środa, 3 sierpnia 2022
Rodos - co warto zobaczyć? - czyli Rodos - Top 10
Co warto zobaczyć na Rodos? Z pewnością na wyspie
znajdziemy mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. W zależności, kto co lubi,
znajdziemy atrakcje przyrodnicze, historyczne, kulturalne, czy typowo związane
z wypoczynkiem - oczywiście mam na myśli piękne, piaszczyste plaże. Najpierw
jednak powiem o samej wyspie Rodos, ponieważ każda grecka wyspa ma w sobie coś
wyjątkowego. Rodos zdecydowanie wyróżnia się długością okresu słonecznego. W
całej Grecji Rodos uchodzi za najbardziej słoneczną wyspę. Dni ze słońcem mamy
aż 300 w ciągu roku, podczas, gdy średnia dla Grecji wynosi „tylko” 200. Będąc
pod koniec września, lub na początku października, można nadal cieszyć się
letnią pogodą. W tym czasie mamy bezchmurne niebo i około +25’C. Wody są
ciepłe (ok. +19'C do +21'C), więc pomimo początków jesieni, ciągle możemy pływać w morzu. Ciekawa jest również sama pogoda, a
raczej związane z nią wiatry. Na Rodos przez połowę tygodnia może wiać dość
silny, ale ciepły wiatr. Południowo-wschodnia część wyspy jest zabudowana
gęsto hotelami w znanych miejscowościach i ciągle powstają nowe… Północno-zachodnia
część wyspy jest praktycznie bez obiektów turystycznych. Wyspę można podzielić
wzdłuż na pół. Dolna połówka, czyli południowo-wschodnia, jest rozwinięta pod
względem infrastruktury turystycznej, a druga część już nie. Nie trzeba daleko
szukać powodu, dlaczego tak się stało. Na południowo-wschodniej części (dolna
połówka) wiatr wieje z lądu do morza, co jest korzystne, a w górnej części
wyspy wiatr wieje z morza na ląd, co nie jest szczególnie oczekiwane przy
beztroskim wypoczynku. Inną kwestią są stromo opadające zbocza gór bezpośrednio
do morza oraz brak piaszczystych lub szerszych plaż. W końcu na Rodos
przyjeżdżamy, żeby wypocząć nad morzem.Ogólnie można powiedzieć, że wyspa jest
wietrzna i słoneczna. Najlepiej pokazuje to przykład pięknej, piaszczystej
plaży o nazwie Tsambika, gdzie wiatr nawiał ponad 20m wydmę na jej końcu,
zasypując skaliste zbocza góry. Co ciekawe, w tym samym miejscu kąpiemy się w
krystalicznie czystych wodach o przepięknym błękicie. O tej plaży będzie w
dalszej części.
Z czego jeszcze słynie wyspa? Na pewno z dwóch
pięknych, piaszczystych plaż, o których opowiem znacznie szerzej. Mi na pewno w
głowie utkwił jeden bardzo ważny szczegół. Mam na myśli sposób organizowania
wycieczek do znanych miejsc we własnym zakresie. Na innych wyspach greckich nie
spotkałem się, żeby można było wszędzie dojechać… komunikacją miejską… Tak!
Właśnie to jest najtańszy i pewny sposób na organizację dobrej wycieczki. Zdziwiłem
się, gdy zobaczyłem informację, że autobusy jeżdżą do znanych plaż aż do 15
października! Rozkład jest zmieniany na lato, na wrzesień i na okres 1-15
października. Zadziwił mnie fakt, gdy chcesz pojechać do miasta Rodos, na plażę
Tsambika, Lindos, do miasta Lindos, czy do Doliny Motyli, to możesz dojechać
tam wsiadając w autobus. Wycieczki w biurach podróży kosztują od 37 EUR, nawet
do ponad 50 EUR za osobę, a bilet na przejazd w komunikacji miejskiej kosztował
1,80 EUR do 2,90 EUR w zależności do jakiego miejsca chciałeś pojechać (cena
biletu w jedną stronę). Kiedy podliczyłem sobie koszty wyszło, że codziennie
oszczędzałem około 30-35 EUR na osobę. To bardzo dużo, tym bardziej, gdy chcesz
codziennie coś nowego zobaczyć. Rodos zdecydowanie wyróżnia się pod względem
ilości… kotów. Są dosłownie wszędzie: w opuszczonych miejscach, na krzakach,
pod krzakiem, na drzewach, na terenie hotelu, na murkach, na krzesłach, itp.
Jeśli będziesz w hotelu, nie zdziw się, jak rano wyjrzysz za okno, a w pobliżu
będą spały trzy koty. Jedząc obiad, czy kolację, bez większego problemu
znajdziemy przynajmniej pięć kotów w okolicy. Na szczęście nie są natrętne i
nie wskakują na kolana, ani na stoły. Po prostu leżą gdzieś na murkach,
przechodzą w pobliżu lub śpią w rogu lub w cieniu pod krzakiem. Rodos była
nazywana kiedyś Wyspą Węży, ponieważ nie brakuje tutaj spalonych miejsc
słońcem, co jest idealnym środowiskiem dla węży. Nie poleca się chodzić przez
zarośnięte i cierniste tereny, ponieważ możemy nieświadomie zaskoczyć węża
naszą obecnością. Jeśli już musimy iść przez takie miejsca, to wybierajmy
wydeptane ścieżki, gdzie widać otoczenie. Wyspa jest warta odwiedzenia, tylko
trzeba próbować łapać dobre okazje. W dzisiejszych czasach Rodos zmieniła nazwę
z Wyspy Węży na Wyspę Kotów.
