W końcu tej zimy doczekaliśmy się większych mrozów.
Ostatnie mroźne dni zapamiętałem z lutego 2012 i stycznia 2006 roku. Z tego
względu koniecznie chciałem pojechać w góry, żeby zobaczyć coś niezwykłego i
wyjątkowego. Jako, że co roku zimy były bardzo słabe, a na śnieg czekaliśmy zwykle
do wiosny, wiedziałem, że teraz będzie inaczej i koniecznie musiałem
wykorzystać tę sytuację. Zacząłem dzwonić do osób, które mogły by być
zainteresowane wyjazdem w góry, gdzie liczyłem na około -25’C. Mróz może miał
być trochę silniejszy niż zwykle, ale z pewnością przyczyniłby się do pięknych
widoków, których na co dzień nie można zobaczyć. Najbardziej myślałem o
oszronionych drzewach lub też śnieżnych kryształkach pokrywających wszystko w
okolicy. W końcu udało mi się skompletować ekipę do wyjazdu. Nikt z nas nie
miał samochodu, dlatego postanowiliśmy, że pojedziemy pociągiem z Katowic do
Węgierskiej Górki o godzinie 7.25. Z tej miejscowości mieliśmy pójść drogą
asfaltową (zasypaną śniegiem) do Żabnicy, skąd dalej poszlibyśmy czarnym
szlakiem na Halę Boraczą. W ogóle na ten dzień zaplanowaliśmy przejście do
Rysianki i zejście przez Romankę. Trasa w lecie liczyłaby około 6h wędrówki.
Biorąc pod uwagę krótki dzień w zimie, wiedzieliśmy, że raczej na pewno
zabraknie nam dnia i z tego względu wzięliśmy czołówki oraz palnik gazowy. Na
dworzec przyjechaliśmy o czasie, ale niestety zobaczyliśmy na tablicy
informacyjnej komunikat, że nasz pociąg jest opóźniony o 25min. Było nam szkoda
tego czasu, bo i tak krótki dzień stał się jeszcze krótszy. Większość pociągów
nie przyjeżdżała na czas z powodu silnego mrozu i oblodzonej trakcji. Teraz
mieliśmy -24’C. W górach musiało być jeszcze więcej. Pociąg przyjechał z około półgodzinnym
opóźnieniem i na miejsce dojechał jeszcze z dodatkowym poślizgiem o kolejne
30min, a więc straciliśmy już godzinę czasu. W Węgierskiej Górce byliśmy o
godzinie 10.00 rano. Teraz musieliśmy dojść jeszcze do Żabnicy. Długa droga
asfaltowa miała nam zabrać kolejną porcję czasu….
W Węgierskiej Górce termometr wskazywał tylko
-21’C, a to za sprawą słońca, które nieco ogrzewało powietrze. W ogóle z dworca
musieliśmy szukać właściwej drogi wyjścia, ponieważ ludzie wydeptali tylko
bardzo wąską ścieżkę prowadzącą do miasta. Przy torach jakiś pan odśnieżał
fragment ulicy i sypał solą tam, gdzie łączyły się szyny i powiedział nam,
żebyśmy zawrócili, bo jedyny otwarty sklep znajdziemy w centrum miasta.
Wiedziałem, że w Żabnicy jest kilka mniejszych sklepów i z pewnością nie mogą
być wszystkie pozamykane, dlatego poszliśmy w kierunku gór. Idąc najpierw przez
Węgierską Górkę do Żabnicy minęliśmy wejście na czerwony szlak na pasmo
Abramów. Najbardziej denerwowały mnie samochody, a raczej ich ilość, bo co
chwilę coś przejeżdżało i musieliśmy się zatrzymywać. Brygida powiedziała tylko
tyle, że w miarę przechodzenia Żabnicy będzie ich coraz mniej. Znała też
kawiarnię o nazwie „Alaska”, którą wyznaczyła za punkt odniesienia, gdzie
musieliśmy dojść, żeby rozpocząć wędrówkę szlakiem. W Żabnicy minęliśmy aż pięć
otwartych sklepów i wstąpiliśmy do jednego z nich, żeby dokupić prowiant, ponieważ
wyjazd zorganizowaliśmy nieplanowanie – raczej tak na szybko i nie mieliśmy
nawet kiedy coś kupić wcześniej, bo byliśmy w pracy. Przed sklepem widzieliśmy
małego psa, który co chwilę podnosił lewą, przednią łapkę, ponieważ nie
wytrzymywał z zimna, a właściciel robił zakupy. Kiedy usłyszeliśmy śpiewające
dwa ptaki w różnych miejscach, to powiedziałem na dźwięk pierwszego: „to on
jeszcze nie przymarzł?”… Niestety droga asfaltowa pokryta śniegiem i lodem nie
miała końca. To wszystko trwało dla mnie zbyt długo. Tym bardziej, kiedy
wszyscy patrzeliśmy na dosłownie „zamrożone na kość” oszronione góry przed sobą.
Chciałem już tam być! Na 1,5km przed „Alaską”, skąd nieco dalej swój początek
bierze czarny szlak na Halę Boraczą myśleliśmy nawet, że przeszliśmy rozwidlenie
dróg i zaczęliśmy wracać. Wtedy zapytaliśmy starszego pana stojącego przy
bramie o drogę i powiedział, że zostało nam jakieś 1,5km do „Alaski”. Co
ciekawe, ilość przejeżdżających samochodów ciągle była taka sama i denerwowało
mnie to, bo w górach zawsze marzyłem o spokoju. Sytuacja uspokoiła się dopiero
na samym końcu Żabnicy. Myślałem, że cała trasa zajmie nam około pół godziny, a
zajęła nam 1,5h, ponieważ błędnie założyłem czas, bo pół godziny jest do
czerwonego szlaku na pasmo Abramów. Droga strasznie dłużyła się i myślałem
tylko o tym, żeby być już wysoko w górach, bo wszyscy widzieliśmy, jak mocno są
oszronione drzewa. Ten widok przyciągał mnie jak magnes! W „Alasce” zrobiliśmy
krótki postój na 15min. Zegarek wskazywał godzinę 11.45. Musieliśmy iść,
ponieważ zachód słońca tego dnia miał być o 15.45. Mieliśmy więc tylko 4h dnia,
dlatego musieliśmy iść nieco szybciej, żeby zobaczyć coś więcej.
