 55min, a więc zmieściliśmy się w czasie. Robiliśmy dużo zdjęć, dlatego przyszliśmy trochę wolniej niż Niemcy, którzy z nami przyjechali. Teraz pojechaliśmy do Frangokastello…

  
   
   

7. FRANGOKASTELLO

Co kryje się pod tą nazwą? To XIII-wieczny zamek, położony praktycznie nad brzegiem morza. Propozycja jest bardzo ciekawa, dlatego koniecznie chcieliśmy odwiedzić to miejsce. Moja żona jest miłośniczką zamków, a w szczególności ich ruin, dlatego pomyślałem, że powinno jej się spodobać. Do Frangokastello możemy dojechać na dwa sposoby (oczywiście zakładam, że nie mamy wypożyczonego samochodu, bo wtedy nie ma tematu). Ponownie możemy wybrać opcję „7-mio osobowego, prywatnego auta”, albo też skorzystać z usług Spiridon Tours, gdzie w ofercie wycieczek jednodniowych biuro proponuje Imbros Gorge i Frangokastello podczas tego samego wyjazdu. My raczej wybraliśmy pierwszą opcję i mieliśmy już za sobą przejście Imbros Gorge. Z wioski Komitades, gdzie kończy się Wąwóz Imbros, jedziemy niecałe 10min do Frangokastello. Tutaj zatrzymujemy się na dużym parkingu pod zamkiem i George daje nam dwie godziny na zwiedzanie twierdzy lub też możemy popływać, korzystając z uroków pięknego Morza Libijskiego. Na początku zaplanowaliśmy wejście na zamek. Bilet wstępu kosztuje 1,50 EUR. Warto wejść do środka, bo chociaż zamek jest prostą bryłą w kształcie prostokąta, to wewnątrz zobaczymy dwa rzędy murów obronnych oraz ruiny murów wydzielających przestrzenie do określonych celów. Największy oczywiście jest dziedziniec. Dla miłośników fotografii zabytków polecam podejście do każdej zamkowej wieży, ponieważ na jednym zdjęciu można uchwycić kilka planów jednocześnie. Tylko na jedną z nich można wejść, ponieważ jest po gruntownym remoncie. Udostępniona wieża jest najwyższa. Wewnątrz idziemy drewnianymi schodami, gdzie na każdym piętrze można podziwiać ręczne dzieła wykonane za pomocą szydełka. Przyznam, że jest to ciekawa wystawa. Można też wyjść na samą górę i mieć wspaniały widok na okolicę, jak również na cały zamek. Nie bez powodu turyści spędzają w tym miejscu najwięcej czasu. Po zwiedzeniu głównej wieży poszliśmy jeszcze wzdłuż wewnętrznych murów od strony plaży. Tam pozostałości murów tworzą bardzo ciekawe „oczy” z cegieł (taki mur ma kształt). Warto stanąć w tym miejscu i popatrzeć, jak cienki rząd cegieł trzyma się w powietrzu pomimo upływu tylu lat. Nie zobaczymy tu podpórek, ani rusztowań mających na celu ochronę tej atrakcji. Po prostu wszystko stoi w naturalnej postaci, tak jak niegdyś wybudowano ten mur. Po zwiedzeniu zamku koniecznie polecam przejście na plażę.

Południowa Kreta charakteryzuje się tym, że nie jest zaludniona. Teraz, w środku dnia, kiedy powinno być mnóstwo ludzi, spotkaliśmy tylko kilku pojedynczych turystów. To wszystko. Postanowiliśmy, że pójdziemy brzegiem ile tylko można, ponieważ morze przyjmuje tutaj kolor bardzo jasnego błękitu. Po lewej stronie, na wzniesieniu zauważymy małą, białą kapliczkę w stylu „Santorini”. Idąc wzdłuż linii brzegowej w prawą stronę, z pewnością będziemy zachwycać się błękitem wód Morza Libijskiego, oraz spokojem okolicy. Poszliśmy nawet poza główną plażę, gdzie przeszliśmy przez plac niewielkiego hotelu i dalej, aż dotarliśmy do wąskiej ścieżki przy kamiennym murku w cieniu. Murek jest częścią ogrodzenia czyjejś posesji, ale tutaj nikt nie robi żadnych problemów, jeśli sobie na nim usiądziesz i będziesz patrzeć na piękne morze. W pobliżu widzimy czystą i płytką sadzawkę, w której żyją malutkie, zielone kraby. Dalej ścieżka kończy się, dlatego musieliśmy wracać w okolice Frangokastello. To jeszcze nie koniec atrakcji, ponieważ widok na zamek z poziomu plaży jest chyba najbardziej ciekawy. Chociaż pomiędzy plażą a zamkiem widać wąski pas zieleni, to mamy wrażenie, że twierdza stoi na plaży i piasek bezpośrednio wsypuje się do środka. Tak to przynajmniej wygląda z tej perspektywy. Polecam przejście całej plaży, żeby mieć różny widok na Frangokastello. Najpiękniejszy jednak jest wtedy, gdy wyjdziemy z zamku i skręcimy w lewo na plażę – do jej samego końca. Wtedy będziemy mogli popatrzeć na historyczną budowlę wśród kwitnących oleandrów. Widok na pewno zachwyci!. Kiedy decydujemy się na wyjazd samochodem 7-mio osobowym, to wycieczka Imbros Gorge + Frangokastello kosztuje tylko 20 EUR. Regularna wycieczka z biurem Spiridon Tours, które proponuje te same kierunki kosztuje 30 EUR. Według mnie warto odwiedzić oba miejsca ze względu spokój oraz zobaczysz, że południe Krety jest zupełnie inne niż północ. Tutaj nie ma ludzi nawet w sezonie. Panuje nieustanna cisza…

   
  
  
  

8. RETYMNO - MIASTO

Dla większości ciekawe miasto. Ja nie jestem miłośnikiem miast (stąd też może niższe miejsce w rankingu), ale z pewnością jest to obowiązkowa propozycja dla miłośników historii i architektury. Nawet jeśli ja nie przepadam za miastami, to i tak w ogóle nie nudziłem się, bo Retymno oferuje przynajmniej dwie propozycje, które obowiązkowo trzeba zobaczyć. Pierwsza z nich to Twierdza Rethymno. Jest to wielki fort, na którego zwiedzenie będziemy potrzebowali 1,5 do 2h. W środku mamy gdzie chodzić i warto odwiedzać wszystkie zakamarki. Druga propozycja to stare miasto, gdzie zachwycimy się klimatem wąskich uliczek z XVII wieku. Są w prawdziwie greckim klimacie. Jak dojechać do Retymna? My skorzystaliśmy z… komunikacji miejskiej. Za 2,90 EUR, co godzinę odjeżdża klimatyzowany autobus z przystanku, przy naszym hotelu. Rozpoznamy go po kolorze ciemnozielonym. Firma KTEA, która świadczy usługi komunikacji miejskiej ma autobusy w tym kolorze. Zatrzymujemy się na głównym dworcu autobusowym w Retymno. Nie potrzebne są żadne mapy, ponieważ stąd widać wielką fortecę i główną ulicą dojdziemy do niej bez żadnych problemów. Na dworcu można kupić od razu bilety powrotne i tak też zrobiliśmy. Proponuję dać sobie około cztery godziny na zwiedzanie fortecy i starego miasta. Bilet wstępu do twierdzy kosztuje 4 EUR dla dorosłych. Wchodzimy piękną i długą bramą. Tuż za bramą widzimy bardzo ładną drogę i główny trakt komunikacyjny. Po prawej widzimy schody, ale proponuję wracać tą stroną po około 1,5h zwiedzania. Najlepiej jest pójść główną, kamienną drogą, gdzie najpierw dotrzemy do amfiteatru. Ustawiono tutaj nowe krzesła, bo z pewnością odbywają się jakieś regularne imprezy. Proponuję podziwiać widoki z murów obronnych, ponieważ wzdłuż nich będziemy teraz podążać. Nieco dalej wchodzimy na otwarte przestrzenie, gdzie możemy popatrzeć na całe miasto oraz na Morze Kreteńskie i spróbować odszukać w długiej linii brzegowej, w oddali Kavros, gdy tylko widoczność na to pozwala. Co kilkadziesiąt metrów, w murach obronnych znajdują się małe wieżyczki, do których można wejść. Z otwartego pola widzimy synagogę oraz ruiny podziemnej części twierdzy. Szliśmy wzdłuż murów, żeby zobaczyć jak najwięcej. Po ich okrążeniu weszliśmy do świeżo remontowanej synagogi, która w środku robi wielkie wrażenie. Przez niewielkie „rozrzucone” okienka w nieregularny sposób na sklepieniu wpada mała ilość światła, co tworzy ciekawe widowisko. Większość odwiedza to miejsce, bo można chociaż na chwilę schronić się przed upałem. W środku jest chłodno.