Etykiety:
afandou,
chalki,
dessole lippia,
kamiros,
koty na rodos,
ladiko,
lindos,
miasto rodos,
prasonissi,
Rodos,
symi,
tsambika,
zatoka anthony'ego quinna
piątek, 29 lipca 2022
Kazbek 5047 m n.p.m. - Gruzja
DOJAZD, SPOTKANIE NASZEJ EKIPY I PIERWSZE PRZYGODYMożesz pomyśleć: po co pojechałem drugi raz na Kazbek, skoro już tam byłem? Zupełnie nie planowałem tej wyprawy, a nawet nie zakładałem żadnego wyjazdu do Gruzji. Cały pomysł okazał się spontanicznym impulsem, który bardzo szybko się zrealizował. Tyle, że impuls wyszedł zupełnie z niespodziewanej strony. Można wręcz zacytować Kubusia Puchatka: „właśnie z niczego często rodzą się najlepsze cosie”. Jako, że prowadzę bloga, którego właśnie czytasz lub przeglądasz, nieznani mi ludzie zadają mi różne pytanie dotyczące gór. Najpierw wywiązała się rozmowa z Żanetą, która miała mnóstwo pytań o górę Denali na Alasce i sprzęt, który używam podczas wypraw. Później dołączyła Agnieszka M., której zawsze marzył się Kazbek w Gruzji. Dla niej od dłuższego czasu ta góra była marzeniem życia. Po przeprowadzeniu kilku rozmów z Żanetą i jej mężem Grzesiem oraz Agnieszką M. pomyślałem, że skoro już trzy osoby chcą wejść na Kazbek, to ja również zdecyduję się i zorganizuję całą wyprawę. Pomysł został wprowadzony w czyn dosłownie w jeden dzień, mając już nieco większą pewność, że koronawirusowe szaleństwo nie zablokuje nam wyjazdu. W międzyczasie na innym komunikatorze napisał do mnie Łukasz, który zaproponował, żebym dał mu znać, kiedy będę wybierać się w góry wyższe niż Tatry. Jako, że powstał pomysł wejścia na Kazbek, zaproponowałem mu taki wyjazd. Szybko się zgodził. Jako, że na swoim koncie miał Dom de Mischabel w Alpach oraz inne góry, nasza rozmowa była bardzo konkretna i rzeczowa. Skompletowałem pięć osób gotowych na wyjazd. W ostatnim momencie pojawiła się jeszcze Agnieszka K. – koleżanka pierwszej Agnieszki. Obie dziewczyny przygotowywały się razem. Wymieniały się zdobytymi informacjami, przez co w bardzo szybkim tempie dokupiły potrzebny sprzęt – w szczególności mocniejsze śpiwory oraz buty. Mając sześć zdecydowanych osób, mogłem kupić bilety do Tbilisi. Z całej oferty najtaniej wychodziły Polskie Linie Lotnicze LOT (informacje o kosztach całej wyprawy znajdziesz na samym końcu artykułu).
Teraz czekaliśmy na dzień naszego wylotu. Żaneta i obie Agnieszki były bardzo podekscytowane wyjazdem, ponieważ dla nich było to coś zupełnie nowego oraz musiały przekroczyć swoje nieznane granice. Obie Agnieszki nigdy nie przebywały powyżej poziomu 2500 m n.p.m., a Żaneta z Grzesiem tylko dwa razy nocowali na wysokości 2600 m n.p.m. w Dolomitach, dlatego nie mogły ocenić, jak zachowa się ich organizm na dużej wysokości. Dla mnie góra była znana, ale już dwa lata temu mówiłem, że chciałem wrócić na Kazbek ze względu na przepiękną przyrodę oraz chęć wykonania lepszych zdjęć, ponieważ Canon 650D, który wówczas posiadałem, zupełnie nie poradził sobie z tym zadaniem. Dominanta niebieskiej barwy niestety ‘zabiła’ wiele ciekawych ujęć, przez co dużo zdjęć było dla mnie nieakceptowalnej jakości. Teraz miałem szansę wyrównać, albo nawet nadrobić powstałe zaległości. Skoro zdarzyła się taka okazja, musiałem z niej skorzystać. Pomimo, że nie znałem Łukasza, od razu wiedziałem, że jest konkretną osobą, która wie po co jedzie i zna się na rzeczy. Grzesiu i Żaneta zasypywali mnie gradem pytań o sprzęt i do tego Żaneta prowadziła mnóstwo analiz. Obie Agnieszki raczej zadawały pytania, kupowały, to co im poleciłem i dzięki temu plan posuwał się szybko do przodu.
piątek, 15 lipca 2022
Mont Blanc 4810 m n.p.m., od strony włoskiej

Bardzo długo marzyliśmy o tym, żeby wejść na Mt.
Blanc – szczególnie Maciek, ponieważ od trzech lat wybierał się na tę górę, a
jednak zawsze coś stawało mu na drodze w realizacji tego marzenia. Ja byłem na
szczycie góry w 2010 roku, dlatego z miłą chęcią wróciłbym jeszcze raz, aby
zobaczyć, co się zmieniło. Julek był zupełnie nową osobą w ekipie. Chodził w
Tatrach zimą, dlatego chciał poszerzyć swoje doświadczenie górskie. Ostatnią
osobą w składzie była Brygida. Ona, podobnie, jak Julek też chciała poszerzyć
swoje doświadczenie górskie. Wykrystalizował się zatem skład, gdzie dwie osoby
były już w Alpach, a dwie jeszcze nie. Przed wyjazdem skompletowaliśmy
potrzebny sprzęt, również ten do wyciągania ze szczelin. W trakcie omawiania
trasy przejścia i aktualnych wydarzeń związanych z Mt. Blanc, mieliśmy niezły
mętlik w głowie. Nie od dziś wiadomo, że władze Francji od 1 czerwca 2019
wprowadziły konieczność wykupienia noclegu w schronisku Gouter lub Tete Rousse,
a ustalonego porządku ma pilnować wysokogórska żandarmeria wojskowa. Celem nałożonego
ograniczenia jest wyeliminowanie „niedzielnych” turystów oraz zbyt dużej ilości
alpinistów, którzy chcieliby wejść na szczyt – głównie tych początkujących z
„przewodnikiem” bez uprawnień. Do 2019 roku w ciągu jednego dnia próbowało
swojego wejścia aż 300-350 osób. Po wprowadzeniu ograniczeń ma być tylko 214
osób od strony francuskiej. Nie chcąc jechać w nieznane pod względem
zamieszania z pozwoleniami, czy wymuszonymi noclegami, postanowiliśmy, że
wybierzemy znacznie ciekawszą drogę włoską, zwaną drogą papieską. Trasa jest
znacznie trudniejsza od francuskiej, którą idą tłumy, dlatego cieszyliśmy się,
że zobaczymy coś nowego. Pierwszym razem wchodziłem od strony francuskiej,
dlatego już na samą myśl o wejściu od strony włoskiej cieszyłem się bardzo, bo
Mt. Blanc mogłem traktować jak górę, na którą wchodzę pierwszy raz. Każdy z nas
miał więc podobny cel. Na pewno nikt się nie będzie nudzić, a tym bardziej
narzekać, że już tam był. Rozpoczęły się zatem przygotowania.
