Górskie szlaki
Relacje z wypraw górskich i wakacje nad morzem
poniedziałek, 22 grudnia 2025
Malediwy na własną rękę 2026 - jak zorganizować wyjazd?
Jako, że już sześć razy byłem na Malediwach, postanowiłem zebrać wszystkie informacje, które przydadzą się podczas planowania i załatwiania urlopu na Malediwach również w czasach COVID-19 (gdyby kiedykolwiek coś podobnego miało wrócić). W tym artykule opowiem o tym jak zorganizować wakacje na Malediwach, jak maksymalnie obniżyć koszty, żeby było naprawdę tanio, na co musimy w szczególności uważać oraz najważniejsze – jak spędzać czas na wybranej przez nas wyspie. Przeprowadzę cię krok po kroku przez procesy wyszukiwania biletów lotniczych, opowiem o samym locie, omówię parametry związane z przelotem, wskażę jak wypełnić formularze, które mogą być później skontrolowane, opowiem jak wyszukiwać atrakcyjne lokalne i tanie wyspy na Malediwach, jak wygląda życie miejscowych ludzi, co zjemy w naszym hotelu oraz, co ty sam wyniesiesz ze swoich wakacji. Zaproponuję również kilka wycieczek, które są bardzo ciekawe oraz pokażę ci jak spędzać aktywnie czas, ponieważ, kto nie był na Malediwach, ten zazwyczaj myśli schematycznie: urlop na wyspie jest dla zakochanych, będę się nudzić i nie interesuje mnie wylegiwanie się na plaży. Chcę wyprowadzić cię z błędnego myślenia i pokazać, że Malediwy nie muszą być drogie oraz, że spędzisz tam naprawdę rajskie, aktywne wakacje (organizuję wyjazdy do czterech razy taniej niż w biurach podróży, wliczając w koszty: wyżywienie, przeloty i noclegi).Jeśli jednak już wiesz, jak zorganizować takie wakacje, możesz od razu przejść do artykułów o poszczególnych wyspach:
Malediwy są dla jednych marzeniem, a dla innych krajem, który nie spełni ich oczekiwań. Wszystko zależy od tego, na co jesteśmy nastawieni oraz, co już zobaczyliśmy i przeżyliśmy w swoim życiu. Pomimo, że na Malediwach byłem już trzeci raz (zawsze na innej wyspie/wyspach), to za każdym razem jestem zauroczony pięknem natury, plaż i krajobrazów. Dla mnie Malediwy są wakacjami marzeń. Na Malediwach z pewnością będziemy cieszyć się przepięknymi białymi, piaszczystymi plażami, niesamowitymi turkusowymi, czystymi lagunami i rajskimi palmami, których w naszym klimacie po prostu nie spotkamy. Z drugiej strony, wiele osób, które nigdy nie próbowały organizować podobnych wakacji na własną rękę, pomyśli sobie, że wyjazd do tego kraju i spędzenie w nim urlopu kosztuje fortunę. W tym artykule chcę ci pokazać, że nie musisz mieć worka pieniędzy, aby odpocząć w prawdziwym raju. Pokażę ci w jaki sposób zorganizować wakacje na Malediwach na własną rękę tak, żebyś przeżył jak najwięcej i żebyś przywiózł najpiękniejsze wspomnienia. Zobaczysz też różnicę pomiędzy wakacjami zorganizowanymi przez biuro podróży, a tymi, które zaproponuję ci ja. Nie będę mówił, jak bardzo złe są biura podróży (bo nie są), ale raczej moim celem jest wskazanie różnic, żebyś sam mógł dokonać odpowiedniego dla ciebie wyboru. Powszechnie krąży opinia, że na Malediwach nie ma co robić i raczej takie wakacje są dobrą opcją dla zakochanych. Zazwyczaj myślimy, że podczas urlopu będziemy tylko leżeć na plaży i nudzić się. Z pewnością podobna forma spędzania czasu wolnego nas nie interesuje. W tym artykule również wyprowadzę cię z błędnego schematu myślenia o Malediwach, który najczęściej powielają nasi znajomi, nie mający pojęcia o tym wyspiarskim państwie. A mówię to wszystko, jako człowiek, który organizuje wyprawy wysokogórskie i lubi aktywność górską.
sobota, 20 grudnia 2025
Krokusy w Dolinie Chochołowskiej 2026 - kiedy kwitną? - czyli porady i wskazówki
KIEDY KWITNĄ KROKUSY?
KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ 2026 – KILKA FAKTÓW I WSKAZÓWEK.
PORY KWITNIENIA KROKUSÓW W POSZCZEGÓLNYCH LATACH:
- W 2026 roku - czekamy na rozwój sytuacji
- W 2025 roku - 10 lutego zauważono już pierwszego krokusa w Dolinie Chochołowskiej (sytuacja identyczna jak w roku poprzednim), później nadeszła tygodniowa fala mrozów, czasowo do -15'C. 5., 6. i 8. marca zaobserwowano malutkie grupy krokusów w Dolinie Strążyskiej, Chochołowskiej oraz na obrzeżach miasta Zakopane. 11 marca zepsuła się pogoda oraz padał śnieg z deszczem i śnieg w wyższych partiach gór. 21 marca - śnieg ustąpił z Polany Chochołowskiej. Pierwsze skupiska pojedynczo rozstrzelonych kwiatów pojawiły się w okolicach kapliczki. Na razie scenariusz bardzo przypomina mi rok poprzedni, gdzie spodziewam się słabego widowiska kwitnących krokusów z powodu szybkich okresów ocieplenia i równie szybkiego przysypywania kwiatów śniegiem. 26. marca: pojawiły się pierwsze dość obfite dywany kwiatów o niewielkich rozmiarach. Co prawda nie są tak widowiskowe jak w latach poprzednich, ale przynajmniej są większe skupiska kwiatów. Znajdziemy je w okolicach kapliczki oraz w najwyższych częściach polany prowadzącej do kapliczki. 29 marca obficie kwitnie górna część Polany Chochołowskiej. Kwiaty tworzą gęste skupiska. W sobotę dolina przeżywała ogromny najazd turystów i ludzi depczących krokusy. 31. marca i 1. kwietnia - Dolina Chochołowska pod śniegiem. Pierwsze dywany kwiatów zostały zniszczone. 2. kwietnia - większość doliny jest bez śniegu. Pozostały jedynie pasy w górnej części. Scenariusz z lat poprzednich idealnie się powtarza. 3. i 4. kwietnia to okazja, by podziwiać kwiaty, w dużym rozkwicie. Obecnie krokusy tworzą duże fioletowe dywany w środkowej i wyższej części polany. Pomimo pojawienia się dużej ilości kiełków w niższych partiach doliny, prognozowany opad śniegu na 5. i 6. kwietnia, gdzie w ciągu jednego dnia temperatura spadnie aż o 15'C, dosłownie zakończy tegoroczne widowisko, które... jeszcze na dobre się nie zaczęło. Tak jak radio Eska odwołuje zimę, tak śnieg, odwołał krokusy na ten rok, ponieważ śniegi mają zalegać nawet przez tydzień, co skutecznie wybije większość kwiatów, które nawet nie zdążyły wyrosnąć... 4 i 5. kwietnia krokusy kwitną bardzo pięknie i w dużych ilościach na Polanie Chochołowskiej w górnej i środkowej części. Na polanach w dolnych częściach miejscowości Dzianisz jest pełny wysyp kwiatów. Tam widok jest fenomenalny! Do nocy 5/6. kwietnia, ponieważ śnieg i nagły mróz zniszczy większość widowiska... 6. kwietnia - Dolina Chochołowska, Zakopane, Kiry, Kościelisko są przysypane grubą warstwą śniegu. Krokusy znikły w jedną noc pod grubą warstwą białego puchu. 11. kwietnia - gruba warstwa śniegu zalega od pięciu dni. Nawet w podgórskich miejscowościach. 10 kwietnia dopadało jeszcze więcej śniegu. Sezon na krokusy można oficjalnie uznać za zakończony. Można powiedzieć, że pełny wysyp trwał tylko jeden dzień - 4. kwietnia. Tylko wtedy w pełni świeciło słońce, gdzie kwiaty mogły się w pełni otworzyć. Najgęściej zakwitły w Dolinie Chochołowskiej i na polanach wioski Dzianisz. Tam tworzyły bardzo gęste i rozległe dywany. W sobotę, 5 kwietnia jeszcze przez połowę dnia mogliśmy cieszyć się ich widokiem. Popołudniowy nagły spadek temperatury spowodował zamknięcie kwiatów i zakończenie sezonu na pełny wysyp, który trwał tylko... 1,5 dnia...
KIEDY KWITNĄ KROKUSY?
KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ 2026 – KILKA FAKTÓW I WSKAZÓWEK.
PORY KWITNIENIA KROKUSÓW W POSZCZEGÓLNYCH LATACH:
- W 2026 roku - czekamy na rozwój sytuacji
- W 2025 roku - 10 lutego zauważono już pierwszego krokusa w Dolinie Chochołowskiej (sytuacja identyczna jak w roku poprzednim), później nadeszła tygodniowa fala mrozów, czasowo do -15'C. 5., 6. i 8. marca zaobserwowano malutkie grupy krokusów w Dolinie Strążyskiej, Chochołowskiej oraz na obrzeżach miasta Zakopane. 11 marca zepsuła się pogoda oraz padał śnieg z deszczem i śnieg w wyższych partiach gór. 21 marca - śnieg ustąpił z Polany Chochołowskiej. Pierwsze skupiska pojedynczo rozstrzelonych kwiatów pojawiły się w okolicach kapliczki. Na razie scenariusz bardzo przypomina mi rok poprzedni, gdzie spodziewam się słabego widowiska kwitnących krokusów z powodu szybkich okresów ocieplenia i równie szybkiego przysypywania kwiatów śniegiem. 26. marca: pojawiły się pierwsze dość obfite dywany kwiatów o niewielkich rozmiarach. Co prawda nie są tak widowiskowe jak w latach poprzednich, ale przynajmniej są większe skupiska kwiatów. Znajdziemy je w okolicach kapliczki oraz w najwyższych częściach polany prowadzącej do kapliczki. 29 marca obficie kwitnie górna część Polany Chochołowskiej. Kwiaty tworzą gęste skupiska. W sobotę dolina przeżywała ogromny najazd turystów i ludzi depczących krokusy. 31. marca i 1. kwietnia - Dolina Chochołowska pod śniegiem. Pierwsze dywany kwiatów zostały zniszczone. 2. kwietnia - większość doliny jest bez śniegu. Pozostały jedynie pasy w górnej części. Scenariusz z lat poprzednich idealnie się powtarza. 3. i 4. kwietnia to okazja, by podziwiać kwiaty, w dużym rozkwicie. Obecnie krokusy tworzą duże fioletowe dywany w środkowej i wyższej części polany. Pomimo pojawienia się dużej ilości kiełków w niższych partiach doliny, prognozowany opad śniegu na 5. i 6. kwietnia, gdzie w ciągu jednego dnia temperatura spadnie aż o 15'C, dosłownie zakończy tegoroczne widowisko, które... jeszcze na dobre się nie zaczęło. Tak jak radio Eska odwołuje zimę, tak śnieg, odwołał krokusy na ten rok, ponieważ śniegi mają zalegać nawet przez tydzień, co skutecznie wybije większość kwiatów, które nawet nie zdążyły wyrosnąć... 4 i 5. kwietnia krokusy kwitną bardzo pięknie i w dużych ilościach na Polanie Chochołowskiej w górnej i środkowej części. Na polanach w dolnych częściach miejscowości Dzianisz jest pełny wysyp kwiatów. Tam widok jest fenomenalny! Do nocy 5/6. kwietnia, ponieważ śnieg i nagły mróz zniszczy większość widowiska... 6. kwietnia - Dolina Chochołowska, Zakopane, Kiry, Kościelisko są przysypane grubą warstwą śniegu. Krokusy znikły w jedną noc pod grubą warstwą białego puchu. 11. kwietnia - gruba warstwa śniegu zalega od pięciu dni. Nawet w podgórskich miejscowościach. 10 kwietnia dopadało jeszcze więcej śniegu. Sezon na krokusy można oficjalnie uznać za zakończony. Można powiedzieć, że pełny wysyp trwał tylko jeden dzień - 4. kwietnia. Tylko wtedy w pełni świeciło słońce, gdzie kwiaty mogły się w pełni otworzyć. Najgęściej zakwitły w Dolinie Chochołowskiej i na polanach wioski Dzianisz. Tam tworzyły bardzo gęste i rozległe dywany. W sobotę, 5 kwietnia jeszcze przez połowę dnia mogliśmy cieszyć się ich widokiem. Popołudniowy nagły spadek temperatury spowodował zamknięcie kwiatów i zakończenie sezonu na pełny wysyp, który trwał tylko... 1,5 dnia...
