poniedziałek, 31 października 2016

Śląski Dom, szlak na Batyżowieckie Pleso, szlak na Osterwę - czyli wędrówka Tatrzańską Magistralą

 Szlak na Batyżowieckie Pleso  Tatrzańska Magistrala szlak

Pierwszy dzień wędrówki (Młynicka Dolina, Bystra Ławka, wejście na Furkot, Furkotna Dolina, Solisko) udał nam się bardzo i byliśmy z niego zadowoleni. Trochę z większym trudem szukaliśmy noclegu w Nowej Leśnej, bo nikt nie chciał nas przyjąć na jedną noc. Daniel miał namiary na pokoje u Romów. Właśnie tam zdecydowaliśmy się spędzić noc. Początkowo szukaliśmy noclegu pukając od drzwi do drzwi, ale jako, że wszędzie było już pozajmowane (bo ten weekend był ostatnim w lecie i na dodatek bezchmurnym, więc każdy, kto mógł, korzystał z idealnej pogody), pojechaliśmy do Romów pod wskazany adres. Przed chwilą przyjechała inna czwórka Polaków, która szukała noclegów, a pani myślała, że to my dzwoniliśmy i w ten sposób ktoś przypadkowo zajął nam miejsce. Romowie, mają bardzo gęstą „sieć” powiązań rodzinnych, więc zaraz zeszły się babcie, kuzynki i inni. Po dłuższych rozmowach znaleźli dla nas dla nas duży pokój na cztery osoby zaledwie kilka domów dalej. Chcieliśmy dwa pokoje na dwie osoby, ale jako, że nigdzie już nie było wolnych miejsc wybraliśmy ten duży pokój. Obejrzeliśmy go i stwierdziliśmy, że będzie bardzo dobre spanie i nic więcej nam już nie potrzeba. Tak, jak myśleliśmy, Romowie są bardzo gościnni. Zapłaciliśmy po 10 EUR za pokój, co jest niską ceną, bo w znanych miejscowościach turystycznych, takich jak np. Stary Smokowiec, zapłacimy dwa razy więcej. Głównie z tego powodu wybraliśmy Nową Leśną, bo jest na uboczu i dla osób przyjeżdżających samochodem nie ma żadnego problemu, by dostać się w Tatry w kilkanaście minut. Ja, Daniel i Monia nawet umówiliśmy się na wyjście na wschód słońca, ponieważ dom, w którym teraz zamieszkaliśmy na noc znajdował się na obrzeżach Nowej Leśnej. Wystarczyło tylko pójść dwie minuty ulicą pod górę, żeby wyjść na rozległe pola i mieć fenomenalny widok na Tatry Wysokie Słowackie. Widok po prostu wgniatał w ziemię! Przed główną panoramą Tatr ciągnęły się hektary zielonej trawy.

Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci. Szybko przygotowaliśmy się do wyjścia, wzięliśmy aparaty i wyszliśmy na zewnątrz. Rześki poranek szybko nas obudził. Poszliśmy na otwarte pola, gdzie już z ulicy mogliśmy robić dobre ujęcia. Podchodząc nieco wyżej, mieliśmy widok na cały Poprad i bardzo rozległe niziny. Z drugiej strony zaś mieliśmy widok na panoramę Tatr. Teraz oczekiwaliśmy wschodzącego słońca, które miało nadać pięknych barw górom. Do wschodu pozostało jakieś dziesięć minut. Udało nam się zrobić jeszcze kilka ujęć przed słońcem, dzięki czemu mieliśmy porównanie, jak Tatry wyglądają przed, kiedy nie widać jeszcze większości szczegółów i po wschodzie słońca, gdy widać wiele drobnych szczególików, jak np. żleby, pasy kamieni wśród zwartej kosodrzewiny, itp. Fotografując Tatry w porze wschodzącego słońca korzystaliśmy z idealnego spokoju, ponieważ nikt, ani nic nie zakłócało zupełnej ciszy. Trawę pokrywała grubokropelkowa rosa, która bardzo szybko umoczyła nam buty i spodnie. Po około pół godzinie usłyszeliśmy w oddali dzwoneczki. Dopiero za kolejne dziesięć minut zauważyliśmy, że nasze wielkie pole przed Tatrami przecina duże stado owiec. Od wczesnoporannego słońca nawet owce przyjmowały jasnopomarańczowej barwy. Ten widok na tle monumentalnych Tatr był niesamowity! Całości dopełnił samotny pasterz z kijem w ręku, ponieważ nadał ciekawy klimat nie tylko miejscu, ale również samym fotografiom, które wykonaliśmy w tym czasie. Widok tak bardzo nam się podobał, że zostaliśmy na miejscu przez około godzinę. Dopiero, kiedy ciepłe barwy promieni przemijały, wróciliśmy do domu by zjeść normalne śniadanie.

wtorek, 25 października 2016

Pieniny 2016 - 23.10.2016 - morza chmur w Pieninach, Pieniny jesienią

 Pieniny jesienią Trzy Korony - szlaki

Zjawisko mórz chmur w Pieninach – kiedy występują najlepsze warunki?
Morza chmur w Pieninach są tak niezwykłe i niepowtarzalne, że już na jedenaście miesięcy przed wystąpieniem tego zjawiska zaplanowałem urlop. Bardzo trudno jest wyznaczyć konkretny dzień, kiedy mogą powstać morza chmur, dlatego nastawiłem się na tydzień od 17-ego do 23-ego października 2016. Wtedy najbardziej liczyłem na udaną pogodę. Wybrałem te dni, ponieważ zawsze zależy mi na tym, żeby nie tylko wystąpiły morza chmur, ale żeby to zjawisko nałożyło się z najintensywniej ubarwioną jesienią, czyli krótko mówiąc – czekałem, aż jesień będzie miała największą ilość kolorów i na czas, kiedy nastąpi inwersja w pogodzie. Od sześciu lat „polujemy” na ten szczególny czas, ponieważ wtedy jest po prostu najpiękniej, a teraz miał być udany rok siódmy… Tak przynajmniej zakładaliśmy. Całe zjawisko polega na tym, że kiedy zaczynamy wędrówkę w góry, jesteśmy poniżej poziomu chmur i widzimy nad nami tylko szare, mało optymistyczne chmury. W trakcie podchodzenia przebijamy się przez ich warstwę, ponieważ są nisko „zawieszone” nad dolinami i potem wędrujemy przy bezchmurnym niebie, mając równą warstwę chmur pod nami. Kiedy wejdziemy wyżej, zobaczymy, że chmury niejako rozlewają się niczym wody morza i wśród nich wystają tylko szczyty najwyższych gór w okolicy. Przypomina to trochę widok, jakbyśmy stali na małej wysepce i oglądali inne równie małe wyspy rozsiane dookoła nas. Właśnie to wszystko chcieliśmy ujrzeć jednocześnie i dlatego pozostaje tylko jeden tydzień w roku, kiedy jest dość duża szansa. Zwykle wszystkie zjawiska występują jednocześnie w dniach 13-20 października każdego roku. Problem w tym, że trzeba obserwować, jaki jest wrzesień. Jeśli jest ciepły i słoneczny, to spodziewajmy się, że nasze „polowanie” na morza chmur uda się w okolicach 20. października lub nawet kilka dni później, a kiedy wrzesień jest chłodny, pochmurny i deszczowy, jak np. w latach 2013 i 2015, to raczej powinniśmy spodziewać się widowiska około 13. października. Wszystko ma związek z barwieniem liści na różne kolory, co jest zależne, między innymi, od pogody we wrześniu.

Widząc, że wrzesień był piękny i słoneczny byliśmy raczej pewni, że morza chmur i pełnia jesieni nastąpią po 20-tym października. Niestety początek października nagle odmienił się i nastały chłodne dni i deszczowa pogoda. Czekając na lepszą aurę, po prostu nie doczekaliśmy jej i nawet 21. października ciągle padało… Po cichu myśleliśmy, że to będzie pierwszy rok, kiedy nie zobaczymy pięknej jesieni w Pieninach, bo minęły już trzy deszczowe tygodnie i nadal nie widzieliśmy żadnej odmiany na horyzoncie. Wypatrzeliśmy jakieś okno pogodowe dopiero na 23. października. To tylko jeden jedyny słoneczny dzień, ale właśnie wtedy mieliśmy największą szansę powodzenia, bo wtedy zapowiadali bezchmurne niebo i miała nagle spaść temperatura, czyli spodziewaliśmy się inwersji, gdzie temperatury w dolinach są dużo niższe niż te wyżej w górach. Jako, że w tym roku mieliśmy tylko jedną szansę, musieliśmy jechać bez względu na wszystko, żeby zobaczyć, jak będzie w tym roku. Drugiej możliwości po prostu nie było, bo później już miało być po kolorowej jesieni.

Tak wyglądały nasze przygotowania i „polowanie” na morza chmur. Szlak na Trzy Korony.

Zaplanowaliśmy nasz wyjazd na godzinę 00.30 w nocy 23. października po to, żeby na miejscu być około godziny 4.00 i żeby wejść na szczyt Trzech Koron przed wschodem słońca. Właśnie o takiej porze jest najpiękniejsze światło i najciekawsze kolory, dlatego, jak co roku wejście na Trzy Korony musiało być zaplanowane w całości w nocy. Obawialiśmy się tylko jednej rzeczy – skoro cały październik był zimny, deszczowy i całkowicie pochmurny, to jesień nie będzie miała pełnej gamy kolorów. Liście zanim poczerwienieją zdążą od razu zżółknąć i od razu zbrązowieć, a duża część zielono-żółtych liści po prostu opadnie przedwcześnie. Tak dzieje się w przypadku, gdy mamy zbyt chłodny i pochmurny wrzesień lub październik. Wiedzieliśmy, że praktycznie tak będziemy mieli na pewno, dlatego nie nastawialiśmy się na najpiękniejsze widowisko, jakie mogliśmy dotychczas zobaczyć. Do dziś niezmiennie króluje widok z 2010 roku, gdzie wystąpiły idealne warunki, zarówno te pogodowe, jak i te dotyczące jesieni. Pomimo, że co roku udaje nam się wyznaczyć odpowiedni czas i zobaczyć piękne morza chmur, to dotychczas nie trafiliśmy na piękniejsze widowisko niż z 2010 roku – głównie z powodu niedostatecznych warunków przed okresem „polowań” na morza chmur, co ma wielki wpływ na jakość kolorów jesieni, kiedy występuje już to zjawisko.

poniedziałek, 17 października 2016

Młynicka i Furkotna Dolina szlaki, Furkot - 2404 m n.p.m., szlak na Solisko

 Młynicka Dolina szlaki  Szlak na Solisko

MŁYNICKA DOLINA, FURKOTNA DOLINA SZLAKI - NASZA RELACJA I OPIS SZLAKU
Długo w naszych głowach rodził się pomysł wyjazdu w Tatry Słowackie. Daniel od dawna marzył, żeby zobaczyć Dolinę Młynicką i Furkotną. Chociaż słowo „dolina” może znaczyć wędrówka w pobliżu gór, a nie po górach, to w tym przypadku słowo „dolina” znaczyło o wiele więcej, ponieważ mieliśmy chodzić powyżej wysokości 2300 m n.p.m. i planowaliśmy podziwiać prawdziwie tatrzańskie widoki z góry. Cały urok obu dolin polega na tym, że obie są spięte bardzo małą przełęczą zwaną Bystrą Ławką 2300 m n.p.m., która oferuje bardzo ciekawe widoki i dla idących tu pierwszy raz – będą zagwarantowane pewne emocje związane z pokonywaniem szlaku. Umówiliśmy się tek, żeby rozpocząć wędrówkę na około godzinę przed wschodem słońca. Nie liczyliśmy na duży ruch turystów, a tym bardziej na zatory w wąskich miejscach. Naszym głównym celem było podziwianie pięknej tatrzańskiej przyrody, licznych stawów oraz wysokogórskich widoków. Jechały z nami również Ilona i Monia, dlatego nie wybraliśmy wymagającej trasy.

Samochód zaparkowaliśmy w Nowym Szczyrbskim Plesie, na największym, dwupoziomowym, parkingu w okolicy. Miejsca na pewno nikomu nie zabrakło. Jest tu kilka dużych parkingów, a na każdym z nich wiele miejsc do wyboru. Po wyjściu z obiektu chwilowo idziemy ulicą, a później okrążamy z prawej strony Szczyrbskie Pleso. W trakcie przejścia możemy popatrzeć na tutejszą skocznię narciarską. Po kilkunastu minutach dochodzimy do wiaduktu, gdzie rozdwajają się szlaki. Czerwony prowadzi w prawo, na Popradzkie Pleso, a żółty już bezpośrednio Młynicką Doliną. Większość ludzi wybiera czerwony szlak, ponieważ od Popradzkiego Plesa rozpoczyna się osławiony szlak na Rysy od strony słowackiej, który jest mocno oblegany. Tylko nieliczni wybierają żółty, prowadzący Młynicką Doliną. Tego dnia wybraliśmy właśnie tą trasę i wiedzieliśmy, że spokój na szlakach mamy raczej zapewniony. Za wiaduktem rozpoczynamy wędrówkę głównym deptakiem. Można się tutaj poczuć trochę jak w Zakopanem, ale na szczęście nie trafiliśmy na wielki ruch o tej porze dnia i roku. Cały odcinek jest przyjemny, ponieważ idziemy w płaskim terenie oraz będziemy podziwiać piękną trawiastą polankę, nadającą specyficzny klimat temu miejscu. Po lewej stronie zauważymy kilka wyciągów narciarskich, a na końcu deptaka miniemy Hotel FIS. Cała przyjemność rozpoczyna się dosłownie za jego budynkiem, ponieważ wkraczamy w piękny świat tatrzańskich szlaków. Od teraz będziemy szli aż półtorej godziny, podziwiając na początku tatrzańskie lasy, a dalej przyrodę i wspaniałe widoki. Wędrówka przez las trwa jakieś 45 do 50-ciu minut. Od samego początku możemy podziwiać stare świerki „oblepione” krzaczastymi porostami, które tworzą gęsty i zwarty las. Jako, że tutaj rozpoczyna się Dolina Młynicka i teren jest raczej „upchnięty” pomiędzy dwa zbocza górskie, to las, którym idziemy jest wyjątkowy, ponieważ w innych częściach Tatr Słowackich u stóp gór, wszystkie zostały położone przez potężną wichurę z dnia 19 listopada 2004. Wtedy zostało połamane do gołej ziemi aż 12 000 hektarów lasów i do dziś te miejsca wyglądają nieatrakcyjnie. Cieszy jedynie fakt, że na miejscu starych drzew rosną już młode i kiedyś znowu będzie tu pięknie. Mogliśmy powiedzieć, że idziemy wyjątkowym lasem, ponieważ ten ocalał.