Na początku określiliśmy, co jest nam potrzebne,
żeby wyprawa mogła odbyć się sprawnie. Mając tydzień czasu, postanowiliśmy, że
wejdziemy na Mt. Blanc 4810 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i
Zumsteinspitze 4653 m n.p.m. Pewnie pomyślisz, że plany mieliśmy dość
wymagające, jak na tydzień czasu, ale to jest możliwe, nawet mając dwie nowe
osoby w składzie. Całą organizacją zajął się głównie Maciek. Pożyczył samochód
Dacia Duster, który miał pomieścić nasze plecaki i jedzenie na całą wyprawę. Z
poprzedniego roku, z wyprawy na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m., wiedzieliśmy,
że potrzeba naprawdę dużo miejsca. Trasę również opracował Maciek. Ja też
poczytałem o niej i oglądnąłem wszystkie możliwe filmy (jest ich bardzo mało w
polskim Internecie), żeby mieć rozeznanie. Głównie przygotowałem się na Monte
Rosę, bo tam działałem od kilku lat. Znałem większość tras na popularne szczyty
oraz wszystkie trudności, które mogą na nas czyhać. Podzieliliśmy więc
informacje na pół: Maciek zbiera wszystko o Mt. Blanc, a ja wszystko o Monte
Rosa. Kolejny temat, to wyposażenie na każdego uczestnika wyprawy. Zrobiliśmy
długą listę, co kto potrzebuje, żeby każdemu wszystkiego wystarczyło. Ja
podszedłem do tego tematu następująco:

środa, 13 lipca 2022
A Ty w czym przechowasz wartość?

Dlaczego jest taki tytuł tego artykułu? Dlatego, że kiedy 24 lutego 2022 rozpoczęła się nieuzasadniona inwazja Rosji na Ukrainę, zauważyłem, że większość ludzi popełniło ten sam błąd, przez co stracili dwukrotnie. O jakim przechowaniu wartości chcę powiedzieć? O dwóch wartościach: nas samych i o naszych środkach do życia. Najpierw jednak spójrzmy jaki błąd popełniono w Polsce. Kiedy przyszła pierwsza informacja o ataku Rosji na Ukrainę, ludzie masowo w panice zaczęli robić zapasy benzyny, dolarów i Euro. Rynek tak działa, że kiedy wszyscy działają jednakowo w tym samym czasie (czytaj: panikują), to ceny gwałtownie rosną. Dokładnie to obserwowaliśmy w Polsce. Ceny benzyny dochodziły do 7,50 zł, a ropy przekraczały nawet 8 zł. Ludzie i tak masowo kupowali wyżej wymienione rzeczy, ponieważ myśleli ‘i tak będzie drożej’. Podobnie było z Euro i dolarami. Ludzie kupowali dolary za 5 zł, podczas, gdy dzień wcześniej dolar kosztował 4.05 zł. A kiedy z każdym dniem cena dolara zaczęła spadać, panikujący zaczęli sprzedawać drogo kupionego dolara po coraz niższych cenach. Kiedy się temu przyjrzysz, zauważysz, że walutę kupili bardzo drogo i sprzedali ją tanio. Czyli stracili dwukrotnie. Jeśli ktoś kupił dolara za 5000 zł, to w wyniku omawianych zakupów w kilka dni stracił około 1300 zł. Dlaczego? Dlatego, że nie znał praw rządzących rynkiem, bo tego nie uczą w szkołach, a społeczeństwo nie chce się samo uczyć. Teraz zadam Ci pytanie: wiesz jaka jest główna zasada inwestorów na giełdach? Kupuj, kiedy leje się krew [czytaj: kiedy ceny akcji, walut i innych walorów nagle spadają poprzez nagłe wydarzenie], a sprzedawaj, kiedy jest panika [czytaj; kiedy jest drogo]. Kiedy wszyscy myśleli: kupię dolary za 5 zł, bo będzie drogo i złotówka spadnie na wartości poprzez wojnę za naszą granicą, ja pomyślałem zupełnie inaczej: kupię ruble, bo są śmieciowo tanie [czyli polała się krew na giełdach], a sprzedam je, kiedy ludzie przywykną do codziennych informacji o wojnie, podobnie jak w przypadku koronawirusa, wówczas cena rubla odrobi wiele strat. Tylko po miesiącu od rozpoczęcia wojny rubel zyskał aż 33%.
Dlaczego o tym wszystkim mówię? Dlatego, że celem tego artykułu jest przygotowanie Ciebie do szybko zmieniającego się świata, ponieważ taki on będzie przez dłuższy czas i chcę Ci pokazać „w co gra” ten świat, żebyś bardziej rozumiał co się dzieje, a także pokażę Ci, jaką drogę obrały rządy, żebyś mógł reagować znacznie wcześniej, zanim będą kolejne nagłe wydarzenia i ludzie znowu będą panikować. Jeśli szukasz słów, które chcesz usłyszeć, to ten artykuł zdecydowanie nie jest dla Ciebie. Chcę przedstawić w nim realną rzeczywistość po przeprowadzeniu wielu analiz nawet, jeśli coś może być dla nas niewygodne. Twoim zadaniem w dzisiejszych czasach jest zachowanie wartości swoich ciężko zarobionych pieniędzy, żebyś nie tracił ich w panice oraz zachowanie zdrowej psychiki i samopoczucia pomimo złych informacji. Po prostu bądź przygotowany, myśl i wyprzedzaj czasy w których żyjesz – dzięki temu będziesz mógł przygotować się do nadchodzących zmian. W tym artykule postaram się przewidzieć, co będzie za rok, za dwa, a nawet za… 9 lat. O tym będzie trochę później. Określę, w którą stronę pójdzie świat. To wszystko zrobię na podstawie analiz ze świata gospodarki, polityki oraz przeczytanych ustaw wydanych przez Unię Europejską, jak np. dokument ‘Fit for 55” liczący 4300 stron A4 w języku angielskim zatwierdzony przez Parlament Unii Europejskiej. Nie będziesz musiał czytać nudnych „papierów”, bo zrobiłem to ja. Dzięki tej wiedzy będziesz mógł podjąć odpowiednie kroki naprzód, żeby nagłe wydarzenia nie zaskoczyły Cię jak zdecydowaną większość społeczeństwa. Przy tym wszystkim jednak zaznaczam, że nie stoję po żadnej stronie politycznej, a przedstawione fakty służą mi jedynie jako źródło informacji pozwalające rozumieć ten świat i odpowiednio działać w kwestiach domowego budżetu oraz samego siebie. Większość społeczeństwa jest zmęczona koronawirusem, informacjami o wojnie i złymi wiadomościami, które napływają do nas z każdej strony, każdego dnia, dlatego ważne jest, aby również umieć zadbać o swoją psychikę i dobre samopoczucie.
sobota, 2 lipca 2022
Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. - relacja z wyprawy
Długo myśleliśmy o wyjeździe w Alpy. Każdy z nas z
osobna, pomimo tego, że w większości nawet nie znaliśmy się w ogóle. Tak się
złożyło, że ja i trzech innych kolegów mieliśmy podobne plany, by pojechać w
Alpy od 6 lipca. Nadarzyła się okazja, dlatego na Facebooku w jednej z grup
szybko umówiliśmy się na konkretny termin. Późniejsze rozmowy zeszły do
„podziemi”. W ten sposób w dwa dni ustaliliśmy praktycznie wszystko – od
rzeczy, które zabierzemy ze sobą, aż do środków transportu. Ułożyliśmy plan,
jakie góry będziemy odwiedzać oraz ile czasu będziemy potrzebować na każdą z
nich. Najważniejsza jednak była pogoda, dlatego postanowiliśmy, że nawet jeśli
jej zabraknie, to przesuniemy nasz wyjazd o tydzień do przodu. Bez dobrej
pogody nie ma co wyjeżdżać. Po długich rozmowach ustaliliśmy, że pojedziemy
pożyczonym samochodem od Maćka, który z Warszawy przyjedzie najpierw do Radka,
a później do Szymona. Na końcu do mnie. Początek mocno nam się opóźnił,
ponieważ ode mnie mieliśmy pojechać o godzinie 22.00, a Maciek przyjechał na
godzinę 00.20. Nie dziwiłem się, ponieważ trzeba było dojechać z Warszawy do
Jaworzna i załadować od każdego rzeczy. To samo czekało u mnie, tyle że
bagażnik był już cały zapełniony. Wydawało się, że nic więcej nie upchamy. Zmieniliśmy
trochę ułożenie plecaków i dzięki temu dość szybko udało nam się upakować cały
sprzęt. Plecaki i jedzenie na wyprawę ułożyliśmy praktycznie pod sam sufit.
Nasza trasa miała liczyć około 1382 km – większość przez Niemcy. Siedziałem z
przodu, więc pilnowałem, żebyśmy nie przegapili zjazdów na niemieckich
autostradach. Przejazd przez polską autostradę A4 upływał nam w nocy bardzo
szybko, ponieważ dopiero poznawaliśmy się. Dla osób nie chodzących po górach
może to być dziwne, że spotykają się nieznane sobie osoby, które mają ten sam
cel i „w ciemno” realizują dane marzenie. Tak to najczęściej wygląda, ponieważ,
trudno znaleźć wśród znajomych choć jedną osobę, która będzie w stanie pojechać
w Alpy na najwyższe szczyty i dodatkowo będzie miała odpowiednie doświadczenie.
Dlatego zazwyczaj tak to wygląda, że odpowiednich osób poszukuje się w różnych
grupach górskich w internecie.
W trakcie jazdy opowiadaliśmy o górach i naszych
wyprawach. Kierował niestrudzenie Maciek, który z Warszawy przejechał już 400
km do mnie, a właśnie dojeżdżał pod granicę niemiecką... W tym czasie
poruszyliśmy temat naszych zaplanowanych gór – Mt. Blanc 4810 m n.p.m. i Dom de
Mischabel 4545 m n.p.m. Wspólnie ustaliliśmy, że najpierw pójdziemy na Dom de
Mischabel, a dopiero później na Mt. Blanc. Dlaczego tak? Ponieważ, na Mt. Blanc
odwiedziły dwie osoby z naszej ekipy kilka lat temu, a Dom de Mischabel był dla
każdego czymś zupełnie obcym. Prawie dla każdego… Zarówno na jednej, jak i na
drugiej górze już byłem. Znając całą trasę na górę Dom, od razu wiedziałem, że
chcę wejść tam jeszcze raz. Mt. Blanc, jak dla mnie, mógł nie wyjść, bo ta góra
nie miała większego znaczenia, poza tym, że chciałbym ją lepiej sfotografować.
Góra Dom podobała mi się za jej fenomenalną przyrodę, przepiękne widoki, oraz
niesamowitą trasę na szczyt. Najpiękniejszy jednak jest widok ze szczytu w
stronę Włoch, który niezmiennie uznaję za drugi najpiękniejszy w całej Europie!
Pierwsze miejsce dzierży niezmiennie Punta Gnifetti. Jednogłośnie wybór padł na
górę Dom de Mischabel, co mnie bardzo ucieszyło. Teraz pozostało tylko dojechać
na miejsce i rozpocząć wyprawę. GPS pokazywał, że na godzinę 15.38 dotrzemy do
Randy – małej wioski u stóp naszej góry. Każdy chciał już tam być. Tym
bardziej, że naopowiadałem bardzo dużo o pięknie Randy i Dom de Mischabel, oraz
o całej trasie dojściowej. Droga na wierzchołek zawsze mnie zachwycała, dlatego
już cztery razy wybrałem szlak do schroniska pod górą Dom. Autostradą A4
kierowaliśmy się w kierunku Dresden, po czym na 20 km przed zjazdem zauważyłem,
że za niedługo powinniśmy zmienić drogę. Prawie przegapiliśmy nasz zjazd. Później
czekała nas nudna, monotonna, około 7-godzinna jazda autostradami aż za
Stuttgart. Przez cały ten czas nic się nie zmieniało. Widzieliśmy ciągle
jednakowe pola, wiatraki i małe lasy. Przy takich krajobrazach można było
zasnąć. W miarę każdego postoju widzieliśmy, że czas dotarcia do Randy wydłużał
się - aktualnie do godziny 17.28. Zastanawialiśmy się o ile jeszcze nam się
opóźni cały plan… Po przejechaniu 500 km od mojego domu po raz pierwszy
zapaliła się żółta kontrolka „sprawdź silnik”. Nic jednak nie wskazywało na
żadne problemy. Samochód jechał bez problemu, a poziom oleju też był taki, jaki
powinien być.
piątek, 10 czerwca 2022
Dufourspitze 4634 m n.p.m.
Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa.
PRZEJŚCIE Z BREITHORN 4164 m n.p.m. NA DUFOURSPITZE 4634 m n.p.m.
Po udanym wejściu na Breithorn 4164 m n.p.m. przyszedł czas
na Dufourspitze 4634 m n.p.m. i Nordend 4609 m n.p.m. Obie góry wydawały nam się nie
do pokonania, bo czym był Breithorn w porównaniu do nich?... Mieliśmy wiele
obaw, ponieważ dotychczas weszliśmy na Mt. Blanc (dwa lata temu) i teraz na
Breithorn. Czytałem, że Dufourspitze jest znacznie trudniejszy. Czekała nas
przeprawa przez dwa lodowce i szukanie drogi na wyżej położonych lodowcach
usianych szczelinami. Trudno nam było uwierzyć, że możemy dać radę, ale po to
przyjechaliśmy, żeby spróbować i sprawdzić przeczytane informacje. Chcieliśmy
zdobyć kolejne doświadczenia. Mieliśmy nadzieję, że pogoda będzie bardziej
sprzyjała i po raz pierwszy przejdziemy przez prawdziwy jęzor lodowcowy i
spróbujemy naszych sił w najwyższych górach Europy. Dufourspitze jest drugą –
tuż po Mont Blanc – górą pod względem wysokości. Najbardziej bałem się
szczelin, jak również ostrej grani podszczytowej, która w moich myślach ciągle krążyła,
jako bardzo wymagająca, jak na moje możliwości. Do Dufourspitze mieliśmy daleką
drogę, dlatego rozpocznijmy wszystko od początku…
W nocy, z piątego na szósty dzień naszej wyprawy, (bo wcześniej
wchodziliśmy na Breithorn 4164 m n.p.m.) spaliśmy w namiocie rozłożonym na
idealnie płaskim terenie w lesie, ponad poziomem najwyżej położonych domów w
Zermatt – Winkelmatten. Szukając miejsca pod namiot, wybieraliśmy możliwie równy
teren i z dala od ludzi, żeby nie rzucać się w oczy. Jako, że miejscowość jest
bardzo znana tak, jak Zakopane, to na szlakach widzieliśmy mnóstwo turystów,
którzy wieczorem wracali z gór. Trasa prowadziła stromym podejściem z wieloma
trawersami, a my dźwigaliśmy ponad 30kg plecaki. Na szczęście szybko
znaleźliśmy dogodne miejsce, na kilkadziesiąt metrów przed stacją pociągu na
Gornergrat – Stn. Findelbach. Rafał na stacji uzupełniał wodę i wypatrzył nawet
ogromny most nad potokiem Findelbach. Sprawdził nawet rozkład jazdy pociągów,
żeby wiedzieć, kiedy pociąg będzie przejeżdżać mostem. Postanowiliśmy, że
wszystkie trasy pokonamy pieszo, żeby poznać tutejsze góry i chcieliśmy cieszyć
się alpejską przyrodą. Przed namiotem zrobiło się cicho. Gotowaliśmy nasze
ulubione zupy pomidorowe na kuchence gazowej. Rozmawialiśmy o drodze, jaką
będziemy iść w stronę lodowca Gornergletscher. Planowaliśmy zajść tam następnego dnia, by założyć kolejną bazę do wyjścia w nieznane nam góry. Zanim
poszliśmy spać, przygotowaliśmy jedzenie na jutrzejszy dzień, żeby nie
tracić czasu. Zauważyliśmy też, jak bardzo spaliło nas słońce. Rafał miał wokół
ust aż siedem popękanych, krwawiących ran. U mnie twarz wyglądała nie lepiej... Wszystkie rany zakrzepły i musieliśmy dalej chronić się przed
słońcem. Używaliśmy filtra UV 50…
PRZEJŚCIE Z BREITHORN 4164 m n.p.m. NA DUFOURSPITZE 4634 m n.p.m.
Po udanym wejściu na Breithorn 4164 m n.p.m. przyszedł czas na Dufourspitze 4634 m n.p.m. i Nordend 4609 m n.p.m. Obie góry wydawały nam się nie do pokonania, bo czym był Breithorn w porównaniu do nich?... Mieliśmy wiele obaw, ponieważ dotychczas weszliśmy na Mt. Blanc (dwa lata temu) i teraz na Breithorn. Czytałem, że Dufourspitze jest znacznie trudniejszy. Czekała nas przeprawa przez dwa lodowce i szukanie drogi na wyżej położonych lodowcach usianych szczelinami. Trudno nam było uwierzyć, że możemy dać radę, ale po to przyjechaliśmy, żeby spróbować i sprawdzić przeczytane informacje. Chcieliśmy zdobyć kolejne doświadczenia. Mieliśmy nadzieję, że pogoda będzie bardziej sprzyjała i po raz pierwszy przejdziemy przez prawdziwy jęzor lodowcowy i spróbujemy naszych sił w najwyższych górach Europy. Dufourspitze jest drugą – tuż po Mont Blanc – górą pod względem wysokości. Najbardziej bałem się szczelin, jak również ostrej grani podszczytowej, która w moich myślach ciągle krążyła, jako bardzo wymagająca, jak na moje możliwości. Do Dufourspitze mieliśmy daleką drogę, dlatego rozpocznijmy wszystko od początku…
czwartek, 31 marca 2022
Malediwy na własną rękę, czyli Fenfushi, Hurasdhoo - również w czasach COVID-19

Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na własną rękę na Malediwach przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD, RÓWNIEŻ W CZASACH COVID-19'. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych, gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Fenfushi.
Jak co roku, najwięcej czasu zajmuje mi wyszukanie ciekawej wyspy na wakacje, ponieważ Malediwy liczą 1280 wysp, z których część jest niezamieszkanych, inne są przeludnione, a jeszcze inne są nieciekawe. Najważniejsze, żebyśmy sami określili, co jest celem naszych wakacji. Jeśli lubimy przebywać w znanym miejscu, gdzie jest dużo turystów, a jednocześnie nie chcemy przepłacać, to polecam Mafushi. Jeśli z kolei szukamy spokoju, ciszy, pięknych widoków, to trzeba się bardziej wysilić, żeby coś znaleźć. W 2019 roku zrobiłem listę dwunastu wysp, które są warte odwiedzenia, stąd teraz było mi łatwiej wybrać coś odpowiedniego dla mnie. W tym artykule pokażę Ci również, że taki wyjazd można zorganizować dosłownie na dwa dni przed wyjazdem i to z wykonaniem testu PCR, bo tak właśnie dołączyła jedna para z dzieckiem do naszej ekipy. Wybrałem wyspę Fenfushi, ponieważ moim głównym kryterium jest bardzo duża, rozległa i turkusowa laguna, która musi otaczać wyspę, miejsce musi być mało znane i obowiązkowo muszą być palmy, może las tropikalny i kilka innych wysp dookoła. Fenfushi idealnie spełnia te kryteria, ponieważ do dziś jest uznawana za mało turystyczną, a to za sprawą informacji, których brakuje w Internecie. Mało kto decyduje się tam pojechać, ponieważ od stolicy Male’ trzeba płynąć szybką łodzią 2h 05min i na dodatek mamy tylko kilka zdawkowych informacji o Fenfushi. Co więc mnie przekonało, żeby wybrać tę wyspę? Przede wszystkim ja sam zbieram wiadomości z różnych stron, również tych obcojęzycznych, dlatego jest mi znacznie łatwiej podjąć decyzję. Chociaż na zagranicznych stronach również brakuje nowych wiadomości, a strony facebookowe obiektów noclegowych są mocno nieaktualne, to wziąłem pod uwagę kilka rzeczy, które pomogły mi dokonać właściwego wyboru. Moim zwyczajem, na mapach Google, zacząłem oglądać widok z satelity, dzięki czemu mogłem ocenić rozmiary laguny i czy wody będą turkusowe. Później oceniłem zabudowę i ilość zieleni na wyspie.
Jak co roku, najwięcej czasu zajmuje mi wyszukanie ciekawej wyspy na wakacje, ponieważ Malediwy liczą 1280 wysp, z których część jest niezamieszkanych, inne są przeludnione, a jeszcze inne są nieciekawe. Najważniejsze, żebyśmy sami określili, co jest celem naszych wakacji. Jeśli lubimy przebywać w znanym miejscu, gdzie jest dużo turystów, a jednocześnie nie chcemy przepłacać, to polecam Mafushi. Jeśli z kolei szukamy spokoju, ciszy, pięknych widoków, to trzeba się bardziej wysilić, żeby coś znaleźć. W 2019 roku zrobiłem listę dwunastu wysp, które są warte odwiedzenia, stąd teraz było mi łatwiej wybrać coś odpowiedniego dla mnie. W tym artykule pokażę Ci również, że taki wyjazd można zorganizować dosłownie na dwa dni przed wyjazdem i to z wykonaniem testu PCR, bo tak właśnie dołączyła jedna para z dzieckiem do naszej ekipy. Wybrałem wyspę Fenfushi, ponieważ moim głównym kryterium jest bardzo duża, rozległa i turkusowa laguna, która musi otaczać wyspę, miejsce musi być mało znane i obowiązkowo muszą być palmy, może las tropikalny i kilka innych wysp dookoła. Fenfushi idealnie spełnia te kryteria, ponieważ do dziś jest uznawana za mało turystyczną, a to za sprawą informacji, których brakuje w Internecie. Mało kto decyduje się tam pojechać, ponieważ od stolicy Male’ trzeba płynąć szybką łodzią 2h 05min i na dodatek mamy tylko kilka zdawkowych informacji o Fenfushi. Co więc mnie przekonało, żeby wybrać tę wyspę? Przede wszystkim ja sam zbieram wiadomości z różnych stron, również tych obcojęzycznych, dlatego jest mi znacznie łatwiej podjąć decyzję. Chociaż na zagranicznych stronach również brakuje nowych wiadomości, a strony facebookowe obiektów noclegowych są mocno nieaktualne, to wziąłem pod uwagę kilka rzeczy, które pomogły mi dokonać właściwego wyboru. Moim zwyczajem, na mapach Google, zacząłem oglądać widok z satelity, dzięki czemu mogłem ocenić rozmiary laguny i czy wody będą turkusowe. Później oceniłem zabudowę i ilość zieleni na wyspie.
piątek, 27 sierpnia 2021
Dolina Truso, Wodospady Gveleti, Dolina Juty, Stepantsminda, Gergeti
Przygoda z Kazbekiem skończyła się. Po tygodniowej wyprawie w końcu mogliśmy się umyć, dobrze zjeść, spróbować gruzińskiej kuchni, a w szczególności najeść się do oporu owoców, które w Polsce kosztowały cztery razy drożej. Kto by nie skorzystał? Jak już z relacji o Kazbeku wiecie, spaliśmy w guest house ‘Nikoloz’ na ulicy Kostava’s Turn nr 2. Historia znalezienia tego obiektu również należała do ciekawych. Kiedy schodziliśmy z Meteostacji 3653 m n.p.m. do wioski Stepantsminda w ciągu jednego dnia, idąc spokojnym tempem, w trakcie opadów gradu pojechaliśmy z terenu kościółka Tsminda Sameba bezpośrednio do centrum wioski Stepantsminda. Naszą ekipę tworzyło sześć osób: Agnieszka K., Agnieszka M., ja, Łukasz, Żaneta i Grzesiu. Po bardzo udanej wyprawie na Kazbek 5047 m n.p.m. w końcu wszyscy usiedliśmy razem na ławkach w pobliżu kościółka. Zaczęliśmy wspominać co przeżyliśmy i jak było pięknie. Żaneta była zniesmaczona młodymi Gruzinami, którzy poganiali konia w lodowo-skalistym terenie, ponieważ tam się mijali. Koniecznie musiała o nich wspomnieć, ponieważ tak samo, jak nas ta sytuacja zbulwersowała. Wszędzie tam, gdzie zwierzęta są zaprzęgane do celów komercyjnych, do zarabiania pieniędzy, tam nigdy nie będą traktowane tak, jak należy.
NOWE POMYSŁY, GDZIE POJECHAĆ DALEJ, CZYLI DOLINA TRUSO, WODOSPADY GVELETI, DOLINA JUTYNawet jeszcze nie zeszliśmy do wioski, a już pojawiały się pytania, w stylu: co dalej? Teraz poszedłem w tylko znane mi krzaki, gdzie ukryłem wielki, czerwony i ciężki wór z rzeczami, które zostawiliśmy pierwszego dnia. Wór rzeczywiście był ciężki. Grzesiu i Żaneta śmiali się na jego widok. Na szczęście, pomimo zmiennej pogody w ciągu całego tygodnia, w środku nic nie przemokło. Rozdzieliliśmy rzeczy pomiędzy naszą czwórkę, po czym zaczęliśmy je wkładać do plecaków. Zmieściły się. Teraz mogliśmy wracać. Rozpoczął padać lekki deszcz, a niebo pociemniało. Najpiękniejszy widok zrobił się w stronę kościółka. Większość gór pokrył cień, a na tle wysokich gór, po przeciwnej stronie doliny, utrzymywały się dwa rzędy chmur. W pobliżu kościółka zaświeciło słońce, tworząc niedużą plamę światła na czterotysięcznikach widocznych za nim. Powstała wyjątkowa sceneria do zdjęć. Grzesiu i Żaneta nawet poszli do kościółka go zobaczyć, oraz uzupełnić wodę. Kropelki deszczu stawały się coraz większe, ale padało spokojnie. Czasami spadały nawet kulki gradu. Próbowaliśmy złapać jakąś taksówkę, ale wszystkie kogoś wiozły lub turyści umówili się na czas, aby poczekać na nich. Grzesiu i Żaneta długo nie wracali, a deszcz pomału zamieniał się w grad, gdzie coraz częściej padały kulki do wielkości 1 cm. Wtedy zaczęli częściowo iść, a częściowo biec w naszą stronę. Kiedy do nas dotarli, opad 1 cm gradu stał się standardem, a okazjonalnie zaczęły padać kulki lodu o średnicy 2 cm. Grad przybierał na sile. Biały pies schował się pod ławkę. Grzesiu wziął do ręki trzy gradziny, po czym zrobił im zdjęcie. Teraz próbowaliśmy złapać taksówkę. Pod kościółkiem zostały tylko trzy, ale każda z nich była zajęta. Grzesiu zatrzymał ostatnią i poprosił kierowcę, aby ten zadzwonił do swojego kolegi, żeby przyjechał po nas. Powiedział kierowcy: ‘call to kolega’. Po chwili dorzucił: ‘Fantastico!’. Żaneta nie mogła wytrzymać ze śmiechu, ale kierowca zrozumiał o co chodzi. Odpowiedział, że za 10 min podjedzie jego kolega. Samochód będzie miał trzy piątki na tablicy rejestracyjnej. Po tym go poznamy.
niedziela, 13 czerwca 2021
Światowy system finansowy - analiza artykułu, który napisałem ponad rok temu w świetle aktualnych wydarzeń
23 marca 2020 roku napisałem artykuł o światowym
systemie finansowym i jakie mogą być zagrożenia związane z ewentualnie
przedłużającą się pandemią koronawirusa (nie wnikam, czy została wywołana
sztucznie, czy powstała naturalnie). Po upływie ponad roku czasu jeszcze raz
chcę poddać analizie dane, które spływają do nas z całego świata. Jeśli nie
pamiętasz, jaka była konkluzja tamtego artykułu, to króciutko przypomnę:
Uważam, że jeśli pandemia potrwa kilka miesięcy,
to gospodarki państw powoli (latami) będą powstawać z największego kryzysu, ale
sam system finansowy musi przejść jakiś ciężki „reset”, albo wielkie „boom”,
ponieważ w obecnej formie, w jakiej istnieje, nie może dalej istnieć… Nie
pozwala na to czysta matematyka… Musi nastąpić jakiś ciężki kryzys, którego
celem będzie „zresetowanie” ogromnej wyrwy, jaką spowoduje nagłe dopisanie zbyt
dużej liczby zer do cyfr na ekranach komputerów, które będzie trzeba później
oddać bankom centralnym… Moim zdaniem nastąpi największy kryzys, jakiego
jeszcze nigdy nie było. Wiemy przecież, że wspomniane, ogromne sumy nie mają w
niczym pokrycia, nigdy nie istniały fizycznie, ani nigdy nie zostały
wypracowane, a „ktoś” będzie żądał ich zwrotu… Chciwość zabije zdrowy rozsądek,
co pokazały wydarzenia przyczyniające się do powstania wszystkich, 7-miu
największych kryzysów finansowych z lat 1919 – 2019… Jeśli natomiast pandemia
miałaby trwać więcej niż 6 miesięcy, to powiedzmy sobie szczerze - żadna
gospodarka ani żaden system finansowy nie będzie tego w stanie wytrzymać, skoro
praktycznie cały świat się zatrzymał zaledwie po dwóch tygodniach od
oficjalnego ogłoszenia pandemii (11 marca 2020). W takim wypadku załamie się
totalnie wszystko i świat, który znamy. Zdesperowani ludzie pozostali bez
środków do życia z powodu wcześniejszej utraty pracy będą musieli wyjść na
ulice w akcie desperacji i rozpocząć ciężkie protesty i walki o... zaspokojenie
najbardziej podstawowych potrzeb... Podobna rzecz miała miejsce w 2010 roku po
silnym trzęsieniu ziemi na Haiti, gdzie z powodu braku rządu i jakiegokolwiek
porządku publicznego, w ludziach odezwał się "zwierzęcy instynkt".