Po lewej stronie synagogi ścieżki prowadzą  do sztandarowego miejsca fortecy, pokazywanego na każdej widokówce – do ruin w podziemiach. Zeszliśmy tam. W podziemiach można podziwiać nie tylko piękne komnaty oświetlane przez malutkie wloty powietrza zarośnięte bujną roślinnością rozstawione co kilkanaście metrów, ale również przepiękne łuki, które na tle niebieskiego nieba prezentują się bardzo ciekawie. W tej części spędziliśmy trochę więcej czasu. Po wyjściu z podziemi poszliśmy dalej. Można iść głównym traktem komunikacyjnym z synagogi, lub iść w pobliżu murów obronnych od strony wschodniej. Polecam tą trasę ponieważ przy ścieżce zobaczymy dwa wielkie, kwitnące na żółto kaktusy. Szkoda tylko, że na każdym fragmencie turyści podpisują się, ryjąc w nim napisy. Kaktusy są mocno okaleczone. Za nimi idziemy w kierunku kolejnych budynków twierdzy, gdzie można odpocząć od upałów. Właśnie stamtąd przyszedł do nas czarny kot, przywitał się i wrócił na swoje miejsce. Kończąc naszą przygodę schodzimy stopniami, które na początku widzieliśmy z prawej strony. Eksplorując dokładnie fortecę, znajdziemy przejście do kul armatnich, które widzimy już na samym początku zza siatki. Można do nich dojść bez większych problemów wydeptaną ścieżką, dlatego proponuję dać sobie więcej czasu, by zobaczyć każdy zakamarek twierdzy. Po odwiedzeniu tego pięknego miejsca schodzimy do miasta. Nie trudno wpaść na pomysł, że stare miasto musi znajdować się pod fortecą. Polecam przechodzenie starymi uliczkami według własnego uznania, ale tak, żeby nie myśleć o tym gdzie jesteśmy. Większość z nich przecina się pod kątem prostym, dlatego nie trudno będzie wrócić do nowej części miasta. W ciasnych i wąskich uliczkach zobaczymy i poczujemy prawdziwy klimat Grecji. Siedemnastowieczne budynki do dziś zachowały się w dobrym stanie. Dodatkowo z drewnianymi okiennicami mieszkalne budynki wyglądają pięknie. Najciekawsze są jednak liczne kwitnące kwiaty dodające kolorytu uliczkom oraz kostka brukowa – nieodłączny element historycznego miasta. Pomimo, że ja nie przepadam za historią i miastami, to jednak mi również przypadło do gustu Retymno. Przyznam, że jest to obowiązkowa propozycja do zobaczenia, jeśli chcemy powiedzieć: „byłem na Krecie”. W Retymno znajdują się plaże miejskie, gdybyśmy chcieli zażyć kąpieli i odpocząć od upału, ale niestety nie znajdziemy ich w najbliższym sąsiedztwie przy fortecy. Raczej będziemy musieli przejść dość duży kawałek miasta, co najlepiej będzie zobaczyć z poziomu murów obronnych twierdzy Retymno. Jeśli nie organizujemy większej wycieczki w danym dniu, to Retymno jest idealną propozycją, ponieważ dzięki regularności połączeń autobusowych możemy dostać się do miasta w godzinach 6.15 – 23.15. Jak na wakacyjną wyspę, to bardzo długi przedział czasowy i trzeba przyznać, że autobusy jeżdżą według rozkładu jazdy. Jeśli są opóźnione, to jedynie z tego powodu, że na wcześniejszych przystankach wsiadało więcej ludzi. Muszę dodać, że w autobusach jeździ konduktor – zwykle jakaś kobieta, która wykrzykuje nazwy przystanków i sprzedaje bilety.

   Amfiteatr w Retymno Twierdza Retymno Zabytki w Retymno Synagoga w Retymno  stare miasto, uliczki Retymno

9. CHANIA - MIASTO

To drugie największe miasto na Krecie. Jako, że klimatyzowane autobusy miejskie jeżdżą do Chanii za 4,70 EUR, praktycznie spod naszego hotelu, to trudno było nie skorzystać z tej dogodności i zwiedzić miasto. Kurs obsługują te same autobusy, co do Retymna. Musimy rozglądać się za ciemnozielonymi pojazdami z napisem KTEA. Na Chanię proponuję zarezerwować co najmniej kilka godzin. Miasto ma swój niepowtarzalny klimat. Ponownie będziemy poznawać stare i wąskie uliczki, ale tutaj wyglądają one nieco inaczej. Nie krzyżują się pod kątem prostym, ale mamy raczej wrażenie, że budowano je chaotycznie i z jednej do drugiej nieraz przechodzimy różnymi zakamarkami. Mi najbardziej podoba się położenie budynków na wzniesieniach, bo niejednokrotnie uliczki są strome i trzeba pokonywać dużo schodów. Ten fakt wykorzystali mieszkańcy i każde schody, czy wzniesienie ozdobiono kwitnącymi kwiatami w doniczkach. Nie bez powodu na widokówkach ujrzymy właśnie takie uliczki. Zmorą historycznych uliczek niestety są napisy na ścianach. Nie warto jednak zwracać na nie uwagi, bo kiedy tylko skoncentrujemy się na pięknie uliczek, to z pewnością bardzo szybko zapomnimy o tych zniszczeniach. Nie tylko stare miasto jest ciekawe, bo warto odwiedzić sztandarowe miejsca takie, jak. latarnię „egipską”, która od razu rzuca się w oczy, muzeum morskie, gdzie zobaczymy różne eksponaty statków i łodzi, bastion Shavio, Fort Firkas widoczny z drogi do latarni, synagoga w centrum miasta, meczet Janczarów, czy też Wielki Arsenał. W drodze do latarni warto przyjrzeć się dwóm rzeczom. Pierwsza to dno morza. Przy murach możemy spotkać facetów nurkujących na dno. Kiedy przypatrzymy się dłużej, to zobaczymy, że potrafią oni wyszukiwać bardzo wielkie muszle, które z pewnością gdzieś sprzedają. Druga sprawa to fakt, że w połowie drogi do latarni spotkamy faceta, który sprzedaje piękne malowidła na płótnie. Cena jest okazyjna i jeśli ktoś lubi obrazy malowane przedstawiające piękno Krety lub Santorini, to polecam zatrzymać się u niego i przeglądnąć wszystkie prace. Są naprawdę wysokiej klasy. W zależności od formatu zapłacimy od 9 do 40 EUR. Czym większe prace, tym piękniejsze. Na różnych plażach również sprzedają malowidła za 10 EUR, ale trzeba zwrócić uwagę, że są malowane na brystolu, a nie na płótnie. Do wnętrza latarni niestety nie można wejść, bo drzwi są okratowane. Po powrocie z latarni warto przejść rynek miasta. Ma swój niepowtarzalny klimat, czego np. brakuje w Rethymno. Zobaczymy tu między innymi piękne bryczki, czy też przycumowane łodzie. Na niektóre można wejść, ponieważ są pływającymi sklepami – głównie z naturalnymi gąbkami.

