
Bardzo długo marzyliśmy o tym, żeby wejść na Mt.
Blanc – szczególnie Maciek, ponieważ od trzech lat wybierał się na tę górę, a
jednak zawsze coś stawało mu na drodze w realizacji tego marzenia. Ja byłem na
szczycie góry w 2010 roku, dlatego z miłą chęcią wróciłbym jeszcze raz, aby
zobaczyć, co się zmieniło. Julek był zupełnie nową osobą w ekipie. Chodził w
Tatrach zimą, dlatego chciał poszerzyć swoje doświadczenie górskie. Ostatnią
osobą w składzie była Brygida. Ona, podobnie, jak Julek też chciała poszerzyć
swoje doświadczenie górskie. Wykrystalizował się zatem skład, gdzie dwie osoby
były już w Alpach, a dwie jeszcze nie. Przed wyjazdem skompletowaliśmy
potrzebny sprzęt, również ten do wyciągania ze szczelin. W trakcie omawiania
trasy przejścia i aktualnych wydarzeń związanych z Mt. Blanc, mieliśmy niezły
mętlik w głowie. Nie od dziś wiadomo, że władze Francji od 1 czerwca 2019
wprowadziły konieczność wykupienia noclegu w schronisku Gouter lub Tete Rousse,
a ustalonego porządku ma pilnować wysokogórska żandarmeria wojskowa. Celem nałożonego
ograniczenia jest wyeliminowanie „niedzielnych” turystów oraz zbyt dużej ilości
alpinistów, którzy chcieliby wejść na szczyt – głównie tych początkujących z
„przewodnikiem” bez uprawnień. Do 2019 roku w ciągu jednego dnia próbowało
swojego wejścia aż 300-350 osób. Po wprowadzeniu ograniczeń ma być tylko 214
osób od strony francuskiej. Nie chcąc jechać w nieznane pod względem
zamieszania z pozwoleniami, czy wymuszonymi noclegami, postanowiliśmy, że
wybierzemy znacznie ciekawszą drogę włoską, zwaną drogą papieską. Trasa jest
znacznie trudniejsza od francuskiej, którą idą tłumy, dlatego cieszyliśmy się,
że zobaczymy coś nowego. Pierwszym razem wchodziłem od strony francuskiej,
dlatego już na samą myśl o wejściu od strony włoskiej cieszyłem się bardzo, bo
Mt. Blanc mogłem traktować jak górę, na którą wchodzę pierwszy raz. Każdy z nas
miał więc podobny cel. Na pewno nikt się nie będzie nudzić, a tym bardziej
narzekać, że już tam był. Rozpoczęły się zatem przygotowania.
Na początku określiliśmy, co jest nam potrzebne,
żeby wyprawa mogła odbyć się sprawnie. Mając tydzień czasu, postanowiliśmy, że
wejdziemy na Mt. Blanc 4810 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i
Zumsteinspitze 4653 m n.p.m. Pewnie pomyślisz, że plany mieliśmy dość
wymagające, jak na tydzień czasu, ale to jest możliwe, nawet mając dwie nowe
osoby w składzie. Całą organizacją zajął się głównie Maciek. Pożyczył samochód
Dacia Duster, który miał pomieścić nasze plecaki i jedzenie na całą wyprawę. Z
poprzedniego roku, z wyprawy na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m., wiedzieliśmy,
że potrzeba naprawdę dużo miejsca. Trasę również opracował Maciek. Ja też
poczytałem o niej i oglądnąłem wszystkie możliwe filmy (jest ich bardzo mało w
polskim Internecie), żeby mieć rozeznanie. Głównie przygotowałem się na Monte
Rosę, bo tam działałem od kilku lat. Znałem większość tras na popularne szczyty
oraz wszystkie trudności, które mogą na nas czyhać. Podzieliliśmy więc
informacje na pół: Maciek zbiera wszystko o Mt. Blanc, a ja wszystko o Monte
Rosa. Kolejny temat, to wyposażenie na każdego uczestnika wyprawy. Zrobiliśmy
długą listę, co kto potrzebuje, żeby każdemu wszystkiego wystarczyło. Ja
podszedłem do tego tematu następująco: