WYKORZYSTANIE
WIEDZY O CHMURACH I POGODZIE
Standardowo
wstałem o godzinie 5.50, aby swoim zwyczajem sprawdzić niebo. Zobaczyłem, że
jest całe siwe, ale wiedziałem, że będę miał bardzo dobrą pogodę, dlatego
wstałem. Damianowi powiedziałem: ‘niebo jest siwe, ale za godzinę te chmury się
rozlecą i będzie słońce’. Dlaczego tak pomyślałem? Ponieważ codziennie zajmuję
się obserwacją chmur, badaniem pogody i klimatu, a robię to od 2000 roku.
Patrzyłem na chmury o nazwie stratocumulus stratiformis perlucidus. Pod nią
kryje się charakterystyka oraz jej właściwości. Pomimo, że nie miałem
możliwości spojrzenia na nie z wysokości, aby ocenić ich strukturę i grubość,
to wiedziałem, że: siwa warstwa jest cienka, jest równomiernie popękana, oraz
że wspomniana struktura ‘żyje’ maksymalnie trzy godziny po wschodzie słońca. Mając
takie dane postanowiłem, że wstaję i przygotowuję się do wyjścia w góry. Damian
i Basia powiedzieli: ‘zostajemy i pójdziemy w ciągu dnia na swoje trasy, gdzie
odpoczniemy’.
sobota, 23 marca 2024
Gruzja - Swanetia, cz. 4: skalny grzebień 3352 m n.p.m. i grań Podarok 3682 m n.p.m. – samotny rajd
DZIEŃ 8 – SKALNY GRZEBIEŃ 3352 m n.p.m. i GRAŃ PODAROK 3682 m n.p.m. – SAMOTNY RAJDPo
wczorajszym spotkaniu z gospodarzem trwającym do późnego wieczora mieliśmy
wrażenie, że jeszcze rano będziemy musieli odpoczywać z powodu kaca. Tymczasem
założyłem kolejne, wczesno poranne wyjście w góry, w przypadku, gdyby
przywitało nas niebieskie niebo. Ekipa stwierdziła, że nie ma już sił na kolejne
wysokie góry, dlatego umówiliśmy się, że wyruszę sam, a każdy z nas spędzi
dzień na odpoczynku według własnych upodobań. Każdy lubił co innego: Basia
potrzebowała samotności i spokoju, Damian ciszy i wody w otoczeniu gór, a ja
wysokich gór i kwiecistych polan. Z taką myślą położyliśmy się spać
wczorajszego późnego wieczoru.
sobota, 17 lutego 2024
Gruzja - Swanetia, cz. 3: bezimienna góra 3106 m n.p.m., Zagaro Pass 2623 m n.p.m.
DZIEŃ 6 – BEZIMIENNA GÓRA 3106 m n.p.m.
Wszystkie
oficjalne szlaki w okolicach Ushguli już przeszliśmy, a nawet mieliśmy jedną
pozaszlakową górę na koncie tylko dlatego, że pomyliłem trasę w drodze na
przełęcz Lagem. Dzięki temu mogłem wejść na bezimienną górę o wysokości 3242 m
n.p.m. Dzisiaj przyszedł czas na drugi bezimienny szczyt – tym razem o
wysokości 3106 m n.p.m. Jako że nikt z nas nie miał ochoty opuszczać pięknej
wioski, na każdy dzień wymyślałem kolejne szczyty, trasy i szlaki, które
moglibyśmy przejść. Dzisiejsza góra miała być najbardziej wymagająca, ponieważ
nie prowadził na nią żaden szlak. Miałem jedynie informacje z mapy, gdzie
zaznaczono możliwy przebieg ścieżki, która przy obecnej porze roku i bujnie
rozrastających się chaszczach, mogła już dawno zaniknąć. Nie mogłem jednak tego
stwierdzić jednoznacznie, dopóki nie sprawdzimy, jak jest naprawdę. Aby
rozpocząć wędrówkę na tę górę musieliśmy wykorzystać początkowy fragment
oficjalnej trasy na lodowiec Shkhara. Około 600 m za drugim mostem odbiegała
początkowo błotnista ścieżka, przecinająca pod ukosem trawiaste zbocza. Wystarczyło,
że wyszliśmy za obszar wioski, a podszedł do nas pierwszy pies. Znaliśmy go, a
on nas. Był to stary kaukaz, który wchodził z nami drugiego dnia oraz podczas
wędrówki na lodowiec Shkhara. Pogłaskaliśmy go na przywitanie. Widać, że nie
miał siły chodzić po górach, dlatego dość szybko zawrócił i odpoczywał.
Najwidoczniej był głodny. Rzuciliśmy mu coś do jedzenia. Nieco dalej, na
wysokości terenu przewidzianego na kemping oraz tam, gdzie stały dwie drewniane
budki wyciągu narciarskiego, przeszliśmy obok pasącego się stada koni. Kiedy
poszliśmy nieco dalej, ono zaczęło iść za nami. Podobnie, jak podczas
wcześniejszych dni, konie były przyjaźnie nastawione, zbiegały się wokół nas,
po czym zaczęły nas lizać. Zdążyliśmy zrobić kilka ciekawych ujęć, nawet z
młodym źrebakiem.
Tego
dnia słońce świeciło pełną parą. Ponownie podziwialiśmy z bliska białą ścianę Bezingi,
która wręcz zachwycała. Cieszyliśmy się bardzo, że mamy bardzo dobrą pogodę. Czas
szybko upływał. Mieliśmy już szósty dzień wędrówek. Każdy z nas czuł zmęczenie
po poprzednich trasach, ale jednak nadal chcieliśmy poznawać coś nowego. Podobnie
jak wczoraj, źle zadziałała u mnie psychika. Posiadałem duże siły, zmęczenie organizmu
dawało o sobie znać, ale jeszcze sporo mogłem pociągnąć. Jednak świadomość, że
w krótkim czasie przechodzę ten sam fragment powodowała, że brakowało mi
„napędu”. Potrzebowałem czegoś, co doda mocy moim nogom, by mogły iść dalej.
Wczoraj tym czynnikiem była wyłaniająca się Ushba ponad lesistymi zboczami, a
dzisiaj najwidoczniej potrzebowałem czegoś nowego, czego jeszcze nie znałem.
Wiedziałem, że kiedy rozpoczniemy wędrówkę w nieznane, wówczas znajdzie się
czynnik, który napędzi mnie do dalszej wędrówki. Z drugiej strony wiele radości
dawał mi odcinek, którym aktualnie wędrowaliśmy, pomimo że szliśmy nim drugi
raz. Od samego początku mieliśmy pewnego rodzaju atrakcje na szlaku, ponieważ
przywitał nas stary pies, za chwilę przyjazne stado koni, a za drugim mostem
wchodziliśmy na rozległe, zielone polany pełne kwiatów. Sam początek trasy daje
nam możliwość podziwiania jednego z najpiękniejszych widoków, które zobaczymy
podczas całego wyjazdu. Mówię o pięknej, długiej kaskadzie utworzonej na dwóch
zboczach trawiastych gór, które tworzą niesamowite tło dla zielonej polany
pełnej żółtych pierwiosnków. Dalej przecinaliśmy kolejne pofałdowania terenu,
gdzie żywo-zieloną trawę pokrywały tysiące białych kwiatów. Właśnie z tej
perspektywy najbardziej podobała mi się Ściana Bezingi, ponieważ pięknie
komponowała się z zielenią i jasnoniebieskim niebem. Słońce wzeszło niedawno,
dlatego aktualnie mieliśmy najpiękniejsze warunki do zdjęć.
DZIEŃ 6 – BEZIMIENNA GÓRA 3106 m n.p.m.
Wszystkie oficjalne szlaki w okolicach Ushguli już przeszliśmy, a nawet mieliśmy jedną pozaszlakową górę na koncie tylko dlatego, że pomyliłem trasę w drodze na przełęcz Lagem. Dzięki temu mogłem wejść na bezimienną górę o wysokości 3242 m n.p.m. Dzisiaj przyszedł czas na drugi bezimienny szczyt – tym razem o wysokości 3106 m n.p.m. Jako że nikt z nas nie miał ochoty opuszczać pięknej wioski, na każdy dzień wymyślałem kolejne szczyty, trasy i szlaki, które moglibyśmy przejść. Dzisiejsza góra miała być najbardziej wymagająca, ponieważ nie prowadził na nią żaden szlak. Miałem jedynie informacje z mapy, gdzie zaznaczono możliwy przebieg ścieżki, która przy obecnej porze roku i bujnie rozrastających się chaszczach, mogła już dawno zaniknąć. Nie mogłem jednak tego stwierdzić jednoznacznie, dopóki nie sprawdzimy, jak jest naprawdę. Aby rozpocząć wędrówkę na tę górę musieliśmy wykorzystać początkowy fragment oficjalnej trasy na lodowiec Shkhara. Około 600 m za drugim mostem odbiegała początkowo błotnista ścieżka, przecinająca pod ukosem trawiaste zbocza. Wystarczyło, że wyszliśmy za obszar wioski, a podszedł do nas pierwszy pies. Znaliśmy go, a on nas. Był to stary kaukaz, który wchodził z nami drugiego dnia oraz podczas wędrówki na lodowiec Shkhara. Pogłaskaliśmy go na przywitanie. Widać, że nie miał siły chodzić po górach, dlatego dość szybko zawrócił i odpoczywał. Najwidoczniej był głodny. Rzuciliśmy mu coś do jedzenia. Nieco dalej, na wysokości terenu przewidzianego na kemping oraz tam, gdzie stały dwie drewniane budki wyciągu narciarskiego, przeszliśmy obok pasącego się stada koni. Kiedy poszliśmy nieco dalej, ono zaczęło iść za nami. Podobnie, jak podczas wcześniejszych dni, konie były przyjaźnie nastawione, zbiegały się wokół nas, po czym zaczęły nas lizać. Zdążyliśmy zrobić kilka ciekawych ujęć, nawet z młodym źrebakiem.
Tego
dnia słońce świeciło pełną parą. Ponownie podziwialiśmy z bliska białą ścianę Bezingi,
która wręcz zachwycała. Cieszyliśmy się bardzo, że mamy bardzo dobrą pogodę. Czas
szybko upływał. Mieliśmy już szósty dzień wędrówek. Każdy z nas czuł zmęczenie
po poprzednich trasach, ale jednak nadal chcieliśmy poznawać coś nowego. Podobnie
jak wczoraj, źle zadziałała u mnie psychika. Posiadałem duże siły, zmęczenie organizmu
dawało o sobie znać, ale jeszcze sporo mogłem pociągnąć. Jednak świadomość, że
w krótkim czasie przechodzę ten sam fragment powodowała, że brakowało mi
„napędu”. Potrzebowałem czegoś, co doda mocy moim nogom, by mogły iść dalej.
Wczoraj tym czynnikiem była wyłaniająca się Ushba ponad lesistymi zboczami, a
dzisiaj najwidoczniej potrzebowałem czegoś nowego, czego jeszcze nie znałem.
Wiedziałem, że kiedy rozpoczniemy wędrówkę w nieznane, wówczas znajdzie się
czynnik, który napędzi mnie do dalszej wędrówki. Z drugiej strony wiele radości
dawał mi odcinek, którym aktualnie wędrowaliśmy, pomimo że szliśmy nim drugi
raz. Od samego początku mieliśmy pewnego rodzaju atrakcje na szlaku, ponieważ
przywitał nas stary pies, za chwilę przyjazne stado koni, a za drugim mostem
wchodziliśmy na rozległe, zielone polany pełne kwiatów. Sam początek trasy daje
nam możliwość podziwiania jednego z najpiękniejszych widoków, które zobaczymy
podczas całego wyjazdu. Mówię o pięknej, długiej kaskadzie utworzonej na dwóch
zboczach trawiastych gór, które tworzą niesamowite tło dla zielonej polany
pełnej żółtych pierwiosnków. Dalej przecinaliśmy kolejne pofałdowania terenu,
gdzie żywo-zieloną trawę pokrywały tysiące białych kwiatów. Właśnie z tej
perspektywy najbardziej podobała mi się Ściana Bezingi, ponieważ pięknie
komponowała się z zielenią i jasnoniebieskim niebem. Słońce wzeszło niedawno,
dlatego aktualnie mieliśmy najpiękniejsze warunki do zdjęć.
środa, 24 stycznia 2024
Gruzja - Swanetia, cz. 2: Lagem Pass 2990 m n.p.m., bezimienna góra 3242 m n.p.m., Gvibari 2943 m n.p.m., Latpari Pass 2834 m n.p.m.
DZIEŃ 4 – LAGEM PASS 2990 m n.p.m., BEZIMIENNA GÓRA 3242 m
n.p.m. (BEZPOŚREDNIO WIDOCZNA Z ŁAWKI PRZED NASZYM POKOJEM) – CZYLI JAK BŁĄD NA
MAPIE ZAPROWADZIŁ NAS W ZNACZNIE LEPSZE MIEJSCE, OFERUJĄCE NIESAMOWITE WIDOKI
Słyszałem
w nocy, że Damianowi oddycha się ciężko. Miał „zawalony” nos. Pomyślałem, że
dzisiaj nie da rady wyjść w góry, ponieważ choroba tylko by postąpiła. Co
prawda na zegarku miałem 2.00 w nocy, ale mimo wszystko nie liczyłem, że tak
szybko dojdzie do zdrowia. Wstałem o standardowej godzinie – 5.30 rano.
Zobaczyłem, że niebo jest idealnie czyste, niebieskie. Od razu ciągnęło mnie w
wysokie góry. W głowie miałem zupełnie nową trasę tam, gdzie jeszcze nas nie
było – Lagem Pass 2990 m n.p.m. Obudziłem wszystkich o godzinie 5.50 rano. Basia
wstała chętnie, a Damian po dłuższej chwili powiedział: ‘dzisiaj nie dam rady,
ale wy idźcie, jak chcecie, ja będę tutaj w pokoju leżał’. Przygotowaliśmy
ciepłą zupę i izotoniki. Bardzo ciekawiła mnie nowa trasa, co na niej
zobaczymy. Fragment ścieżki prowadzącej na przełęcz widziałem pierwszego dnia,
kiedy szliśmy na lodowiec Shkhara. Wydawała mi się jakaś dziwnie brązowa.
Z pokoju
wyruszyliśmy o 7.12. Damian tymczasem leżał w łóżku. Gorączka ustąpiła rano,
tyle że miał typowe objawy przeziębienia. Przywitała nas piękna pogoda.