W mieście można wejść jeszcze na wzgórze Kasteli, gdzie będziemy mogli popatrzeć na Chanię z góry. Dojście na szczyt jest bardzo ciekawe, bo idziemy spiralnie wydeptaną ścieżką, a wejście nie zajmuje więcej niż 5min. W Chanii warto mieć mapę uliczek, ponieważ łatwo można się pogubić, a dojście na dworzec również nie jest proste, bo trzeba iść przez nową część miasta. Na rynku w Chanii zauważymy z pewnością łódki z napisem „Glass Bottom”. Na pewno ktoś nas zagadnie, żebyśmy skorzystali z oferty jednogodzinnej lub trzyipółgodzinnej wycieczki na pobliską wyspę. Chętnych jest naprawdę dużo. Moim zdaniem jest to bardzo ciekawa propozycja, ponieważ wypłyniemy łodzią na morze i będziemy mogli przez szklane dno statku podziwiać dno morskie. W planach jest opłynięcie wyspy, wyjście na tamtejszą dziką plażę, łapanie rozgwiazd, czy też łowienie ryb. Dodatkowo będziemy mogli zobaczyć leżący na dnie wrak samolotu z II Wojny Światowej. Z tego powodu polecam poświęcić przynajmniej 2/3 dnia na zwiedzanie Chanii, żeby nie tylko zobaczyć miasto, ale również odbyć tą ciekawą wycieczkę. Nam niestety zabrakło już czasu, bo do Chanii pojechaliśmy w przedostatnim dniu i kupiliśmy, podobnie jak w Retymno, bilety na powrót. Z pewnością skorzystałbym z oferty trzyipółgodzinnej wycieczki. Najciekawsze z całego miasta okazały się dla mnie stare uliczki, które niejednokrotnie bardzo ciasno przebiegały pomiędzy domami mieszkalnymi z XVII wieku i na dodatek pod strome wzniesienia. Zdobione stopnie kwitnącymi kwiatami w doniczkach z pewnością przyciągną wzrok każdego. Najciekawszy jednak jest układ tych uliczek, ponieważ niektóre ciągły się bardzo długimi łukami i po obu stronach rozstawiono nakryte stoliki, co wyglądało bardzo ciekawie. Moim zdaniem taki pomysł na tawernę był rewelacyjny i z pewnością wyróżniał się pośród innych.

 Chania miasto Chania Kreta  Latarnia w Chania  Stare miasto Chania, uliczki  
 naturalne gąbki 

10. PREVELI

Plaża z palmami. Bardzo chciałem tam być, ponieważ trudno było wracać w przyszłości na Kretę tylko dla tej jednej plaży. Jest niezwykła, ponieważ możemy zobaczyć tu namiastkę brazylijskiej Amazonii. Na wyjazd zdecydowaliśmy się z biurem Spiridon Tours, gdzie wycieczka łączyła kilka atrakcji w ciągu jednego dnia. Najpierw dojechaliśmy do Retymna, gdzie kierowca w autokarze zaśpiewał przez mikrofon grecką piosnkę z oskarowego filmu z 1960 roku. Myśleliśmy, że słyszymy utwór z radia, dlatego zdziwiliśmy się, gdy zauważyliśmy, że to kierowca śpiewa. Bardzo dobrze wykonał tę piosenkę. W Retymno mieliśmy przesiadkę na mniejszy bus jadący bezpośrednio do Preveli. Pierwszy cel naszej wycieczki to krótki przystanek pomiędzy górami, gdzie mogliśmy spojrzeć na Wąwóz Kourtaliotiki. W tym miejscu, kiedy wieje wiatr, możemy usłyszeć jego dziwny odgłos. Słychać, jak gdyby ktoś klaskał rękami! Inna sprawa to wszędobylski tymianek. Rósł dosłownie jak pospolity chwast! Teraz wiemy, że tymianek ma bardzo intensywny zapach i wystarczy malutka gałązka, żeby jego zapach rozniósł się po całym autobusie. Jest naprawdę mocny! Po krótkim przystanku udaliśmy się w dalszą podróż – do Preveli. W tej małej miejscowości znajdują się dwa klasztory. Jeden w ruinie, a drugi po renowacji. Ten pierwszy jest znacznie ciekawszy, bo na tle gór wygląda fenomenalnie. Drugi zaś przyciąga spokojem miejsca i ciekawą architekturą. Zwiedzając ten obiekt chodzimy cały czas na otwartej przestrzeni. Możemy dzięki temu podziwiać styl budownictwa, piękne źródełko, czy też roślinność i kwitnące kwiaty. Poniżej widać małe zoo. Jak dla mnie to miejsce było ciekawe pod względem widokowym. Dla zainteresowanych – w dolnej części obiektu można wejść do niewielkiego muzeum i podziwiać różne historyczne eksponaty związane z religią prawosławną. Preveli polecam zwiedzać wypożyczonym samochodem, ponieważ klimat miejscowości przypomina afrykańskie wioski. Przed sobą mamy potężne góry, występują tu liczne wodospady i styl budownictwa oraz ruiny nadają taki, a nie inny klimat temu miejscu. Warto zatrzymać się przy ruinach klasztoru. Po zwiedzeniu okolicy pojechaliśmy na plażę Dammoni. Sama plaża nie jest jakaś ciekawa, ale tutaj miał przypłynąć niewielki statek, który zabierze nas 15min rejsem na plażę Preveli z palmami. Statek przypłynął na znak dany przez panią przewodnik. Nie wiadomo skąd i statek pojawił się zza skał. Jako, że statek jest małą jednostką, to dzięki temu mógł płynąć bardzo szybko. W 15min dopłynęliśmy do Preveli. Kapitan zatrzymuje się bezpośrednio nad brzegiem morza i wychodzimy bezpośrednio na plażę przy pomocy rozkładanych schodków. Plażę tworzy ciemny i drobny żwirek. Nasza przewodniczka w międzyczasie przebrała się na statku w długą suknię na styl Amazonki. Wyglądała ciekawie i przyciągała wzrok innych turystów będących już na plaży. Najbardziej ciekawił nas palmowy las, o którym już nieco słyszeliśmy. Teraz poszliśmy wzdłuż lewego brzegu rzeki. Co ciekawe rzeka ma zielony kolor, a morze – niebieski. W miejscu, gdzie rzeka wpada do morza widać piękną granicę różnokolorowych wód. Na początku poszliśmy ścieżką prowadzącą przez palmowy las. Rzeczywiście miejsce jest niezwykłe! Pomiędzy palmami płynie zielona rzeka, gdzie występuje roślinność typowa dla wód stojących. Mogliśmy podziwiać ciekawe ważki, zwane po angielsku „dragon fly”, oraz słyszeliśmy rechotanie żab. Czuliśmy się jak w jakiejś dżungli.