piątek, 19 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 9: powrót i niezwykłe góry
Nigdy nie przypuszczałem, że czas, kiedy będziemy wyjeżdżać
z miejsca o jakim tak długo marzyliśmy i opowiadaliśmy o nim, może być równie bardzo
ciekawy, obfitujący w piękne przeżycia. Wstaliśmy wcześnie, aby się umyć oraz
dopakować ostatnie rzeczy. Od samego rana świeciło słońce, a niebo było wolne
od chmur. Od razu zwróciliśmy uwagę na ten szczegół. Powtarzaliśmy: ‘szkoda, że
takiej aury nie mieliśmy wczoraj, bo chcieliśmy zobaczyć Ścianę Bezingi i
lodowce w całej swojej okazałości na pierwszym planie”. Tak jest, że pogoda w
pierwszym dniu po jej załamaniu przechodzi okres stabilizacji, czego
doświadczyliśmy wczoraj. Dopiero od drugiej doby następuje wyciszenie, co
właśnie mieliśmy okazję dostrzec. W pokoju szybko przesortowałem kryształy
górskie na te, które zabiorę ze sobą i te, które zostawię na murku u
gospodarza. W międzyczasie przeprowadzałem wypalanie resztek gazu z kartusza,
aby nie zostawiać butli w przypadkowym miejscu, narażając kogoś na
niebezpieczeństwo. Kiedy upewniłem się, że zużyłem wszystko, a płomień naturalnie
zgasł, zdjąłem kuchenkę, po czym ją spakowałem.
PIĘKNA
PANORAMA NA ŚCIANĘ BEZINGI NA KONIEC. KLIMAT WIOSKI USHGULI
Mając
jeszcze ponad godzinę czasu zabrałem aparat i pobiegłem kilkadziesiąt metrów na
drogę przed kwaterą. Podziwiałem najpiękniejszy widok na Ścianę Bezingi w całej
wiosce. Nawet nie musiałem iść w jakieś specjalne miejsce. Obiekt mieścił się
na obrzeżach najwyżej położonej dzielnicy Ushguli – Zhibiani, co pozwalało mieć
najszersze spojrzenie na góry. Czując ciepłe promienie, aż chciało się usiąść
na jakimś głazie, aby podziwiać piękną panoramę. Jej urok polegał na białych,
ośnieżonych szczytach na tle błękitnego nieba. Wczesne słońce powodowało, że góry
tworzyły delikatny, ale wyraźny kontrast z zielonymi, niższymi pasmami. Dodatkowo
z przodu wznosiły się długie trawiaste granie i ukwiecone zbocza. W pobliżu
naszego domu wykonałem kilka ujęć pokazujących niezwykły klimat Ushguli. Po obu
stronach widniały drewniane płoty postawione ze sztachet, które swoje lata
świetności już dawno miały za sobą. W wielu miejscach były pochylone w kierunku
drogi, a w innych – przewrócone leżały na polach. Za każdym ogrodzeniem rosły
wysokie na ponad półtora metra, bardzo gęsto kwitnące rośliny w formie żółtych kolonii
(gorczyca polna) i białych baldachów (podagrycznik pospolity). Teren wokół wioski
wybrały sobie jako najlepsze do życia ziemie. Występowały tak gęsto, że patrząc
ku ośnieżonym szczytom, miałem wrażenie jakby ktoś rozwinął wielki dywan. Widniały
aż do wzgórza z kościołem. Robiłem wiele ujęć Ushguli. Szczęście nam nadal
sprzyjało, ponieważ za chwilę szła starsza wiekiem pani gospodarz, prowadząc
stado krów. Naturalnie powstała idealna gruzińska sceneria do zdjęć. Widok bydła
podążającego drogą na tle żółtych gorczyc, białych baldachów i wspaniałych gór
w najdalszej perspektywie, gdzie stare drewniane płoty chyliły się w jego
stronę, w pełni oddawały klimat wioski. Na jednej fotografii mogłem pokazać jak
żyją ludzie, czym się zajmują na co dzień oraz naturalne piękno Kaukazu. To
samo zdjęcie nawet oddawało spokój, jaki panuje w Swanetii.
Nigdy nie przypuszczałem, że czas, kiedy będziemy wyjeżdżać z miejsca o jakim tak długo marzyliśmy i opowiadaliśmy o nim, może być równie bardzo ciekawy, obfitujący w piękne przeżycia. Wstaliśmy wcześnie, aby się umyć oraz dopakować ostatnie rzeczy. Od samego rana świeciło słońce, a niebo było wolne od chmur. Od razu zwróciliśmy uwagę na ten szczegół. Powtarzaliśmy: ‘szkoda, że takiej aury nie mieliśmy wczoraj, bo chcieliśmy zobaczyć Ścianę Bezingi i lodowce w całej swojej okazałości na pierwszym planie”. Tak jest, że pogoda w pierwszym dniu po jej załamaniu przechodzi okres stabilizacji, czego doświadczyliśmy wczoraj. Dopiero od drugiej doby następuje wyciszenie, co właśnie mieliśmy okazję dostrzec. W pokoju szybko przesortowałem kryształy górskie na te, które zabiorę ze sobą i te, które zostawię na murku u gospodarza. W międzyczasie przeprowadzałem wypalanie resztek gazu z kartusza, aby nie zostawiać butli w przypadkowym miejscu, narażając kogoś na niebezpieczeństwo. Kiedy upewniłem się, że zużyłem wszystko, a płomień naturalnie zgasł, zdjąłem kuchenkę, po czym ją spakowałem.
PIĘKNA
PANORAMA NA ŚCIANĘ BEZINGI NA KONIEC. KLIMAT WIOSKI USHGULI
Mając
jeszcze ponad godzinę czasu zabrałem aparat i pobiegłem kilkadziesiąt metrów na
drogę przed kwaterą. Podziwiałem najpiękniejszy widok na Ścianę Bezingi w całej
wiosce. Nawet nie musiałem iść w jakieś specjalne miejsce. Obiekt mieścił się
na obrzeżach najwyżej położonej dzielnicy Ushguli – Zhibiani, co pozwalało mieć
najszersze spojrzenie na góry. Czując ciepłe promienie, aż chciało się usiąść
na jakimś głazie, aby podziwiać piękną panoramę. Jej urok polegał na białych,
ośnieżonych szczytach na tle błękitnego nieba. Wczesne słońce powodowało, że góry
tworzyły delikatny, ale wyraźny kontrast z zielonymi, niższymi pasmami. Dodatkowo
z przodu wznosiły się długie trawiaste granie i ukwiecone zbocza. W pobliżu
naszego domu wykonałem kilka ujęć pokazujących niezwykły klimat Ushguli. Po obu
stronach widniały drewniane płoty postawione ze sztachet, które swoje lata
świetności już dawno miały za sobą. W wielu miejscach były pochylone w kierunku
drogi, a w innych – przewrócone leżały na polach. Za każdym ogrodzeniem rosły
wysokie na ponad półtora metra, bardzo gęsto kwitnące rośliny w formie żółtych kolonii
(gorczyca polna) i białych baldachów (podagrycznik pospolity). Teren wokół wioski
wybrały sobie jako najlepsze do życia ziemie. Występowały tak gęsto, że patrząc
ku ośnieżonym szczytom, miałem wrażenie jakby ktoś rozwinął wielki dywan. Widniały
aż do wzgórza z kościołem. Robiłem wiele ujęć Ushguli. Szczęście nam nadal
sprzyjało, ponieważ za chwilę szła starsza wiekiem pani gospodarz, prowadząc
stado krów. Naturalnie powstała idealna gruzińska sceneria do zdjęć. Widok bydła
podążającego drogą na tle żółtych gorczyc, białych baldachów i wspaniałych gór
w najdalszej perspektywie, gdzie stare drewniane płoty chyliły się w jego
stronę, w pełni oddawały klimat wioski. Na jednej fotografii mogłem pokazać jak
żyją ludzie, czym się zajmują na co dzień oraz naturalne piękno Kaukazu. To
samo zdjęcie nawet oddawało spokój, jaki panuje w Swanetii.
środa, 17 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 8: Grań Shkhary 3400 m n.p.m., kryształowa góra
ROZPOZNANIE POGODY. SZYBKI WYMARSZ
Po
kolejnym dniu z niepewną pogodą wstaliśmy pełni optymizmu. O godzinie 5.50 rano
standardowo poszedłem w stałe miejsca kwatery, aby mieć szerszy pogląd na
sytuację. W rejonie punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie zalegały żadne chmury,
a w dolinie rzeki Enguri, w kierunku Mestii, dostrzegłem tylko jeden strzępek
będący pozostałością po odparowywaniu wczorajszego opadu. Najbardziej jednak
zawsze ciekawiła mnie sceneria podziwiana z łazienki, bo małe okienko było
zawsze otwarte, dzięki czemu miałem najlepsze spojrzenie na Ścianę Bezingi. Panorama
pięknych, majestatycznych, ośnieżonych gór na tle czystego, niebieskiego nieba jak
zawsze zachwycała. Wiedzieliśmy, że pozostał nam ostatni pełny dzień do
wykorzystania, bo na jutro zaplanowany powrót do Kutaisi. Z tego powodu nie opóźnialiśmy
wstawania i wymarszu na nową trasę, ponieważ byliśmy spragnieni gór oraz
dalszych wędrówek. Trzeba przyznać, że wczorajsza pogoda zmusiła nas do chodzenia
w okolicach wioski. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Obudziliśmy się pełni energii.
Szybko zebraliśmy prowiant oraz inne rzeczy, aby jak najwcześniej zacząć. Na
dzisiaj wybraliśmy ambitną drogę, bo chcieliśmy przejść nową granią, gdzie nie opracowano
żadnego szlaku. Nawet nie wiedziałem jaki jest jej pełny przebieg. W czasie
powrotu z grzebienia Podarok propozycję możliwego podejścia w kierunku Shkhary wymyśliła
Ola. Wówczas wypatrzyła długi grzbiet ciągnący się aż do samej góry – do jej
ośnieżonych, ostrych, skalistych zboczy. Jest to najdłuższa dostępna opcja, bo
najpierw trzeba przejść praktycznie całą drogę do lodowca do poziomu parkingu (odcinek
8 km), po czym dalej musimy odbić w krzaki, aby później wybić ku górze, idąc w
linii prostej bardzo stromym stokiem, ciągnącym się przez prawie kilometr
wysokości. Wiedzieliśmy, że spośród wszystkich naszych wypraw dzisiaj będziemy
mieli największy wysiłek fizyczny. Trasa szykowała jeszcze jedną niespodziankę,
podobną do tej znanej z grani Podarok. Przejście głównym grzbietem oferowało
niesamowity widok na linię wielu lodowców położonych na skalistych zboczach
Ściany Bezingi. Mieliśmy mieć stąd pierwszoplanową panoramę na co najmniej
siedem lodowców. Nie można podejść w ich rejon z racji przepaści. Dzięki nowej
drodze mogliśmy podziwiać ogromne, lodowe jęzory, potęgę gór oraz doświadczyć czegoś
innego.
Zaproponowana
wędrówka zapowiadała się mocno intrygująco, ponieważ po długim marszu szlakiem
na lodowiec Shkhara musieliśmy znaleźć odpowiednie wejście na wybrany przez nas
odcinek. Jako że z naszej ekipy nikt wcześniej tam nie był, nawet nie
wiedzieliśmy, czy dobrze pójdziemy, czy przypadkiem nie wkopiemy się w jakieś trudności
terenu, których nie dostrzegłem na zdjęciach. Przebieg hipotetycznej ścieżki
ułożyłem sobie w głowie na podstawie wcześniejszych wyjść w góry podczas całego
wyjazdu. Przeanalizowałem fotografie z dni, kiedy podchodziliśmy pod popularny
lodowiec Shkhara, wędrowaliśmy na Chubedishi, a także skorzystałem z ujęć z
grani Podarok, bo stamtąd miałem zupełnie nowe spojrzenie na ostatni fragment
trasy. Dla mnie liczył się każdy szczegół, żebyśmy za pierwszym razem wybrali
właściwy kierunek.
ROZPOZNANIE POGODY. SZYBKI WYMARSZ
Po
kolejnym dniu z niepewną pogodą wstaliśmy pełni optymizmu. O godzinie 5.50 rano
standardowo poszedłem w stałe miejsca kwatery, aby mieć szerszy pogląd na
sytuację. W rejonie punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie zalegały żadne chmury,
a w dolinie rzeki Enguri, w kierunku Mestii, dostrzegłem tylko jeden strzępek
będący pozostałością po odparowywaniu wczorajszego opadu. Najbardziej jednak
zawsze ciekawiła mnie sceneria podziwiana z łazienki, bo małe okienko było
zawsze otwarte, dzięki czemu miałem najlepsze spojrzenie na Ścianę Bezingi. Panorama
pięknych, majestatycznych, ośnieżonych gór na tle czystego, niebieskiego nieba jak
zawsze zachwycała. Wiedzieliśmy, że pozostał nam ostatni pełny dzień do
wykorzystania, bo na jutro zaplanowany powrót do Kutaisi. Z tego powodu nie opóźnialiśmy
wstawania i wymarszu na nową trasę, ponieważ byliśmy spragnieni gór oraz
dalszych wędrówek. Trzeba przyznać, że wczorajsza pogoda zmusiła nas do chodzenia
w okolicach wioski. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Obudziliśmy się pełni energii.
Szybko zebraliśmy prowiant oraz inne rzeczy, aby jak najwcześniej zacząć. Na
dzisiaj wybraliśmy ambitną drogę, bo chcieliśmy przejść nową granią, gdzie nie opracowano
żadnego szlaku. Nawet nie wiedziałem jaki jest jej pełny przebieg. W czasie
powrotu z grzebienia Podarok propozycję możliwego podejścia w kierunku Shkhary wymyśliła
Ola. Wówczas wypatrzyła długi grzbiet ciągnący się aż do samej góry – do jej
ośnieżonych, ostrych, skalistych zboczy. Jest to najdłuższa dostępna opcja, bo
najpierw trzeba przejść praktycznie całą drogę do lodowca do poziomu parkingu (odcinek
8 km), po czym dalej musimy odbić w krzaki, aby później wybić ku górze, idąc w
linii prostej bardzo stromym stokiem, ciągnącym się przez prawie kilometr
wysokości. Wiedzieliśmy, że spośród wszystkich naszych wypraw dzisiaj będziemy
mieli największy wysiłek fizyczny. Trasa szykowała jeszcze jedną niespodziankę,
podobną do tej znanej z grani Podarok. Przejście głównym grzbietem oferowało
niesamowity widok na linię wielu lodowców położonych na skalistych zboczach
Ściany Bezingi. Mieliśmy mieć stąd pierwszoplanową panoramę na co najmniej
siedem lodowców. Nie można podejść w ich rejon z racji przepaści. Dzięki nowej
drodze mogliśmy podziwiać ogromne, lodowe jęzory, potęgę gór oraz doświadczyć czegoś
innego.
Zaproponowana
wędrówka zapowiadała się mocno intrygująco, ponieważ po długim marszu szlakiem
na lodowiec Shkhara musieliśmy znaleźć odpowiednie wejście na wybrany przez nas
odcinek. Jako że z naszej ekipy nikt wcześniej tam nie był, nawet nie
wiedzieliśmy, czy dobrze pójdziemy, czy przypadkiem nie wkopiemy się w jakieś trudności
terenu, których nie dostrzegłem na zdjęciach. Przebieg hipotetycznej ścieżki
ułożyłem sobie w głowie na podstawie wcześniejszych wyjść w góry podczas całego
wyjazdu. Przeanalizowałem fotografie z dni, kiedy podchodziliśmy pod popularny
lodowiec Shkhara, wędrowaliśmy na Chubedishi, a także skorzystałem z ujęć z
grani Podarok, bo stamtąd miałem zupełnie nowe spojrzenie na ostatni fragment
trasy. Dla mnie liczył się każdy szczegół, żebyśmy za pierwszym razem wybrali
właściwy kierunek.
wtorek, 16 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 7: Gvibari 2943 m n.p.m.
ROZPOZNANIE POGODY
Standardowo wstaliśmy o godzinie 5.50. Poszedłem do trzech znanych
punktów oferujących idealne spojrzenie na interesujące mnie fragmenty gór. Z
okna w części wspólnej zauważyłem, że mamy czyste, jasne, niebieskie niebo. Widziana
z tej części kwatery panorama na szczyty położone w okolicach Mestii była dla mnie
najważniejsza, ponieważ jeżeli w ich otoczeniu powstawały jakieś chmury, to
wiedziałem, że u nas będzie ponuro i deszczowo. Ten punkt obserwacyjny dostarczył
mi najlepszych informacji. Pozostały jeszcze dwa. Z pokoju wyjrzałem na
zewnątrz. Tam również spoglądałem na niebo wolne od chmur. Zimna łazienka
oferowała bezpośredni widok na Ścianę Bezingi. Najbardziej jednak zachęcała panorama
na ośnieżone, lodowcowe szczyty na tle wczesnego porannego błękitu. Od razu
zaczęliśmy przygotowania do wyjścia. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wejście na
Gvibari 2943 m n.p.m. Góra charakteryzowała się zupełnie innymi warunkami, jakich
nie mieliśmy na wszystkich wcześniej odwiedzonych szlakach i nowych trasach. W
głowie miałem obraz całej drogi, ale nawet znając jej przebieg, nie
spodziewałem się, jak natura pozytywnie nas zaskoczy. Nie posiadałem
najlepszego zdania o Gvibari. Szlak prowadzący na jego szczyt raczej traktowałem
jako trasę końcową, czyli miejsce, gdzie ewentualnie można pójść na zamknięcie
całego wyjazdu. Mając dobrą pogodę i znany przebieg drogi wejściowej,
chcieliśmy zobaczyć, jak będzie tym razem. Spodziewałem się długiego białego,
zimowego płatu, biorącego swój początek już w najniższych częściach lasu, a
powyżej 2900 m n.p.m. miało być wielkie zagłębienie, wypełnione aż półtorametrową
warstwą śniegu. Z tego względu Gvibari postrzegałem jako miejsce o zupełnie
innych warunkach, w porównaniu do wszystkich pozostałych tras.
ROZPOZNANIE POGODY
Standardowo wstaliśmy o godzinie 5.50. Poszedłem do trzech znanych punktów oferujących idealne spojrzenie na interesujące mnie fragmenty gór. Z okna w części wspólnej zauważyłem, że mamy czyste, jasne, niebieskie niebo. Widziana z tej części kwatery panorama na szczyty położone w okolicach Mestii była dla mnie najważniejsza, ponieważ jeżeli w ich otoczeniu powstawały jakieś chmury, to wiedziałem, że u nas będzie ponuro i deszczowo. Ten punkt obserwacyjny dostarczył mi najlepszych informacji. Pozostały jeszcze dwa. Z pokoju wyjrzałem na zewnątrz. Tam również spoglądałem na niebo wolne od chmur. Zimna łazienka oferowała bezpośredni widok na Ścianę Bezingi. Najbardziej jednak zachęcała panorama na ośnieżone, lodowcowe szczyty na tle wczesnego porannego błękitu. Od razu zaczęliśmy przygotowania do wyjścia. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wejście na Gvibari 2943 m n.p.m. Góra charakteryzowała się zupełnie innymi warunkami, jakich nie mieliśmy na wszystkich wcześniej odwiedzonych szlakach i nowych trasach. W głowie miałem obraz całej drogi, ale nawet znając jej przebieg, nie spodziewałem się, jak natura pozytywnie nas zaskoczy. Nie posiadałem najlepszego zdania o Gvibari. Szlak prowadzący na jego szczyt raczej traktowałem jako trasę końcową, czyli miejsce, gdzie ewentualnie można pójść na zamknięcie całego wyjazdu. Mając dobrą pogodę i znany przebieg drogi wejściowej, chcieliśmy zobaczyć, jak będzie tym razem. Spodziewałem się długiego białego, zimowego płatu, biorącego swój początek już w najniższych częściach lasu, a powyżej 2900 m n.p.m. miało być wielkie zagłębienie, wypełnione aż półtorametrową warstwą śniegu. Z tego względu Gvibari postrzegałem jako miejsce o zupełnie innych warunkach, w porównaniu do wszystkich pozostałych tras.
poniedziałek, 15 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 6: Skalisty grzebień Podarok 3352 m n.p.m.
GRZEBIEŃ PODAROK 3352 m
n.p.m.
