sobota, 26 sierpnia 2017

Denali 6190 m n.p.m. (Alaska) - relacja z wyprawy

 Lodowiec Kahiltna  Basin Camp - baza położona na wysokości 4330 m n.p.m.

III. RELACJA Z WYPRAWY

1. PRZYGOTOWANIA W DOMU
Zanim wyruszyliśmy w podróż załatwiliśmy wszelkie formalności. Przyszedł drugi mail z potwierdzeniem zarezerwowania terminu obowiązkowego szkolenia ze strażnikami, więc odtąd miałem pewność, że wszystko jest w porządku. Kupiliśmy bilety na samolot, a to zadanie przypadło Agnieszce – sama się zgłosiła. Znalazła bardzo ciekawy lot Lufthansą za 3500zł z dwiema przesiadkami. Mieliśmy polecieć do Frankfurtu i dalej do Seattle. Stamtąd zaś liniami „Alaska” do Anchorage na Alasce. Mieliśmy dużo czasu na przesiadki, więc lot był jak najbardziej dobrze wybrany. Co najważniejsze – cała podróż miała trwać około 27 godzin. Mając potwierdzone spotkanie i bilety lotnicze rozpoczęliśmy temat gromadzenia sprzętu na wyprawę. Plecak i sprzęt wspinaczkowy już miałem. Namiot i wszystko, co potrzebne do spania, nawet na Mt. Everest, też już miałem. Teraz potrzebowałem tylko, albo i aż puchowych ubrań na silne mrozy. Wybrałem firmę Robert’s z Gdyni, gdzie można zamówić cały sprzęt puchowy dostosowany dokładnie do ciebie. Zanim coś zamówimy przysyłają Ci szablon z rozrysowanymi strzałkami, gdzie co masz pomierzyć. Przesyłając listę twoich wymiarów masz pewność, że ubranie będzie pasować dokładnie na ciebie. Dodatkowo będziemy zapytani, co założymy pod ubrania puchowe, czy np. spodnie mają zakrywać overboota. Zamawiając rzeczy ciągle miałem wrażenie, że pracują tam profesjonaliści i naprawdę chcą dobrze wykonać swoją robotę, upewniając się o różne rzeczy, o których samemu mógłbym nawet nie pomyśleć. To dobrze, bo jak się okazało, ubrania puchowe miały bardzo duży zapas termiczny i na dodatek pasowały właśnie tak, jak chciałem. Umówiłem się z nimi na początek maja, a zamawiałem rzeczy w połowie grudnia. Wszystko przysłali mi 5-tego maja, czyli na 8 dni przed wyprawą. Pasował mi taki termin, ponieważ wszystko zostało wykonane tak, jak chciałem. Jak się później okazało, gdzieś w zamówieniu umknęły im puchowe botki, które domówiłem wraz ze spodniami i rękawicami, ale nie były one koniecznością na wyprawie. Raczej stanowiły dodatek, który zastąpiły mi wyciągane botki z butów Scarpa Phantom 6000 II.

Temat sprzętu żył aż do początku maja, a w międzyczasie powstał nowy – jaka kuchenka?, transport z Anchorage do Talkeetny, ubezpieczenia, itp. Temat kuchenek omówiłem już wyżej. Myślałem, że Jetboil da radę, więc nic więcej nie rozważałem. Gaz mogliśmy kupić dopiero na miejscu, ponieważ nie można go przewozić w samolotach. Największy problem stanowił dla nas transport do Talkeetny, bo regularne połączenia zaczynają się od 15-tego maja każdego roku, a my musieliśmy pojechać… 15 maja, ale dość wcześnie rano, a nie po południu. Szkolenie ze strażnikami mieliśmy umówione na godzinę 11.00 czasu miejscowego. Wyszukałem w Internecie taksówki „Talkeetna Taxi”, które za 120$ zawoziły ekipy na miejsce. Agnieszka dostała potwierdzenie rezerwacji, ale później już do 15-tego maja kontakt się urwał i na maila nie przychodziły odpowiedzi. Ten fragment wyprawy mieliśmy bardzo nieprzewidywalny i do samego końca nie wiedzieliśmy co będzie dalej… Przed wylotem, w domu, poszyłem jeszcze cztery 3-metrowe taśmy, które miały nam służyć do ciągnięcia sań lub jako pomoc do kierowania nimi przy schodzeniu. Ciągle myśleliśmy co jeszcze nam brakuje. Wpadliśmy na pomysł, żeby każdy z nas wypisał, co zapakował i przesłał MMS-em całą listę. Czytając każdy spis rzeczy mogliśmy zobaczyć, czego zapomnieliśmy. Myślę, że każdy z nas coś dla siebie wyciągnął i dorzucił do ekwipunku. Przyznaje się, że zapomniałem najważniejszej rzeczy: termosu! Do tego czasu w walizce opracowałem sobie prosty system, jak wszystkie rzeczy wkładać i nawet w jakiej kolejności, żeby wypełnić każdą wolną przestrzeń. Przy okazji wyłonił się temat… drugiego bagażu do samolotu o wadze do 23kg. Na szczęście Lufthansa ma taką opcję i dokupiliśmy możliwość przewozu drugiego bagażu za 75 EUR. W sumie miałem dwie „torby” – jedna walizka 22kg i plecak 17kg. Mogłem więc jeszcze coś dorzucić. Agnieszka przysłała mi duffle bag, czyli coś na wzór torby podróżnej, ale wykonanej z tworzyw sztucznych, dzięki czemu w środku nic na pewno nie zmoknie. Poskładałem go i wsadziłem do plecaka, żeby nie zajmował dużo miejsca. Ubezpieczenie załatwiła mi moja żona, gdzie za 1094zł miałem w PZU wykupione wszystko co najwyższe i najbardziej ekstremalne, włącznie z ubezpieczeniem bagażu do 10.000zł. Koszty leczenia ustawiłem na 500.000zł, ponieważ w USA zalecają najniższą kwotę 200.000zł. Od tego momentu czekałem już tylko na wyprawę mojego życia, o której zawsze marzyłem... Do ostatniego dnia chodziłem do pracy, tak więc jeszcze na zakończenie kilka osób pożegnało mnie w pracy i życzyły udanej wyprawy, a w szczególności bezpiecznego powrotu. Na przygotowania tuż przed wyprawą nie miałem więc za wiele czasu, ponieważ wszystko, co chciałem dokończyć robiłem po pracy…