sobota, 14 stycznia 2017

Hala Boracza, Hala Lipowska, Rysianka, Pilsko zimą - 7-8.01.2017

 Hala Lipowska  Hala Boracza zimą

W końcu tej zimy doczekaliśmy się większych mrozów. Ostatnie mroźne dni zapamiętałem z lutego 2012 i stycznia 2006 roku. Z tego względu koniecznie chciałem pojechać w góry, żeby zobaczyć coś niezwykłego i wyjątkowego. Jako, że co roku zimy były bardzo słabe, a na śnieg czekaliśmy zwykle do wiosny, wiedziałem, że teraz będzie inaczej i koniecznie musiałem wykorzystać tę sytuację. Zacząłem dzwonić do osób, które mogły by być zainteresowane wyjazdem w góry, gdzie liczyłem na około -25’C. Mróz może miał być trochę silniejszy niż zwykle, ale z pewnością przyczyniłby się do pięknych widoków, których na co dzień nie można zobaczyć. Najbardziej myślałem o oszronionych drzewach lub też śnieżnych kryształkach pokrywających wszystko w okolicy. W końcu udało mi się skompletować ekipę do wyjazdu. Nikt z nas nie miał samochodu, dlatego postanowiliśmy, że pojedziemy pociągiem z Katowic do Węgierskiej Górki o godzinie 7.25. Z tej miejscowości mieliśmy pójść drogą asfaltową (zasypaną śniegiem) do Żabnicy, skąd dalej poszlibyśmy czarnym szlakiem na Halę Boraczą. W ogóle na ten dzień zaplanowaliśmy przejście do Rysianki i zejście przez Romankę. Trasa w lecie liczyłaby około 6h wędrówki. Biorąc pod uwagę krótki dzień w zimie, wiedzieliśmy, że raczej na pewno zabraknie nam dnia i z tego względu wzięliśmy czołówki oraz palnik gazowy. Na dworzec przyjechaliśmy o czasie, ale niestety zobaczyliśmy na tablicy informacyjnej komunikat, że nasz pociąg jest opóźniony o 25min. Było nam szkoda tego czasu, bo i tak krótki dzień stał się jeszcze krótszy. Większość pociągów nie przyjeżdżała na czas z powodu silnego mrozu i oblodzonej trakcji. Teraz mieliśmy -24’C. W górach musiało być jeszcze więcej. Pociąg przyjechał z około półgodzinnym opóźnieniem i na miejsce dojechał jeszcze z dodatkowym poślizgiem o kolejne 30min, a więc straciliśmy już godzinę czasu. W Węgierskiej Górce byliśmy o godzinie 10.00 rano. Teraz musieliśmy dojść jeszcze do Żabnicy. Długa droga asfaltowa miała nam zabrać kolejną porcję czasu….

W Węgierskiej Górce termometr wskazywał tylko -21’C, a to za sprawą słońca, które nieco ogrzewało powietrze. W ogóle z dworca musieliśmy szukać właściwej drogi wyjścia, ponieważ ludzie wydeptali tylko bardzo wąską ścieżkę prowadzącą do miasta. Przy torach jakiś pan odśnieżał fragment ulicy i sypał solą tam, gdzie łączyły się szyny i powiedział nam, żebyśmy zawrócili, bo jedyny otwarty sklep znajdziemy w centrum miasta. Wiedziałem, że w Żabnicy jest kilka mniejszych sklepów i z pewnością nie mogą być wszystkie pozamykane, dlatego poszliśmy w kierunku gór. Idąc najpierw przez Węgierską Górkę do Żabnicy minęliśmy wejście na czerwony szlak na pasmo Abramów. Najbardziej denerwowały mnie samochody, a raczej ich ilość, bo co chwilę coś przejeżdżało i musieliśmy się zatrzymywać. Brygida powiedziała tylko tyle, że w miarę przechodzenia Żabnicy będzie ich coraz mniej. Znała też kawiarnię o nazwie „Alaska”, którą wyznaczyła za punkt odniesienia, gdzie musieliśmy dojść, żeby rozpocząć wędrówkę szlakiem. W Żabnicy minęliśmy aż pięć otwartych sklepów i wstąpiliśmy do jednego z nich, żeby dokupić prowiant, ponieważ wyjazd zorganizowaliśmy nieplanowanie – raczej tak na szybko i nie mieliśmy nawet kiedy coś kupić wcześniej, bo byliśmy w pracy. Przed sklepem widzieliśmy małego psa, który co chwilę podnosił lewą, przednią łapkę, ponieważ nie wytrzymywał z zimna, a właściciel robił zakupy. Kiedy usłyszeliśmy śpiewające dwa ptaki w różnych miejscach, to powiedziałem na dźwięk pierwszego: „to on jeszcze nie przymarzł?”… Niestety droga asfaltowa pokryta śniegiem i lodem nie miała końca. To wszystko trwało dla mnie zbyt długo. Tym bardziej, kiedy wszyscy patrzeliśmy na dosłownie „zamrożone na kość” oszronione góry przed sobą. Chciałem już tam być! Na 1,5km przed „Alaską”, skąd nieco dalej swój początek bierze czarny szlak na Halę Boraczą myśleliśmy nawet, że przeszliśmy rozwidlenie dróg i zaczęliśmy wracać. Wtedy zapytaliśmy starszego pana stojącego przy bramie o drogę i powiedział, że zostało nam jakieś 1,5km do „Alaski”. Co ciekawe, ilość przejeżdżających samochodów ciągle była taka sama i denerwowało mnie to, bo w górach zawsze marzyłem o spokoju. Sytuacja uspokoiła się dopiero na samym końcu Żabnicy. Myślałem, że cała trasa zajmie nam około pół godziny, a zajęła nam 1,5h, ponieważ błędnie założyłem czas, bo pół godziny jest do czerwonego szlaku na pasmo Abramów. Droga strasznie dłużyła się i myślałem tylko o tym, żeby być już wysoko w górach, bo wszyscy widzieliśmy, jak mocno są oszronione drzewa. Ten widok przyciągał mnie jak magnes! W „Alasce” zrobiliśmy krótki postój na 15min. Zegarek wskazywał godzinę 11.45. Musieliśmy iść, ponieważ zachód słońca tego dnia miał być o 15.45. Mieliśmy więc tylko 4h dnia, dlatego musieliśmy iść nieco szybciej, żeby zobaczyć coś więcej.