PIĘKNA
POGODA. NIEZWYKŁY WIDOK Z CHMURAMI
W końcu
doczekaliśmy się pięknej pogody. Dwa dni, gdzie nie weszliśmy na „coś” wyższego,
były dla nas mocno odczuwalne. Brakowało nam dłuższych tras w słońcu z możliwością
podziwiania pięknych otwartych przestrzeni podczas spokojnych wędrówek. Kaukaska
przyroda również miała wiele do zaoferowania. Standardowo wstałem o godzinie
5.50, aby sprawdzić aktualne warunki. Najważniejszymi punktami były dla mnie okno
z naszego pokoju oraz łazienka z prysznicem. Z pokoju mogłem ocenić chmury
ciągnące się nad szczytami w okolicach Mestii, a z łazienki mieliśmy chyba
najlepszą panoramę na całą Ścianę Bezingi. Dzień zapowiadał się wręcz idealnie.
Widząc odchodzące stratocumulus stratiformis perlucidus (chmury piętra
niskiego, płaskie, poprzecinane na kształt zbliżony do poduszek) wiedziałem, że
front z wilgotnym powietrzem odszedł w głębszą część Gruzji, a my mogliśmy
cieszyć się bardzo dobrą pogodą. Mając wymarzone warunki do wędrówki wstaliśmy od
razu, aby jak najszybciej móc zjeść śniadanie przygotowane wieczorem, spakować
najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyć przed siebie. Wybraliśmy ambitną drogę, bo
zakładaliśmy dojście do wielkiego garbu o wysokości 3352 m n.p.m., wchodzącego
w skład grani Podarok. Dalej nic nie planowaliśmy, ponieważ obrany przez nas
cel i tak wymagał długiego marszu oraz podejścia rzędu 1200 m, co pod względem
wysokości względnej przewyższało nawet całą trasę na polskie Rysy. Z kwatery
wyruszyliśmy tuż po godzinie 7.00. Kiedy zamknąłem furtkę za sobą zauważyłem,
że coś mnie ciągnie. Czerwony cicik, którego zawsze zabierałem na wszystkie
wyjścia w góry, tym razem zahaczył o metalowy pręt bramki. Został wyszarpany z
zawieszki, przez co bezszelestnie upadł na trawę. Szybko zorientowałem się,
dlaczego poczułem dziwne szarpnięcie z tyłu. Teraz nie mogłem przyszyć cicikowi
uchwytu, dlatego zabrałem go do plecaka. Moją tradycją jest robienie mu zdjęć
na szczytach lub w jakichś ciekawych, atrakcyjnych miejscach. Na początku drogi
myśleliśmy, ile psów do nas dołączy. Trasę mieliśmy ambitną, dlatego nie
zależało nam na dużej gromadzie. Idąc prawym obrzeżem wioski wypatrywaliśmy
skąd nadejdą. Zazwyczaj wychodziły z ostatnich podwórek, kamperów lub spod
drewnianych budek, gdzie sprzedawano pamiątki i dania kuchni gruzińskiej. Bioło
Kepa obowiązkowo poszedł z nami. Był wierny, a my go lubiliśmy. Nieco dalej przyłączył
się inny, średniej wielkości pies. Przed nami stanął również wielki kaukaz
zwany „Nie Świeć”. Przejście obrzeżem wioski dostarczyło nam niesamowitych
wrażeń. Nie tylko patrzyliśmy na fenomenalną, ośnieżoną Ścianę Bezingi, ale od
bezimiennej góry 3242 m n.p.m., aż po pierwszy biały szczyt ciągnęły się
wspomniane wcześniej chmury w kształcie poduszek. Przecinały pięciotysięczniki
w połowie ich wysokości, a jednocześnie poprzez liczne szczeliny pomiędzy nimi
mieliśmy wgląd na wyższe partie Shkhary. Chmury tworzyły niesamowicie głęboki
efekt trójwymiarowości dwóch przestrzeni: jednej, w której właśnie się
poruszaliśmy i drugiej, położonej ponad nimi – zupełnie nieosiągalnej dla nas. Czym
bardziej zbliżaliśmy się do Ściany Bezingi, tym omawiane chmury rozpadały się
na coraz mniejsze kawałki. Panowała zupełnie bezwietrzna i słoneczna pogoda.
„Poduszki” nie zasłaniały słońca i to było dla nas najważniejsze. Zapewniały
niepowtarzalne widowisko, którego nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić.
GRZEBIEŃ PODAROK 3352 m
n.p.m.
PIĘKNA
POGODA. NIEZWYKŁY WIDOK Z CHMURAMI
W końcu
doczekaliśmy się pięknej pogody. Dwa dni, gdzie nie weszliśmy na „coś” wyższego,
były dla nas mocno odczuwalne. Brakowało nam dłuższych tras w słońcu z możliwością
podziwiania pięknych otwartych przestrzeni podczas spokojnych wędrówek. Kaukaska
przyroda również miała wiele do zaoferowania. Standardowo wstałem o godzinie
5.50, aby sprawdzić aktualne warunki. Najważniejszymi punktami były dla mnie okno
z naszego pokoju oraz łazienka z prysznicem. Z pokoju mogłem ocenić chmury
ciągnące się nad szczytami w okolicach Mestii, a z łazienki mieliśmy chyba
najlepszą panoramę na całą Ścianę Bezingi. Dzień zapowiadał się wręcz idealnie.
Widząc odchodzące stratocumulus stratiformis perlucidus (chmury piętra
niskiego, płaskie, poprzecinane na kształt zbliżony do poduszek) wiedziałem, że
front z wilgotnym powietrzem odszedł w głębszą część Gruzji, a my mogliśmy
cieszyć się bardzo dobrą pogodą. Mając wymarzone warunki do wędrówki wstaliśmy od
razu, aby jak najszybciej móc zjeść śniadanie przygotowane wieczorem, spakować
najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyć przed siebie. Wybraliśmy ambitną drogę, bo
zakładaliśmy dojście do wielkiego garbu o wysokości 3352 m n.p.m., wchodzącego
w skład grani Podarok. Dalej nic nie planowaliśmy, ponieważ obrany przez nas
cel i tak wymagał długiego marszu oraz podejścia rzędu 1200 m, co pod względem
wysokości względnej przewyższało nawet całą trasę na polskie Rysy. Z kwatery
wyruszyliśmy tuż po godzinie 7.00. Kiedy zamknąłem furtkę za sobą zauważyłem,
że coś mnie ciągnie. Czerwony cicik, którego zawsze zabierałem na wszystkie
wyjścia w góry, tym razem zahaczył o metalowy pręt bramki. Został wyszarpany z
zawieszki, przez co bezszelestnie upadł na trawę. Szybko zorientowałem się,
dlaczego poczułem dziwne szarpnięcie z tyłu. Teraz nie mogłem przyszyć cicikowi
uchwytu, dlatego zabrałem go do plecaka. Moją tradycją jest robienie mu zdjęć
na szczytach lub w jakichś ciekawych, atrakcyjnych miejscach. Na początku drogi
myśleliśmy, ile psów do nas dołączy. Trasę mieliśmy ambitną, dlatego nie
zależało nam na dużej gromadzie. Idąc prawym obrzeżem wioski wypatrywaliśmy
skąd nadejdą. Zazwyczaj wychodziły z ostatnich podwórek, kamperów lub spod
drewnianych budek, gdzie sprzedawano pamiątki i dania kuchni gruzińskiej. Bioło
Kepa obowiązkowo poszedł z nami. Był wierny, a my go lubiliśmy. Nieco dalej przyłączył
się inny, średniej wielkości pies. Przed nami stanął również wielki kaukaz
zwany „Nie Świeć”. Przejście obrzeżem wioski dostarczyło nam niesamowitych
wrażeń. Nie tylko patrzyliśmy na fenomenalną, ośnieżoną Ścianę Bezingi, ale od
bezimiennej góry 3242 m n.p.m., aż po pierwszy biały szczyt ciągnęły się
wspomniane wcześniej chmury w kształcie poduszek. Przecinały pięciotysięczniki
w połowie ich wysokości, a jednocześnie poprzez liczne szczeliny pomiędzy nimi
mieliśmy wgląd na wyższe partie Shkhary. Chmury tworzyły niesamowicie głęboki
efekt trójwymiarowości dwóch przestrzeni: jednej, w której właśnie się
poruszaliśmy i drugiej, położonej ponad nimi – zupełnie nieosiągalnej dla nas. Czym
bardziej zbliżaliśmy się do Ściany Bezingi, tym omawiane chmury rozpadały się
na coraz mniejsze kawałki. Panowała zupełnie bezwietrzna i słoneczna pogoda.
„Poduszki” nie zasłaniały słońca i to było dla nas najważniejsze. Zapewniały
niepowtarzalne widowisko, którego nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić.
niedziela, 14 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 5: Kwiatowy szlak 2
KWIATOWY SZLAK 2
Z racji
dość niepewnej pogody postanowiliśmy, że nie pójdziemy zbyt daleko, bo raczej
na pewno nie mielibyśmy żadnych widoków. Co najwyżej wędrowalibyśmy w
deszczowych chmurach. Piękne trasy chcieliśmy odłożyć na słoneczne dni, dzięki
czemu ponownie moglibyśmy zobaczyć kawał pięknych gór. Na dzisiaj
zaplanowaliśmy wędrówkę w stronę lodowca, gdzie tuż za dopływem rzeki Enguri w
postaci niewielkiego potoku, rozsiedlibyśmy się na terenie naturalnego ogrodu,
na który zwróciliśmy uwagę pierwszego dnia w drodze do niego. Wspominałem wówczas,
że idąc w jego kierunku, za placem budowy, skąd pozyskiwano surowce do
produkcji betonu, jest takie miejsce, gdzie powyginany potok przepływa przez
równy, trawiasty teren. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczyna się wielki
pofałdowany obszar łączący dwa pasma górskie – podobnie jak na wytyczonym przez
nas szlaku przez wielokilometrowe, naturalne ogrody w kierunku Zagaro Pass. Tam
stykały się aż trzy szczyty. Również tutaj powstały wielkie, ukwiecone polany.
Wiedząc, że odległość jest nieduża, nie wstawaliśmy zbyt wcześnie. Z kwatery
wyruszyliśmy po godzinie 8.00 rano, żeby Dolina Enguri była w pełni oświetlona
i słońce ogrzewało ją ciepłymi promieniami. Potrzebowaliśmy ich do zdjęć,
abyśmy mogli wydobyć pełnię kolorów roślin. Wiedzieliśmy, że podobnie jak na
nowej trasie, zobaczymy niesamowite morze różnokolorowych kwiatów. Cieszyliśmy
się bardzo z lżejszego dnia, ponieważ wczorajsza trasa dała nam spory wycisk.
Pomimo, że jedynie przecinaliśmy kolejne zbocza, to przedzieraliśmy się przez mokre
zarośla, przez co zamoczyliśmy buty. Wędrując w takich warunkach wpadliśmy na
pomysł, aby podobny dzień wykorzystać na ciekawy odpoczynek oraz przebywanie na
świeżym powietrzu. Widząc więcej chmur na niebie, wyruszyliśmy z aparatami i solidnym
prowiantem, bo w planach mieliśmy przygotowanie dobrego obiadu w terenie,
dzięki czemu moglibyśmy się dobrze najeść, a jednocześnie cieszylibyśmy się
wspaniałymi widokami na rozległe pola kwiatów i zielone góry.
Na
dzisiaj potrzebowaliśmy niewiele. Wyruszyliśmy z jednym psem – Biołą Kepą –
znaną z wcześniejszych wędrówek. Jako że mieszkał na terenie kwatery trudno,
żeby nas nie wywęszył. Na szczęście większość z nich dołączyła do innych
turystów, ponieważ ci zaczęli wcześniej niż my. Dzięki temu „zabrali” ze sobą wszystkie
oczekujące czworonogi na losowo spotkane osoby. Tak działają na co dzień. Śpią
gdzieś w trawach, zaroślach, pod drewnianymi chatami, przyczepami kempingowymi
i pod skałami. O poranku wypatrują turystów przechodzących w pobliżu. Kiedy
zobaczą pierwszego napotkanego człowieka, idą z nim jako towarzysz przygody.
Nie raz mogliśmy się przekonać jak bardzo są wierne ludziom. Strzegły naszego
bezpieczeństwa, odganiały krowy i konie ze szlaku, odpędzały inne psy i zawsze
zatrzymywały się wtedy, kiedy Ty będziesz odpoczywać. Niektóre z nich – w
szczególności te największe – nawet przytulą się do Ciebie. Jedynie turyści
przyjeżdżający z krajów arabskich rzucają w nie kamieniami, bo dla nich są one zwierzętami
nieczystymi pod względem religijnym. Reszta ludzi je akceptuje, podobnie jak
my. Obowiązkowo głaskałem każdego z nich. Teraz mieliśmy zupełny spokój.
Dzisiejsza trasa wymagała zaledwie półgodzinnej wędrówki. Damian postanowił, że
pójdzie dalej – w stronę lodowca, gdzieś w kierunku „samotni”, czyli wielkiego
głazu leżącego na małym skrawu zielonej wyspy położonej na środku rzeki. Idąc
przez wioskę widzieliśmy, że niebo nie jest takie straszne. Opad raczej nam nie
groził. Mieliśmy dość dużo słońca. Cieszyliśmy się, bo mogliśmy się ogrzać, a
jednocześnie podziwiać ładne widoki. Aktualna pogoda nie pozwalała na wędrówki
po wysokich górach, ponieważ nie zobaczylibyśmy panoram o jakich myśleliśmy,
dlatego z całym przekonaniem stwierdziliśmy, że wykorzystamy ten dzień
najlepiej jak się da. Idąc główną drogą w stronę lodowca widzieliśmy, że w pobliżu
wybranego przez nas miejsca jest najbardziej odsłonięta część nieba. Wioskę za
nami w całości pokrywał cień. Po wczorajszych opadach w okolicach cementowni powstało
dużo błota, dlatego szliśmy po prawej stronie drogi, aby omijać rozjeżdżone jej
fragmenty. Gdzieś w tle chodziły krowy, poszukując odpowiednich traw dla
siebie. Za nim otwierała się piękna przestrzeń. Nazwałbym ją szlakiem
właściwym, bo odtąd nie dostrzegaliśmy żadnych śladów działalności człowieka
poza główną drogą i drewnianą konstrukcją przyszłego domu. Przed nami widniała majestatyczna
Ściana Bezingi, choć w wielu miejscach przecinały ją szare chmury.
Wiedzieliśmy, że dzisiaj lepiej nie będzie. Z tego względu przygotowaliśmy się
na bliskie krajobrazy, takie jak wielokolorowe, naturalne ogrody pełne kwiatów.
KWIATOWY SZLAK 2
Z racji dość niepewnej pogody postanowiliśmy, że nie pójdziemy zbyt daleko, bo raczej na pewno nie mielibyśmy żadnych widoków. Co najwyżej wędrowalibyśmy w deszczowych chmurach. Piękne trasy chcieliśmy odłożyć na słoneczne dni, dzięki czemu ponownie moglibyśmy zobaczyć kawał pięknych gór. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wędrówkę w stronę lodowca, gdzie tuż za dopływem rzeki Enguri w postaci niewielkiego potoku, rozsiedlibyśmy się na terenie naturalnego ogrodu, na który zwróciliśmy uwagę pierwszego dnia w drodze do niego. Wspominałem wówczas, że idąc w jego kierunku, za placem budowy, skąd pozyskiwano surowce do produkcji betonu, jest takie miejsce, gdzie powyginany potok przepływa przez równy, trawiasty teren. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczyna się wielki pofałdowany obszar łączący dwa pasma górskie – podobnie jak na wytyczonym przez nas szlaku przez wielokilometrowe, naturalne ogrody w kierunku Zagaro Pass. Tam stykały się aż trzy szczyty. Również tutaj powstały wielkie, ukwiecone polany. Wiedząc, że odległość jest nieduża, nie wstawaliśmy zbyt wcześnie. Z kwatery wyruszyliśmy po godzinie 8.00 rano, żeby Dolina Enguri była w pełni oświetlona i słońce ogrzewało ją ciepłymi promieniami. Potrzebowaliśmy ich do zdjęć, abyśmy mogli wydobyć pełnię kolorów roślin. Wiedzieliśmy, że podobnie jak na nowej trasie, zobaczymy niesamowite morze różnokolorowych kwiatów. Cieszyliśmy się bardzo z lżejszego dnia, ponieważ wczorajsza trasa dała nam spory wycisk. Pomimo, że jedynie przecinaliśmy kolejne zbocza, to przedzieraliśmy się przez mokre zarośla, przez co zamoczyliśmy buty. Wędrując w takich warunkach wpadliśmy na pomysł, aby podobny dzień wykorzystać na ciekawy odpoczynek oraz przebywanie na świeżym powietrzu. Widząc więcej chmur na niebie, wyruszyliśmy z aparatami i solidnym prowiantem, bo w planach mieliśmy przygotowanie dobrego obiadu w terenie, dzięki czemu moglibyśmy się dobrze najeść, a jednocześnie cieszylibyśmy się wspaniałymi widokami na rozległe pola kwiatów i zielone góry.
Na
dzisiaj potrzebowaliśmy niewiele. Wyruszyliśmy z jednym psem – Biołą Kepą –
znaną z wcześniejszych wędrówek. Jako że mieszkał na terenie kwatery trudno,
żeby nas nie wywęszył. Na szczęście większość z nich dołączyła do innych
turystów, ponieważ ci zaczęli wcześniej niż my. Dzięki temu „zabrali” ze sobą wszystkie
oczekujące czworonogi na losowo spotkane osoby. Tak działają na co dzień. Śpią
gdzieś w trawach, zaroślach, pod drewnianymi chatami, przyczepami kempingowymi
i pod skałami. O poranku wypatrują turystów przechodzących w pobliżu. Kiedy
zobaczą pierwszego napotkanego człowieka, idą z nim jako towarzysz przygody.
Nie raz mogliśmy się przekonać jak bardzo są wierne ludziom. Strzegły naszego
bezpieczeństwa, odganiały krowy i konie ze szlaku, odpędzały inne psy i zawsze
zatrzymywały się wtedy, kiedy Ty będziesz odpoczywać. Niektóre z nich – w
szczególności te największe – nawet przytulą się do Ciebie. Jedynie turyści
przyjeżdżający z krajów arabskich rzucają w nie kamieniami, bo dla nich są one zwierzętami
nieczystymi pod względem religijnym. Reszta ludzi je akceptuje, podobnie jak
my. Obowiązkowo głaskałem każdego z nich. Teraz mieliśmy zupełny spokój.
Dzisiejsza trasa wymagała zaledwie półgodzinnej wędrówki. Damian postanowił, że
pójdzie dalej – w stronę lodowca, gdzieś w kierunku „samotni”, czyli wielkiego
głazu leżącego na małym skrawu zielonej wyspy położonej na środku rzeki. Idąc
przez wioskę widzieliśmy, że niebo nie jest takie straszne. Opad raczej nam nie
groził. Mieliśmy dość dużo słońca. Cieszyliśmy się, bo mogliśmy się ogrzać, a
jednocześnie podziwiać ładne widoki. Aktualna pogoda nie pozwalała na wędrówki
po wysokich górach, ponieważ nie zobaczylibyśmy panoram o jakich myśleliśmy,
dlatego z całym przekonaniem stwierdziliśmy, że wykorzystamy ten dzień
najlepiej jak się da. Idąc główną drogą w stronę lodowca widzieliśmy, że w pobliżu
wybranego przez nas miejsca jest najbardziej odsłonięta część nieba. Wioskę za
nami w całości pokrywał cień. Po wczorajszych opadach w okolicach cementowni powstało
dużo błota, dlatego szliśmy po prawej stronie drogi, aby omijać rozjeżdżone jej
fragmenty. Gdzieś w tle chodziły krowy, poszukując odpowiednich traw dla
siebie. Za nim otwierała się piękna przestrzeń. Nazwałbym ją szlakiem
właściwym, bo odtąd nie dostrzegaliśmy żadnych śladów działalności człowieka
poza główną drogą i drewnianą konstrukcją przyszłego domu. Przed nami widniała majestatyczna
Ściana Bezingi, choć w wielu miejscach przecinały ją szare chmury.
Wiedzieliśmy, że dzisiaj lepiej nie będzie. Z tego względu przygotowaliśmy się
na bliskie krajobrazy, takie jak wielokolorowe, naturalne ogrody pełne kwiatów.
sobota, 13 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 4: 8-kilometrowy szlak kwiecistych polan
SZLAK MORZEM KWIATÓW –
WYTYCZANIE NOWEJ TRASY
NASZE
PLANY
Ten
dzień miał być zupełnie inny od poprzednich. Pierwsze z nich wykorzystaliśmy na
górskie wędrówki. Najpierw poszliśmy na lodowiec Shkhara, aby rozruszać nogi
oraz popatrzeć na piękne panoramy oraz sprawdzić jakie zaszły zmiany. Drugiego
i trzeciego dnia wybraliśmy wysokie szczyty, wymagające dobrej kondycji, choć nie
napotkaliśmy żadnych trudności technicznych na szlakach. Obie wędrówki
zaoferowały nam niepowtarzalne panoramy na Ścianę Bezingi i dalszy ciąg Kaukazu
oraz mogliśmy zobaczyć niesamowite morza kwiatów. Widok na Ushbę z dużej
wysokości zawsze zachwycał oraz robił ogromne wrażenie na każdym, kto ją
ujrzał. Na dzisiaj zaplanowaliśmy odpoczynek, aby mieć siły na kolejne
wymagające trasy pod względem kondycyjnym. Jednak nie myśleliśmy o bezczynnym siedzeniu.
Założyliśmy, że w przypadku pięknej słonecznej pogody, również wyruszymy w teren,
ale na nieco innych zasadach. Chcieliśmy iść tak, aby w przybliżeniu przebywać
na podobnej wysokości, a jednocześnie móc przejść spory kawałek drogi w celu
podziwiania pięknych roślin. Jak zawsze nie narzucaliśmy sobie żadnych ram czasowych,
w których powinniśmy zrealizować wybrany cel. Za to mieliśmy cieszyć się każdą
atrakcją, ile tylko chcieliśmy. Wpadłem na pomysł dotarcia do głazu „Gebels”,
skąd dalej poszlibyśmy przed siebie widoczną na początku wąską ścieżką
wydeptaną przez konie i krowy. Nie planowaliśmy wczesnego wstawania, ponieważ
dzisiaj chciałem dokładnie sfotografować wszystkie kwiaty, o których dotychczas
tyle mówiłem. Nowa trasa obfitowała w każdy ich rodzaj, poza szachownicą
cesarską. Założyliśmy, że wyjątkowo zamówimy śniadanie u naszego gospodarza.
Dotychczas po powrocie z gór jedliśmy kolacje u Miriama, a teraz chcieliśmy
spróbować miejscowego śniadania. Wiedziałem, że na pewno będzie bardzo dobre. Umówiłem
je na godzinę 7.00, ponieważ około 8.00 chcieliśmy wyruszyć w nieznane. Celowo
nie zaczynaliśmy jak podczas poprzednich dni, bo czekaliśmy na słońce, które
oświetliłoby kwiaty. Dzięki niemu mógłbym wydobyć ich pełnię kolorów na
zdjęciach. Z racji położenia wybranej trasy musieliśmy opóźniać wyjście z
kwatery do momentu aż słońce przebędzie nieco pozornej drogi na niebie, aby w
pełni mogło oświetlić dużo dłużej zacienione stoki. Kiedy spojrzałem na mapę, zauważyłem,
że tak naprawdę będziemy przecinać poziomo wszystkie zbocza wchodzące w skład
punktu widokowego 2980 m n.p.m., Chubedishi 3015 m n.p.m. oraz części
bezimiennego szczytu 3153 m n.p.m. Sami nie wiedzieliśmy, ile z wyznaczonej drogi
uda nam się zrealizować. W każdym razie, byliśmy bardzo ciekawi, co zobaczymy. Podczas
wieczornego zamawiania śniadania na dzień dzisiejszy gospodarz zapytał mnie
skąd jestem. Kiedy usłyszał, że z Polski, od razu się zgodził. Normalnie
przygotowuje je na 8.00 rano.
SZLAK MORZEM KWIATÓW –
WYTYCZANIE NOWEJ TRASY
NASZE
PLANY
Ten
dzień miał być zupełnie inny od poprzednich. Pierwsze z nich wykorzystaliśmy na
górskie wędrówki. Najpierw poszliśmy na lodowiec Shkhara, aby rozruszać nogi
oraz popatrzeć na piękne panoramy oraz sprawdzić jakie zaszły zmiany. Drugiego
i trzeciego dnia wybraliśmy wysokie szczyty, wymagające dobrej kondycji, choć nie
napotkaliśmy żadnych trudności technicznych na szlakach. Obie wędrówki
zaoferowały nam niepowtarzalne panoramy na Ścianę Bezingi i dalszy ciąg Kaukazu
oraz mogliśmy zobaczyć niesamowite morza kwiatów. Widok na Ushbę z dużej
wysokości zawsze zachwycał oraz robił ogromne wrażenie na każdym, kto ją
ujrzał. Na dzisiaj zaplanowaliśmy odpoczynek, aby mieć siły na kolejne
wymagające trasy pod względem kondycyjnym. Jednak nie myśleliśmy o bezczynnym siedzeniu.
Założyliśmy, że w przypadku pięknej słonecznej pogody, również wyruszymy w teren,
ale na nieco innych zasadach. Chcieliśmy iść tak, aby w przybliżeniu przebywać
na podobnej wysokości, a jednocześnie móc przejść spory kawałek drogi w celu
podziwiania pięknych roślin. Jak zawsze nie narzucaliśmy sobie żadnych ram czasowych,
w których powinniśmy zrealizować wybrany cel. Za to mieliśmy cieszyć się każdą
atrakcją, ile tylko chcieliśmy. Wpadłem na pomysł dotarcia do głazu „Gebels”,
skąd dalej poszlibyśmy przed siebie widoczną na początku wąską ścieżką
wydeptaną przez konie i krowy. Nie planowaliśmy wczesnego wstawania, ponieważ
dzisiaj chciałem dokładnie sfotografować wszystkie kwiaty, o których dotychczas
tyle mówiłem. Nowa trasa obfitowała w każdy ich rodzaj, poza szachownicą
cesarską. Założyliśmy, że wyjątkowo zamówimy śniadanie u naszego gospodarza.
Dotychczas po powrocie z gór jedliśmy kolacje u Miriama, a teraz chcieliśmy
spróbować miejscowego śniadania. Wiedziałem, że na pewno będzie bardzo dobre. Umówiłem
je na godzinę 7.00, ponieważ około 8.00 chcieliśmy wyruszyć w nieznane. Celowo
nie zaczynaliśmy jak podczas poprzednich dni, bo czekaliśmy na słońce, które
oświetliłoby kwiaty. Dzięki niemu mógłbym wydobyć ich pełnię kolorów na
zdjęciach. Z racji położenia wybranej trasy musieliśmy opóźniać wyjście z
kwatery do momentu aż słońce przebędzie nieco pozornej drogi na niebie, aby w
pełni mogło oświetlić dużo dłużej zacienione stoki. Kiedy spojrzałem na mapę, zauważyłem,
że tak naprawdę będziemy przecinać poziomo wszystkie zbocza wchodzące w skład
punktu widokowego 2980 m n.p.m., Chubedishi 3015 m n.p.m. oraz części
bezimiennego szczytu 3153 m n.p.m. Sami nie wiedzieliśmy, ile z wyznaczonej drogi
uda nam się zrealizować. W każdym razie, byliśmy bardzo ciekawi, co zobaczymy. Podczas
wieczornego zamawiania śniadania na dzień dzisiejszy gospodarz zapytał mnie
skąd jestem. Kiedy usłyszał, że z Polski, od razu się zgodził. Normalnie
przygotowuje je na 8.00 rano.
piątek, 12 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 3: Grań Chubedishi
GRAŃ CHUBEDISHI
Standardowo
wstałem o godzinie 5.50, aby sprawdzić niebo. Nie do końca podobały mi się
chmury nad szczytami w okolicach Mestii. Jeśli stamtąd coś przychodzi, to
wiedz, że będzie załamanie pogody. Jednak na razie panowała idealna pogoda. Uznałem,
że warunki nadają się na wędrówkę i mimo wszystko wiele zobaczymy, dlatego
zacząłem przygotowywać gruziński chleb, który stał się obowiązkowy każdego
dnia. Dwa zjedliśmy przed wyjściem, a dwa trzymałem na ewentualność spotkania z
psami, żeby mieć czym je nakarmić. Doświadczenie z wczorajszej wędrówki, gdzie w
krzakach na szybko „po tajniaku” musiałem zjadać sałatkę, pokazało mi, że
trzeba działać wyprzedzająco. Wyrobiliśmy się do godziny 7.00. Poranek
przywitał nas rześkim, górskim powietrzem, ale wiedzieliśmy, że w słońcu będzie
bardzo gorąco. Zabraliśmy więc rzeczy na upał i na deszcz. Odtąd myśleliśmy,
jak przejść niepostrzeżenie, aby nie zauważył nas żaden pies. Nie liczyłem na
cud, że wszystkie nagle znikną, ale z drugiej strony nie chcieliśmy mieć hordy,
którą musielibyśmy wykarmić. Plan był taki, aby nie przechodzić blisko hotelu ani
w pobliżu zabudowy. Najlepiej gdybyśmy poszli tuż za boiskiem piłkarskim, na
główną drogę w kierunku Zagaro Pass. Dzięki temu szczyt niejako ukryłby nas przed
czworonogami gromadzącymi się w Zhibiani. Niestety rozpoczęcie podejścia
trawiastymi zboczami oznaczało, że wystawimy się na widok z różnych części
wioski. Nie mieliśmy innego rozwiązania. Musieliśmy próbować.
WYRUSZAMY
W GÓRY
Z
kwatery wyruszyliśmy po 7.00 rano. Słońce zaczynało oświetlać najniżej położoną
część Ushguli. Plusem wybranej trasy jest bardzo bliskie położenie względem
kwatery. Wystarczyło wyjść poza bramę, a za kilkadziesiąt metrów rozpoczynaliśmy
szlak właściwy. Drugą zaletą była jej przejrzystość od samego początku. Nawet z
pokoju widzieliśmy przebieg całej drogi na górę, dlatego nie mieliśmy
możliwości jej zgubienia. Minusem wspomnianej widoczności był z pewnością fakt,
że wszystkie psy w okolicy wyłapywały każdy ruch, jeśli ktokolwiek pojawił się
na zielonych zboczach prowadzących do punktu widokowego 2980 m n.p.m. Nawet nie
mieliśmy krzaków, żeby się za nimi schronić. Dlaczego tak bardzo uważaliśmy na nie
dzisiejszego dnia? Ponieważ na szczycie chcieliśmy zagotować kiełbasy i zjeść
dobry obiad. Przy podobnej obstawie jak wczoraj, nie mielibyśmy żadnych szans
na realizację wspomnianego planu. Trasę bardzo dobrze znałem, dlatego za
ostatnim guest house’m przy drodze w kierunku Zagaro Pass, od razu skręciliśmy
w lewo. Za ogrodzeniem widać wyraźną ubitą drogę, kończącą się za kilkanaście
metrów. Odtąd szliśmy zygzakami wydeptanymi w trawie przez krowy. U podnóża
pasły się, wyjadając bujne kępy. Nierzadko widywaliśmy tutaj konie. I one
upodobały sobie tę górę. Trzeba pamiętać, że omawiane zwierzęta nie są trzymane
na uwięzi. Żyją luzem. Wybierają różne miejsca w ciągu dnia, ale kiedy zachodzi
słońce wiedzą, dokąd mają wrócić. Krowy dodatkowo nauczone są przychodzenia na
konkretną godzinę pod dany dom. Mucząc, przywołują gospodarza, żeby ją wydoił.
W nocy śpią w przydomowych zaroślach, a rankiem same wyruszają w teren. Ten
cykl powtarzają regularnie. Nikt nie musi ich pilnować.
GRAŃ CHUBEDISHI
Standardowo
wstałem o godzinie 5.50, aby sprawdzić niebo. Nie do końca podobały mi się
chmury nad szczytami w okolicach Mestii. Jeśli stamtąd coś przychodzi, to
wiedz, że będzie załamanie pogody. Jednak na razie panowała idealna pogoda. Uznałem,
że warunki nadają się na wędrówkę i mimo wszystko wiele zobaczymy, dlatego
zacząłem przygotowywać gruziński chleb, który stał się obowiązkowy każdego
dnia. Dwa zjedliśmy przed wyjściem, a dwa trzymałem na ewentualność spotkania z
psami, żeby mieć czym je nakarmić. Doświadczenie z wczorajszej wędrówki, gdzie w
krzakach na szybko „po tajniaku” musiałem zjadać sałatkę, pokazało mi, że
trzeba działać wyprzedzająco. Wyrobiliśmy się do godziny 7.00. Poranek
przywitał nas rześkim, górskim powietrzem, ale wiedzieliśmy, że w słońcu będzie
bardzo gorąco. Zabraliśmy więc rzeczy na upał i na deszcz. Odtąd myśleliśmy,
jak przejść niepostrzeżenie, aby nie zauważył nas żaden pies. Nie liczyłem na
cud, że wszystkie nagle znikną, ale z drugiej strony nie chcieliśmy mieć hordy,
którą musielibyśmy wykarmić. Plan był taki, aby nie przechodzić blisko hotelu ani
w pobliżu zabudowy. Najlepiej gdybyśmy poszli tuż za boiskiem piłkarskim, na
główną drogę w kierunku Zagaro Pass. Dzięki temu szczyt niejako ukryłby nas przed
czworonogami gromadzącymi się w Zhibiani. Niestety rozpoczęcie podejścia
trawiastymi zboczami oznaczało, że wystawimy się na widok z różnych części
wioski. Nie mieliśmy innego rozwiązania. Musieliśmy próbować.