poniedziałek, 10 października 2016

Czerwone Wierchy jesienią, grań Tatr Zachodnich

szlak na Kończysty Wierch 

Długo czekałem na dobrą pogodę. W końcu nadeszła! Pełne słońce miało być w piątek i w sobotę, toteż wziąłem wolne w pracy, żeby pojechać w góry. Moja żona, Monia, miała jeszcze zajęty piątek, dlatego postanowiliśmy, że dojedzie do nas autobusem z koleżanką Iloną. Ja i Daniel pojechaliśmy już o 3.00 w piątek w nocy, w stronę Doliny Chochołowskiej. Dlaczego tam? Dlatego, że w planach mieliśmy podziwianie pięknych rdzawo-brązowych traw w Tatrach Zachodnich. Zaplanowaliśmy, że naszą trasę zaczniemy od Trzydniowiańskiego Wierchu, ponieważ już od tego szczytu, na całej trasie mieliśmy cieszyć się jesiennymi kolorami. Na miejsce dotarliśmy dokładnie o 6.00 rano. Niebo zaczęło jaśnieć. Idealna pogoda zachęcała do wędrówki. Trawy pokrył szron, dlatego zastanawialiśmy się, czy taki sam mróz jest wyżej. Z drugiej strony wiedziałem, że w takie dni w dolinach jest najchłodniej, toteż liczyłem, że tam – u góry – będzie cieplej. Szybkim tempem poszliśmy Doliną Chochołowską. Niestety musieliśmy przejść ją prawie całą. To nużąca i długa trasa. Jedynie ostatnie 15min drogi prowadzącej do schroniska nie stało się częścią naszej trasy. Skręciliśmy w lewo, gdzie czerwony szlak prowadził Krowim Żlebem na Trzydniowiański Wierch. Po dwóch latach, wyciągnąłem moje buty górskie, które dziwnym trafem… zstąpiły się. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale zmalały o co najmniej 2-3 numery… Kupiłem je o 5mm za duże, a teraz były o 5mm za małe… ciągle zastanawiałem się, jak to będzie i czy po całej trasie nie będę musiał zrywać dużych paznokci u stóp, co jest bardzo bolesne.

Na Krowim Żlebie nie czułem niewygód związanych z butami i pomyślałem, że będzie dobrze. Jasne niebo i widok na Chochołowskie Mnichy utwierdziły nas w przekonaniu, że wyżej może być tylko lepiej. Wyobrażałem już sobie te wspaniałe trawy, polany i rdzawo-brązowe szczyty. Za Krowim Żlebem rozpoczęło się bardzo strome podejście lasem. Z Danielem stwierdziliśmy, że zimą jest tu łatwiej i można podchodzić szybciej. Teraz szliśmy stromymi schodami. W lesie unosił się bardzo piękny zapach świerków oraz czuliśmy rześkie powietrze. Oddychało nam się bardzo dobrze. Nie pociłem się, toteż szedłem miarowym tempem. Szybko doczekaliśmy momentu, kiedy gęsty las zamieniał się pomału w połać karłowatych świerków. Te zaś, szybko zamieniły się w pas kosodrzewiny. Stąd ujrzałem chyba najpiękniejszy, zachęcający widok. Starorobociański Wierch mienił się u szczytu pięknymi, oszronionymi skałami. To był niesamowity widok! Wiedziałem, że dalej będzie równie pięknie! Do Trzydniowiańskiego Wierchu podchodziliśmy wolnym krokiem, ponieważ podziwialiśmy cudne widoki. Obok kosodrzewiny patrzeliśmy na uschniętą, ale wysoką trawę, która tworzyła piękny pejzaż z górami w tle. Właśnie tutaj Daniel spostrzegł, że… nie wziął baterii do aparatu i cała przyjemność robienia zdjęć tego dnia odeszła gdzieś w kosodrzewinę,  a chciałoby się rzec  „w krzaki”… Jednak nic nie stracił, bo robiliśmy zdjęcia moim aparatem na przemian, bo każdy z nas widział to samo na swój sposób. Mnie szczególnie zachwycił widok na Dolinę Chochołowską i drewniane szałasy. Stąd wyglądały pięknie i widzieliśmy, jak wielka jest wysokość tego szczytu. Spoglądaliśmy w stronę Wołowca, bo i tam wzrok przyciągały rdzawo-brązowe zbocza. Dołączył do nas samotnie idący pan, który opowiadał nam, jak wracał leżąco na ziemi z gór z powodu halnego. On również cieszył się idealną pogodą. Po krótkiej przerwie na Trzydniowiańskim Wierchu poszliśmy w stronę Kończystego Wierchu. Nie wiedzieliśmy jakie panują tam warunki, dlatego postanowiliśmy, że spróbujemy tam dojść, a jeśli warunki pozwolą, to pójdziemy dalej – na Jakubinę, liczącą 2194 m n.p.m. To wysoki szczyt dający rozległe widoki – szczególnie na Tatry Wysokie i całe Zachodnie. Na Kończysty Wierch doszliśmy szybko. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać panoramę Tatr we wszystkich kierunkach. Nie myliliśmy się – rdza pięknie „rozlała” się po całych Tatrach równomiernie. Te widoki zachwycały! My jednak chcieliśmy zobaczyć coś więcej.

wtorek, 4 października 2016

Starorobociański Wierch zimą 2176 m n.p.m.

 szlak na Starorobociański Wierch zimą  widoki ze szczytu Starorobociańskiego Wierchu

Minęło już 28 dni od momentu, kiedy pożegnałem Tatromaniaka i Iwon, lub też 27 dni od kiedy pożegnałem Otylię, zakańczając tym samym ostatnią uczestniczkę naszego długiego, zimowego wyjazdu. Brak pogody lub pracujące soboty uniemożliwiły mi jakiegokolwiek wyjazdu w góry, a przecież tyle jeszcze pozostało energii do spalenia, którą nagromadziłem przez całą zimę… W czwartym tygodniu tego roku dowiedziałem się, że nie będzie pracującej soboty, więc od razu pomyślałem, że trzeba bardzo szybko wymyślić cel i miejsce górskiego spotkania. Kilka dni wcześniej z Tatromaniakiem dogadałem się w sprawie zimowego Zawratu, ale równie szybko dowiedzieliśmy się o panujących tam warunkach – mam na myśli duży stopień zagrożenia lawinowego. Szybko padały pytania: Co robimy?, Gdzie jedziemy?, Jaki szczyt wybieramy? Takich myśli było mnóstwo. Bardzo podobało mi się ubiegłoroczne podejście na Starorobociański Wierch, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Pomyślałem sobie… „Stary Robot – Rewanż?” – czemu nie. Zaproponowałem to miejsce jako nasz główny cel. Omówiliśmy różne warianty podejść (a było ich cztery) w zależności od warunków, jakie mogły tam panować. Zdecydowaliśmy się na podejście przez Ornak i przejście Doliną Starorobociańską – do wyboru na miejscu. Piątek, 28 stycznia 2011 był najgorętszym dniem, ponieważ sam nie wiedziałem, czy pojedzie pracujący jeszcze tej doby Daniel. Początkowo umówiliśmy się, że jeśli nie pojedzie, to ja dojadę do Nowego Targu autobusem na godzinę 5.06 i stamtąd wyruszymy w Tatry. W pracy, dobijając ostatniego end cap’a do stojana servosilnika usłyszałem znajomego mi Andy Bluemana o 21.33, co oznaczało, że dzwoni Daniel. Miał bardzo dobre wieści. Powiedział, że jedzie z nami. Umówiliśmy się, że pojedziemy o 0.30 w nocy w stronę Nowego Targu, skąd mieliśmy zabrać Iwon.

Tymczasem, tego samego dnia Tatromaniak przygotował już wszystko dla Iwon, która miała przyjechać do niego, aby u niego przenocować, co uskuteczniłoby nasz wspólny dojazd w Tatry, oszczędzając blisko godzinę na przejazdy na trasie Czarny Dunajec – Nowy Targ – Czarny Dunajec, wraz z manewrami załadunkowo-przeładunkowymi. Z Danielem uzgodniliśmy, że pojedziemy po Iwon do Nowego Targu, a później dojedziemy razem do Czarnego Dunajca. Tak też zrobiliśmy. Tatromaniak był trochę zdezorientowany, bo co chwila plany dojazdu zmieniały się, aż do godziny 21.33, gdzie dopracowaliśmy i uzgodniliśmy ostateczną wersję naszej wyprawy. Po przyjeździe do domu z drugiej zmiany nie zostało mi zbyt wiele czasu, bo zdążyłem tylko dorzucić brakujące rzeczy do plecaka, coś zjeść i czas już było ruszać.

Daniel i ja wyruszyliśmy spod bloku o 0.30 – według planu. Standardowo mijaliśmy stacje paliw, które zawsze kojarzyły nam się ze wspólnymi wyjazdami w góry. Chodziło oczywiście o stacje Orlenu, które zawsze są częścią naszych wypraw. Teraz nie było inaczej, bo po wyjeździe z Krakowa obowiązkowo zaliczyliśmy jedną z nich, ponieważ zorientowaliśmy się, że w Nowym Targu będziemy za szybko. Po krótkim postoju pojechaliśmy dalej, przejeżdżając przez kolejne miejscowości, aż dotarliśmy do Rdzawki – miejscowości, gdzie podczas naszego dojazdu na Małą Wysoką zgłaszaliśmy na Policję prawdopodobnie pijanego kierowcę, jadącego wówczas przed nami. Na granicy administracyjnej Rdzawki i Nowego Targu zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji paliw Orlenu. Na tej stacji zatrzymujemy się zawsze, od momentu, kiedy jeździmy w góry. Z Iwon byliśmy umówieni na 4.00 rano, a była… 2.45. Pomyślałem, że mamy dwie opcje: albo poczekać do czwartej nad ranem, albo zadzwonić i powiedzieć: „przyjedziemy trochę wcześniej”. Trochę się pospieszyliśmy. Do Nowego Targu wjechaliśmy dopiero po 3.40, gdzie bez problemów dojechaliśmy na adres wskazany przez Iwon. Co prawda byłem tam miesiąc temu, ale w miastach do niczego nie przywiązuję uwagi, więc i tak nie wiedziałem, gdzie ona mieszka. Jak zawsze pomogła mi papierowa mapa, która nigdy nie zawodzi.

środa, 31 sierpnia 2016

Szpiglasowy Wierch latem 2172 m n.p.m.

Szpiglasowy Wierch latem Wielki Staw Polski

W środku tygodnia, w pracy, rozmawialiśmy o kolejnym dobrym pod względem pogodowym weekendzie. To niesłychane, że po trzydziestu jeden, pod rząd deszczowych sobotach, trend się odwrócił i teraz zapowiadali trzeci pod rząd słoneczny weekend. Obowiązkowo zarządziliśmy wyjazd w góry. Wpadliśmy na pomysł, że zaraz po drugiej zmianie wsiadamy do samochodu Roberta i jedziemy w Tatry. Zebraliśmy się w grupie Ja – czyli Michał, Ania, Robert, Ewa i Brygida. Ewa po bardzo długiej przerwie postanowiła odwiedzić jakiekolwiek góry, dlatego dla niej wybraliśmy Szpiglasowy Wierch ze względu na piękno przyrody. Wiedziałem, że będzie zachwycona tą trasą. Do naszej grupy dopisał się jeszcze Piotr, jego dziewczyna i koledzy. Oni jechali w drugim samochodzie. Ja i Robert znaliśmy możliwości Ani, dlatego mieliśmy duże obawy o jej tempo, czy da radę dotrzymać nam kroku, bo po poprzednich wyjazdach w tym miesiącu zauważyliśmy, że kondycyjnie mocno odstaje od grupy. Mimo wszystko chcieliśmy ją zabrać ze względu na dobre towarzystwo i jej niepowtarzalny śmiech. Spod zakładu pracy wyruszyliśmy o godzinie 22.10 z myślą, by na około 1.00 w nocy dojechać na Palenicę Białczańską, skąd dalej ruszylibyśmy na Morskie Oko i dalej – na Szpiglasowy Wierch. Zejście planowaliśmy Doliną Pięciu Stawów i przez Dolinę Roztoki. Kiedy mijaliśmy drugie bramki na autostradzie A4 w Balicach Piotr i jego ekipa pogubili się i przejechali zjazd do Zakopanego. Nasz samochód zatrzymała policja do rutynowej kontroli. W tym momencie dzwonił Piotrek aż osiem razy, ale nie odebraliśmy, bo w tym czasie mieliśmy kontrolę. Dopiero po wypuszczeniu nas Robert zadzwonił do Piotrka, ale ten obraził się, że nie odbieraliśmy telefonu. Na nic były tłumaczenia, że w tym czasie zatrzymała nas policja i nic z tym nie mogliśmy zrobić. Po kontroli pojechaliśmy dalej, a ekipa Piotrka pojechała na Kasprowy Wierch zupełnie inną drogą. W samochodzie powiedziałem tylko tyle, że nie ma co roztrząsać sprawy, tylko róbmy swoje, bo kto odwraca się do tyłu, ten nigdzie nie dochodzi. Powiedziałem tak po tym, jak żadne argumenty nie miały siły przebicia. Z natury lubię konkrety i dla mnie istnieje tylko „tak”, albo „nie”. Jeśli coś jest po środku, to odrzucam i robię swoje. Dzięki temu mogę iść ciągle do przodu i działać. Teraz nie inaczej – trzymałem się tej prostej, ale jakże skutecznej zasady…

Jadąc dalej dziewczyny jeszcze przez chwilę wspominały o tym zdarzeniu, a ja myślami byłem już przy wschodzie słońca nad Morskim Okiem. Koniecznie go chciałem zobaczyć, dlatego teraz tylko to zajmowało moje myśli. Na miejsce dojechaliśmy po 1.30 w nocy. Obliczyliśmy, że dojście nad Morskie Oko powinno nam zająć jakieś dwie godziny lub może minimalnie więcej. Mieliśmy więc dużo czasu. Niespiesznym tempem przygotowywaliśmy się do wyjścia. Dziewczyny ubrały kurtki i buty górskie, Robert pozamykał samochód i w końcu wyruszyliśmy do góry. Na tempo Ani policzyliśmy 2h 30min, gdyby potrzebowała odpoczynku. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w środku nocy. Rozmawialiśmy ze sobą i wspominaliśmy osławiony już moduł 4A od Eli, o którym to Robert, Ania i Brygida rozmawiały dwa tygodnie temu na szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem, kiedy to razem poszliśmy w góry w podobnym składzie, tylko bez Ewy. Spoglądaliśmy też na rozgwieżdżone niebo i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu. Od czasu do czasu ciszę przerywał cichy szelest opadających igieł, czy też bardzo lekkie podmuchy wiatru. Wiedzieliśmy, że ten dzień będzie idealny do wędrówki, i że z pewnością dużo dziś zobaczymy. W połowie nocnego szlaku stanęliśmy przed skrótami składającymi się z czterech odcinków kamiennych schodów, dość stromo ułożonych pod górę. Ania przez chwilę odpoczywała i zjedliśmy po jednej bułce. Wchodziliśmy wolnym tempem, żebyśmy wszyscy razem doszli do ostatniego podejścia. Na górze również odpoczęliśmy, żeby Ania i Ewa mogły nabrać sił. Ewa odczuwała, że dawno nie była w górach, ale mimo wszystko nie narzekała. Od teraz – według znaków, pozostało nam pięćdziesiąt minut ciągłej wędrówki równą drogą asfaltową. Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Następny postój zarządziliśmy przy parkingu Włosienica. Jest to miejsce, do którego dojeżdżają wozy konne. Tutaj podziwialiśmy spokój okolicy oraz coraz wyraźniejsze góry. Mięguszowieckie Szczyty wydawały się być tak blisko nas. Po dłuższej chwili wstaliśmy i poszliśmy nad Morskie Oko.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Tour de Monte Rosa szlak, trekking w Alpach

Tour de Monte Rosa szlak, trekking Tour de Monte Rosa zdjęcia

To już ostatnia część opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa.

Po udanym wejściu na Breithorn 4164 m n.p.m., Dufourspitze 4634 m n.p.m., Nordend 4609 m n.p.m. i Rimpfischhorn 4199 m n.p.m. (doszliśmy do lodowca położonego na wysokości 4001 m n.p.m.) pozostałem sam, po tym, jak Rafał musiał już wracać do domu ze względu na kończący się urlop. Mi pozostały jeszcze trzy dni wolnego czasu, dlatego postanowiłem, że wybiorę kultowy szlak Tour de Monte Rosa i przejdę jego najciekawsze fragmenty od Zermatt aż po St. Niklaus. Kiedy Rafał pojechał, przebywałem w namiocie rozbitym w krzakach za Tasch (patrząc od strony Zermatt) przy wielkim stawie, w pobliżu pola golfowego ‘Matterhorn’. Zaplanowałem, że zejdę do wioski Randa liczącej około 440 mieszkańców i tam znajdę odpowiednie miejsce pod namiot. Założyłem, że zatrzymam się w rejonie Randa-Wildi, w okolicach potoku Wildibach, gdzie będę miał dostęp do świeżej wody. Tuż przed lasami, w części Wildi, w Randzie, minąłem pole namiotowe Atermanze. Za nim, idąc około 10min lasem, przekroczyłem mostem szeroki i silny potok Wildibach. Poszedłem dalej, za usypisko głazów, które tworzyło jego naturalne koryto. Skręciłem w prawo, ponieważ około pięć minut drogi od Wildibach usłyszałem cichy szum mniejszego potoku. W lesie rosła wysoka trawa, a wśród niej kwitły piękne alpejskie kwiaty. W trawach wypatrzyłem ledwo widoczną, zarastającą ścieżkę i tam postanowiłem wejść i rozglądnąć się za polem pod namiot. Podchodząc słabo nachylonym stokiem, doszedłem do malutkiego potoku, na którym zbudowano rynienkę doprowadzającą wodę za pomocą gumowych rur. Nieco wyżej umiejscowiono wannę, która miała za zadanie odfiltrowywanie wody z osadów. Przeszedłem jeszcze odległość równą całej instalacji do góry i znalazłem małe, ale równe miejsce pod namiot osłonięte od góry gęstymi modrzewiami. W razie deszczu miałem bardzo dobry, naturalny parasol. Bez wahania rzuciłem wszystko i zacząłem rozbijać namiot. Około 50 cm od niego płynął ten sam potok, toteż miałem ciągły dostęp do świeżej wody.

Miejsce jak najbardziej odpowiadało mi, ponieważ nikt mnie nie mógł tutaj zauważyć, a ja sam miałem wszystko, czego potrzebowałem do wyjścia w góry. Po rozbiciu namiotu rozejrzałem się za sklepem w wiosce i zauważyłem, że otwierali go tylko rano, od 9.00 do 12.00 i w południe, od 17.00 do 20.00. Sklep prowadziła starsza pani. Kupiłem w nim chleb i makaron potrzebny do gotowania zup pomidorowych oraz same zupy pomidorowe z Knorra. Wracając przez wioskę Randa zauważyłem starą zabudowę, którą wyróżniał styl budownictwa. Domy sprzed kilkudziesięciu lat i te jeszcze starsze, budowano na kamiennych cokołach, na których ustawiano kamienną okrągłą, płaską płytę i dopiero na tym budowano drewniany dom. Taka płyta miała chronić dom przed wszędobylskimi szczurami. Co ciekawe, dachy również pokrywały kamienne płyty ułożone tak, jak dachówki. Miały kształt rombu. Przyznam, że część wioski Randa-Wildi pod lasem robiła dobre wrażenie i nie sposób było przejść obojętnie obok wiekowych domów. Tymczasem zastanawiałem się dokąd pójdę samemu. Tour de Monte Rosa jest wielkim szlakiem, więc musiałem wybrać jakiś fragment. Wybrałem wyście do schroniska Domhutte położonego na wysokości 2940 m n.p.m. Chciałem koniecznie tam dojść ze względu na dużą wysokość możliwą do osiągnięcia w ciągu jednego dnia. W kolejnych latach planowałem odwiedzenie szczytu góry Dom. Chciałem zobaczyć, jak wygląda droga dojściowa do Domhutte. Pomyślałem, że będę musiał przejść z wysokości 1400 m n.p.m. aż do 3000 m n.p.m. w ciągu poranka i później wrócić. To znacznie więcej niż w drodze na Rysy. Miałem wielkie chęci i siły, dlatego nie zmieniałem planów. W Randzie panował spokój, dlatego czułem się zupełnie bezpiecznie i rozmyślałem nad tym, co zobaczę dnia kolejnego. Potrzebowałem tylko dobrej pogody i wielu sił. Mając namiot dla siebie, wiedziałem, że będę miał dobry sen. Zasnąłem jeszcze przed zachodem słońca. Dzięki temu miałem dużo czasu na odpoczynek.

piątek, 5 sierpnia 2016

Rimpfischhorn 4199 m n.p.m. - Alpy

Monte Rosa z Pfulwe droga na Rimfischhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa. Jak dojechać z Polski do Zermatt komunikacją publiczną dowiesz się z relacji Breithorn.

WĘDRÓWKA Z ZERMATT
Znajdowaliśmy się pod Winkelmatten w lesie, ponad zabudową Zermatt. Rozbiliśmy tam namiot po udanym wejściu na Breithorn, Dufourspitze i Nordend. Teraz planowaliśmy wejście na Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Długo wybieraliśmy kolejną górę za nasz cel, ponieważ nie opracowaliśmy w domu żadnych tras oprócz tego, co sobie założyliśmy i już zrealizowaliśmy, a zostało nam jeszcze dużo wolnego czasu. Cieszyliśmy się, że mieliśmy więcej dni i mogliśmy myśleć o jeszcze jednej górze. Patrząc na mapę, próbowaliśmy ocenić, na który czterotysięcznik możemy jeszcze wejść i jaka góra może być ciekawa. Porównywaliśmy Zinalrothorn 4221 m n.p.m. i Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Wybór padł na ten drugi, ponieważ z naszego aktualnego miejsca mogliśmy wyruszyć bezpośrednio w stronę Rimpfischhorn. Tego dnia zeszliśmy z zielonej równiny trawiastej pod Gornergrat (wracaliśmy z Dufourspitze i Nordend), gdzie szlak prowadzi bezpośrednio na lodowiec Gornergletscher. Zatrzymaliśmy się w lasach pod Winkelmatten, ponieważ znaleźliśmy duży i płaski teren pod namiot z dala od ludzi. Niewielką równinę w lesie znajdziemy około 100m drogi pieszej od stacji Stn. Findelbach pociągu na Gornergrat. Pomimo bliskości stacji, dookoła panuje zupełna cisza. Jako, że tydzień temu zostawiliśmy nasze rzeczy w krzakach obok namiotu, kiedy wyruszaliśmy na Dufourspitze i Nordend, to musieliśmy wrócić do tego samego miejsca. Teraz myśleliśmy o pięknej pogodzie, która ciągle utrzymywała się od kilku dni. Chcieliśmy wykorzystać ją na kolejne podejścia. Rafał zaproponował Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Z powodu bezpośredniej trasy z naszego miejsca noclegu zdecydowaliśmy jednogłośnie, że pójdziemy na Rimpfischhorn. Nikt z nas nie wiedział, jakie trudności nas spotkają, ale z drugiej strony, jak mieliśmy się dowiedzieć nie widząc tej góry na oczy?

Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci i pełni sił po obfitym śniadaniu, ponieważ wczoraj w Zermatt uzupełnialiśmy prowiant. Teraz planowaliśmy wyruszyć wzdłuż potoku Findelbach, po jego prawej stronie, idąc ciągle do góry modrzewiowym lasem. Na wysokości 2022 m n.p.m. mieliśmy przekraczać potok, gdzie dalej wyszlibyśmy ponad górną granicę lasów. Dość szybko poskładaliśmy nasze rzeczy. Jako, że wybraliśmy po raz kolejny wyjście z lasów pod Winkelmatten, to ponownie ukryliśmy nasze rzeczy w tych samych krzakach, żeby nie nosić niepotrzebnych ciężarów. Wyruszyliśmy przy pięknej, słonecznej pogodzie. Nikt z nas nie patrzył na zegarek, dlatego nawet nie wiem o której godzinie mogliśmy wyjść. Z naszego miejsca musieliśmy pójść na stację kolejową Stn. Findelbach, skąd szlak nieznacznie skręcał w lewo, prowadząc ścieżką wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Trasa prowadziła praktycznie w linii prostej, bez trawersów. Ciągle mieliśmy widok przez drzewa na potok Findelbach. Wśród modrzewiów wszędzie kwitły róże alpejskie. Wyglądały fenomenalnie, ponieważ zdobiły okolicę różowymi kwiatami. Podchodziliśmy jednostajnym tempem, aż doszliśmy do potoku Balmbrunne na wysokości 1950 m n.p.m. Szlak prowadził przez mały mostek, gdzie obok niego rozstawiono przestrzenne znaki ostrzegawcze z wykrzyknikiem informujące, że w razie opadów potok jest silny i jego nurt może porwać. Za potokiem przeszliśmy w pobliże skał, gdzie na chwilę mogliśmy odpocząć od ciężkich plecaków zwanych przez nas „za ciężkimi dziadami”. Na poziomie 2200 m n.p.m. dotarliśmy do znacznie większego potoku o nazwie Findelbach, który płynął dość szerokim korytem. Widzieliśmy jaką ma siłę. Co ciekawe, spotkaliśmy dwie dziewczyny, które rozdawały ulotki informacyjne, mówiące o zagrożeniu podczas wędrówki przez potoki. Widocznie jest to większy problem, skoro prowadzi się zorganizowaną kampanię. Szczególnie kładziono nacisk na fale, które powstają po opadach, będące bezpośrednim zagrożeniem dla życia. Zabraliśmy jedną ulotkę w języku angielskim.

środa, 27 lipca 2016

Nordend 4609 m n.p.m.

Mont Blanc z Nordend Nordend Relacja

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa. Jak dojść do schroniska Monte Rosa i co trzeba ze sobą zabrać, oraz jakie trudności czekają na trasie - dowiesz się z poprzedniej relacji Dufourspitze. Jak dojechać z Polski do Zermatt komunikacją publiczną dowiesz się z relacji Breithorn.