Mieliśmy nadzieję, że i tego dnia będziemy mogli w pełni podziwiać przepiękne
widoki. Nasza trasa prowadziła w stronę lodowca, ale my mieliśmy przejść jej
tylko początkowy fragment – pierwsze 1,5 km, czyli trochę dalej niż most na
rzece Enguri. Mogliśmy wybrać pierwszą lub drugą przeprawę, po czym za 400 m
rozpocznie się szlak właściwy. Idąc ścieżką w stronę muzeum etnograficznego,
jeszcze połowę dolnej części zielonej „zamszowej” góry pokrywał cień. Powoli
przesuwał się ku rzece Enguri. Najpiękniejszy widok jest około godziny
7.30-7.40, kiedy jego granica przechodzi przez polany, gdzie pasą się konie i
krowy. Wspominaną górę na dwie części dzieli głęboki żleb. Tworzy on podłużną
dziurę/urwisko przypominające kanion, który nie zostaje oświetlony, podczas gdy
okolica jest w całości nasłoneczniona. Wielka wyrwa i jasne, żywo zielone trawy
tworzą bardzo duży kontrast. O tej porze naturalna dziura zarośnięta trawami
wygląda, jak ogromna przepaść, do której mogą wpaść zwierzęta. W późniejszej
porze dnia widać, że wielki rów, którym spływają wody lokalnego potoku
wpadającego do rzeki Enguri, to jedynie złudzenie optyczne. Podziwiając omawiany
piękny widok poszliśmy dalej, poza ostatnie wieże wioski Ushguli. Przyszedł
tylko jeden pies. Mieliśmy wrażenie, że gdzieś go już spotkaliśmy. Nie
spieszyłem się. Założyłem, że będziemy iść takim tempem, abyśmy mogli wszystko przeżywać,
a nie zaliczać. Za lokalnym wzgórzem, na którym stała wieża kościoła, w najwyżej
położonej części Ushguli, szeroka ścieżka łączyła się z główną drogą, którą
jeździły taksówki wożące turystów z Mestii do lodowca Shkhara, a raczej do
ostatniego płaskiego fragmentu, ponieważ na 2,4 km przed lodowcem trzeba iść
wąską ścieżką przez zarośla. W opisywanym miejscu widniały dwie drewniane budki
wyciągu narciarskiego. Dookoła kwitły niebieskie niezapominajki. Bardzo
uwielbiam ich widok, ponieważ zdobiły okolicę i przywoływały piękne
wspomnienia. Parędziesiąt kroków dalej, po prawej stronie widzieliśmy pięć
koni. Przeszliśmy obok nich. Stały przed miejscem wyznaczonym na kemping, czyli
tam, gdzie jest idealnie płaska polana. Dalej droga prowadziła w kierunku dwóch
mostów na rzece Enguri. Wybraliśmy ten drugi, ponieważ prowadził bezpośrednio
do celu. Pierwsza przeprawa dawała niesamowitą okazję zobaczyć naturalny kanion,
częściowo zarośnięty młodymi brzozami, którym płynęła Enguri. Widok jest
niesamowity! W godzinach popołudniowych można wykonać kilka jego ciekawych ujęć.
DZIEŃ 4 – LAGEM PASS 2990 m n.p.m., BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m. (BEZPOŚREDNIO WIDOCZNA Z ŁAWKI PRZED NASZYM POKOJEM) – CZYLI JAK BŁĄD NA MAPIE ZAPROWADZIŁ NAS W ZNACZNIE LEPSZE MIEJSCE, OFERUJĄCE NIESAMOWITE WIDOKI
Słyszałem
w nocy, że Damianowi oddycha się ciężko. Miał „zawalony” nos. Pomyślałem, że
dzisiaj nie da rady wyjść w góry, ponieważ choroba tylko by postąpiła. Co
prawda na zegarku miałem 2.00 w nocy, ale mimo wszystko nie liczyłem, że tak
szybko dojdzie do zdrowia. Wstałem o standardowej godzinie – 5.30 rano.
Zobaczyłem, że niebo jest idealnie czyste, niebieskie. Od razu ciągnęło mnie w
wysokie góry. W głowie miałem zupełnie nową trasę tam, gdzie jeszcze nas nie
było – Lagem Pass 2990 m n.p.m. Obudziłem wszystkich o godzinie 5.50 rano. Basia
wstała chętnie, a Damian po dłuższej chwili powiedział: ‘dzisiaj nie dam rady,
ale wy idźcie, jak chcecie, ja będę tutaj w pokoju leżał’. Przygotowaliśmy
ciepłą zupę i izotoniki. Bardzo ciekawiła mnie nowa trasa, co na niej
zobaczymy. Fragment ścieżki prowadzącej na przełęcz widziałem pierwszego dnia,
kiedy szliśmy na lodowiec Shkhara. Wydawała mi się jakaś dziwnie brązowa.
Z pokoju
wyruszyliśmy o 7.12. Damian tymczasem leżał w łóżku. Gorączka ustąpiła rano,
tyle że miał typowe objawy przeziębienia. Przywitała nas piękna pogoda.
Mieliśmy nadzieję, że i tego dnia będziemy mogli w pełni podziwiać przepiękne
widoki. Nasza trasa prowadziła w stronę lodowca, ale my mieliśmy przejść jej
tylko początkowy fragment – pierwsze 1,5 km, czyli trochę dalej niż most na
rzece Enguri. Mogliśmy wybrać pierwszą lub drugą przeprawę, po czym za 400 m
rozpocznie się szlak właściwy. Idąc ścieżką w stronę muzeum etnograficznego,
jeszcze połowę dolnej części zielonej „zamszowej” góry pokrywał cień. Powoli
przesuwał się ku rzece Enguri. Najpiękniejszy widok jest około godziny
7.30-7.40, kiedy jego granica przechodzi przez polany, gdzie pasą się konie i
krowy. Wspominaną górę na dwie części dzieli głęboki żleb. Tworzy on podłużną
dziurę/urwisko przypominające kanion, który nie zostaje oświetlony, podczas gdy
okolica jest w całości nasłoneczniona. Wielka wyrwa i jasne, żywo zielone trawy
tworzą bardzo duży kontrast. O tej porze naturalna dziura zarośnięta trawami
wygląda, jak ogromna przepaść, do której mogą wpaść zwierzęta. W późniejszej
porze dnia widać, że wielki rów, którym spływają wody lokalnego potoku
wpadającego do rzeki Enguri, to jedynie złudzenie optyczne. Podziwiając omawiany
piękny widok poszliśmy dalej, poza ostatnie wieże wioski Ushguli. Przyszedł
tylko jeden pies. Mieliśmy wrażenie, że gdzieś go już spotkaliśmy. Nie
spieszyłem się. Założyłem, że będziemy iść takim tempem, abyśmy mogli wszystko przeżywać,
a nie zaliczać. Za lokalnym wzgórzem, na którym stała wieża kościoła, w najwyżej
położonej części Ushguli, szeroka ścieżka łączyła się z główną drogą, którą
jeździły taksówki wożące turystów z Mestii do lodowca Shkhara, a raczej do
ostatniego płaskiego fragmentu, ponieważ na 2,4 km przed lodowcem trzeba iść
wąską ścieżką przez zarośla. W opisywanym miejscu widniały dwie drewniane budki
wyciągu narciarskiego. Dookoła kwitły niebieskie niezapominajki. Bardzo
uwielbiam ich widok, ponieważ zdobiły okolicę i przywoływały piękne
wspomnienia. Parędziesiąt kroków dalej, po prawej stronie widzieliśmy pięć
koni. Przeszliśmy obok nich. Stały przed miejscem wyznaczonym na kemping, czyli
tam, gdzie jest idealnie płaska polana. Dalej droga prowadziła w kierunku dwóch
mostów na rzece Enguri. Wybraliśmy ten drugi, ponieważ prowadził bezpośrednio
do celu. Pierwsza przeprawa dawała niesamowitą okazję zobaczyć naturalny kanion,
częściowo zarośnięty młodymi brzozami, którym płynęła Enguri. Widok jest
niesamowity! W godzinach popołudniowych można wykonać kilka jego ciekawych ujęć.
piątek, 15 grudnia 2023
Gruzja - Swanetia, cz. 1: Lodowiec Shkhara, bezimienny punkt widokowy 2980 m n.p.m., Chubedishi 3015 m n.p.m., bezimienny punkt widokowy 3153 m n.p.m.