WYRUSZAMY
W GÓRY
Z
kwatery wyruszyliśmy po 7.00 rano. Słońce zaczynało oświetlać najniżej położoną
część Ushguli. Plusem wybranej trasy jest bardzo bliskie położenie względem
kwatery. Wystarczyło wyjść poza bramę, a za kilkadziesiąt metrów rozpoczynaliśmy
szlak właściwy. Drugą zaletą była jej przejrzystość od samego początku. Nawet z
pokoju widzieliśmy przebieg całej drogi na górę, dlatego nie mieliśmy
możliwości jej zgubienia. Minusem wspomnianej widoczności był z pewnością fakt,
że wszystkie psy w okolicy wyłapywały każdy ruch, jeśli ktokolwiek pojawił się
na zielonych zboczach prowadzących do punktu widokowego 2980 m n.p.m. Nawet nie
mieliśmy krzaków, żeby się za nimi schronić. Dlaczego tak bardzo uważaliśmy na nie
dzisiejszego dnia? Ponieważ na szczycie chcieliśmy zagotować kiełbasy i zjeść
dobry obiad. Przy podobnej obstawie jak wczoraj, nie mielibyśmy żadnych szans
na realizację wspomnianego planu. Trasę bardzo dobrze znałem, dlatego za
ostatnim guest house’m przy drodze w kierunku Zagaro Pass, od razu skręciliśmy
w lewo. Za ogrodzeniem widać wyraźną ubitą drogę, kończącą się za kilkanaście
metrów. Odtąd szliśmy zygzakami wydeptanymi w trawie przez krowy. U podnóża
pasły się, wyjadając bujne kępy. Nierzadko widywaliśmy tutaj konie. I one
upodobały sobie tę górę. Trzeba pamiętać, że omawiane zwierzęta nie są trzymane
na uwięzi. Żyją luzem. Wybierają różne miejsca w ciągu dnia, ale kiedy zachodzi
słońce wiedzą, dokąd mają wrócić. Krowy dodatkowo nauczone są przychodzenia na
konkretną godzinę pod dany dom. Mucząc, przywołują gospodarza, żeby ją wydoił.
W nocy śpią w przydomowych zaroślach, a rankiem same wyruszają w teren. Ten
cykl powtarzają regularnie. Nikt nie musi ich pilnować.
czwartek, 11 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 2: Góra 3242 m n.p.m.
BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m.
Standardowo wstałem o godzinie 5.50 rano, aby sprawdzić
pogodę. Nasza chata pozwalała spojrzeć praktycznie na wszystkie strony świata.
Wystarczyło podejść w odpowiednie miejsca, aby móc popatrzeć, jak wygląda
sytuacja. Pokój umożliwiał nam spojrzenie na góry, którymi wiła się droga do
Mestii oraz na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Przedłużenie jego grani biegło w
kierunku majestatycznej Ailamy 4547 m n.p.m. Ze wspólnego pomieszczenia
wypoczynkowego, gdzie mieściły się szafy, stół, kanapa, szachy do gry i kilka
krzeseł mogłem spojrzeć na pasmo w stronę Mestii. Najciekawszą panoramę jednak
mieliśmy z… łazienki. Wystarczyło pójść pod prysznic i uchylić małe okienko, aby
podziwiać Shkharę oraz jej sąsiednie, najwyższe, ośnieżone szczyty w całej
swojej okazałości. Właśnie tam chodziłem codziennie sprawdzać jakie panują warunki
pogodowe w okolicach pięciotysięczników. Odwiedzając wszystkie wyżej wymienione
miejsca, będące zarazem punktami obserwacyjnymi, zauważyłem, że dzisiaj aura
będzie stabilna i słoneczna. Odpoczywając wczoraj na tak zwanym „Cicinkowym Wzgórzu”,
zastanawiałem się, jaką trasę wybrać, ponieważ spodziewając się idealnej
pogody, chciałem żebyśmy odwiedzili punkt widokowy 2980 m n.p.m., jednak po
dłuższej chwili zmieniłem zdanie. Pomyślałem, abyśmy skorzystali z wyjątkowo
stabilnej aury i od razu weszli na górę 3242 m n.p.m. Jeszcze raz przypomnę, że
„Cicinkowe Wzgórze” to niewielkie wzniesienie porośnięte bardzo gęsto różowymi,
puchatymi kwiatami o nazwie rdest wężownik, gdzie odpoczywaliśmy w drodze powrotnej
z lodowca, położone na końcu rozległej, półtorakilometrowej, kwiecistej polany.
DLACZEGO WYBRAŁEM TĘ GÓRĘ?
Widząc, jak dobre mamy warunki, pomyślałem, że pozaszlakowy
szczyt będzie zdecydowanie piękniejszy ze względu na swój niepowtarzalny
charakter. Spodziewałem się potężnej panoramy na sporą część głównego ciągu
Kaukazu. Dodatkowo liczyłem na morze pełników altaicus i innych białych kwiatów
(zawilec narcyzowy), zachwycających swoją delikatnością. Po cichu również myślałem
o widowisku podobnym do kwitnienia krokusów w Dolinie Chochołowskiej, tyle że
zamiast nich miały być inne, drobne, o podobnym kolorze kwiaty nazywane
pierwiosnkami maleńkimi. W każdym razie miałem pewność, że jeśli dobra pogoda
utrzyma się przez cały dzień, to będziemy mieli niepowtarzalne panoramy,
których nigdy nie zapomnimy. Ostatecznie mój wybór padł na górę o wysokości
3242 m n.p.m. Codziennie patrzyliśmy na nią z kwatery i z poziomu wioski. U jej
stóp widniały ogródki warzywne, a powyżej, na każdym skalistym garbie pokrytym
żywo-zieloną trawą rosły pasy żółtych kwiatów podobnych do wrzosów (janowiec
lidyjski). Można powiedzieć, że w tym czasie opanowały całe zbocze na
jednakowej wysokości. Bardzo nam się podobały. Wspomniany szczyt widoczny po
drugiej stronie rzeki Enguri to góra, na którą właśnie się wybieraliśmy. Z Ushguli
wyglądała bardzo stromo, a w wyższych partiach nawet skaliście. Jednak nie
zamierzaliśmy wchodzić od zamieszkałej strony. Zależało nam na pozaszlakowej
wędrówce, wykorzystując jedynie początkowy fragment trasy do lodowca. Później
mieliśmy odbić na zielone zbocze, przeciąć je wzdłuż pod ukosem, po czym
zanurzyć się w kwiecistych polanach bez wytyczonych ścieżek. Dalej zakładałem
strome podchodzenie w linii prostej aż do poziomu ostatniej zieleni. Po
przekroczeniu tej granicy wspomniany skalisty grzbiet wymagał przejścia
kamienistą granią z płatami śniegu po obu jej stronach. Pod szczytem
spodziewałem się aż 5-6 metrowej, prawie pionowej ściany śnieżnej, gdzie musieliśmy
wyżłobić stopnie ułatwiające jej pokonanie. Zastanawiałem się tylko, ile psów
do nas dołączy, a ile z nich wejdzie na sam wierzchołek.
BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m.
Standardowo wstałem o godzinie 5.50 rano, aby sprawdzić pogodę. Nasza chata pozwalała spojrzeć praktycznie na wszystkie strony świata. Wystarczyło podejść w odpowiednie miejsca, aby móc popatrzeć, jak wygląda sytuacja. Pokój umożliwiał nam spojrzenie na góry, którymi wiła się droga do Mestii oraz na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Przedłużenie jego grani biegło w kierunku majestatycznej Ailamy 4547 m n.p.m. Ze wspólnego pomieszczenia wypoczynkowego, gdzie mieściły się szafy, stół, kanapa, szachy do gry i kilka krzeseł mogłem spojrzeć na pasmo w stronę Mestii. Najciekawszą panoramę jednak mieliśmy z… łazienki. Wystarczyło pójść pod prysznic i uchylić małe okienko, aby podziwiać Shkharę oraz jej sąsiednie, najwyższe, ośnieżone szczyty w całej swojej okazałości. Właśnie tam chodziłem codziennie sprawdzać jakie panują warunki pogodowe w okolicach pięciotysięczników. Odwiedzając wszystkie wyżej wymienione miejsca, będące zarazem punktami obserwacyjnymi, zauważyłem, że dzisiaj aura będzie stabilna i słoneczna. Odpoczywając wczoraj na tak zwanym „Cicinkowym Wzgórzu”, zastanawiałem się, jaką trasę wybrać, ponieważ spodziewając się idealnej pogody, chciałem żebyśmy odwiedzili punkt widokowy 2980 m n.p.m., jednak po dłuższej chwili zmieniłem zdanie. Pomyślałem, abyśmy skorzystali z wyjątkowo stabilnej aury i od razu weszli na górę 3242 m n.p.m. Jeszcze raz przypomnę, że „Cicinkowe Wzgórze” to niewielkie wzniesienie porośnięte bardzo gęsto różowymi, puchatymi kwiatami o nazwie rdest wężownik, gdzie odpoczywaliśmy w drodze powrotnej z lodowca, położone na końcu rozległej, półtorakilometrowej, kwiecistej polany.
DLACZEGO WYBRAŁEM TĘ GÓRĘ?
Widząc, jak dobre mamy warunki, pomyślałem, że pozaszlakowy
szczyt będzie zdecydowanie piękniejszy ze względu na swój niepowtarzalny
charakter. Spodziewałem się potężnej panoramy na sporą część głównego ciągu
Kaukazu. Dodatkowo liczyłem na morze pełników altaicus i innych białych kwiatów
(zawilec narcyzowy), zachwycających swoją delikatnością. Po cichu również myślałem
o widowisku podobnym do kwitnienia krokusów w Dolinie Chochołowskiej, tyle że
zamiast nich miały być inne, drobne, o podobnym kolorze kwiaty nazywane
pierwiosnkami maleńkimi. W każdym razie miałem pewność, że jeśli dobra pogoda
utrzyma się przez cały dzień, to będziemy mieli niepowtarzalne panoramy,
których nigdy nie zapomnimy. Ostatecznie mój wybór padł na górę o wysokości
3242 m n.p.m. Codziennie patrzyliśmy na nią z kwatery i z poziomu wioski. U jej
stóp widniały ogródki warzywne, a powyżej, na każdym skalistym garbie pokrytym
żywo-zieloną trawą rosły pasy żółtych kwiatów podobnych do wrzosów (janowiec
lidyjski). Można powiedzieć, że w tym czasie opanowały całe zbocze na
jednakowej wysokości. Bardzo nam się podobały. Wspomniany szczyt widoczny po
drugiej stronie rzeki Enguri to góra, na którą właśnie się wybieraliśmy. Z Ushguli
wyglądała bardzo stromo, a w wyższych partiach nawet skaliście. Jednak nie
zamierzaliśmy wchodzić od zamieszkałej strony. Zależało nam na pozaszlakowej
wędrówce, wykorzystując jedynie początkowy fragment trasy do lodowca. Później
mieliśmy odbić na zielone zbocze, przeciąć je wzdłuż pod ukosem, po czym
zanurzyć się w kwiecistych polanach bez wytyczonych ścieżek. Dalej zakładałem
strome podchodzenie w linii prostej aż do poziomu ostatniej zieleni. Po
przekroczeniu tej granicy wspomniany skalisty grzbiet wymagał przejścia
kamienistą granią z płatami śniegu po obu jej stronach. Pod szczytem
spodziewałem się aż 5-6 metrowej, prawie pionowej ściany śnieżnej, gdzie musieliśmy
wyżłobić stopnie ułatwiające jej pokonanie. Zastanawiałem się tylko, ile psów
do nas dołączy, a ile z nich wejdzie na sam wierzchołek.