W MONTE ROSA HUTTE
Po udanym wejściu na Dufourspitze przyszedł czas na Nordend. Bardzo chcieliśmy wejść na tę górę, ponieważ jest nieco zapomniana, ma ciekawą trasę oraz oferuje przepiękne widoki. Teraz znajdowaliśmy się w schronisku Monte Rosa Hutte. Przebywaliśmy w pokoju dla przewodników, który przed sezonem turystycznym jest udostępniony dla wszystkich. Całe schronisko nadal oczekiwało na rozpoczęcie sezonu. W środku odkryliśmy, że w pokoju, w kredensie, inne ekipy pozostawiły dużo jedzenia, które nam się przydało. W szczególności kilogramowa paczka zupy pomidorowej, dzięki czemu uzupełniliśmy zapasy o to, co lubiliśmy najbardziej. W szafce znaleźliśmy również dziwną kaszę z Tajlandii, ryż, płatki, itp. rzeczy. Wejście do schroniska prowadziło do dużego pomieszczenia z regałami na buty zastępcze oraz z wielkim stołem i dwoma ławkami. Właśnie tam najczęściej przebywaliśmy, ponieważ często gotowaliśmy zupy, żeby uzupełnić utracone kalorie po wejściu na Dufourspitze. Podczas jedzenia kolejnej pomidorówki planowaliśmy, gdzie będziemy wchodzić. Najbardziej spodobał nam się Nordend. Trasa na szczyt wyróżniała się nieprzedeptanym szlakiem, dwoma większymi mostami śnieżnymi, szczelinami lodowcowymi, ogromnymi serakami oraz ciekawą granią podszczytową. Chcieliśmy koniecznie tam wejść, żeby zdobyć nowe doświadczenie, ale również po to, żeby zobaczyć nowe rzeczy. Pogoda dzisiaj nie pozwalała na wyruszenie w góry. Chociaż świeciło słońce, to przebijało się ono zza chmur. W wyższych partiach nie mogliśmy nic zobaczyć. Nie chcieliśmy tracić sił na „bezwidokowe” przejście, które nic by nie przyniosło. Woleliśmy poczekać na dzień kolejny. Nieco wypoczęci poszliśmy spać na piętrowe prycze, gdzie wyspaliśmy się bardzo dobrze i komfortowo. W międzyczasie do schroniska przyleciała śmigłowcem ekipa techniczna mająca przygotować schronisko do sezonu. Trochę hałasowali przestawiając drewniane ściany. Zauważyliśmy, że dzięki nim, znany nam przedpokój z regałami zmienił swoje kształty i stał się znacznie większy. Nawet pojawiły się dodatkowe ubikacje. Późnym wieczorem słyszeliśmy w jadalni rozmowy, ponieważ trwało tam w najlepsze jakieś spotkanie towarzyskie. Słyszeliśmy ciągłe gadanie, które początkowo utrudniało zasypianie.

ATAK SZCZYTOWY NA NORDEND 4609 m n.p.m. I NIEUDANA PIERWSZA PRÓBA
Wstaliśmy po północy. W schronisku byliśmy sami, poza ekipą techniczną przygotowującą schronisko, której celem nie były z pewnością góry. Zaplanowaliśmy przejście tą samą trasą, co na Dufourspitze, a później, pod ostatnim podejściem na przełęcz Sattel 4364 m n.p.m. mieliśmy skręcić w lewo na lodowiec pod Nordendem. Nikt z nas nie znał trasy, ale właśnie o to chodziło, żebyśmy sami ją wytyczyli. Rozpoczęliśmy długą i żmudną wędrówkę w nocy. Na początku musieliśmy iść „drogą przez wodospad”. Jest to trasa wytyczona tuż nad schroniskiem. Kiedy stanie się ponad nim, to przed sobą widnieje stromo pochylona grań Obere Plattje. Tworzą ją dwa równoległe rzędy skał, pomiędzy, którymi znajduje się pole śnieżne, aż do wysokości 3300 m n.p.m. Trzeba iść jego środkiem. Pod powierzchnią śniegu płynął potok oraz wodospad, dlatego droga wzięła od niego nazwę. Zastanawialiśmy się tylko, kto pierwszy wpadnie do tych wód. Trasę przechodziliśmy czwarty raz, bo pierwszy raz, gdy zakładaliśmy bazę ponad granią, drugi – gdy szliśmy na Dufourspitze, trzeci – gdy wracaliśmy z niego i czwarty – idąc na Nordend. Nie lubiliśmy tego fragmentu, ponieważ dłużył się, zabierał trochę sił oraz znaliśmy go po tylu przejściach. Jedynym plusem jest fakt, że utrwalaliśmy właściwą drogę przejścia dla innych ekip, wydeptując ją coraz wyraźniej. „Drogę przez wodospad” pokonaliśmy w dłuższym czasie. Nikt z nas nie patrzył na zegarek. Martwił nas fakt, że w nocy było bardzo ciepło i zastanawialiśmy się, jakie będą warunki śnieżne powyżej. Na razie mokry i ciężki śnieg nie pozwalał skorzystać z „mocy” raków, gdzie wystarczyłoby wbijać zęby do zmrożonej pokrywy, przez co moglibyśmy przyspieszyć tempa. Co chwilę musieliśmy otrzepywać oblepione raki. Czułem się, jakbym miał założone buty z 20-centymetrową podeszwą na imprezę techno… Idąc w nocy, szukaliśmy właściwej trasy. Rozglądając się w terenie, zauważyliśmy, że wszystkie ślady z przedwczorajszego dnia zawiał wiatr. Szkoda, bo z pewnością ułatwiłyby nam zadanie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Breithorn 4164 m n.p.m.

Breithorn wyprawa Breithorn wyprawa

Dwa lata po udanym wejściu na Mont Blanc chcieliśmy koniecznie poznać kolejny czterotysięcznik. Wiedzieliśmy, że Alpy szwajcarskie będą znacznie trudniejsze niż najwyższa góra Europy, ale mimo wszystko musieliśmy spróbować dopiero co rozpoczętej nowej przygody wchodzenia na szczyty czterotysięczników. Długo zastanawialiśmy się, które góry wybrać, a tym bardziej, które są na nasze możliwości. Nie mieliśmy przecież dużego doświadczenia alpejskiego, dlatego nie mogliśmy wybrać ambitnych szczytów wymagających typowej wspinaczki po ścianach skalnych. Raczej musiały być to trekkingowe podejścia, co najwyżej, z elementami wspinaczki. Standardowo spotkaliśmy się w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach, by omówić szczegóły wyprawy: gdzie jedziemy, co zabieramy ze sobą i na jakie góry wchodzimy. Po analizach map, książek i relacji w Internecie zdecydowaliśmy się na: Breithorn (jako jeden z najłatwiejszych czterotysięczników służący do aklimatyzacji), Dufourspitze (jako najwyższy szczyt Szwajcarii i drugi najwyższy w Europie, tuż po Mt. Blanc), Nordend (jako „zapomniany” trzeci najwyższy czterotysięcznik z bardzo ciekawą drogą przejściową) i ewentualnie jakiś fragment Tour de Monte Rosa. Oboje zgodziliśmy się co do naszych wyborów, stąd szybko omówiliśmy plan wyjazdu.

NASZ DOJAZD DO ZERMATT NIE MAJĄC SAMOCHODU
Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Z Katowic i innych większych miast w Polsce jeżdżą bezpośrednie autokary do Genewy. Bilety można kupić na stronach w Internecie, wpisując hasło „bilety autokarowe”. Firm jest tak dużo, że można wybierać praktycznie każdy dzień. My zdecydowaliśmy się na 9 czerwca 2012. Kupiliśmy bilet do Lozanny (Lausanne) za 560 zł w obie strony (w 2023 roku bilet kosztuje 597 zł). Warto sobie wydrukować mapę Lozanny w powiększeniu, ponieważ z przystanku autokarowego pod stadionem Velodrome trzeba przejść jakieś 2,5 km do dworca kolejowego. Rafał przyjechał na miejsce tydzień temu, ale przez cały ten czas przeczekiwał burze i deszczową pogodę. Jedynie mógł rozglądnąć się po okolicy i poznać najbliższe ciekawe miejsca. Znalazł nawet fajne miejsce do spania, gdzie w pobliżu miał dostęp do wody i toalety publicznej. Miałem pojechać z nim w tym samym czasie, ale kiedy zobaczyłem, że w Alpach ma nastąpić pogorszenie pogody na kilka dni, to przełożyłem mój urlop o tydzień do przodu, żeby cieszyć się słońcem, bo po prostu nie przepadam za „szarówą” w górach podczas, gdy w tym samym okresie mógłbym podziwiać piękne widoki. Rafał wiedział, że przesunąłem wolne i stwierdził, że dobrze zrobiłem, bo szkoda było tracić urlop na byle jaką pogodę, w myśl zasady „dni słonecznych wolnych jest tak mało, że nie ma czasu na nic innego niż góry”. Autokar wyjeżdżał z Katowic, spod budynku przy ul. Korfantego 2, o godzinie 12.00. W 2023 roku autokary odjeżdżają z ulicy Sądowej 5, stanowiska 11-13 w Katowicach. Na miejsce jechał około 21 godzin. Wszystko zależy od kontroli na granicy austriacko-szwajcarskiej. Czasami kontrole trwają dwie godziny. Nasz przejazd kontrolowano tylko 15 min. Kiedy autokar z firmy Almabus dotarł pod stadion Velodrome, niektóre osoby zatrzymywała policja do ponownej kontroli. Na szczęście nikogo nie musieli zabierać do radiowozu. Niecałą godzinę zajęło mi dojście do dworca, mając na plecach 36kg plecak. Dlaczego taki ciężki? Ponieważ nosiłem ze sobą linę o długości 30 m oraz namiot, którego Rafał nie musiał dźwigać. Przydały mi się takie ciężary dla wzmocnienia nóg i kondycji. Tym razem nie popełniłem błędów z Mt. Blanc, gdzie wzięliśmy kilogramy zbędnego sprzętu, bo za dużo przeczytaliśmy o zasadach bezpieczeństwa i prowiancie. Teraz zależało nam głównie na minimalistycznym wchodzeniu na czterotysięczniki. Z góry założyliśmy, że będziemy spać tylko w namiocie, ponieważ szwajcarskie schroniska są zbyt drogie na polską kieszeń. Dawać minimum 160 zł za nocleg każdego dnia – tego nikt nie chciał przyjąć nawet do myśli…

wtorek, 5 lipca 2016

Mettelhorn 3406 m n.p.m.

 Mettelhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro II podczas, której weszliśmy na szczyty Dom 4545 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Wszelkie informacje znajdziesz w pierwszej części relacji - Dom 4545 m n.p.m. lub na końcu tej relacji. Jak wejść na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej znajdziesz w relacji Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Po udanym powrocie z Punta Gnifetti i Zumsteinspitze na przedmieściach Zermatt znaleźliśmy w zaroślach starą, drewnianą chatkę, która służyła niegdyś bacom podczas wypasania owiec. Obecnie chata niszczała. Jedną ze ścian wybito, w oknach i drzwiach wstawiono podarte folie, a w środku wymalowano graffiti. Zanim „zakwaterowaliśmy się” tam, posprzątaliśmy miejsce z butelek, puszek i innych rzeczy tak, żebyśmy mogli się wyspać i żeby miejsce służyło nam za bazę na kolejne trzy dni. W pobliżu płynął potok, dzięki czemu mieliśmy dostęp do świeżej wody. Doszliśmy tu późnym popołudniem, dlatego resztę dnia poświęciliśmy na porządki, rozpakowanie rzeczy, karimat i śpiworów oraz gotowanie zupy pomidorowej na kuchenkach gazowych. Mając tak dogodną bazę wypadową zaplanowaliśmy dwa wyjścia. Rafał chciał zobaczyć wielką tamę pod Matterhorn na rzece Zmuttbach i wejść na trzy szczyty Mettelhorn (3406 m), Patterhorn (3345 m) i Wissmiss (2936 m). Jeśli pogoda miała nam pozwolić na zrealizowanie tych planów, to mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia podczas pozostałych dni. 4. lipca postanowiliśmy, że przejdziemy do tamy. Jako że wstaliśmy późno i wyjście rozpoczęliśmy dopiero po godzinie 12.00, to stwierdziliśmy, że dzisiaj zobaczymy tamę, a jutro z samego rana pójdziemy na wszystkie trzy góry. Z mapy wynikało, że idąc nieznanymi ścieżkami, dojdziemy na oficjalny szlak, który zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy. Ścieżki są oznakowane bardzo dobrze. Co najbardziej nas rozbawiło, to fakt, że z każdego skrzyżowania mogliśmy dotrzeć do Trift. Znak ze słowem „Trift” stał w każdym miejscu. Postanowiliśmy, że pójdziemy trawiastymi łąkami nad Zermatt, dzięki czemu będziemy mogli spoglądać na miasto z góry. Cały szlak pozwalał cieszyć się fenomenalną wiosną i kwiatami, których w Polsce nie spotkałem. Kwitły we wszystkich możliwych kolorach. Wybraliśmy trasę przez Balmen, Alterhaupt, Herbrigg, Hubel, skąd dalej ścieżka prowadziła bezpośrednio do tamy. Trasa zajęła nam 2h 20min. Na alpejskich łąkach spotkaliśmy stado owiec, które odpoczywało w trawie. Najciekawiej wyglądała jedna z miejscowości, Zmutt, widziana ze szlaku. Raczej było to zwarte skupisko domów z dachami z kamiennych płyt – takie, jakie widzieliśmy w Randzie. Są to chaty budowane kilkadziesiąt lat temu w swoim wyjątkowym stylu.
www.VD.pl