Szlak na Halę Boraczą
Z „Alaski” wyszliśmy zdecydowanym krokiem. Już na początku wyciągnąłem aparat z plecaka, ponieważ tutejsze świerki pokrywały grube czapy śniegu. Wyglądały przepięknie! Tym samym szlakiem szedłem z inną ekipą w lecie, dlatego widziałem, że idziemy dobrze. Za około 15min podchodzenia śnieżną drogą, dotarliśmy do skrzyżowania tras. Wydawało mi się, że czarny szlak wytyczono doliną przed nami, a Brygida chciała pójść dalej ulicą, ponieważ do schroniska musiała prowadzić jakaś droga dojazdowa i dzięki temu mielibyśmy łatwiej. Wiedzieliśmy, że nie pójdziemy szlakiem, ale liczyliśmy, że może będzie łatwiej. Widząc, jak wyglądało skrzyżowanie, stwierdziliśmy, że jeszcze nic nie jest przetarte i wiele czasu będziemy potrzebować, żeby dotrzeć chociaż do Hali Boraczej. Wszyscy zgodziliśmy się na wersję z drogą, żeby dojść na miejsce chociaż trochę szybciej. Z góry założyłem, że do Hali Lipowskiej lub Rysianki będę przecierać szlak i z pewnością zastanie nas zmrok na szlaku. Idąc drogą, na której zalegały grube warstwy ubitego śniegu szybko osiągaliśmy wysokość. Na jednym z wyżej położonych zakrętów mogliśmy zobaczyć, jak pięknie są oszronione góry. Tym bardziej chciałem już tam być! Liczyłem na ciekawą sesję foto, ponieważ taką zimę widziałem tylko w 2006 roku, bo w 2012 roku nie dostałem urlopu w czasie największych mrozów. W innych latach zima rozpoczynała się dopiero na początku wiosny. Podchodziliśmy drogą, aż dotarliśmy do osiedla położonego na szczycie mniej znaczącej góry. Brygida mówiła, że to są jej tereny rodzinne, dlatego znała okolicę i wiedziała, że gdzieś tutaj jest dom wypoczynkowy o nazwie „Wojtatówka”. Szybko go odnaleźliśmy. Powyżej osiedla widzieliśmy wyciąg dla narciarzy i liczyliśmy, że uda nam się przejść na drugą stronę, skąd moglibyśmy przejść jakąś inną drogą na Halę Boraczą. Widzieliśmy też, że przed wyciągiem wąska uliczka zakończona była wielkimi zaspami śniegu. Teraz przecierałem szlak, prowadząc dość stromym podejściem. Chcieliśmy dojść na samą górę wyciągu, obejść go i pójść dalej ścieżką w lesie. Na samej górze zorientowaliśmy się, że dalszej drogi nie ma. Wszystko dookoła pokrywała około półmetrowa warstwa śniegu, a w wielu miejscach wyznaczałem trasę przez zaspy. Postanowiliśmy, że zejdziemy wzdłuż wyciągu – jego krawędzią. Trochę ułatwiliśmy sobie sprawę, ale teraz widzieliśmy, że szlak na Halę Boraczą musi być nieprzetarty i wiele czasu nam upłynie zanim tam dojdziemy. Spotkana kobieta na wyciągu powiedziała nam, w którym kierunku jest Hala Boracza, ale dodała też, że zaspy są tak wielkie, że nie damy rady.

Zejście upływało nam bardzo szybko i nawet grała muzyka z głośników zamontowanych na drzewach. W trakcie naszego zejścia słyszeliśmy utwór Mike Perry – Inside the lines. W dolnej stacji wyciągu jakiś pan wyszedł z malutkiej drewnianej budki i zapytał, czy chcemy dojść do drogi. Odpowiedzieliśmy oczywiście, że tak i wskazał jedyną drogę na wprost przez las, ale dodał też, że będzie bardzo trudno, bo jest mnóstwo śniegu. Po raz kolejny musieliśmy przecierać szlak. Wszyscy zastanawialiśmy się, czy w ogóle przez te zarośla można dojść do celu. Mimo wszystko miałem pozytywne nastawienie i zacząłem przedzierać się przez zaspy. W wielu miejscach wpadałem aż po pas i co parę metrów musiałem szukać nowej drogi, utrzymując ogólny kierunek. Wszyscy mieliśmy wielki ubaw z tej trasy, bo facet powiedział, że będzie bardzo trudno, a my tymczasem wytyczyliśmy nasz własny szlak przez zaspy i gęste zarośla, zresztą też przysypane śniegiem. Na samym końcu, przy drodze, stanęliśmy przy około 2,5-metrowej skarpie. Jako, że nie dało się nią zejść, postanowiliśmy, że zjedziemy z niej na tyłku. W ten sposób doszliśmy do celu. Minęło około półtorej godziny, dlatego z dnia pozostało nam już tylko 2,5h. Szybko doszliśmy do skrzyżowania, gdzie na początku mieliśmy wątpliwości. Popatrzyliśmy za czarnymi znakami i wypatrzyliśmy pierwszy z nich po lewej na drzewie. Na szczęście okazało się, że szlak na Halę Boraczą jest przetarty skuterem śnieżnym, przez co musieliśmy iść tak, żeby zapadać się jak najmniej. Widzieliśmy też, że ktoś już poszedł w tamte strony. Szybko weszliśmy w gęsty, ale przepięknie ośnieżony las. Teraz termometr wskazywał -19’C. W kawiarni „Alaska” słyszeliśmy, że najniższa temperatura w nocy wynosiła -26’C. Uwielbiam takie warunki, dlatego chciałem jak najszybciej dojść do wysoko położonych, oszronionych drzew na szczytach, by zobaczyć niesamowite widowisko. Dojście na Halę Boraczą upływało nam bardzo szybko, ponieważ wędrowaliśmy ciągle w zacienionym lesie. Jego koniec oznaczał bezpośrednie wejście na Halę Boraczą. Mieliśmy tylko nadzieję, że dalej będą podobne warunki, dzięki czemu moglibyśmy podejść aż do Rysianki w nieco wolniejszym czasie niż w lecie. W zależności od miejsca, termometr pokazywał od -19’C do -21’C. Pod nogami aż trzaskał śnieg – w szczególności w zacienionych miejscach. Na Hali Boraczej nie poszliśmy do schroniska, bo znajdowało się nie na naszej trasie. Stanęliśmy tylko na chwilę, żeby nie utracić ciepła. Szybko zjedliśmy zamarzniętą czekoladę i wypiliśmy kubek ciepłej herbaty. Po raz pierwszy od ośmiu lat wziąłem termos z gorącą herbatą, czego nigdy wcześniej nie robiłem, a to tylko dlatego, ponieważ wiedziałem, że jakikolwiek napój w plastikowej butelce bardzo szybko by zamarzł w tej temperaturze. Trochę powyżej hali zacząłem robić mnóstwo zdjęć, ponieważ dochodziliśmy do oszronionych drzew. Po prawej stała drewniana chata i właśnie tam zacząłem fotografować okolicę, pokazując piękno tegorocznej zimy. W pobliżu chatki naszą uwagę zwrócił jeszcze drut kolczasty, który pokrył się niesamowitymi kryształkami śniegu i lodu, tworząc przepięknie zdobione ogrodzenie.

Trochę wyżej widzieliśmy górę, na której rosły tylko drzewa liściaste. Wszystkie pokryła bardzo gruba warstwa szronu. Kiedy to zobaczyłem, przyspieszyłem kroku, żeby zdążyć sfotografować całe widowisko w słońcu. Na samym dole, przed podejściem na tę górę, po lewej stronie zauważyliśmy inne, ale jakże ciekawe drzewo. Wyglądało jak radosny biegacz z uniesionymi rękoma do góry w trakcie dobiegania do mety. Zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć je z bliska na tle błękitu nieba. Kiedy zaczęliśmy podchodzić dość stromym zboczem, szliśmy tak, że góra rzucała cień na drzewa tak, że jedynie ich czubki oświetlało słońce. Z tego miejsca wyglądały jak płonące pochodnie. Wszyscy myśleliśmy, że najpiękniejsze widzieliśmy i że już nic więcej ciekawszego raczej nie wypatrzymy, a to dlatego, że nie potrafiliśmy nic piękniejszego sobie wyobrazić. Bardzo szybko zobaczyliśmy w jakim błędzie byliśmy. Temperatura spadła do -21’C na stałe, a to za sprawą zacienionego odcinka szlaku, którym podchodziliśmy. Kiedy okrążyliśmy lokalne wzniesienie, zobaczyliśmy, że najpiękniejsze jest przed nami! Od tego momentu, aż do skrzyżowania na Hali Redykalnej wędrowaliśmy w przecudnym lesie. Wszystkie drzewa pokrył tak gęsty szron, że każde drzewo tworzyło niepowtarzalną mozaikę! Szliśmy bardzo powoli przyglądając się praktycznie każdemu z nich. Widok był tak cudowny, że co chwilę robiłem zdjęcia, żeby utrwalić jak najwięcej obrazów z tych wyjątkowych miejsc. Nie przeszkadzał mi nawet fakt, że ręce marzły w kilka sekund. To nic, bo zdjęcia musiały być wykonane! Co kilkanaście metrów wszystko zmieniało się dookoła, dlatego przystawałem co chwilę i fotografowałem okolicę. Każdy z nas zachwycał się pięknem trasy. Najciekawszy odcinek przechodziliśmy przed Halą Redykalną, ponieważ drzewa rosły w skupiskach po pięć, po sześć sztuk, przez co podziwialiśmy jeszcze większe i bardziej złożone mozaiki na tle błękitnego nieba. Dodatkowo teraz szliśmy po słonecznej stronie góry, dlatego docierało do nas ciepłe światło słoneczne – chyba najlepsze dla fotografów. Korzystałem z tej okazji ile tylko mogłem. Mieliśmy też na względzie fakt, że nie mogliśmy stać zbyt długo, bo mróz nie dawał o sobie zapomnieć. Bardzo szybko marzły ręce i palce u stóp, dlatego musieliśmy ciągle iść, chociażby powolnym tempem. Nie mogliśmy nacieszyć naszych oczu tymi niespotykanymi widokami. Byłem już w wielu górach i przyznałem, że od samego początku, jak zacząłem w nie chodzić, to jeszcze nigdy nie widziałem takiego szronu i żeby swoim zasięgiem obejmował tak rozległe tereny! Zwykle widzi się go na jakimś małym skrawku, a tutaj jak okiem sięgał, zima wszystko zamroziła „na kość”.

Najciekawsze jednak miało nastąpić za chwilę, bo kiedy doszedłem jako pierwszy na Halę Redykalną, daleko w tle zobaczyłem Tatry. Na głos wykrzyczałem: Tatry! Przejrzystość powietrza była tak dobra, że bardzo wyraźnie mogliśmy dostrzec wiele szczegółów w tych górach. Pięknie oświetlało je słońce, dlatego szybko chwyciłem za aparat. Koniecznie chciałem utrwalić te widoki. Na krótką chwilę stanęliśmy w słońcu, by podziwiać panoramę Tatr. Nawet nie czuliśmy głodu. Ja standardowo, jak chyba każdy z nas, odczuwał głód gór... Taka to już pasja, że one ciągle nas przyciągają. Z Hali Redykalnej czekało nas podejście świerkowym lasem. Od tego momentu krajobraz zmienił się dosłownie w sekundę. Liściaste drzewa zastąpiły masywne choiny pokryte w całości śniegiem. Trudno było dostrzec chociaż kilka zielonych igieł! Mieliśmy wrażenie, że rosną tutaj tylko białe drzewa. Widok tak bardzo zachwycał, że podziwialiśmy praktycznie każdy odcinek szlaku. Najbardziej jednak zachęcała wspaniała panorama na Tatry. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć ją jeszcze raz z wyżej położonej trasy. Podchodziliśmy pod Boraczy Wierch 1244 m n.p.m. To już całkiem spora wysokość, ponieważ mróz pokrył wszystko bielą. Inna barwa w ogóle nie miała „dostępu” na te tereny. Tym bardziej wszystko dookoła zachwycało nas tak bardzo. Teraz myśleliśmy o Hali Lipowskiej, żeby dojść do niej. Dość szybko doszliśmy do miejsca zwanego Halą Bacmańską (Motykówką), gdzie po raz drugi mogliśmy popatrzeć na Tatry. Tutejszy widok znacznie bardziej mi się podobał, ponieważ panoramę przecinały tylko pojedyncze czubki białych świerków. Bez nich widok nie byłby taki efektowny. Tatry z tej perspektywy wyglądały jak Himalaje. Wydawały się odległe i niedostępne. Widok był niezwykły! Szybko więc zrobiłem kilka następnych zdjęć. Dalsze podejście odbywało się w lesie, dlatego odrabialiśmy częściowo straty z początku dnia. Chociaż nie szliśmy tempem takim, jak w lecie, to teraz mogliśmy obliczać czasy, które rzeczywiście będziemy potrzebować na pokonywanie kolejnych odcinków. Ciągłe podchodzenie i niejedzenie szybko wyczerpywało, ponieważ mróz nie pozwalał na dłuższą przerwę. Też odczuwałem głód, ale mimo wszystko miałem jeszcze wiele sił do przecierania szlaków. Z tego względu w miejscach, gdzie przechodziliśmy przez zaspy, wyznaczałem trasę. Podchodziliśmy tak, aż doszliśmy do rozległej otwartej przestrzeni zwanej Halą Gawłowską i Halą Bieguńską. Obowiązkowo wspomniałem o wielkich jagodach, które zbieraliśmy latem na tej hali z moją żoną – Monią. Wtedy zbieraliśmy je do wszystkiego, co było pod ręką i zabraliśmy dwa wiaderka ze schroniska na Lipowskiej, które użyczyła nam obsługa. Mieliśmy stąd wspaniały, niczym nie przysłonięty widok na Tatry. Trzeba przyznać, że panorama nie wyglądała tak efektownie, jak poniżej, ale nadal zachwycała. Dodatkowo teraz góry oświetlało czerwone światło zachodzącego słońca. Wszystkie drzewa pokryły się intensywnym, bardzo ciepłym światłem, co zdecydowanie dodało uroku okolicy. Koniecznie chciałem utrwalić na zdjęciach jak najwięcej szczegółów, bo kto wie, kiedy będziemy mieli znowu taką wspaniałą zimę?... Najwięcej mogliśmy zobaczyć z Hali Bieguńskiej, ponieważ dawała nam wgląd na całe Tatry. Dodatkowo mogliśmy podziwiać inne rozległe tereny.