WSTĘPSłyszałem
o pięknych szczytach pokrytych zamszowymi trawami o niepowtarzalnym odcieniu
zieleni, znacznie wyższych niż składnice deszczu i śniegu sunące po niebie,
gdzie stoi się z głową zadartą do góry, jakbyś wypatrywał spadających gwiazd na
nocnym niebie, gdzie kwiaty kwitną we wszystkich kolorach – od ich stóp aż po
same chmury, od białego, aż po prawie czarny, tworzące niekończące się dywany,
gdzie jest ich więcej niż ziaren piasku nad brzegiem morza, gdzie nigdy nie
znajdzie się osoba, która je policzy, ponieważ kiedy jedne przemijają, w ich
miejscu wyrastają nowe, równie piękne; gdzie zamszowa zieleń sięga aż po miejsca
na niebie, z których otrzymuje życiodajną wodę; gdzie będziesz miał wrażenie,
jakby wojska zimy już nie miały siły i wiosny nigdy nie przemogły; gdzie przeniesiesz
się w czasie, bo tylko jednym spojrzeniem zobaczysz przekrój całego roku:
wiosnę walczącą zamszową zielenią o jak najwyżej położone tereny, lato w pełni
kolorów, jesień, której świadectwem są drewniane rzeźby z wyciągniętymi rękoma,
które stoją niczym chochoły i pomniki, przypominające, jak kiedyś dawniej było
oraz zimę, która musiała ukryć się aż ponad składnicami deszczu i śniegu, żeby
wojska wiosny jej nigdy nie znalazły; gdzie wszystkie zwierzęta żyją w zgodzie
ze sobą na ich cudownych zboczach, w pełni czując co to wolność; gdzie
chociażbyś wyruszył w pojedynkę, to żadnej trasy, szlaku, czy nawet nic nie
znaczącej ścieżki nigdy nie przejdziesz samotnie; gdzie zwierzęta pokażą Ci jak
wygląda prawdziwa miłość, a każdy pies przytuli się do Ciebie jak dziecko do
matki; gdzie okrąży Cię stado koni, kiedy pierwszy promień słońca zajrzy w
tutejsze doliny; gdzie zawieje zimny wiatr, a ogrzeje przyjemne, gorące słońce,
jakbyś opalał się nad brzegiem morza; gdzie przez ani jeden moment nie
przyjdzie Ci żadna zła myśl do głowy; gdzie ludzie mieszkają w domach
pamiętających bardzo dawne czasy, dla których będziesz jak brat; gdzie
poczujesz przestrzeń, przyrodę i zobaczysz piękno w najlepszej postaci oraz
gdzie rzeczywistość znacznie przekroczy twoje oczekiwania nawet, kiedy masz
najlepiej opracowany plan wyprawy, i w których na zawsze zostanie cząstka
ciebie, co sprawi, że będziesz chciał tam wracać…
Gdzie jest
ten świat? Może pomyślisz, że mówię o najwyższych górach na Ziemi – o
Himalajach, a może o innym, niedostępnym fragmencie naszej planety? Na
szczęście znacznie bliżej nas jest świat, w którym wszelkie jego problemy i
smutki zostają gdzieś w dolinach. Podobnie, jak wspomniana wcześniej wiosna, ma
tak wielką siłę, że wrócisz z niego odmieniony, pełen radości i szczęścia oraz
nieustającej myśli, która stale będzie Ci mówić: „wrócę tam jeszcze”. To Kaukaz
– piękne, majestatyczne góry, które nie zostały jeszcze skażone duchem
komercjalizacji, chciwością i hałasem, gdzie każdy, kto chce poznawać coś
nowego, odpocząć od zgiełku, czy żyć w zgodzie z naturą, znajdzie to, co
najlepsze dla siebie…
Słyszałem
o pięknych szczytach pokrytych zamszowymi trawami o niepowtarzalnym odcieniu
zieleni, znacznie wyższych niż składnice deszczu i śniegu sunące po niebie,
gdzie stoi się z głową zadartą do góry, jakbyś wypatrywał spadających gwiazd na
nocnym niebie, gdzie kwiaty kwitną we wszystkich kolorach – od ich stóp aż po
same chmury, od białego, aż po prawie czarny, tworzące niekończące się dywany,
gdzie jest ich więcej niż ziaren piasku nad brzegiem morza, gdzie nigdy nie
znajdzie się osoba, która je policzy, ponieważ kiedy jedne przemijają, w ich
miejscu wyrastają nowe, równie piękne; gdzie zamszowa zieleń sięga aż po miejsca
na niebie, z których otrzymuje życiodajną wodę; gdzie będziesz miał wrażenie,
jakby wojska zimy już nie miały siły i wiosny nigdy nie przemogły; gdzie przeniesiesz
się w czasie, bo tylko jednym spojrzeniem zobaczysz przekrój całego roku:
wiosnę walczącą zamszową zielenią o jak najwyżej położone tereny, lato w pełni
kolorów, jesień, której świadectwem są drewniane rzeźby z wyciągniętymi rękoma,
które stoją niczym chochoły i pomniki, przypominające, jak kiedyś dawniej było
oraz zimę, która musiała ukryć się aż ponad składnicami deszczu i śniegu, żeby
wojska wiosny jej nigdy nie znalazły; gdzie wszystkie zwierzęta żyją w zgodzie
ze sobą na ich cudownych zboczach, w pełni czując co to wolność; gdzie
chociażbyś wyruszył w pojedynkę, to żadnej trasy, szlaku, czy nawet nic nie
znaczącej ścieżki nigdy nie przejdziesz samotnie; gdzie zwierzęta pokażą Ci jak
wygląda prawdziwa miłość, a każdy pies przytuli się do Ciebie jak dziecko do
matki; gdzie okrąży Cię stado koni, kiedy pierwszy promień słońca zajrzy w
tutejsze doliny; gdzie zawieje zimny wiatr, a ogrzeje przyjemne, gorące słońce,
jakbyś opalał się nad brzegiem morza; gdzie przez ani jeden moment nie
przyjdzie Ci żadna zła myśl do głowy; gdzie ludzie mieszkają w domach
pamiętających bardzo dawne czasy, dla których będziesz jak brat; gdzie
poczujesz przestrzeń, przyrodę i zobaczysz piękno w najlepszej postaci oraz
gdzie rzeczywistość znacznie przekroczy twoje oczekiwania nawet, kiedy masz
najlepiej opracowany plan wyprawy, i w których na zawsze zostanie cząstka
ciebie, co sprawi, że będziesz chciał tam wracać…
Gdzie jest ten świat? Może pomyślisz, że mówię o najwyższych górach na Ziemi – o Himalajach, a może o innym, niedostępnym fragmencie naszej planety? Na szczęście znacznie bliżej nas jest świat, w którym wszelkie jego problemy i smutki zostają gdzieś w dolinach. Podobnie, jak wspomniana wcześniej wiosna, ma tak wielką siłę, że wrócisz z niego odmieniony, pełen radości i szczęścia oraz nieustającej myśli, która stale będzie Ci mówić: „wrócę tam jeszcze”. To Kaukaz – piękne, majestatyczne góry, które nie zostały jeszcze skażone duchem komercjalizacji, chciwością i hałasem, gdzie każdy, kto chce poznawać coś nowego, odpocząć od zgiełku, czy żyć w zgodzie z naturą, znajdzie to, co najlepsze dla siebie…
czwartek, 13 kwietnia 2023
Nilandhoo, czyli Malediwy na własną rękę - jak zorganizować wyjazd?

Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na
własną rękę na Malediwach, przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD?’. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz
rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych,
gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Nilandhoo.
DLACZEGO WYBRAŁEM NILANDHOO?
Jeśli mam jechać na Malediwy, to zawsze
zastanawiam się, którą wybrać wyspę, ponieważ jest ich 1280, gdzie około 300 z
nich jest zamieszkanych lub są prywatnymi wyspami pod resorty. Jako że zawsze
jeżdżę na lokalne wyspy, ponieważ pasuje mi ich klimat, to mam też pewne wymagania,
które musi spełnić miejsce, które chce odwiedzić. Przede wszystkim musi być
dużo zieleni, palm, mało turystów, żeby nie było tłumów, a czym bardziej dziko,
tym lepiej. Laguna musi być turkusowa i duża oraz wyspa musi oferować piękne
widoki. Dodatkowo z wybranej wyspy musi być możliwość organizowania wycieczek,
gdzie mógłbym zobaczyć trochę więcej różnorodnych rzeczy. W chwili pisania tego
artykułu, poza Nilandhoo na Malediwach byłem cztery razy. Zawsze wybierałem
takie miejsca, żebym podczas jednego wyjazdu mógł zwiedzić dwie, trzy wyspy,
sand bank (będzie o nich w dalszej części tekstu) oraz miał możliwość
podziwiania raf koralowych z podwodnym życiem (kolorowe ryby, manty, rekiny).
Dotychczas odwiedziłem: Fehendhoo, Fulhadhoo, Finolhu (resort), Mathiveri,Bodufolhudhoo, Nika Island (resort), Thoddoo, Rasdhoo, Fenfushi oraz kilka sand
banków i bezludnych wysp pomiędzy nimi. Według mojego rozpoznania, zrobionego
jeszcze przed wyjazdem, z analiz wyszło mi, że tutaj będę miał znacznie większe
możliwości niż na każdym poprzednim wyjeździe. Dlaczego? Ponieważ rejon
Nilandhoo oferował kilka lokalnych wysp, mnóstwo tych bezludnych oraz wiele
sand banków i duże możliwości podziwiania życia podwodnego. Na Nilandhoo
chciałem pojechać już trzy lata temu, ale zawsze wszystkie miejsca były zajęte,
dlatego musiałem poszukiwać innej wyspy. Teraz nadarzyła się okazja, dlatego
skorzystałem.
DLACZEGO WYBRAŁEM NILANDHOO?
Jeśli mam jechać na Malediwy, to zawsze zastanawiam się, którą wybrać wyspę, ponieważ jest ich 1280, gdzie około 300 z nich jest zamieszkanych lub są prywatnymi wyspami pod resorty. Jako że zawsze jeżdżę na lokalne wyspy, ponieważ pasuje mi ich klimat, to mam też pewne wymagania, które musi spełnić miejsce, które chce odwiedzić. Przede wszystkim musi być dużo zieleni, palm, mało turystów, żeby nie było tłumów, a czym bardziej dziko, tym lepiej. Laguna musi być turkusowa i duża oraz wyspa musi oferować piękne widoki. Dodatkowo z wybranej wyspy musi być możliwość organizowania wycieczek, gdzie mógłbym zobaczyć trochę więcej różnorodnych rzeczy. W chwili pisania tego artykułu, poza Nilandhoo na Malediwach byłem cztery razy. Zawsze wybierałem takie miejsca, żebym podczas jednego wyjazdu mógł zwiedzić dwie, trzy wyspy, sand bank (będzie o nich w dalszej części tekstu) oraz miał możliwość podziwiania raf koralowych z podwodnym życiem (kolorowe ryby, manty, rekiny). Dotychczas odwiedziłem: Fehendhoo, Fulhadhoo, Finolhu (resort), Mathiveri,Bodufolhudhoo, Nika Island (resort), Thoddoo, Rasdhoo, Fenfushi oraz kilka sand banków i bezludnych wysp pomiędzy nimi. Według mojego rozpoznania, zrobionego jeszcze przed wyjazdem, z analiz wyszło mi, że tutaj będę miał znacznie większe możliwości niż na każdym poprzednim wyjeździe. Dlaczego? Ponieważ rejon Nilandhoo oferował kilka lokalnych wysp, mnóstwo tych bezludnych oraz wiele sand banków i duże możliwości podziwiania życia podwodnego. Na Nilandhoo chciałem pojechać już trzy lata temu, ale zawsze wszystkie miejsca były zajęte, dlatego musiałem poszukiwać innej wyspy. Teraz nadarzyła się okazja, dlatego skorzystałem.
sobota, 19 listopada 2022
Nie odkładaj swojego życia na "kiedyś"

W tym artykule chcę Cię zachęcić do refleksji nad
samym sobą, ponieważ czasy są jakie są, a większość z nas „przegapia” swoje
życie. Słowa te kieruję głównie do osób, które czują się mało lub nic nie
warte, które ledwo wiążą koniec z końcem, i które czują się niespokojnie,
ponieważ brakuje im środków do życia, a optymistycznych (dobrych) informacji
ciągle brakuje. Osoby, które osiągnęły coś w życiu również dowiedzą się kilku
nowych, ciekawych rzeczy. Zastanowimy się także, co jeszcze chcemy zrobić w
naszym życiu oraz, jak sami siebie oszukujemy. Do analizy tego artykułu
zachęcam w szczególności osoby, które na co dzień prowadzą rodzinne życie i nie
sięgają myślami poza swoje najbliższe otoczenie, ponieważ właśnie takie osoby
popełniają najwięcej podstawowych błędów w swoim życiu. Omówię wiele
mechanizmów, które to powodują. Zapraszam również samotnych, nie mających
pomysłu na swoje życie, których prawie każdy dzień wygląda tak samo, bo wpadli
w pewien zły schemat nawyków: praca, jedzenie, telefon, telewizor, Internet do
późnej nocy, spanie.
Zauważyłem, że niezależnie od tego, ile człowiek
ma lat, ciągle używa te same sformułowania: „kiedyś to zrobię”, „kiedyś tam
pojadę”, „może kiedyś mi się uda”, „kiedyś może sobie kupię”, itp. Podobne
wyrażenia można mnożyć, ponieważ w zależności od sytuacji danego człowieka tym
„kiedyś” do zrobienia może być wszystko. O co chodzi? O to, że myśląc, że
chcemy coś zrobić, tak naprawdę nie myślimy, żeby coś zrealizować, a jedynie zwodzimy,
zbywamy, oszukujemy samych siebie. Można powiedzieć, że wręcz boimy się marzyć.
Od razu zaczynamy wymyślać jakie będą problemy po drodze, a nie widzimy jaki
będzie cel naszego przedsięwzięcia. Tak! Widzimy tylko problemy. Wiecie
dlaczego tak jest? Ponieważ nie czujemy naszej własnej wartości, nie wierzymy w
siebie, mamy „wewnętrznego lenia” i boimy się wyjść poza nasze poczucie
komfortu i bezpieczeństwa (czytaj: wygodę). Po pracy wolimy usiąść na kanapie i
bezwładnie przeglądać śmieciowe treści na Facebooku lub odpalamy Netflixa, bo
tak jest wygodnie. Jednocześnie czujemy się kimś mało ważnym, nic nie
znaczącym. Tym jednym zdaniem mógłbym zakończyć cały artykuł, jednak należałoby
się zastanowić, co powoduje, że czujemy się mało warci, że zawsze dopada nas
leń i na dodatek widzimy same problemy? Ja znalazłem wiele takich rzeczy,
dlatego omówię każdy z przypadków, ponieważ kiedy znasz swojego przeciwnika,
będziesz wiedział „z czym” walczyć. Zadajmy więc sobie pytanie: co stoi na
przeszkodzie, żeby nie odkładać czegoś na „kiedyś” i co powoduje, że zazwyczaj
czujemy się mało warci i tracimy wiarę w siebie?
Zauważyłem, że niezależnie od tego, ile człowiek ma lat, ciągle używa te same sformułowania: „kiedyś to zrobię”, „kiedyś tam pojadę”, „może kiedyś mi się uda”, „kiedyś może sobie kupię”, itp. Podobne wyrażenia można mnożyć, ponieważ w zależności od sytuacji danego człowieka tym „kiedyś” do zrobienia może być wszystko. O co chodzi? O to, że myśląc, że chcemy coś zrobić, tak naprawdę nie myślimy, żeby coś zrealizować, a jedynie zwodzimy, zbywamy, oszukujemy samych siebie. Można powiedzieć, że wręcz boimy się marzyć. Od razu zaczynamy wymyślać jakie będą problemy po drodze, a nie widzimy jaki będzie cel naszego przedsięwzięcia. Tak! Widzimy tylko problemy. Wiecie dlaczego tak jest? Ponieważ nie czujemy naszej własnej wartości, nie wierzymy w siebie, mamy „wewnętrznego lenia” i boimy się wyjść poza nasze poczucie komfortu i bezpieczeństwa (czytaj: wygodę). Po pracy wolimy usiąść na kanapie i bezwładnie przeglądać śmieciowe treści na Facebooku lub odpalamy Netflixa, bo tak jest wygodnie. Jednocześnie czujemy się kimś mało ważnym, nic nie znaczącym. Tym jednym zdaniem mógłbym zakończyć cały artykuł, jednak należałoby się zastanowić, co powoduje, że czujemy się mało warci, że zawsze dopada nas leń i na dodatek widzimy same problemy? Ja znalazłem wiele takich rzeczy, dlatego omówię każdy z przypadków, ponieważ kiedy znasz swojego przeciwnika, będziesz wiedział „z czym” walczyć. Zadajmy więc sobie pytanie: co stoi na przeszkodzie, żeby nie odkładać czegoś na „kiedyś” i co powoduje, że zazwyczaj czujemy się mało warci i tracimy wiarę w siebie?
czwartek, 22 września 2022
Korfu - co warto zobaczyć? - Korfu - top 10
KILKA DOBRYCH SŁÓW O KORFU
Wyspa jest sama w sobie dość specyficzna. Jeśli
wcześniej byłeś gdzieś na greckich wakacjach i widziałeś wspaniałe błękitne
laguny, jak np. na Krecie, czy Zakyntosie, to z pewnością nic lepszego tutaj
nie zobaczysz. Wyspa oferuje wspaniałe widoki, piękne wrażenia i można cieszyć oczy
zielenią przez 12 miesięcy w roku. Z pewnością przed wyjazdem warto zrobić
sobie listę plaż, które chcemy odwiedzić, ponieważ same w sobie są pewną
atrakcją przyrodniczą. Można też pokusić się o rejsy na sąsiednie wysepki,
ponieważ tam zobaczymy bardzo wiele. Dla mnie osobiście Korfu pod względem
przyrodniczym jest bardzo piękną wyspą i żałuję, że nie wszystko mogłem
zobaczyć, co chciałem. Najbardziej na wyspie ciekawiły mnie malutkie plaże
wciśnięte gdzieś pomiędzy skały, czy też takie, nad którymi wyrastały ogromne i
wysokie klify. Jako, że jeżdżę głównie dla podziwiania wspaniałych krajobrazów,
to właśnie na nich się skupię i o nich będę opowiadać. Z pewnością czystość wód
zachwyca i możemy tu znaleźć wiele małych zatoczek z pięknymi szmaragdowymi i szafirowymi
wodami. Korfu ma bardzo ciekawą linię brzegową i uchodzi za jedną z
piękniejszych w Grecji, stąd warto skupić się na zwiedzaniu wyspy głównie na
jej obrzeżach. Bardzo podobały mi się również małe i ciche wioski, piękna
zieleń, poszarpana linia brzegowa i przede wszystkim czyste wody. Widoki z
każdego wzniesienia z pewnością zapisywały się na trwałe w pamięci.
KILKA SŁÓW NA TEMAT RZECZYWISTOŚCI NA KORFU
Rzeczywistość na Korfu nie jest już taka kolorowa.
Pomimo, że jestem osobą, która koncentruje się na pozytywach, to jednak są
rzeczy, których nie da się ominąć, bo występują praktycznie na każdym kroku. Z
tego względu muszę o nich wspomnieć, żeby uniknąć niepotrzebnego rozczarowania.
Na Korfu bardzo szybko można zobaczyć, że wyspa dosłownie tonie w śmieciach.
Przy każdej drodze po obu stronach zobaczymy sterty walających się butelek,
papierków, kubków, itp. Przy każdej plaży znajdziemy całe mnóstwo chusteczek,
zużytych materacy, papierków, kubków, itp. Po prostu nikt tego nie sprząta, a
sami turyści mogliby zachowywać się lepiej, gdyż to oni głównie zaśmiecają
teren, widząc, jak już jest na miejscu. Inna kwestia, to pozostawione
samochody. Nie wiem, jakie Grecy mają prawo, ale na Korfu wyeksploatowany
samochód, łódź czy motorówkę zostawia się w krzakach i pozostawia aż samemu się
rozłoży pod wpływem warunków atmosferycznych. W drodze do jakiejkolwiek
atrakcji turystycznej zauważymy co najmniej kilka takich aut, czy też łodzi i
motorówek. Najbardziej w oczy jednak rzuca się głęboki oddech kryzysu z lat
2008/09 i 2015. Od razu można zauważyć, że tamtejszych Greków oba kryzysy
gospodarcze musiały bardzo mocno przycisnąć, ponieważ w każdej wiosce
znajdziemy średnio co drugi lub trzeci dom opuszczony lub walący się. Porzucone
domy są w różnym stadium budowy. Niektóre są na etapie budowy betonowego
szkieletu, inne mają wykończony parter i betonowy szkielet, a jeszcze inne są
świeżo ukończone i pozostawione. Co ciekawe nawet funkcjonujące od długich lat
hotele są porzucone w centrum znanych miejscowości, gdzie sprzęty niszczeją i stoją
na dworze. W środku popularnej i dużej miejscowości turystycznej Sidari możemy
znaleźć taki hotel, a w centrum miasta stoi pusty „szkieletor” straszący szarym
betonem. W pobliżu innego trzygwiazdkowego hotelu mamy bezpośredni widok na
inny betonowy, trzypiętrowy szkieletor. Ten widok jest tak powszechny, że nie
da się tego nie zauważyć i nie wspomnieć. Najgorszy jest jednak fakt, że na
obrzeżach Peroulades sfinansowano budowę szkoły z Unii Europejskiej oraz
chodnik z latarniami do niej. Dzisiaj szkoła niszczeje i również jest
porzucona, a chodnik i latarnie popadają w ruinę.
Etykiety:
antypaxos,
kanał d'amour,
kassiopi,
korfu,
korfu - co warto zobaczyć,
mysia wyspa,
paleokastritsa,
pantokrator,
paxos,
plaża logas,
porto timoni,
przylądek drastis,
sidari,
sivota
wtorek, 20 września 2022
Nie daj się zaskoczyć!

Dzisiejszy świat tak szybko się zmienia, że
artykuł, który ukończyłem kilka dni temu stał się w pewnym sensie nieaktualny,
ponieważ wydarzyły się kolejne wydarzenia, o których trzeba obowiązkowo
opowiedzieć. Napisałem go z myślą o Was, ponieważ tego nie uczą w szkołach, a kiedy powstaje jakaś nagła sytuacja, Polacy zawsze tracą dwukrotnie pieniądze. Spójrzmy jaki błąd popełniono w Polsce. Kiedy przyszła pierwsza informacja o ataku Rosji na Ukrainę, ludzie masowo w panice zaczęli robić zapasy benzyny, dolarów i Euro. Rynek tak działa, że kiedy wszyscy działają jednakowo w tym samym czasie (czytaj: panikują), to ceny gwałtownie rosną. Dokładnie to obserwowaliśmy w Polsce. Ceny benzyny dochodziły do 7,50 zł, a ropy przekraczały nawet 8 zł. Ludzie i tak masowo kupowali wyżej wymienione rzeczy, ponieważ myśleli ‘i tak będzie drożej’. Podobnie było z Euro i dolarami, czy słynnym cukrem w lipcu. Ludzie kupowali dolary za 5 zł i cukier za 8-10 zł, podczas, gdy dzień wcześniej dolar kosztował 4.05 zł, a cukier w lipcu kosztował 8-12 zł. Kiedy z każdym dniem cena dolara zaczęła spadać, panikujący zaczęli sprzedawać drogo kupionego dolara po coraz niższych cenach. Kiedy się temu przyjrzysz, zauważysz, że walutę kupili bardzo drogo i sprzedali ją tanio. Czyli stracili dwukrotnie. Jeśli ktoś kupił dolara za 5000 zł, to w wyniku omawianych zakupów w kilka dni stracił około 1300 zł. Dlaczego? Dlatego, że nie znał praw rządzących rynkiem, bo tego nie uczą w szkołach, a społeczeństwo nie chce się samo uczyć. Oczywiście mówimy w kontekście gospodarki światowej i Europy. Podobnie było z cukrem. Ludzie nie kupowali go kiedy był po 2,50-3,00 zł, ale brali po 10 kg, kiedy był po 8-12 zł, ponieważ myśleli, że go nie będzie. Kiedy cena cukru spadła do 5 zł, panikujące społeczeństwo zostało z kilogramami super drogiego cukru w domach. Jak zawsze po panice przychodzi spadek cen. We wrześniu cukier kosztował już 5-6 zł. Samą paniką ludzie spowodowali, że sztucznie można było podnieść dwukrotnie cenę cukru po okresie paniki, bo dla nich i tak jest tanio, bo był przecież taki drogi... Nikt za to w domu nie zadał sobie pytania: ale, jak to? Przecież cukier dostępny w Niemczech jest produkowany w Polsce i jest eksportowany do Niemiec. Tam cały czas kosztował w przeliczeniu na złotówki 3,60 zł. Nie dość, że cukier musiał być przewieziony za granicę, to i tak jest dużo tańszy niż w Polsce, pomimo, że polskie zakłady na terenie Polski go produkują... Jednak Was uspokoję, bo społeczeństwo niemieckie nie jest lepsze - też dali się "sfrajerzyć" na akcji o podobnym mechanizmie działania, tyle, że tam wybrano olej, a w Wielkiej Brytanii benzynę, której było w brud, ale sztucznie wywołana panika pozwoliła obłowić się tym, którzy ją wywołali. Ci, którzy sztucznie wywołują takie punktowe kryzysy doskonale wiedzą, jak działa ludzka psychika i jakie mamy braki w edukacji, dlatego takie numery będą POWTARZANE! Przed nami są kolejne sztuczne wydarzenia, dlatego wyprzedzajcie czasy i bądźcie przygotowani.
środa, 3 sierpnia 2022
Rodos - co warto zobaczyć? - czyli Rodos - Top 10
Co warto zobaczyć na Rodos? Z pewnością na wyspie
znajdziemy mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. W zależności, kto co lubi,
znajdziemy atrakcje przyrodnicze, historyczne, kulturalne, czy typowo związane
z wypoczynkiem - oczywiście mam na myśli piękne, piaszczyste plaże. Najpierw
jednak powiem o samej wyspie Rodos, ponieważ każda grecka wyspa ma w sobie coś
wyjątkowego. Rodos zdecydowanie wyróżnia się długością okresu słonecznego. W
całej Grecji Rodos uchodzi za najbardziej słoneczną wyspę. Dni ze słońcem mamy
aż 300 w ciągu roku, podczas, gdy średnia dla Grecji wynosi „tylko” 200. Będąc
pod koniec września, lub na początku października, można nadal cieszyć się
letnią pogodą. W tym czasie mamy bezchmurne niebo i około +25’C. Wody są
ciepłe (ok. +19'C do +21'C), więc pomimo początków jesieni, ciągle możemy pływać w morzu. Ciekawa jest również sama pogoda, a
raczej związane z nią wiatry. Na Rodos przez połowę tygodnia może wiać dość
silny, ale ciepły wiatr. Południowo-wschodnia część wyspy jest zabudowana
gęsto hotelami w znanych miejscowościach i ciągle powstają nowe… Północno-zachodnia
część wyspy jest praktycznie bez obiektów turystycznych. Wyspę można podzielić
wzdłuż na pół. Dolna połówka, czyli południowo-wschodnia, jest rozwinięta pod
względem infrastruktury turystycznej, a druga część już nie. Nie trzeba daleko
szukać powodu, dlaczego tak się stało. Na południowo-wschodniej części (dolna
połówka) wiatr wieje z lądu do morza, co jest korzystne, a w górnej części
wyspy wiatr wieje z morza na ląd, co nie jest szczególnie oczekiwane przy
beztroskim wypoczynku. Inną kwestią są stromo opadające zbocza gór bezpośrednio
do morza oraz brak piaszczystych lub szerszych plaż. W końcu na Rodos
przyjeżdżamy, żeby wypocząć nad morzem.Ogólnie można powiedzieć, że wyspa jest
wietrzna i słoneczna. Najlepiej pokazuje to przykład pięknej, piaszczystej
plaży o nazwie Tsambika, gdzie wiatr nawiał ponad 20m wydmę na jej końcu,
zasypując skaliste zbocza góry. Co ciekawe, w tym samym miejscu kąpiemy się w
krystalicznie czystych wodach o przepięknym błękicie. O tej plaży będzie w
dalszej części.
Z czego jeszcze słynie wyspa? Na pewno z dwóch
pięknych, piaszczystych plaż, o których opowiem znacznie szerzej. Mi na pewno w
głowie utkwił jeden bardzo ważny szczegół. Mam na myśli sposób organizowania
wycieczek do znanych miejsc we własnym zakresie. Na innych wyspach greckich nie
spotkałem się, żeby można było wszędzie dojechać… komunikacją miejską… Tak!
Właśnie to jest najtańszy i pewny sposób na organizację dobrej wycieczki. Zdziwiłem
się, gdy zobaczyłem informację, że autobusy jeżdżą do znanych plaż aż do 15
października! Rozkład jest zmieniany na lato, na wrzesień i na okres 1-15
października. Zadziwił mnie fakt, gdy chcesz pojechać do miasta Rodos, na plażę
Tsambika, Lindos, do miasta Lindos, czy do Doliny Motyli, to możesz dojechać
tam wsiadając w autobus. Wycieczki w biurach podróży kosztują od 37 EUR, nawet
do ponad 50 EUR za osobę, a bilet na przejazd w komunikacji miejskiej kosztował
1,80 EUR do 2,90 EUR w zależności do jakiego miejsca chciałeś pojechać (cena
biletu w jedną stronę). Kiedy podliczyłem sobie koszty wyszło, że codziennie
oszczędzałem około 30-35 EUR na osobę. To bardzo dużo, tym bardziej, gdy chcesz
codziennie coś nowego zobaczyć. Rodos zdecydowanie wyróżnia się pod względem
ilości… kotów. Są dosłownie wszędzie: w opuszczonych miejscach, na krzakach,
pod krzakiem, na drzewach, na terenie hotelu, na murkach, na krzesłach, itp.
Jeśli będziesz w hotelu, nie zdziw się, jak rano wyjrzysz za okno, a w pobliżu
będą spały trzy koty. Jedząc obiad, czy kolację, bez większego problemu
znajdziemy przynajmniej pięć kotów w okolicy. Na szczęście nie są natrętne i
nie wskakują na kolana, ani na stoły. Po prostu leżą gdzieś na murkach,
przechodzą w pobliżu lub śpią w rogu lub w cieniu pod krzakiem. Rodos była
nazywana kiedyś Wyspą Węży, ponieważ nie brakuje tutaj spalonych miejsc
słońcem, co jest idealnym środowiskiem dla węży. Nie poleca się chodzić przez
zarośnięte i cierniste tereny, ponieważ możemy nieświadomie zaskoczyć węża
naszą obecnością. Jeśli już musimy iść przez takie miejsca, to wybierajmy
wydeptane ścieżki, gdzie widać otoczenie. Wyspa jest warta odwiedzenia, tylko
trzeba próbować łapać dobre okazje. W dzisiejszych czasach Rodos zmieniła nazwę
z Wyspy Węży na Wyspę Kotów.
Etykiety:
afandou,
chalki,
dessole lippia,
kamiros,
koty na rodos,
ladiko,
lindos,
miasto rodos,
prasonissi,
Rodos,
symi,
tsambika,
zatoka anthony'ego quinna
piątek, 29 lipca 2022
Kazbek 5047 m n.p.m. - Gruzja
DOJAZD, SPOTKANIE NASZEJ EKIPY I PIERWSZE PRZYGODYMożesz pomyśleć: po co pojechałem drugi raz na Kazbek, skoro już tam byłem? Zupełnie nie planowałem tej wyprawy, a nawet nie zakładałem żadnego wyjazdu do Gruzji. Cały pomysł okazał się spontanicznym impulsem, który bardzo szybko się zrealizował. Tyle, że impuls wyszedł zupełnie z niespodziewanej strony. Można wręcz zacytować Kubusia Puchatka: „właśnie z niczego często rodzą się najlepsze cosie”. Jako, że prowadzę bloga, którego właśnie czytasz lub przeglądasz, nieznani mi ludzie zadają mi różne pytanie dotyczące gór. Najpierw wywiązała się rozmowa z Żanetą, która miała mnóstwo pytań o górę Denali na Alasce i sprzęt, który używam podczas wypraw. Później dołączyła Agnieszka M., której zawsze marzył się Kazbek w Gruzji. Dla niej od dłuższego czasu ta góra była marzeniem życia. Po przeprowadzeniu kilku rozmów z Żanetą i jej mężem Grzesiem oraz Agnieszką M. pomyślałem, że skoro już trzy osoby chcą wejść na Kazbek, to ja również zdecyduję się i zorganizuję całą wyprawę. Pomysł został wprowadzony w czyn dosłownie w jeden dzień, mając już nieco większą pewność, że koronawirusowe szaleństwo nie zablokuje nam wyjazdu. W międzyczasie na innym komunikatorze napisał do mnie Łukasz, który zaproponował, żebym dał mu znać, kiedy będę wybierać się w góry wyższe niż Tatry. Jako, że powstał pomysł wejścia na Kazbek, zaproponowałem mu taki wyjazd. Szybko się zgodził. Jako, że na swoim koncie miał Dom de Mischabel w Alpach oraz inne góry, nasza rozmowa była bardzo konkretna i rzeczowa. Skompletowałem pięć osób gotowych na wyjazd. W ostatnim momencie pojawiła się jeszcze Agnieszka K. – koleżanka pierwszej Agnieszki. Obie dziewczyny przygotowywały się razem. Wymieniały się zdobytymi informacjami, przez co w bardzo szybkim tempie dokupiły potrzebny sprzęt – w szczególności mocniejsze śpiwory oraz buty. Mając sześć zdecydowanych osób, mogłem kupić bilety do Tbilisi. Z całej oferty najtaniej wychodziły Polskie Linie Lotnicze LOT (informacje o kosztach całej wyprawy znajdziesz na samym końcu artykułu).
Teraz czekaliśmy na dzień naszego wylotu. Żaneta i obie Agnieszki były bardzo podekscytowane wyjazdem, ponieważ dla nich było to coś zupełnie nowego oraz musiały przekroczyć swoje nieznane granice. Obie Agnieszki nigdy nie przebywały powyżej poziomu 2500 m n.p.m., a Żaneta z Grzesiem tylko dwa razy nocowali na wysokości 2600 m n.p.m. w Dolomitach, dlatego nie mogły ocenić, jak zachowa się ich organizm na dużej wysokości. Dla mnie góra była znana, ale już dwa lata temu mówiłem, że chciałem wrócić na Kazbek ze względu na przepiękną przyrodę oraz chęć wykonania lepszych zdjęć, ponieważ Canon 650D, który wówczas posiadałem, zupełnie nie poradził sobie z tym zadaniem. Dominanta niebieskiej barwy niestety ‘zabiła’ wiele ciekawych ujęć, przez co dużo zdjęć było dla mnie nieakceptowalnej jakości. Teraz miałem szansę wyrównać, albo nawet nadrobić powstałe zaległości. Skoro zdarzyła się taka okazja, musiałem z niej skorzystać. Pomimo, że nie znałem Łukasza, od razu wiedziałem, że jest konkretną osobą, która wie po co jedzie i zna się na rzeczy. Grzesiu i Żaneta zasypywali mnie gradem pytań o sprzęt i do tego Żaneta prowadziła mnóstwo analiz. Obie Agnieszki raczej zadawały pytania, kupowały, to co im poleciłem i dzięki temu plan posuwał się szybko do przodu.
piątek, 15 lipca 2022
Mont Blanc 4810 m n.p.m., od strony włoskiej

Bardzo długo marzyliśmy o tym, żeby wejść na Mt.
Blanc – szczególnie Maciek, ponieważ od trzech lat wybierał się na tę górę, a
jednak zawsze coś stawało mu na drodze w realizacji tego marzenia. Ja byłem na
szczycie góry w 2010 roku, dlatego z miłą chęcią wróciłbym jeszcze raz, aby
zobaczyć, co się zmieniło. Julek był zupełnie nową osobą w ekipie. Chodził w
Tatrach zimą, dlatego chciał poszerzyć swoje doświadczenie górskie. Ostatnią
osobą w składzie była Brygida. Ona, podobnie, jak Julek też chciała poszerzyć
swoje doświadczenie górskie. Wykrystalizował się zatem skład, gdzie dwie osoby
były już w Alpach, a dwie jeszcze nie. Przed wyjazdem skompletowaliśmy
potrzebny sprzęt, również ten do wyciągania ze szczelin. W trakcie omawiania
trasy przejścia i aktualnych wydarzeń związanych z Mt. Blanc, mieliśmy niezły
mętlik w głowie. Nie od dziś wiadomo, że władze Francji od 1 czerwca 2019
wprowadziły konieczność wykupienia noclegu w schronisku Gouter lub Tete Rousse,
a ustalonego porządku ma pilnować wysokogórska żandarmeria wojskowa. Celem nałożonego
ograniczenia jest wyeliminowanie „niedzielnych” turystów oraz zbyt dużej ilości
alpinistów, którzy chcieliby wejść na szczyt – głównie tych początkujących z
„przewodnikiem” bez uprawnień. Do 2019 roku w ciągu jednego dnia próbowało
swojego wejścia aż 300-350 osób. Po wprowadzeniu ograniczeń ma być tylko 214
osób od strony francuskiej. Nie chcąc jechać w nieznane pod względem
zamieszania z pozwoleniami, czy wymuszonymi noclegami, postanowiliśmy, że
wybierzemy znacznie ciekawszą drogę włoską, zwaną drogą papieską. Trasa jest
znacznie trudniejsza od francuskiej, którą idą tłumy, dlatego cieszyliśmy się,
że zobaczymy coś nowego. Pierwszym razem wchodziłem od strony francuskiej,
dlatego już na samą myśl o wejściu od strony włoskiej cieszyłem się bardzo, bo
Mt. Blanc mogłem traktować jak górę, na którą wchodzę pierwszy raz. Każdy z nas
miał więc podobny cel. Na pewno nikt się nie będzie nudzić, a tym bardziej
narzekać, że już tam był. Rozpoczęły się zatem przygotowania.
Na początku określiliśmy, co jest nam potrzebne,
żeby wyprawa mogła odbyć się sprawnie. Mając tydzień czasu, postanowiliśmy, że
wejdziemy na Mt. Blanc 4810 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i
Zumsteinspitze 4653 m n.p.m. Pewnie pomyślisz, że plany mieliśmy dość
wymagające, jak na tydzień czasu, ale to jest możliwe, nawet mając dwie nowe
osoby w składzie. Całą organizacją zajął się głównie Maciek. Pożyczył samochód
Dacia Duster, który miał pomieścić nasze plecaki i jedzenie na całą wyprawę. Z
poprzedniego roku, z wyprawy na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m., wiedzieliśmy,
że potrzeba naprawdę dużo miejsca. Trasę również opracował Maciek. Ja też
poczytałem o niej i oglądnąłem wszystkie możliwe filmy (jest ich bardzo mało w
polskim Internecie), żeby mieć rozeznanie. Głównie przygotowałem się na Monte
Rosę, bo tam działałem od kilku lat. Znałem większość tras na popularne szczyty
oraz wszystkie trudności, które mogą na nas czyhać. Podzieliliśmy więc
informacje na pół: Maciek zbiera wszystko o Mt. Blanc, a ja wszystko o Monte
Rosa. Kolejny temat, to wyposażenie na każdego uczestnika wyprawy. Zrobiliśmy
długą listę, co kto potrzebuje, żeby każdemu wszystkiego wystarczyło. Ja
podszedłem do tego tematu następująco:


