Długo myśleliśmy o wyjeździe w Alpy. Każdy z nas z
osobna, pomimo tego, że w większości nawet nie znaliśmy się w ogóle. Tak się
złożyło, że ja i trzech innych kolegów mieliśmy podobne plany, by pojechać w
Alpy od 6 lipca. Nadarzyła się okazja, dlatego na Facebooku w jednej z grup
szybko umówiliśmy się na konkretny termin. Późniejsze rozmowy zeszły do
„podziemi”. W ten sposób w dwa dni ustaliliśmy praktycznie wszystko – od
rzeczy, które zabierzemy ze sobą, aż do środków transportu. Ułożyliśmy plan,
jakie góry będziemy odwiedzać oraz ile czasu będziemy potrzebować na każdą z
nich. Najważniejsza jednak była pogoda, dlatego postanowiliśmy, że nawet jeśli
jej zabraknie, to przesuniemy nasz wyjazd o tydzień do przodu. Bez dobrej
pogody nie ma co wyjeżdżać. Po długich rozmowach ustaliliśmy, że pojedziemy
pożyczonym samochodem od Maćka, który z Warszawy przyjedzie najpierw do Radka,
a później do Szymona. Na końcu do mnie. Początek mocno nam się opóźnił,
ponieważ ode mnie mieliśmy pojechać o godzinie 22.00, a Maciek przyjechał na
godzinę 00.20. Nie dziwiłem się, ponieważ trzeba było dojechać z Warszawy do
Jaworzna i załadować od każdego rzeczy. To samo czekało u mnie, tyle że
bagażnik był już cały zapełniony. Wydawało się, że nic więcej nie upchamy. Zmieniliśmy
trochę ułożenie plecaków i dzięki temu dość szybko udało nam się upakować cały
sprzęt. Plecaki i jedzenie na wyprawę ułożyliśmy praktycznie pod sam sufit.
Nasza trasa miała liczyć około 1382 km – większość przez Niemcy. Siedziałem z
przodu, więc pilnowałem, żebyśmy nie przegapili zjazdów na niemieckich
autostradach. Przejazd przez polską autostradę A4 upływał nam w nocy bardzo
szybko, ponieważ dopiero poznawaliśmy się. Dla osób nie chodzących po górach
może to być dziwne, że spotykają się nieznane sobie osoby, które mają ten sam
cel i „w ciemno” realizują dane marzenie. Tak to najczęściej wygląda, ponieważ,
trudno znaleźć wśród znajomych choć jedną osobę, która będzie w stanie pojechać
w Alpy na najwyższe szczyty i dodatkowo będzie miała odpowiednie doświadczenie.
Dlatego zazwyczaj tak to wygląda, że odpowiednich osób poszukuje się w różnych
grupach górskich w internecie.
W trakcie jazdy opowiadaliśmy o górach i naszych
wyprawach. Kierował niestrudzenie Maciek, który z Warszawy przejechał już 400
km do mnie, a właśnie dojeżdżał pod granicę niemiecką... W tym czasie
poruszyliśmy temat naszych zaplanowanych gór – Mt. Blanc 4810 m n.p.m. i Dom de
Mischabel 4545 m n.p.m. Wspólnie ustaliliśmy, że najpierw pójdziemy na Dom de
Mischabel, a dopiero później na Mt. Blanc. Dlaczego tak? Ponieważ, na Mt. Blanc
odwiedziły dwie osoby z naszej ekipy kilka lat temu, a Dom de Mischabel był dla
każdego czymś zupełnie obcym. Prawie dla każdego… Zarówno na jednej, jak i na
drugiej górze już byłem. Znając całą trasę na górę Dom, od razu wiedziałem, że
chcę wejść tam jeszcze raz. Mt. Blanc, jak dla mnie, mógł nie wyjść, bo ta góra
nie miała większego znaczenia, poza tym, że chciałbym ją lepiej sfotografować.
Góra Dom podobała mi się za jej fenomenalną przyrodę, przepiękne widoki, oraz
niesamowitą trasę na szczyt. Najpiękniejszy jednak jest widok ze szczytu w
stronę Włoch, który niezmiennie uznaję za drugi najpiękniejszy w całej Europie!
Pierwsze miejsce dzierży niezmiennie Punta Gnifetti. Jednogłośnie wybór padł na
górę Dom de Mischabel, co mnie bardzo ucieszyło. Teraz pozostało tylko dojechać
na miejsce i rozpocząć wyprawę. GPS pokazywał, że na godzinę 15.38 dotrzemy do
Randy – małej wioski u stóp naszej góry. Każdy chciał już tam być. Tym
bardziej, że naopowiadałem bardzo dużo o pięknie Randy i Dom de Mischabel, oraz
o całej trasie dojściowej. Droga na wierzchołek zawsze mnie zachwycała, dlatego
już cztery razy wybrałem szlak do schroniska pod górą Dom. Autostradą A4
kierowaliśmy się w kierunku Dresden, po czym na 20 km przed zjazdem zauważyłem,
że za niedługo powinniśmy zmienić drogę. Prawie przegapiliśmy nasz zjazd. Później
czekała nas nudna, monotonna, około 7-godzinna jazda autostradami aż za
Stuttgart. Przez cały ten czas nic się nie zmieniało. Widzieliśmy ciągle
jednakowe pola, wiatraki i małe lasy. Przy takich krajobrazach można było
zasnąć. W miarę każdego postoju widzieliśmy, że czas dotarcia do Randy wydłużał
się - aktualnie do godziny 17.28. Zastanawialiśmy się o ile jeszcze nam się
opóźni cały plan… Po przejechaniu 500 km od mojego domu po raz pierwszy
zapaliła się żółta kontrolka „sprawdź silnik”. Nic jednak nie wskazywało na
żadne problemy. Samochód jechał bez problemu, a poziom oleju też był taki, jaki
powinien być.