Na Hali Bieguńskiej usłyszeliśmy jazgot silników. Pierwszy z nich wpadł bokiem w zaspę i utknął, ponieważ sami nie mieliśmy gdzie uskoczyć na bok. Szybko przyjechały jeszcze inne trzy skutery. Osoby je prowadzące zatrzymały się na chwilę, podyskutowały o tym, gdzie pojadą i odjechały dalej – w stronę Hali Lipowskiej. W tym miejscu zrobiłem jeszcze ostatnie zdjęcia zachodzącego słońca. Za chwilę poszliśmy dalej. Niebo szybko pociemniało. Las o tej porze dnia również zachwycał, ponieważ drzewa przybrały pięknej, różowo-fioletowej barwy. Do schroniska pozostało nam około 15min, dlatego mieliśmy czas, żeby iść nieco wolniej, jednocześnie ciesząc oczy niecodzienną zimą. Wtedy w naszych głowach zrodził się plan, żeby pójść na Pilsko następnego dnia, ponieważ dzisiaj pociąg się spóźnił, a my świadomie pogubiliśmy szlak na samym początku i tak naprawdę wykorzystaliśmy tylko niecałe trzy godziny, więc trudno byłoby nam wracać jeszcze tego samego dnia do domu, tracąc bezpowrotnie wiele wspaniałych widoków. Ciągle pamiętałem, że prawdziwa zima była w ostatnim dziesięcioleciu tylko w latach: 2006 i 2012. Nie mogliśmy więc zmarnować okazji. Postanowiliśmy, że zatrzymamy się na noc w schronisku na Hali Lipowskiej. Teraz mieliśmy -22’C. W podobnych warunkach zawsze staram się spać w namiocie, bo lubię silne mrozy. Mając na względzie innych członków naszej małej wyprawy mogłem tylko wspomnieć o tym, co lubię. Zresztą nie wzięliśmy nic ze sobą do spania, dlatego pozostał nam nocleg w schronisku. Na Hali Lipowskiej minęliśmy jeszcze dwóch fotografów, utrwalających moment zachodzącego słońca, a teraz panoramę Tatr o zapadającym zmroku. W schronisku, na samym wejściu przywitał nas bardzo dobrze znany duży pies z bardzo gęstą, brązową sierścią. Chociażby głaszcząc go, można było ogrzać sobie dłonie bardzo szybko. Dawał tyle ciepła. Zarówno na Hali Lipowskiej, jak i na Rysiance zabrakło miejsc noclegowych, dlatego zostało nam tylko spanie „na glebie”. Wiedziałem o tym, ponieważ obsługująca pani w bufecie podała mi numer do Rysianki. Dla nas to żaden problem, bo w końcu to jest klimat górskich wędrówek od schroniska do schroniska. Spanie zorganizowano nam na świetlicy, gdzie obsługa przyniosła materace i koce. Pomimo słabo grzejących kaloryferów temperatura w tym pomieszczeniu wynosiła tylko +11’C. Okna już dawno przymarzły i podczas pierwszej próby nie mogłem otworzyć ani jednego z nich. Po prostu chciałem zobaczyć, jak bardzo trzyma mróz. Najciekawszy jednak był widok zielonych kwiatów na parapecie, a za oknem zasp śnieżnych do połowy wysokości okna, jakby śnieg chciał wedrzeć się do środka. Myślałem, że spanie będzie dużo gorsze, ponieważ zwykle w schroniskach ludzie rozmawiają do później nocy, pijąc przy tym alkohol. Myślałem, że będzie głośno, jednak po godzinie 22.00 wszystko szybko umilkło i mogliśmy dobrze spać. Temperatura na świetlicy mogła być trochę wyższa, ale dla mnie i tak była komfortowa. Najgorsze były przeciągi, ponieważ czuliśmy, że gdzieś podwiewa nas z różnych stron. Dziwiłem się, że mogło wiać od okien, ponieważ zamarzły tak, że nie mogłem ich otworzyć. Najgorzej miała Brygida, bo następnego dnia czuła, że przez noc załatwiła sobie dość mocno gardło i kaszlenie sprawiało jej ból.

Szlak na Pilsko zimą
Nastał dzień drugi. Wstaliśmy o godzinie 6.00 rano z myślą, że obejrzymy wschód słońca o godzinie 7.35. Mieliśmy więc mnóstwo czasu, by się przygotować. Wziąłem ze sobą palnik i kuchenkę wyprawową Jetboil, dzięki czemu mogłem bardzo szybko zagotować wodę. Grzałem wodę do termosów, bo na dzisiaj potrzebowaliśmy znowu ciepłego picia na trasie. Nic nie zapowiadało mniejszych mrozów, dlatego wiedzieliśmy, że będziemy mieli powtórkę z wczoraj. Dzisiaj planowaliśmy wykorzystać cały dzień bez niepotrzebnych strat czasu. Najbardziej oczekiwałem ponownego ujrzenia pięknych świerkowych lasów i myślałem o długiej wędrówce w takim otoczeniu. W trakcie przygotowań udało mi się otworzyć jedno z okien i zostawiłem na zewnętrznym parapecie termometr. Wskazywał raz -18’C, a raz -19’C. Mieliśmy więc troszkę cieplej jak wczoraj. Z Hali Lipowskiej mieliśmy w około 15min dojść na Rysiankę, gdzie moglibyśmy podziwiać wspaniały wschód słońca, skąd dalej poszlibyśmy w stronę Pilska, jeśli tylko ktoś wcześniej przetarł szlaki. Gdyby jednak warunki uniemożliwiły wędrówkę, założyliśmy że wrócimy albo tą samą trasą, co wczoraj, albo pętlą przez Romankę, gdyby szlaki były przetarte chociaż trochę. Braliśmy pod uwagę krótki dzień i czas potrzebny na dojazd do domu. Ze schroniska wyruszyliśmy około godziny 7.20, a więc jeszcze przed wschodem słońca. Co prawda promienie pomału oświetlały Tatry piękną, ciepłą, pomarańczową barwą, stąd też wiedzieliśmy, że za kilka chwil dotrą i do nas. Kiedy dochodziliśmy w płaskim terenie przez gęste, świerkowe lasy do Hali Rysianka, zobaczyłem na zakręcie, że czerwienieją drzewa. Dopiero rozpoczynał się spokojnie dzień. Za kilka minut dotarliśmy do schroniska Rysianka. Na polanie spotkaliśmy fotografów w akcji z aparatami na statywach. Trzeba przyznać, że widoki mieliśmy piękne, ponieważ dopiero teraz słońce wyszło ponad linię Tatr i mogliśmy je w pełni zobaczyć. Całą okolicę rozświetliły piękne, bardzo ciepłej barwy promienie. Długo nie mogłem wyjść z zachwytu nad widokami, które tu zobaczyliśmy. Dodatkowo na skraju otwartej przestrzeni wypatrzyłem kilka małych krzewów, które tak samo, jak wczoraj, pokrywał gruby szron. Szybko podbiegłem do nich i zacząłem robić zdjęcia. Przez chwilę podziwialiśmy wschód słońca i rozległe, zimowe tereny.

Zastanawialiśmy się teraz, czy droga na Pilsko jest jakoś widoczna i czy warunki pozwolą tam dojść. Wypatrywałem znaków szlaków i ścieżki, która mogłaby nas poprowadzić. Na szczęście szybko znalazłem odpowiednie strzałki z opisami oraz tyczki wskazujące właściwą drogę w zimie. To dobre udogodnienie, ponieważ nawet, gdyby zalegało dużo więcej śniegu, to dzięki nim można było z łatwością odtworzyć przebieg szlaku. Interesował nas czerwony Główny Szlak Beskidzki, którym mieliśmy pójść na Trzy Kopce 1216 m n.p.m., skąd dalej moglibyśmy już bezpośrednio wejść na Pilsko. Bardzo ciekawie mieliśmy na samym początku, ponieważ na rozległem Hali Rysianka staraliśmy się iść właściwym szlakiem. Co chwilę widzieliśmy inne kolory szlaku, ale ogólny kierunek pasował nam do tego, co pokazywała mapa. Widzieliśmy też, że przejechał tędy wczoraj jedynie skuter śnieżny. Nikt nie przecierał szlaku. Mimo wszystko mogliśmy iść w miarę szybko, dlatego założyłem, że na Pilsko będziemy potrzebować około 4-5,5h, biorąc pod uwagę zimowe warunki. Latem z pewnością byłoby to około 3,5h do 4h. W międzyczasie trójka fotografów poszła tą samą trasą. Ciągle wędrowali za nami, w około stumetrowym odstępie. Utrzymywaliśmy ten dystans. W szczególności nie chciałem przeganiać Brygidy, bo słyszałem, że z jej gardłem jest nie najlepiej i szkoda by było, żeby ją jeszcze teraz przewiało. Mimo tego problemu chciała wejść na Pilsko, żeby siebie sprawdzić. Po przejściu Hali Rysianka weszliśmy w świerkowy las. Od samego początku widoki zachwycały, a drzewa wyglądały bajecznie! Szliśmy po zacienionej stronie stoku, dlatego odczuwaliśmy bardziej chłód. Mieliśmy -19’C i już więcej temperatura nie spadła poniżej tej wartości, poza szczytem Pilska. W około 40min mieliśmy dojść na Trzy Kopce. Doszliśmy w około 50min, co nas bardzo cieszyło, bo wiedzieliśmy, że warunki są bardzo dobre i czasy przejścia też takie będą. Cała droga od Hali Rysianki aż do Palenicy (Szyproh) 1345 m n.p.m. okazała się „sielankowym” przejściem, ponieważ ciągle wędrowaliśmy nieznacznie wznoszącą się, bardzo szeroką drogą prowadzącą przez bajeczne, zimowe lasy. Mogliśmy dzięki temu utrzymywać jednakowe i równomierne tempo. Kiedy doszliśmy do Trzech Kopców (to raczej niewyróżniający się szczyt w środku lasu) zauważyliśmy skrzyżowanie i niebieski szlak na Słowację. Myślałem, że to ten prowadzący na Pilsko z pominięciem Hali Miziowej, dlatego poszliśmy tam. W szczególności zachęcały nas oświetlone przestrzenie, podczas gdy my ciągle wędrowaliśmy w cieniu. Po około pięćdziesięciu metrach powiedziałem: „wyciągnę mapę i sprawdzę, czy tak się rzeczy mają”, cytując fragment wersetu z Biblii z Dziejów Apostolskich 11:17. Szybko zobaczyłem, że idziemy w przeciwną stronę – w stronę Krawców Wierch. To tylko 50m, dlatego nie straciliśmy nic. Wróciliśmy na nasz prawidłowy szlak. Trójka fotografów w czasie powrotu wyprzedziła nas. Dalej podchodziliśmy bardzo rozciągniętym zboczem, nie czując tym samym żadnego zmęczenia. Na trasie minęliśmy jeszcze dwie, ponad dwumetrowe, nawiane zaspy śnieżne, które wyglądały jak ruchome wydmy. Ktoś próbował przejeżdżać przez nie skuterem, bo widzieliśmy wielką wyrwę w każdej z nich. Wtedy wspomniałem, że wyglądają one jak lodowce na Mont Blanc. Bardzo przypominały mi tamtejszy krajobraz.