Każda pomoc humanitarna nadchodząca z innych krajów była rozrywana na strzępy,
ponieważ obywatele tego kraju rzucali się jak zwierzęta na jakikolwiek "kawałek"
jedzenia, tratując i zabijając przy tym innych. Liczył się tylko
najsilniejszy...
23 marca 2020 roku napisałem artykuł o światowym systemie finansowym i jakie mogą być zagrożenia związane z ewentualnie przedłużającą się pandemią koronawirusa (nie wnikam, czy została wywołana sztucznie, czy powstała naturalnie). Po upływie ponad roku czasu jeszcze raz chcę poddać analizie dane, które spływają do nas z całego świata. Jeśli nie pamiętasz, jaka była konkluzja tamtego artykułu, to króciutko przypomnę:
Uważam, że jeśli pandemia potrwa kilka miesięcy, to gospodarki państw powoli (latami) będą powstawać z największego kryzysu, ale sam system finansowy musi przejść jakiś ciężki „reset”, albo wielkie „boom”, ponieważ w obecnej formie, w jakiej istnieje, nie może dalej istnieć… Nie pozwala na to czysta matematyka… Musi nastąpić jakiś ciężki kryzys, którego celem będzie „zresetowanie” ogromnej wyrwy, jaką spowoduje nagłe dopisanie zbyt dużej liczby zer do cyfr na ekranach komputerów, które będzie trzeba później oddać bankom centralnym… Moim zdaniem nastąpi największy kryzys, jakiego jeszcze nigdy nie było. Wiemy przecież, że wspomniane, ogromne sumy nie mają w niczym pokrycia, nigdy nie istniały fizycznie, ani nigdy nie zostały wypracowane, a „ktoś” będzie żądał ich zwrotu… Chciwość zabije zdrowy rozsądek, co pokazały wydarzenia przyczyniające się do powstania wszystkich, 7-miu największych kryzysów finansowych z lat 1919 – 2019… Jeśli natomiast pandemia miałaby trwać więcej niż 6 miesięcy, to powiedzmy sobie szczerze - żadna gospodarka ani żaden system finansowy nie będzie tego w stanie wytrzymać, skoro praktycznie cały świat się zatrzymał zaledwie po dwóch tygodniach od oficjalnego ogłoszenia pandemii (11 marca 2020). W takim wypadku załamie się totalnie wszystko i świat, który znamy. Zdesperowani ludzie pozostali bez środków do życia z powodu wcześniejszej utraty pracy będą musieli wyjść na ulice w akcie desperacji i rozpocząć ciężkie protesty i walki o... zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb... Podobna rzecz miała miejsce w 2010 roku po silnym trzęsieniu ziemi na Haiti, gdzie z powodu braku rządu i jakiegokolwiek porządku publicznego, w ludziach odezwał się "zwierzęcy instynkt". Każda pomoc humanitarna nadchodząca z innych krajów była rozrywana na strzępy, ponieważ obywatele tego kraju rzucali się jak zwierzęta na jakikolwiek "kawałek" jedzenia, tratując i zabijając przy tym innych. Liczył się tylko najsilniejszy...
niedziela, 2 maja 2021
Krokusy - Butorowy Wierch, Ostrysz

Od roku 2020 wszystko jest inne. Nic już nie jest takie samo, jak kiedyś. Mówiąc w kontekście pór kwitnienia krokusów, również obserwujemy, że wszystko się zmienia. Nawet pory roku nie są już takie, jak kiedyś… Od 2006/07 nie mamy już prawdziwych zim. Europejskie zimy przeniosły się do Ameryki Północnej, a te z Ameryki Północnej przeszły do Europy. Od 2015 roku mieliśmy serię czterech upalnych lat z wielką suszą, a w 2020 roku straszyli nas suszą stulecia, gdzie nawet miał być problem z dostawami chleba, a tym czasem do 1 sierpnia 2020 szare chmury nie schodziły z nieba, jak i błoto z dróg... Od 2019 roku podczas trwania jesieni nie ma już kolorowych liści, lecz występują tylko żółte i brązowe barwy, a w 2021 nawet wiosna nawaliła. Była opóźniona o 20 dni. Nadal nie było pewności, że zima nie powróci… Jedyne, co nigdy się nie opóźnia, to brzydka pogoda i szarówki. One zawsze nadchodzą z dokładnością, co do jednego dnia – po 25 października. Ich okres, rok rocznie, się wydłuża – najpierw do początków marca, później do trzeciej dekady marca, a w 2021 minął cały kwiecień pod znakiem mrozów, opadów śniegu i ogólnej szarówki. Z tego względu zastanawiałem się, jak będzie z krokusami. Skoro w 2020 roku Polana Chochołowska nie zakwitła fioletowymi kwiatami, jak to się odbywało co roku, to miałem mieszane myśli, co będzie w 2021 roku. Przygotowałem plan B i plan C, ponieważ od 2018 roku na stałe wykreśliłem Dolinę Chochołowską z mapy miejsc, gdzie można podziwiać krokusy. Dlaczego? Dlatego, że ogrodzono tam wszystko, co można było, rozstawiono wolontariuszy i przede wszystkim spotkamy tam dziesiątki tysięcy bezmyślnych turystów, którzy nie wiedzą gdzie są i po co tu przyjechali. 2 kwietnia 2017 roku zrobiłem pewne badanie, gdzie podczas wędrówki powrotnej liczyłem, ile osób wchodzi do Doliny Chochołowskiej. Przeraziłem się, gdy zebrałem dane z 10 punktów szlaku. Uśredniając wartość, wyszło mi, że w ciągu jednej minuty mijałem aż 117 osób! Jak się później dowiedziałem ze stron TPN-u, tego dnia sprzedano 33.000 biletów wstępu. Chyba nikomu nie muszę mówić, dlaczego Dolina Chochołowska jest najmniej atrakcyjnym miejscem do podziwiania krokusów… Z wyżej wymienionych powodów plan B stał się planem A, czyli tym głównym.
poniedziałek, 5 kwietnia 2021