Wędrówka szlakiem trwa jakieś 15-20min. Przewodniczka chciała nam też pokazać coś na rzece, ale przy brzegu wody były od razu tak głębokie, że wpadła i zamoczyła sobie białe ubranie. W trakcie wędrówki zauważamy, że pnie wszystkich palm są dosłownie czarne. Dlaczego? Ponieważ w sierpniu 2010 roku powstał pożar w lesie. Na szczęście palmy nie spłonęły, a jedynie wypaliła się ich wysuszona część. Doszliśmy do końca szlaku, gdzie również rzeka kończy się za skałami. Woda wypływa ze skał, z wąwozu, który wcześniej podziwialiśmy z góry. Zdjąłem wtedy buty i poszedłem boso aż do małych wodospadów, ponieważ przy brzegu kwitły oleandry. Moni bardzo podobało się to miejsce. Mi również. Po powrocie na plażę koniecznie chcieliśmy spojrzeć na okolicę z góry. Po obu stronach mamy do dyspozycji wydeptane ścieżki prowadzące na strome zbocza gór. Poszliśmy tą prawostronną i patrzeliśmy z dużej wysokości na plażę. Najbardziej charakterystyczny jest wystający wielki głaz z dna morza w kształcie serca. Trochę zabrakło nam słońca na Preveli Beach, bo z pewnością kolor wód byłby znacznie piękniejszy. Pani przewodnik sama stwierdziła, że nie ma szczęścia do tej plaży i zawsze jak tu przyjeżdża, to trafia na chmury. Co ciekawe, w zaroślach znajduje się jedyna tawerna. Za skałami buczy generator prądotwórczy, który zasila ten jedyny budynek. Za tawerną znajduje się bardzo ciekawe WC. Dookoła widać skały, grube liny, koła ratunkowe, śruby napędowe z motorówek i inne ozdoby. Przyznam, że to miejsce bardzo ciekawie przygotowano. Plaża Preveli z pewnością prezentuje się znacznie lepiej w pełni słońca, ponieważ promienie słoneczne wydobywają pełnię kolorów czystych wód morza. Szkoda, że nie trafiliśmy z odpowiednimi warunkami, ale za to cieszyliśmy się, że podczas wszystkich innych wycieczek mieliśmy pełnię słońca. Po odwiedzeniu Preveli pojechaliśmy dalej – na Matala. Gdybyśmy mieli dużo słońca, z pewnością Preveli byłoby wyżej w rankingu.

  Monastyr Preveli    Las palmowy Preveli
 Plaża Preveli 

11. MATALA

To niewielka „hippisowska” miejscowość, z charakterystyczną plażą i licznymi jaskiniami w piaskowcowej górze. Po ponad godzinnej jeździe małym busem z Preveli dojechaliśmy do Matala. Z głównego parkingu widzimy napis na niewielkim rondzie „Witamy w Matala”. W kamiennym cokole stoi wielkie wysuszone drzewo oliwne, z którego hippisi wyrzeźbili kilka postaci brodaczy. Przyznam, że musieli dobre prochy wciągać, żeby takie rzeczy wystrugać, mając tylko jedną próbę. Dalej idziemy wśród bardzo wielu tawern na plażę. Sama plaża jest bardzo ciekawa, bo oprócz wylegiwania się na pięknym, żółtym piasku możemy popływać w czystych wodach Morza Libijskiego. Jako, że jest to plaża miejska i Matala jest komercyjnym miastem turystycznym, to raczej nie doświadczymy tu spokoju. Przed sobą widzimy wielką ścianę z piaskowca i liczne jaskinie. Bilet wstępu kosztuje 2 EUR. Można wchodzić na poszczególne piętra i oglądać niewielkie jaskinie, które są pozostałością po Rzymianach. Przybyli tu pod koniec III wieku przed naszą erą. Rzymianie zaczęli drążyć jaskinie w piaskowcu. Najbardziej znane jednak są te z lat sześćdziesiątych XX wieku, gdzie hippisi spotykali się w nich i tak naprawdę to oni utworzyli niezwykłą historię tego miasteczka. Do dziś odbywają się tu trzydniowe zjazdy hippisów w czerwcu każdego roku. Najbardziej znana jest historia z 1974 roku, kiedy w jednej z jaskiń wybuchła kuchenka gazowa i kilka jam połączyło się w jedną wielką jaskinię, którą nietrudno odnaleźć w całej mozaice, przy powierzchni wody. Po przeciwnej stronie możemy zobaczyć napis na białym murze: „Witamy w Matala. Dzisiaj trwa życie. Jutro nigdy nie nadejdzie”. Nad murem znajdują się tawerny. Polecam przejść się deptakiem aż do samej góry, żeby zobaczyć klimat tego miejsca, oraz żeby mieć ciekawy widok na całą okolicę. Na głównym deptaku zobaczymy ponad 130 namalowanych ręcznie obrazów po których chodzimy. Co roku są malowane podczas trzydniowego festiwalu hippisów. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Faistos, gdzie możemy za 8 EUR wejść na plac wykopalisk archeologicznych. Widok z tej miejscowości na góry i rozległą część Krety jest niesamowity!

Plaża Matala Matala   Jaskinie w Matala, hippisi  Faistos, archeologia Drzewo oliwne w Matala 