Podchodziliśmy tą drogą aż doszliśmy do prześwitu w lesie. Wtedy nasz szlak zamienił się w wąską ścieżkę prowadzącą krętą trasą pomiędzy drzewami i stromym zboczem. Tutaj skuter nie przetarł szlaku, z powodu niedostępności trasy, dlatego zapadaliśmy się bardziej. Trójka, która szła przed nami, wyznaczyła drogę przejścia przez stromizny. Cieszyłem się bardzo, ponieważ odtąd widzieliśmy znowu słońce i jak pięknie oświetla pobielone drzewa. Ponownie widzieliśmy najpiękniejsze zimowe widoki. Za jakieś 15min od rozpoczęcia podejścia doszliśmy na malutki szczyt w lesie, gdzie świeciło słońce. Mieliśmy stąd dobry widok na przebieg dalszej trasy. Weszliśmy na Palenicę (Szyproh). Za szczytem szlak prowadzi przez Halę Szczawina i właśnie tutaj mieliśmy najwięcej problemów. To znaczy, że na każdym otwartym terenie powstawały bardzo duże zaspy i przetarcie szlaku zajmowało wiele czasu. Widzieliśmy przed sobą tylko kilka śladów po skuterach, ale każdy z nich jechał inną trasą, co oznaczało, że śnieg nie będzie ubity. Jeden przejazd skuterem nie wystarcza, żeby można było przejść bez zapadania się. Faktycznie – za chwilę rozpocząłem przeprawę przez zaspy. Wpadałem co najmniej do kolan lub do pasa i patrzeliśmy, którędy poszła trójka fotografów przed nami, bo znikły jakiekolwiek ślady. Postanowiłem, że przetrę całą trasę w linii prostej do lokalnego wzniesienia zwanego Szczawina 1356 m n.p.m. Nasze tempo wyraźnie spadło, ale w około 25min udało mi się wytyczyć całą trasę. Dopiero po drugiej stronie hali zobaczyłem, że cała trójka poszła do lasu i zeszła wąskim pasem przecinki, którego normalnie z polany nie widać. Przed nami widniały kolejne tyczki prowadzące w dwóch kierunkach. Widziałem, które wybrała trójka przed nami, dlatego skierowałem dalszą „przecierkę” szlaku w tamtą stronę. Doszliśmy do lokalnej przełęczy, skąd rozpoczęliśmy podejście w zacienionym lesie, obchodząc nieco od lewej strony tę górę. Kiedy doszliśmy na jej szczyt zobaczyliśmy, że na Halę Miziową będzie kolejny, długi odcinek „sielankowej” przeprawy, czyli wędrówki szeroką drogą w lesie. Rzeczywiście tak było i teraz szliśmy w stronę Hali Miziowej. Ucieszyliśmy się na widok schroniska na Hali Miziowej, ponieważ zobaczyliśmy je wcześniej niż zakładaliśmy. Co prawda doszliśmy tutaj w 2h 40min od Hali Lipowskiej, ale dla nas to był bardzo dobry czas, biorąc pod uwagę zimowe warunki i zaspy.

Pilsko zimą
Brygida z powodu gardła zastanawiała się, czy iść na Pilsko. Jednak po chwili powiedziała: „ja nie dam rady? Jasne, że dam!”. Wszyscy jednak zastanawialiśmy się którędy wejdziemy, ponieważ oficjalne szlaki turystyczne zamieniły się w stoki pełne narciarzy. Przez dłuższą chwilę patrzyłem, gdzie najmniej ich zjeżdża. Szybko wypatrzyłem przejście oficjalnym czarnym szlakiem, podchodząc trzema bardzo stromymi stokami prowadzącymi do górnej części wyciągu. Wytyczyłem trasę przejścia lewą stroną trasy narciarskiej. Na szczęście nikt tędy nie jeździł. W około 20min doszliśmy do ogrodzenia z taśmy, które blokowało wjazd narciarzom na tę część stoku. Dzięki temu mieliśmy spokój. Powyżej, aż do małej, drewnianej budki, od czasu, do czasu naszą drogę ktoś przecinał, zjeżdżając z jednej trasy na drugą. Dlatego wypatrywaliśmy, którędy trzeba pójść, żeby ominąć główne ciągi zjazdowe. Na szczęście za wielkim kołem wyciągu czarny szlak turystyczny prowadził ścieżką wśród karłowatych drzew, a trasa narciarska przebiegała obok. Od drewnianej budki wiał bardzo silny i porywisty wiatr, co przy dzisiejszym mrozie powodowało bardzo szybkie wyziębienie. Stanęliśmy za nią i założyliśmy kominiarki. Od razu zrobiło się lepiej. W silnym wietrze poszliśmy do góry. Na szczycie Pilska widzieliśmy chmury pędzące z dużą prędkością. Brygida martwiła się o załamanie pogody, ale powiedziałem jej, że to nie jest chmura od opadów i załamania pogody, ale że jest to chmura orograficzna, czyli taka, która powstaje poprzez rozprężanie mas powietrza z dużą prędkością przechodzących przez szczyt. Dla mnie oznaczało to, że tylko na szczycie nic nie będziemy widzieli, a poniżej nas będzie nadal bezchmurna pogoda. Podchodziliśmy czarnym szlakiem coraz wyżej, aż w końcu pokonaliśmy drugie podejście o podobnej długości, co seria pierwszych trzech zboczy tworzących stromiznę. U samej góry drugiego stoku wiatr wywiał śnieg i na ścieżce odsłoniły się fragmenty lodu. Musieliśmy iść bardziej ostrożnie, wybierając właściwą drogę. Ze szczytu wzniesienia pozostało nam około 5-7min do celu. Tutaj nie mogliśmy zgubić szlaku, ponieważ ponownie prowadziły nas drewniane tyczki. Wierzchołek zniknął we mgle. Weszliśmy w chmurę orograficzną, która występowała tylko w rejonie kopuły szczytowej góry. Widzieliśmy przed nami tablice informacyjne oznaczające nasz cel. Tutejsze karłowate świerki wyglądały, jakby je dosłownie poskręcał mróz. Często pochylone w dół i skręcone w jedną ze stron, tworzyły białe i twarde bryły śnieżne. Widok przypominał trochę krajobraz księżycowy, ale przez to bardzo ciekawy, bo tylko niewielu wybrało wejście na Pilsko.

Weszliśmy na polski wierzchołek Pilska. Usłyszeliśmy od pewnej osoby, że po stronie słowackiej czeka jeden fotograf na okno pogodowe od około pół godziny. I ja tam chciałem dojść i zobaczyć, czy może coś się zmieni. Postanowiłem, że samemu pobiegnę na drugi szczyt i szybko wrócę. Po stronie słowackiej niestety nadal widoków nie zobaczyłem. Jedynie chwilami trafiałem na przebłyski. Cały wierzchołek pokrywała wielka tafla wypolerowanego lodu przez wiatr. Nawet wędrówka po równym terenie była bardzo trudna. Zrobiłem tylko kilka zdjęć i zawróciłem. Dołączyłem do ekipy. Na Pilsku temperatura spadła do -20’C. Schodząc niżej wszystko wracało do normy. Tak, jak mówiłem, za chwile wyszliśmy z chmury i znowu widzieliśmy piękne, błękitne niebo. Ponownie mogliśmy zobaczyć, jak chmury pędzą roztrzaskując się o szczyt zimowego Pilska. Zejście przebiegało bardzo szybko. Na trasie minęliśmy kilkoro innych turystów. Nawet szedł pewien pan po operacji serca. Jednak nie chciał wejść na samą górę, ale raczej towarzyszył swoim kompanom, po czym tamci poszli już bezpośrednio na wierzchołek Pilska. Wymienił z nami kilka zdań. Doszliśmy w końcu do drewnianej budki, która była granicą silnie wiejącego wiatru i spokojnych warunków. Potrójną serią zboczy tworzących stromiznę szybko zeszliśmy do schroniska na Hali Miziowej. Czując bardzo duży głód zamówiliśmy obiady, gdzie obowiązkowo musiały być frytki. Ja zamówiłem nawet dwie porcje i rzeczywiście pojadłem bardzo dobrze. Obok nas dosiadło się pewne małżeństwo, z którym zaczęliśmy rozmawiać o górach i o wspaniałej zimie tego roku. Kobieta stwierdziła, że teraz pod Pilskiem jest piękniej niż w Tatrach, bo tam wszystko w zimie jest surowe, a tu w Beskidach, jest większa różnorodność oraz lasy dodają górom uroku i klimatu. Coś w tym było, ponieważ po tym, co zobaczyliśmy uważałem tak samo. Z wczoraj wiedzieliśmy, że na Hali Gąsienicowej w nocy było aż -35’C. U nas zaledwie -26’C. Mieliśmy jeszcze wiele tematów do poruszenia, ponieważ omawialiśmy ubezpieczenia górskie i co musi być w nich zawarte, oraz trasy które warto przejść.

Po długim odpoczynku zaczęliśmy schodzić do Korbielowa, bo tak sobie umyśliliśmy, że tam też musi coś jechać do Żywca. Szlak prowadził praktycznie do samego Korbielowa trasami narciarskimi. Brygida denerwowała się na narciarzy podobnie, jak ja na samochody, podczas gdy szliśmy do Żabnicy. Rozdrażnienie wynikało z pewnością z faktu, że dotychczas przez dwa mieliśmy piękny spokój górski, a teraz tak nagle został on zaburzony. Staraliśmy się jak najszybciej pokonać wyznaczoną trasę, żeby jak najszybciej być już na przystanku. W dolnej części stoku byliśmy dodatkowo pod obstrzałem trzech armat śnieżnych, Mogliśmy od razu poczuć różnicę pomiędzy naturalnym a sztucznym śniegiem. Ten drugi jest znacznie gorszej jakości i z pewnością nieprzyjemny do zjeżdżania. Nie było sensu schodzić zielonym szlakiem, ponieważ co chwilę przecinał on stoki narciarskie, a w lasach nikt nie wytyczył drogi przejścia, stąd wystarczyło iść trasami dla narciarzy i dzięki temu szybciej dotarliśmy do Korbielowa. Mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ za 10min przyjechał bus. Wielu ludzi wracało z długiego weekendu z Tatr przez Korbielów, dlatego na przedmieściach Żywca powstawały długie korki. Miejscowy kierowca znał tutejsze drogi, dlatego jakimś objazdem przez wieś i zarośla ominął większość samochodów. W Żywcu na dworcu PKP stał już na peronie pociąg do Katowic i do odjazdu pozostało 15min. Zdążyliśmy jeszcze kupić bilety i szybko wrócić do domów.

Podsumowując wyjazd, trzeba powiedzieć, że mogliśmy zobaczyć jedną z najpiękniejszych zim w górach, jeśli nie najpiękniejszą… Widok oszronionych drzew liściastych dosłownie wgniatał w ziemię, a świerkowe lasy powyżej, pozwalały poczuć się jak w bajce. Silne mrozy nie były dla nas przeszkodą – wręcz przeciwnie – pewnikiem wspaniałych warunków i niecodziennych widoków, stąd, jeśli jeszcze kiedyś takie wystąpią, trzeba będzie je ponownie wykorzystać!

              
   
        
   
                                  
  

4 komentarze:

  1. Z Tobą Michale mogę być w pięknych miejscach:)pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że relacja spodobała Ci się. I ja Ciebie pozdrawiam Brygido :).

      Usuń
  2. Ładnie pokazałeś zimę. Właśnie taką uwielbiam !

    OdpowiedzUsuń