środa, 10 grudnia 2025
Gruzja - Swanetia II, cz. 1: Lodowiec Shkhara 2557 m n.p.m.
To była długo wyczekiwana wyprawa. O ile w założeniach nie
mieliśmy trudnych szczytów pod względem technicznym, to zakładaliśmy przejście
kilku pozaszlakowych tras, którymi nikt nie chodzi. Na podstawie zgromadzonych
zdjęć zrobiłem szczegółową analizę ewentualnych dróg. Ich przebieg rysowałem w
umyśle. Przeanalizowałem je pod kątem bezpieczeństwa, wartości, pięknych
widoków i czegoś, czego turyści będący w Ushguli - tak jak my – nigdy nie
zobaczą, ponieważ nie opisano tych tras w przewodnikach, ani w mediach
społecznościowych. Dostępnych znakowanych szlaków jest mało, a widząc potencjał
wielkich kaukaskich gór, od razu wiedziałem, że wyznaczymy nowe drogi, o których
nie ma żadnych informacji. Miałem w pamięci m. in. wejście na bezimienny szczyt
o wysokości 3106 m n.p.m., gdzie podchodziliśmy bardzo stromym zboczem w linii
prostej, wykorzystując na to wiele sił. Wiedzieliśmy, że teraz będzie podobnie.
Musieliśmy się nastawić na ostry wysiłek i na coś nieznanego. Z doświadczenia
wiedziałem, że w podobnych przypadkach nie wystarczy dobra kondycja, a zdrowe
myśli w głowie, które będą Ci niejako kazały wejść na każdą nieopisaną w
książkach górę. Jak działa cały mechanizm, mogłem zobaczyć kilkanaście lat temu
w polskich Tatrach. Pewnego zimowego dnia wyruszyłem na równi z taternikami na
Rysy. Jednak za niedługo często przystawali, zmuszali siebie do dalszej
wędrówki, podczas gdy mojej ekipie wchodziło się bardzo dobrze. Zdążyłem osiągnąć
główny wierzchołek Rysów i zejść do połowy jego wysokości, po czym minąłem
spotkanych wcześniej taterników. Czy miałem lepszą kondycję od nich? Nie. W
takich przypadkach zawsze wygrywa psychika. Można mieć najlepszą kondycję, ale
jeśli na wierzchołek nie „pcha” Cię głowa, to dosłownie będziesz ją „męczyć”.
Podobny przypadek mieliśmy w Szwajcarii podczas wejścia na Dufourspitze 4634 m
n.p.m., gdzie trójka przewodników komercyjnych poszła na rekonesans, ponieważ
rozpoczynał się sezon na alpejskie wędrówki i „zdobywanie szczytów”. Nie tylko
ich wyprzedziliśmy, ale staliśmy się pierwszą ekipą na 10 dni przed otwarciem
sezonu, gdzie wyznaczyliśmy własną trasę, po czym wróciliśmy z wierzchołka, a
spotkanych przewodników zauważyliśmy na płaskiej części lodowca w sytuacji
walki z papierem toaletowym… Potwierdziliśmy im, że pod szczytem widać już
fragment niebieskiej grubej liny, co według ich legendy oznacza możliwość
wejścia na wierzchołek.
OKAZJA
CENOWA I CEL NASZEJ WYPRAWY
Wracając
do naszej Gruzji, wiedzieliśmy, że mamy właściwe nastawienie i chodzenie po
górach będzie dla nas przyjemnością. Mając zarezerwowany lot i kupione bilety
po okazyjnej cenie, tylko czekaliśmy na dzień wylotu. Koniecznie trzeba dodać,
że zapłaciliśmy za nie lekko ponad 800 zł, podczas gdy za tydzień, ceny
wystrzeliły do zawrotnych 3000-4200 zł! Było drożej niż… na Malediwy! Co się
stało? WizzAir korzysta z Airbusów A321neo, a tego pamiętnego roku przypadło im
odesłać 42 samoloty do przeglądu, ponieważ wykryto jakąś niepokojącą usterkę w
silniku. Wycięcie tak dużej liczby maszyn z wakacyjnej floty skutecznie zabiło
dostępność miejsc. Tym bardziej cieszyliśmy się, że tuż przed wykryciem wspomnianej
usterki udało nam się zakupić bilety po bardzo okazyjnej cenie. Jako że ten rok
był wyjątkowy pod względem rozpoczęcia cyklu wegetacji roślin, miałem duże
trudności w ustaleniu odpowiedniej daty wylotu. Dlaczego? Dlatego, że oprócz
pięknych szczytów od wielu lat mój cel podróży jest podobny: zobaczyć jak najwięcej
wyjątkowych zielonych gór będących w pełni rozkwitu alpejskiej roślinności na
tle lodowców i białych grani. Nie lubię okresów przejściowych, gdzie nie ma
kwiatów albo trawy brązowieją i kończy się życie. Uwielbiam za to klimat
wiosny, lata lub pełną zimę. W Gruzji mieliśmy okazję podziwiać obie pory roku
jednocześnie: zimę i wiosnę w najlepszym jej okresie. Dla mnie nie ma piękniejszego
połączenia w przyrodzie. Wiedzieliśmy, że rejon Górnej Swanetii wyróżnia się
niezliczoną ilością kwitnących roślin w jednym czasie, dlatego koniecznie
chcieliśmy ponownie zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.
To była długo wyczekiwana wyprawa. O ile w założeniach nie mieliśmy trudnych szczytów pod względem technicznym, to zakładaliśmy przejście kilku pozaszlakowych tras, którymi nikt nie chodzi. Na podstawie zgromadzonych zdjęć zrobiłem szczegółową analizę ewentualnych dróg. Ich przebieg rysowałem w umyśle. Przeanalizowałem je pod kątem bezpieczeństwa, wartości, pięknych widoków i czegoś, czego turyści będący w Ushguli - tak jak my – nigdy nie zobaczą, ponieważ nie opisano tych tras w przewodnikach, ani w mediach społecznościowych. Dostępnych znakowanych szlaków jest mało, a widząc potencjał wielkich kaukaskich gór, od razu wiedziałem, że wyznaczymy nowe drogi, o których nie ma żadnych informacji. Miałem w pamięci m. in. wejście na bezimienny szczyt o wysokości 3106 m n.p.m., gdzie podchodziliśmy bardzo stromym zboczem w linii prostej, wykorzystując na to wiele sił. Wiedzieliśmy, że teraz będzie podobnie. Musieliśmy się nastawić na ostry wysiłek i na coś nieznanego. Z doświadczenia wiedziałem, że w podobnych przypadkach nie wystarczy dobra kondycja, a zdrowe myśli w głowie, które będą Ci niejako kazały wejść na każdą nieopisaną w książkach górę. Jak działa cały mechanizm, mogłem zobaczyć kilkanaście lat temu w polskich Tatrach. Pewnego zimowego dnia wyruszyłem na równi z taternikami na Rysy. Jednak za niedługo często przystawali, zmuszali siebie do dalszej wędrówki, podczas gdy mojej ekipie wchodziło się bardzo dobrze. Zdążyłem osiągnąć główny wierzchołek Rysów i zejść do połowy jego wysokości, po czym minąłem spotkanych wcześniej taterników. Czy miałem lepszą kondycję od nich? Nie. W takich przypadkach zawsze wygrywa psychika. Można mieć najlepszą kondycję, ale jeśli na wierzchołek nie „pcha” Cię głowa, to dosłownie będziesz ją „męczyć”. Podobny przypadek mieliśmy w Szwajcarii podczas wejścia na Dufourspitze 4634 m n.p.m., gdzie trójka przewodników komercyjnych poszła na rekonesans, ponieważ rozpoczynał się sezon na alpejskie wędrówki i „zdobywanie szczytów”. Nie tylko ich wyprzedziliśmy, ale staliśmy się pierwszą ekipą na 10 dni przed otwarciem sezonu, gdzie wyznaczyliśmy własną trasę, po czym wróciliśmy z wierzchołka, a spotkanych przewodników zauważyliśmy na płaskiej części lodowca w sytuacji walki z papierem toaletowym… Potwierdziliśmy im, że pod szczytem widać już fragment niebieskiej grubej liny, co według ich legendy oznacza możliwość wejścia na wierzchołek.
OKAZJA
CENOWA I CEL NASZEJ WYPRAWY
Wracając
do naszej Gruzji, wiedzieliśmy, że mamy właściwe nastawienie i chodzenie po
górach będzie dla nas przyjemnością. Mając zarezerwowany lot i kupione bilety
po okazyjnej cenie, tylko czekaliśmy na dzień wylotu. Koniecznie trzeba dodać,
że zapłaciliśmy za nie lekko ponad 800 zł, podczas gdy za tydzień, ceny
wystrzeliły do zawrotnych 3000-4200 zł! Było drożej niż… na Malediwy! Co się
stało? WizzAir korzysta z Airbusów A321neo, a tego pamiętnego roku przypadło im
odesłać 42 samoloty do przeglądu, ponieważ wykryto jakąś niepokojącą usterkę w
silniku. Wycięcie tak dużej liczby maszyn z wakacyjnej floty skutecznie zabiło
dostępność miejsc. Tym bardziej cieszyliśmy się, że tuż przed wykryciem wspomnianej
usterki udało nam się zakupić bilety po bardzo okazyjnej cenie. Jako że ten rok
był wyjątkowy pod względem rozpoczęcia cyklu wegetacji roślin, miałem duże
trudności w ustaleniu odpowiedniej daty wylotu. Dlaczego? Dlatego, że oprócz
pięknych szczytów od wielu lat mój cel podróży jest podobny: zobaczyć jak najwięcej
wyjątkowych zielonych gór będących w pełni rozkwitu alpejskiej roślinności na
tle lodowców i białych grani. Nie lubię okresów przejściowych, gdzie nie ma
kwiatów albo trawy brązowieją i kończy się życie. Uwielbiam za to klimat
wiosny, lata lub pełną zimę. W Gruzji mieliśmy okazję podziwiać obie pory roku
jednocześnie: zimę i wiosnę w najlepszym jej okresie. Dla mnie nie ma piękniejszego
połączenia w przyrodzie. Wiedzieliśmy, że rejon Górnej Swanetii wyróżnia się
niezliczoną ilością kwitnących roślin w jednym czasie, dlatego koniecznie
chcieliśmy ponownie zobaczyć to niepowtarzalne widowisko.