12. SOUTH ROUNDTRIP

Wycieczka mająca na celu poznanie najbliższych okolic południowej Krety. W jej skład wchodzi poznanie Kournas Lake, które opisałem powyżej, Chora Sfakia, Spili, Argiroupoli, Vamos i Georgioupoli. Dwa pierwsze miejsca z nich opisałem powyżej. Spili to ciekawa wioska z pięknym klimatem. Leży pomiędzy pasmem górskim Idi a Górami Białymi (Lefka Ori). Mamy wrażenie, że miejscowość znajduje się w sercu gór. Panuje tutaj zupełna cisza. Spili słynie z 25 źródełek wody, z którymi związana jest legenda o pewnym kawalerze, który żeby zdobyć serce ukochanej musiał pić wodę ze wszystkich źródełek. Naliczyliśmy 29 źródeł, bo być może rozbudowano główny deptak. Co ciekawe, z każdego z nich wybija intensywnie woda. Bardzo podobał nam się klimat tej wioski, ponieważ budynki mają typowo grecką architekturę i można znaleźć tu uliczki na wzór Chanii, czy Retymna. Najciekawsze są jednak sklepy z pamiątkami, które wyróżniają się na całej Krecie. W środku można kupić mydło na wagę (22 EUR za kg). W mydłach wtopiona jest zwykle gałąź oliwna lub też inne owoce śródziemnomorskie. W sklepach możemy zobaczyć duże cytrusy oraz inne bardzo ciekawe wyroby z oliwek. Argiroupoli słynie z wodospadów. Jest to mała wioska, gdzie możemy oglądać wąskie, ale liczne wodospady wśród pięknej zieleni. Georgioupoli znajduje się zaledwie 4km od naszego hotelu, dlatego polecam tam dojść plażą spod naszego hotelu. Za pierwszym rzędem parasoli ze słomki (około 1,25km wędrówki) dojdziemy do spokojnej plaży, gdzie wody morza są bardzo czyste i można bardzo długo schodzić dnem do wody. Dodatkowo zauważymy małe ławice ryb i pięknie pofalowany piasek na dnie morza. Idąc dalej 2,5 km, dochodzimy do końca plaży przez lodowatą rzekę. Na całej długości plaż możemy zbierać muszelki (z różnych miejsc Krety przywieźliśmy ich trzy pełne opakowania po słodyczach). Georgioupoli nie wyróżnia się czymś szczególnym i przypomina raczej miejscowość w której mieszkamy – Kavros. Raczej skoncentruję się na ostatnim fragmencie plaży, gdzie kamiennym molem dochodzimy do białej kapliczki wybudowanej w stylu „Santorini”, skąd mamy przepiękny widok na Góry Białe. W tym miejscu pobyliśmy dłużej, żeby podziwiać piękną panoramę gór. Przejście całego odcinka pieszo, od hotelu aż do kapliczki z pewnością pozwoli nacieszyć się pięknymi widokami oraz wypocząć w ruchu. Polecam odwiedzenie wszystkich tych miejsc, ponieważ są warte zobaczenia. Szczególnie Spili i kapliczka na morzu w Georgioupoli. Vamos jest niewielką miejscowością, która w dużej mierze zachowała tradycyjną formę. Nie tylko pod względem kultury, ale również pod względem budownictwa. Odbywają się tu liczne imprezy folklorystyczne oraz mające na celu poznanie kultury Krety. Miejscowość ma swój niepowtarzalny klimat. Trzeba dodać, że większość z tych miejsc można odwiedzić rowerem i nie będziemy musieli płacić za organizację wycieczki.

 Plaża Kavros Beach Kapliczka w Georgioupoli  Białe Góry na KrecieGóry Białe, Kreta  Muszle na KrecieŹródełka w Spili Spili klimat miasta Sklep w Spili

W rankingu nie opisałem najważniejszych miejsc obok Balos i Elafonissi. Mowa oczywiście o palmowej plaży Vai oraz o rajskiej wyspie Chrissi. Z powodu bardzo dużej odległości nie mieliśmy tam jak dojechać. Z pewnością zajęłyby trzecie i czwarte miejsce w moim subiektywnym rankingu najlepszych i najpiękniejszych miejsc na Krecie.

4 komentarze:

  1. Michał, dzięki Tobie czuję jakbym sama tam była :). Do tej pory Grecję znałam tylko z mapy, paru filmów i to raczej historycznych. Być tam, oglądać i czuć, to co tutaj opisałeś,to coś niesamowitego!
    Zdjęcia cudo-właściwie nie znajdę odpowiednich słów aby oddać wrażenie gdy się je ogląda!
    Życzę jak najwięcej takich wycieczek.
    Pozdrawiam.
    Otylia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Otylko, że mogłem Ci pokazać Kretę w taki sposób.
      Dziękuję za życzenia i również Cibie pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  2. Jeden z najlepszych blogów podróżniczych jakie widziałem. Fantastyczne, bardzo szczegółowe i rzetelne opisy. Oby jak najwięcej takich!

    Jedyna uwaga, pisze Pan: "i oglądać niewielkie jaskinie, które są pozostałością po RZYMIANACH z VII wieku przed naszą erą. To były ich domy". Rzymianie trafili na wyspę dopiero pod koniec III w p.n.e. więc musiała się tu wkraść jakaś nieścisłość :)

    Pozdrawiam i czekam na kolejne opisy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię. Miło mi, że mogłem pomóc.
      Jeśli chodzi o tą ciekawostkę historyczną, to pani przewodnik kierująca naszą wycieczką podała taką informację, dlatego tak napisałem. Błąd oczywiście poprawiłem. Dziękuję za przekazanie cennej informacji.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń