wtorek, 5 lipca 2016

Mettelhorn 3406 m n.p.m.

 Mettelhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro II podczas, której weszliśmy na szczyty Dom 4545 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Wszelkie informacje znajdziesz w pierwszej części relacji - Dom 4545 m n.p.m. lub na końcu tej relacji. Jak wejść na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej znajdziesz w relacji Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Po udanym powrocie z Punta Gnifetti i Zumsteinspitze na przedmieściach Zermatt znaleźliśmy w zaroślach starą, drewnianą chatkę, która służyła niegdyś bacom podczas wypasania owiec. Obecnie chata niszczała. Jedną ze ścian wybito, w oknach i drzwiach wstawiono podarte folie, a w środku wymalowano graffiti. Zanim „zakwaterowaliśmy się” tam, posprzątaliśmy miejsce z butelek, puszek i innych rzeczy tak, żebyśmy mogli się wyspać i żeby miejsce służyło nam za bazę na kolejne trzy dni. W pobliżu płynął potok, dzięki czemu mieliśmy dostęp do świeżej wody. Doszliśmy tu późnym popołudniem, dlatego resztę dnia poświęciliśmy na porządki, rozpakowanie rzeczy, karimat i śpiworów oraz gotowanie zupy pomidorowej na kuchenkach gazowych. Mając tak dogodną bazę wypadową zaplanowaliśmy dwa wyjścia. Rafał chciał zobaczyć wielką tamę pod Matterhorn na rzece Zmuttbach i wejść na trzy szczyty Mettelhorn (3406 m), Patterhorn (3345 m) i Wissmiss (2936 m). Jeśli pogoda miała nam pozwolić na zrealizowanie tych planów, to mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia podczas pozostałych dni. 4. lipca postanowiliśmy, że przejdziemy do tamy. Jako że wstaliśmy późno i wyjście rozpoczęliśmy dopiero po godzinie 12.00, to stwierdziliśmy, że dzisiaj zobaczymy tamę, a jutro z samego rana pójdziemy na wszystkie trzy góry. Z mapy wynikało, że idąc nieznanymi ścieżkami, dojdziemy na oficjalny szlak, który zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy. Ścieżki są oznakowane bardzo dobrze. Co najbardziej nas rozbawiło, to fakt, że z każdego skrzyżowania mogliśmy dotrzeć do Trift. Znak ze słowem „Trift” stał w każdym miejscu. Postanowiliśmy, że pójdziemy trawiastymi łąkami nad Zermatt, dzięki czemu będziemy mogli spoglądać na miasto z góry. Cały szlak pozwalał cieszyć się fenomenalną wiosną i kwiatami, których w Polsce nie spotkałem. Kwitły we wszystkich możliwych kolorach. Wybraliśmy trasę przez Balmen, Alterhaupt, Herbrigg, Hubel, skąd dalej ścieżka prowadziła bezpośrednio do tamy. Trasa zajęła nam 2h 20min. Na alpejskich łąkach spotkaliśmy stado owiec, które odpoczywało w trawie. Najciekawiej wyglądała jedna z miejscowości, Zmutt, widziana ze szlaku. Raczej było to zwarte skupisko domów z dachami z kamiennych płyt – takie, jakie widzieliśmy w Randzie. Są to chaty budowane kilkadziesiąt lat temu w swoim wyjątkowym stylu.

wtorek, 21 czerwca 2016

Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. - Alpy

Dom relacja Mont Blanc widziany ze szczytu Dom

Dostępna jest nowsza relacja z 2018 roku. Znajduje się tutaj: Dom de Mischabel 2018 - moja druga wyprawa na tę górę. Mimo wszystko, sposób organizacji wyprawy nie zmienił się w ogóle, pomimo upływu lat.

Minął rok od naszej wyprawy w Alpach, gdzie wchodziliśmy na Dufourspitze, Breithorn, Nordend i inne bardzo piękne czterotysięczniki oraz niższe szczyty. Ten rok ponownie chcieliśmy spędzić w Alpach i stanąć na wierzchołkach wybranych czterotysięczników. Rafał, bo z nim jeździłem w Alpy, też chciał poznawać kolejne góry. Założyliśmy z góry, że będzie to budżetowy wyjazd tak, jak poprzednio, Zastanawialiśmy się tylko, co wybrać. Rafał wymieniał Taschhorn, Weisshorn, a ja Dom, czy też Punta Gnifetti (Signalkuppe). Marzyły mi się obie góry. Dom 4545 m n.p.m. ze względu na fakt, że byłem w jego pobliżu i chciałem zobaczyć co jest wyżej, a Punta Gnifetti, ze względu na bajeczne widoki, o których nie raz słyszałem. Rafał nie miał czasu z powodu pracy w Anglii i innych rzeczy, z którymi gonił się przed wyjazdem. Wolne dostał dopiero na kilka dni po rozpoczęciu się mojego urlopu tak, że nasz wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Ostatecznie umówiliśmy się tak, że ja pojadę pierwszy w Alpy, założę bazę, a on do mnie dojedzie za trzy dni. Wybraliśmy Dom 4545 m n.p.m. i Punta Gnifetti 4554 m n.p.m., ponieważ góry wymienione przez Rafała przedstawiały dużą trudność techniczną, a Rafał nawet nie miał kiedy popracować nad kondycją. Postanowiliśmy, że na Weisshorn przyjdzie czas w późniejszych latach. Jeszcze w domu zacząłem studiować trasy przejścia na obie góry i zbierałem informacje jak się w ogóle za nie zabrać. Wejście na Dom rozpoczynało się z Randy, dlatego cieszyłem się, bo wiedziałem co to za miejscowość i gdzie założyć pierwszą bazę. Randa jest niewielką wioską, gdzie mieszka około 440 osób (tak podają statystyki). Wiedziałem, jak się poruszać po tutejszych szlakach i leśnych, nieznakowanych drogach. Postanowiłem więc, że namiot rozbiję w lesie za dzielnicą Wildi, ale jeszcze przed dużym potokiem Wildibach. Idąc znakowaną ścieżką, w płaskim terenie przebiega ledwo widoczna, wydeptana ścieżka w lesie, skręcająca w lewą stronę. Wtedy idzie się wzdłuż malutkiego potoczku, z którego miejscowi pobierają wodę. Potok przyjemnie szumi i to jest znak rozpoznawczy, że idziemy dobrą drogą. Wędrówka wzdłuż potoku odbywa się po lekko stromym zboczu  wśród modrzewiowych igieł i do pewnego momentu widać ułożony prowizoryczny rurociąg, który kończy się „wanną” zbudowaną z byle czego. Tam zbiera się woda. Co jakiś czas jest oczyszczana z osadów przez miejscowych i dopiero przelewa się do zainstalowanych rur. Ja podszedłem wyżej – mniej, więcej o długość rurociągu do góry tak, żeby nikt mnie na pewno nie zobaczył. Na pochyłym terenie, po prawej stronie potoku znajduje się niewielkie wypłaszczenie terenu na modrzewiowych igłach, gdzie da się rozbić namiot, który będzie stał dosłownie 50cm od potoku, ale będzie za to bardzo dobrze ukryty wśród starych drzew. Nie rzuca się w oczy nawet, gdy chcielibyśmy się dokładnie przyjrzeć z poziomu rurociągu. Wyżej nikt nie chodzi. Dalsze podejście wzdłuż potoku blokują ogromne głazy naniesione z pewnością przez lodowiec.

DOJAZD
Wyjazd rozpocząłem autokarem z Katowic do Lousanny  (Lozanny). Autokar jedzie około 22h, a bilet kosztuje 499zł w obie strony. Jedyna niedogodność to fakt, że do dworca kolejowego jest jakieś trzy kilometry i trzeba przejść je pieszo. Wydrukowałem sobie mapę miasta i zaznaczyłem na czerwono, jak dojść do dworca, bo przyznam, że trasa jest długa z tak ciężkim plecakiem (mój ważył 36kg). U przewoźnika można mieć 25kg bagażu, dlatego za każdy dodatkowy kilogram dopłaca się 10zł. Mi na szczęście policzył tylko 30zł. Autokar przyjechał opóźniony o dwadzieścia minut z powodu remontu dróg w Szwajcarii, ale nie sprawiało mi to problemu, ponieważ pociągi do Visp kursowały co 20min w godzinach 9.30 – 13.35. W Lozannie kupiłem bilet do Zermatt z przesiadką w Visp, bo nie ma innej możliwości. Kosztował 78 CHF (w 2016 roku 80CHF). Przyznam, że koleje są bardzo drogie, ale przynajmniej jest duży komfort jazdy. Dla niewtajemniczonych: bilety na dworcu można kupić w licznych automatach, ale mogą nie przyjąć pieniędzy z polskich kantorów. Trzeba więc kupić coś w sklepie, żeby rozmienić banknoty i mieć te „miejscowe”. Nie wiem jaka to różnica, ale automaty dopiero wtedy działają. Zdarzało mi się to za każdym razem, gdy chciałem zapłacić pieniędzmi z kantoru. Pociągi jadą z bardzo dużą szybkością, bo w 58min przejeżdżają odcinek 96km z czterema stacjami pośrednimi. W Visp miałem przesiadkę do Zermatt. Pociągi do miejsca przeznaczenia jeździły co 30min, więc każde opóźnienie naszego autokaru nie staje się problemem. Pociąg do Zermatt jedzie po torach trójszynowych. Środkowa, zębata szyna, służy do wjazdu pod górę i przed nią pociąg zwalnia do 5km/h i „wpina się” do niej. Wtedy może podjeżdżać pod strome zbocza. Chociaż pociąg jedzie wolno, to jednak jazda bardzo cieszy, bo w drodze podziwia się piękne góry, wodospady, a w oddali widnieją białe czterotysięczniki. Widok robi ogromne wrażenie!

niedziela, 12 czerwca 2016

Łapszanka, Wysoki Wierch, Wysoka (Pieniny) - 7.05.2016

Wysoki Wierch, Łapszanka panorama z Łapszanki

Umówiliśmy się na godzinę 1.30 w nocy. Zaplanowaliśmy wyjazd w Pieniny, żeby podziwiać piękno wiosny. Wybrane trasy nie miały nas zmęczyć, ale raczej chcieliśmy nacieszyć oczy wspaniałą, wszechobecną zielenią. Na początek naszych szlaków wybraliśmy Łapszankę – niewielką miejscowość, gdzieś na uboczu Pienin z cudowną panoramą na Tatry Słowackie. Wiedzieliśmy, że o tej porze szczyty będzie pokrywać śnieg, a my będziemy to wszystko obserwować z „poziomu” wiosny. Dodatkowo wschód słońca tego dnia przypadał na godzinę 5.04, dlatego koniecznie chcieliśmy zobaczyć pierwsze jego promienie opierające się na najwyższych szczytach Tatr. Na miejsce przyjechaliśmy prawie godzinę przed czasem. Obserwowaliśmy jeszcze, jak niebo stopniowo się rozjaśnia. Daniel wyszedł z samochodu, żeby fotografować Tatry nocą. Monia i Ilona spały w samochodzie. Ja obserwowałem góry z samochodu, ponieważ zdjęcia z ręki nie wychodziły, a poza tym warunki świetlne nie nadawały się do efektownych ujęć. Czekaliśmy wszyscy do wyznaczonej godziny 5.04. Wschód słońca rozpoczął się minutę wcześniej. Ja i Daniel przygotowaliśmy się do sesji zdjęciowej. Fotografowaliśmy Tatry przed wschodem. Patrzeliśmy, jak promienie stopniowo oświetlają białe góry. Powoli przybierały pomarańczowych odcieni. Krajobraz upiększały chmury powstające nad szczytami. Na początku przyjęły intensywnej pomarańczowej barwy, a później przechodziły w żółty ocień. Ten dzień podobał nam się bardzo, ponieważ wiedzieliśmy, że w całym tygodniu tylko około dwie trzecie doby miało być pogodne, a my właśnie korzystaliśmy z tego krótkiego czasu. Koniecznie chcieliśmy wykorzystać odrobinę słońca do wędrówek górskich. Jadąc samochodem, bezpośrednio wjeżdża się na punkt widokowy w Łapszance. Stąd nazwałem to miejsce samochodową turystyką górską. Widzieliśmy znaki szlaków prowadzące w różne części gór. Dowiedzieliśmy się, że w 5h 20min można dotrzeć do miejscowości Zdiar na Słowacji, a za 5min drogi w tamtą stronę przekroczy się granicę polsko-słowacką. Podziwiając piękne Tatry oczekiwaliśmy na słońce, które miało oświetlić trawiastą polanę. Upływało wiele czasu, ale nachylenie terenu było zbyt duże, żeby promienie mogły oświetlić trawy. Czekaliśmy ponad godzinę, ale pojawiły się tylko pojedyncze pasy światła. Widok dzięki temu stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Cieszyliśmy się w szczególności wspaniałym spokojem i rozległymi widokami. Czuliśmy się sielankowo. Wiosna dopiero wkraczała na te tereny. Żółte mlecze również oczekiwały na słońce, by otworzyć kwiaty. Wtedy polana stawała się bardzo piękna.

wtorek, 7 czerwca 2016

Maria 5 - Tatry polsko-słowackie

Czarny Staw pod Rysami Tatry słowackie

Trasa: Palenica Białczańska - Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem - Czarny Staw Pod Rysami - Rysy - Popradzkie Pleso - Osterva - Batizovske Pleso - Slezky Dom - Polsky Hreben - Vychodna Vysoka - Rohatka - Velka Studena Dolina - Mala Studena Dolina - Lodowa Przełęcz - Dolina Javorowa – Łysa Polana.

Na mapie pogodowej zobaczyłem, że przez cztery kolejne dni ma być mnóstwo słońca. Obowiązkowo chciałem wykorzystać takie warunki. Długo zastanawiałem się kto da mi urlop na tyle dni i jaką ewentualnie trasę mógłbym wybrać. Sprawa z urlopem ułożyła się sama, ponieważ przeniesiono mnie na inną linię, a lider tamtej linii bez problemu dał mi cztery dni wolnego. Teraz obmyślałem plan – gdzie iść… Jako, że dobra pogoda przydarzyła się w sierpniu, to obowiązkowo musiałem odwiedzić Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem ze względu na piękny kwiat, którego podziwiam co roku. Mowa oczywiście o kukliku rozesłanym, charakteryzującym się czerwoną „włochatą” głową. Jest niezwykły ze względu na swój kształt. Jako, że nie mogłem liczyć na drugą osobę, która dołączyłaby do mnie, musiałem zdać się na środki komunikacji publicznej. Postanowiłem, że dojadę do Zakopanego i później pierwszym busem do Morskiego Oka. Przejście drogi asfaltowej do Morskiego Oka zajmuje mi zwykle 1h 16min do 1h 19min, dlatego wiedziałem, że zdążę jeszcze przed tłumami i będę cieszyć się wspaniałą pogodą, widokami oraz ciszą w górach.

Wyruszyłem tak, jak zaplanowałem. Do Zakopanego dotarłem w nocy, dzięki czemu udało mi się załapać na pierwszego busa do Morskiego Oka. O tej porze swoją wędrówkę rozpoczęło około sto osób, ale dzięki utrzymywaniu szybkiego tempa, wyprzedzałem je kolejno tak, że za Wodogrzmotami Mickiewicza szedłem już tylko sam. Cieszyła mnie przepiękna bezchmurna i słoneczna pogoda. Czułem lato w pełni. Pomyślałem, że nawet jeśli idę samemu, to i tak na pewno kogoś spotkam na szlaku i będę miał z kim porozmawiać. Do Morskiego Oka dotarłem dokładnie w 1h 16min, co dawało mi sporą przewagę nad pierwszymi tłumami. Teraz bez odpoczynku obrałem cel na Czarny Staw pod Rysami. Stamtąd chciałem iść na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Droga do Czarnego Stawu trochę dłużyła mi się, a to ze względu na piękne odbicia gór w Morskim Oku. Co chwilę przystawałem, żeby zrobić zdjęcie. Zachwycałem się soczystą zielenią traw i spokojem, którego jeszcze nikt, oprócz mnie, nie zdążył zmącić. Obchodząc Morskie Oko dostrzegałem, jak zmienia się odbicie gór w jego wodach. Z początku widziałem Mięguszowieckie Szczyty i Mnicha, a teraz podziwiałem Miedziane i Opalone. Na podejściu na Czarny Staw pod Rysami postanowiłem nieco podgonić tempo, żeby zostawić sobie dużą przewagę nad tłumami ludzi, z którymi zaczynałem wędrówkę. Odcinek z Morskiego Oka na Czarny Staw zajął mi dwadzieścia pięć minut. Teraz widziałem, jak wielką miałem przewagę, ponieważ większość ludzi zatrzymało się nad Morskim Okiem przy schronisku. Tylko nieliczni szli dalej – z pewnością na Rysy.

piątek, 20 maja 2016

Żabi Szczyt Niżni - 2098 m n.p.m.

Żabi Szczyt Niżny Żabi Niżny

Szlak na Żabi Szczyt Niżni - relacja

Od kilku dni wypatrywaliśmy pięknej pogody, ponieważ planowaliśmy nietypowy wyjazd w Tatry. Daniel i ja napisaliśmy do władz TPN-u (Tatrzańskiego Parku Narodowego) o pozwolenie na wejście, między innymi na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Byliśmy zaskoczeni informacją, że otrzymaliśmy je, bo z góry oceniliśmy, że i tak go nie dostaniemy. Władze chciały tylko dowodów na naszą działalność górską, oraz przesłania dziesięciu zdjęć po powrocie z wędrówki. Próbowaliśmy na zasadzie: uda się, to się uda, nie - to nie. Żabi Niżni nie był naszym celem, który musieliśmy osiągnąć. Gdyby jednak nam się udało, to chcieliśmy tam wejść ze względu na widok na Wyżni i Niżni Żabi Staw Białczański - Vyšné Žabie pleso Bialčanské i Nižné Žabie pleso Bialčanské. Rysy nie dawały takiej możliwości, dlatego tak bardzo kusił nas ten szczyt. Widząc w prognozach piękną pogodę na weekend 7-8 września, koniecznie musieliśmy spróbować. Mając pozwolenie na jeszcze inną górę, postanowiliśmy wejść również na Miedziane 2233 m. n.p.m. Ale po kolei…

Standardowo, naszym zwyczajem, pojechaliśmy przed dwunastą w nocy, żeby odcinki leśne przejść w ciemnościach. Nie lubimy tracić czasu dziennego na miejsca, które nie dają widoków. Jak zawsze, w planach mieliśmy podziwianie wschodu słońca nad Morskim Okiem. Taka przewaga czasowa dała nam całkowity spokój i wolność od tłumów. W radio ten weekend zapowiadano jako ostatni słoneczny wolny czas tego lata, dlatego spodziewaliśmy szturmu ludzi na Tatry. W tym samym czasie pojechała nasza druga ekipa, ale oni wchodzili na Rysy od słowackiej strony. Mieliśmy z nimi tylko łączność i zarówno my, jak i oni, byli ciekawi, jak nam idzie. Nasza trasa, co prawda prowadziła daleko poza szlakiem, to jednak od początku chcieliśmy cieszyć się spokojem. Wschód słońca, a raczej jego czerwone promienie, oświetlające najwyższe fragmenty gór, podziwialiśmy po godzinie 6.10. Jak zwykle udało nam się zobaczyć odbicia Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka oraz rozświetlane dwutysięczniki dookoła. Ten widok zawsze mnie zachwyca, ilekroć już go widziałem. Po pięknym widowisku poszliśmy szlakiem dookoła Morskiego Oka. Wybraliśmy lewą stronę ze względu na piękne limby, czy też odbicia gór, które z przeciwnej strony stawu nie są tak efektowne. W rejonie Morskiego Oka nie zatrzymywaliśmy się ze względu na wczesną porę dnia, toteż szybko doszliśmy do Czarnego Stawu pod Rysami. Na staw popatrzeliśmy tylko chwilkę, ponieważ o tej porze cień pokrywał jeszcze całą okolicę. Czarny Staw tak wcześnie rano nie mienił się pięknymi odcieniami turkusu, czy błękitu, ponieważ do tego widowiska potrzebowaliśmy promieni słonecznych. Wiedzieliśmy, że jak będziemy wracać, to dopiero wtedy zobaczymy piękne kolory wód. Nie bez powodu przez bardzo dużą grupę ludzi ten staw jest uważany za najpiękniejszy w całych Tatrach. Chyba nigdzie indziej nie występuje taka gra kolorów.

wtorek, 10 maja 2016

Świnica latem 2301 m n.p.m.

Świnica latem 

Ja, Robert, Ania i Brygida już drugi raz umówiliśmy się na wspólną tatrzańską wyprawę. Ostatnio byliśmy na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem 2307 m n.p.m. Trudność szlaku, fenomenalne widoki i piękna cisza – to najbardziej podobało się wszystkim. Teraz koniecznie chcieliśmy spróbować drugi raz w tym samym składzie naszych sił. Za cel obraliśmy Świnicę 2301 m n.p.m., ponieważ Ania bardzo chciała zobaczyć ten szczyt. Brygidzie też się on marzył, dlatego bez wahania, jednogłośnie zdecydowaliśmy się na Świnicę. Na jej wierzchołek wchodziłem wiele razy, ale chciałem przeprowadzić grupę czarnym szlakiem przez Dolinę Gąsienicową, żeby wszyscy mogli zobaczyć najpiękniejsze rejony Tatr. Moi towarzysze wędrówki ciągle wspominali spotkanie, gdzie na pierwszy raz wybrałem szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (trasa nie należy do najłatwiejszych dla osób nie wtajemniczonych w świat gór). Wiedziałem jednak, że jeśli kochają góry, to tamte widoki „zarażą” ich pasją na zawsze. Ponownie umówiliśmy się na godzinę 00.00 w nocy, żeby leśny odcinek przejść w ciągu nocy. Trasę zaplanowaliśmy niebieskim szlakiem przez Boczań i dalej – czarnym od Doliny Gąsienicowej na Świnicką Przełęcz.

Spod mojego domu wyjechaliśmy samochodem Roberta o 00.00 w nocy. Trasa przebiegała sprawnie. Na ulicach ruch praktycznie zamarł ze względu na porę. Jeszcze przed trzecią w nocy zaparkowaliśmy przy słynnym rondzie w Kuźnicach. Pozostał nam jeszcze tylko półgodzinny odcinek asfaltowy, żeby znaleźć się na początku węzła szlaków prowadzących, między innymi, na Kasprowy Wierch i Halę Gąsienicową. My wybraliśmy niebieski przez Boczań. Obawialiśmy się żółtego szlaku przez Dolinę Jaworzynki ze względu na niedźwiedzie, które uwielbiają nocną porą przechadzać się w tych okolicach. Dodatkowo wiedziałem, że na początku trzeba długo iść ścieżką bez wzniesień, a później czeka nas bardzo strome i długie podejście. Po ostatnim razie wiedzieliśmy, że Ania jest dużo słabsza kondycyjnie i boi się wysokości, dlatego postanowiłem rozłożyć bardziej równomiernie całe podejście i wysiłek. Wędrówkę rozpoczęliśmy po trzeciej w nocy. Jako, że dookoła panowały ciemności, nie rozglądaliśmy się, ale raczej staraliśmy się iść szybko do przodu, by jak najwcześniej zawitać w Dolinie Gąsienicowej. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć tam wschód słońca ze względu na ciepłe kolory promieni oświetlających piękne kwiaty porastające dolinę w sierpniu. Wiedziałem, że możemy ujrzeć bardzo efektowne widowisko, dlatego kładłem duży nacisk na tempo, choć nie musieliśmy się aż tak mocno spieszyć. Powyżej Boczania 1206 m n.p.m. wyszliśmy ponad poziom zwartych lasów i teraz kroczyliśmy ścieżką wśród karłowatych świerków. Za około dwadzieścia minut wyszliśmy ponad górną granicę lasów. Za nami widniał piękny Giewont, a po naszej lewej stronie widzieliśmy przepiękny widok na Pieniny i morza mgieł, które utworzyły się w tamtym rejonie. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by zrobić kilka zdjęć. Pomimo wczesnej pory dnia udawało się nam fotografować bez efektu „poruszonej ręki”. To cieszyło nas bardzo. Kiedy dotarliśmy do Przełęczy pod Kopami 1499 m n.p.m. zauważyliśmy, że roślinność jest pokryta dużymi kropelkami rosy. Teraz oczekiwaliśmy wschodu słońca, bo domyślaliśmy się, że kiedy słońce będzie oświetlać kropelki, to dolina rozbłyśnie milionami małych pryzmatów. Bardzo czekałem na ten moment. Odpoczęliśmy w tym miejscu na chwilę, bo goniłem ekipę na wschód słońca. Potrzebowaliśmy jeszcze około dziesięć minut, aby dojść do miejsca, z którego chciałem podziwiać wschód. Wiedziałem, że „tamto miejsce” będzie nadawać się do tego idealnie. Miałem na myśli drewniane góralskie chaty i rozległą polanę dookoła. Jedna z tych chat nazywa się Betlejemka.

poniedziałek, 2 maja 2016

Koprowy Wierch, Koprovsky Stit 2363 m n.p.m. (szlak), Rusinowa Polana

Koprowy Wierch 

Długo wypatrywałem pięknej pogody. Radowałem się na myśl, że jeszcze podczas ostatnich dni, w lecie, będziemy mogli spędzić czas w Tatrach. Jako, że jechały z nami Monika i Ilona postanowiliśmy, że wybierzemy dla nich trasę, która nie będzie wymagać wiele sił, a zobaczą przepiękne widoki. Ja i Daniel wybraliśmy coś większego, na co również skusiły się nasze dziewczyny. Wyjazd zaplanowaliśmy na dwa dni. Chcieliśmy wejść na Koprovsky Stit (Koprowy Wierch) – ze względu na piękne jesienne widoki, oraz na Rusinową Polanę – ze względu na niepowtarzalną panoramę Tatr. Daniel, jako kierowca, zawiózł nas pod stację „Szczyrbskie Pleso” znanej kolejki „Elektriczki”. O tej porze panowały jeszcze ciemności, ale widzieliśmy już pierwszy przejeżdżający pociąg. Nie zdecydowaliśmy się na wędrówkę po 3.00 w nocy, jak to mieliśmy w zwyczaju, ale raczej postanowiliśmy, że wyjdziemy z samochodu na około godzinę przed wschodem słońca, na wypadek, gdyby słowaccy strażnicy chcieli wręczyć nam mandat za wędrówki nocą, czego w Tatrach nie wolno robić. Obawialiśmy się zbyt wysokich kar płaconych w EUR.

Ze stacji wyruszyliśmy około godziny 5.00 nad ranem. Wystarczyło przejść odcinek leśny, zanim rozpocznie się widowiskowy wschód słońca. Na początku trasy minęliśmy Szczyrbskie Pleso, dla nas mało atrakcyjny staw, ze względu na komercjalizację tego miejsca. Po około dwudziestu minutach marszu zauważyliśmy przewodników, którzy samochodem wjeżdżali asfaltowym szlakiem ile tylko mogli, a grupę, którą mieli poprowadzić, wysłali pieszo. Widać, że w każdym zawodzie ceni się wygodę. A może przewodnikom góry spowszedniały? Kto wie?... Przypatrywaliśmy się, gdy grupa wyprzedziła nas i po dłuższym czasie stanęła na zakręcie zwanym Drygant (Trigan). Za chwilę dołączyliśmy do nich. Przewodnicy wyszli ze swoich samochodów i dołączyli do grupy. My tylko przyglądaliśmy się temu wszystkiemu. Całą sytuację nazwałem samochodową turystyką górską. Dalej szlak prowadził drogą asfaltową, ale przez las. Ten czas poświęciliśmy na rozmowy. Na niebie zrobiło się jaśniej. Minęła ponad godzina zanim dotarliśmy do rozwidlenia szlaków pod Popradzkim Plesem. Na skrzyżowaniu znajduje się ciekawy punkt. W drodze na Rysy można zabrać pięcio- lub dziesięciokilogramowe ładunki na plecy i wnieść je, jak tragarze to robią, do Chaty pod Rysami. W zamian schronisko oferuje ciepły „czaj” i ciastko – w zależności od wniesionego ciężaru. Standardowymi ładunkami są napoje o pojemności pół litra oraz duże ilości kartofli lub cebuli. Zawodowi tragarze wnoszą po 50-70kg za jednym razem. Kiedyś miałem okazję przyjrzeć się ich pracy i przyznałem, że jest bardzo ciężka widząc, jak długi i stromy jest szlak do Chaty pod Rysami. Dzisiaj przygotowano dwoje piętnastokilogramowych noszy z dziesięciokilogramowymi worami kartofli i pięciokilogramowymi worami cebuli oraz jedne z dziesięciokilogramowym worem kartofli. Obok jeszcze stały dwoje noszy, ale włożony był na nie jakiś zapakowany ładunek o wadze dziesięciu kilogramów. My wybraliśmy cel na Koprovsky Stit, dlatego wnoszenie nie było nam po drodze (w drodze na Rysy, gdy chodziłem samemu w tych stronach, wnosiłem piętnastokilogramowy ładunek z trzydziestoma półlitrowymi wodami mineralnymi).

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Jagnięcy Szczyt

http://goryszlaki.blogspot.com/2016/04/jagniecy-szczyt-18082013.html Jagnięcy Szczyt 

W piątek miałem na drugą zmianę, czyli pracowałem w godzinach 14.00 – 22.00. Po pracy pojechałem, jak zwykle, rowerem do domu. Wróciłem na godzinę 23.20. Umówiłem się na 23.30, że pojedziemy z ekipą z zakładu na Szpiglasowy Wierch, czyli na przygotowania miałem tylko 10 minut. Ten pomysł bardzo nam pasował, ponieważ ciągle dopisywała dobra pogoda i zebraliśmy większą grupę oraz wtajemniczyliśmy w świat gór jedną nową osobę. Po udanym wejściu na Szpiglasowy Wierch wróciliśmy około 22.00. W trakcie powrotu zadzwonił do mnie Daniel z pytaniem, czy następnego dnia pojechałbym z nim w góry. Pomyślałem sobie tak: poszedłem na drugą zmianę, zaraz po pracy, pojechałem w góry z nocnym przejściem i powrotem, a teraz w tym samym stylu miałbym pojechać na następny wypad górski, mając tym razem 30 minut do dyspozycji, nie śpiąc drugą noc z rzędu. Kiedy usłyszałem słowo „Tatry” od razu się zgodziłem. Wiedziałem, że to będzie moja druga nieprzespana noc, ale trudno było odmówić, kiedy wiedziałem, że rewelacyjna pogoda ma się nadal utrzymywać. Danielowi oczywiście nie wspomniałem nic o niedospaniu. Postanowiłem sobie, że postaram się „trzymać fason” i nie zasnę w samochodzie. Wyglądało to tak, że wysiadłem z jednego samochodu, a za pół godziny wsiadałem z powrotem do innego i z powrotem jechałem w Tatry… Gdybym wiedział wcześniej o planowanym wyjeździe Daniela, to najprawdopodobniej zostałbym na miejscu w Tatrach.

Z Danielem wyjechaliśmy po godzinie 23.30. Jako, że planowaliśmy wejście od strony słowackiej, to na dojazd musieliśmy poświęcić około cztery godziny. Dodatkowo na przejście nocnym szlakiem do wschodu słońca musieliśmy doliczyć około 2h 50min do 3h. Nie patrzyłem na zegarek, o której przyjechaliśmy do Tatrzańskiej Matlary, skąd rozpoczęliśmy żółtym szlakiem podchodzić lasem w stronę Tatr Wysokich. W środku lasu ten szlak łączy się z niebieskim, po czym za około 25min rozgałęzia się i ponownie prowadzi żółtym, aż do Zielonego Plesa. W lesie niezbyt wiele zobaczyliśmy ponieważ szliśmy w nocy, by nie tracić czasu przy pięknej pogodzie na odcinki dojściowe. Słyszeliśmy jedynie potok, który spokojnie szumiał. W miarę pokonywania odcinka leśnego niebo zaczęło się rozjaśniać. Pomału dostrzegaliśmy małe kaskady na potoku Biała Kieżmarska Woda. Przez cały ten czas szedłem kilka metrów za Danielem, żeby nie poznał, że jestem zmęczony. Głowa co chwilę mi opadała, ponieważ zasypiałem w trakcie wędrówki. Powtarzałem sobie: jeśli zobaczę wschód słońca, to zmęczenie mi przejdzie, bo nowy dzień tak na mnie działa. Oczekiwałem wschodu słońca jak najszybciej… Daniel chyba się nie zorientował, że jestem po przejściu tatrzańskiego szlaku, dlatego utrzymywałem ten dystans aż do wschodu słońca. Udało mi się. Gdzieś wysoko nad głowami zauważyliśmy pierwsze promienie odbijające się od trzech nieznanych nam niewysokich wierzchołków skalnych. Po dłuższej chwili nieśmiało zaczęły przebijać się przez gęstą siatkę złożoną z gałęzi i liści niskich krzaków. Tyle mi wystarczyło, bo dotarł do mnie sygnał, że mamy nowy dzień i od teraz będziemy szli już tylko do góry. Wtedy stanęliśmy nad jedną z kaskad, by zrobić zdjęcia, oraz przyglądaliśmy się tarczy słonecznej odbitej w potoku. Taki widok w środku ciemnego lasu bardzo cieszył.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Mont Blanc 4810 m n.p.m.

Mont Blanc Mont Blanc droga klasyczna

Relacja zawiera opis dwóch prób wejścia na Mont Blanc. Pierwsza nieudana, a druga zakończona sukcesem.

Cztery lata minęły od momentu, kiedy zacząłem wychodzić w góry. Na samym początku mojej przygody z nimi powiedziałem, że marzę o tym, by wejść na Mt. Blanc 4810 m n.p.m. Wymawiając te słowa nie myślałem, że kiedykolwiek mi się uda tam pojechać, a co dopiero mówić o wejściu na szczyt... Ale marzyć warto… Teraz, po czterech latach, miałem okazję zrealizować moje największe marzenie. Zaplanowałem trzytygodniowy urlop na całe przedsięwzięcie. Na pół roku przed wyjazdem, czytałem wszystkie możliwe relacje w Internecie, również tą, którą napisał Igi, bo był tam w 2008 roku. Jak się dowiedziałem, on nie miał łatwo, a na Elbrus liczący 5642 m n.p.m. w ogóle nie wszedł… Pomyślałem, że to zupełnie inny charakter gór i łatwo nie będzie. W szczególności studiowałem wszystko na temat potrzebnego sprzętu i tego, co ludzie zabierają na taki wyjazd. Chciałem mieć pewność, że niczego nie zapomnę. Czytając relacje poznawałem nowe słowa takie, jak „seraki”, czy też „śruba lodowcowa”. W międzyczasie szukałem odpowiedniej osoby, która pojechałaby ze mną. Z góry zakładałem, że będzie to dwu- lub czteroosobowa ekipa. Dlaczego? Jeśli dobierze się dwie osoby równe pod względem wytrzymałości i kondycji, to można zdziałać cały ogrom. Jeśli wybierze się cztery osoby, to można dobrze rozłożyć ciężar ekwipunku oraz zapewnić sobie lepszą asekurację. Najgorszy wariant, to według mnie, wybór trzech osób, bo jeśli jedna nie dotrzyma kroku, lub poczuje się słabiej, to drugi członek ekipy musi pozostać z nim, przez co z automatu trzecia osoba odpada. Czuje się wtedy największe rozgoryczenie. Stąd unikałem jak ognia trójosobowej ekipy. Przez Internet poznałem Rafała z Chrzanowa. Powiedział, że obserwował mnie przez dłuższy czas na forum, bo podobał mu się mój minimalistyczny styl chodzenia po górach. Nie potrzebowałem wiele, a w zasadzie tylko kilka podstawowych rzeczy takich jak: buty, śpiwór i coś do jedzenia. Z tego względu bardzo szybko się dogadaliśmy i zorganizowaliśmy kilka spotkań w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach, gdzie ja dojeżdżałem rowerem około 1h 20min, a Rafał blisko 2h. Od tamtego momentu to miejsce stało się naszym głównym miejscem spotkań, gdzie proponowaliśmy i omawialiśmy kolejne wyprawy. Rafał przy planowaniu całej wyprawy miał tylko jedno wymaganie. Sytuacja pozwalała mu przeznaczyć około 1000zł i zapytał, czy tyle wystarczy. Podliczając koszty, powiedziałem, że bez problemu wystarczy. Ja liczyłem na koszt rzędu 810zł, a więc dużo poniżej zakładanej kwoty.

Na kilka dni przed wyjazdem spotkaliśmy się po raz ostatni, bo Rafał chciał jeszcze potrenować ze sprzętem asekuracyjnym i poćwiczyć elementy wspinaczki. Próbowaliśmy podchodzenia na linie na wysokich drzewach, symulowaliśmy wyciąganie ze szczelin, itp. rzeczy. Rafał chciał być spokojny w tych kwestiach. Czytaliśmy, że na naszej trasie przejścia występuje siedem szczelin lodowcowych, dlatego chcieliśmy mieć dobrze obeznany i sprawdzony ten element wyprawy, bo najważniejsza jest zgodność w razie, gdyby coś się stało. Ja swoim rodzicom powiedziałem, że jadę w Tatry Słowackie, bo kto by mnie puścił na Mt. Blanc… Jak czytałem w relacjach, chyba każdy tak robił, że przyznawał się dopiero po fakcie… O moich prawdziwych zamiarach powiedziałem jedynie Danielowi. Dostał ode mnie plan sytuacyjny z zaznaczonymi punktami. Każdy numerek oznaczał główne punkty na trasie na Mt. Blanc. Umówiliśmy się tak, że SMS-em będę mu przesyłać numerek zamieszczony na planie, dzięki czemu wiedziałby, gdzie aktualnie jestem. W tamtych czasach zagraniczne SMS-y kosztowały bardzo drogo (wyprawę zaplanowaliśmy na dzień 29 maja 2010r.). Mając skompletowany sprzęt trzymałem się zasady „jest aparat, jest wszystko”. To powiedzenie bardzo dawno do mnie przylgnęło – jeszcze za czasów mojego klubu górskiego, który przekazałem w inne ręce. Zastanawiałem się, jak rozwiązać problem baterii do aparatu, ponieważ przez trzy tygodnie nie mieliśmy dostępu do żadnego źródła zasilania. Dokupiłem więc siedem kompletów akumulatorków po 2500mAh. Założyłem, że będę je trzymać zawsze w kieszeni, żeby na mrozie nie wyziębiły się. Chciałem mieć dokładnie udokumentowaną całą wyprawę, by później móc oglądać zdjęcia z całego przejścia. Wtedy fotografowałem zwykłą „cyfrówką” Canonem SX 130 IS. Na dzisiejsze czasy to bardzo słaby sprzęt, ale wtedy tylko nim dysponowałem. Zawsze to było coś…

czwartek, 14 kwietnia 2016

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej - 13.04.2016
i aktualne dane z 30.04.2021

 

Link do nowszego artykułu z 30.04.2021 - Kiedy kwitną krokusy? 

Od roku planowaliśmy ten wyjazd. Nie było miesiąca, kiedy byśmy nie wspomnieli o krokusach w Dolinie Chochołowskiej. Próbowaliśmy przewidywać czas, kiedy mogą zakwitnąć te kwiaty. Z rocznym wyprzedzeniem zaplanowałem urlop na ten szczególny okres. Zima w roku 2016 okazała się bardzo słaba. Dopiero pod koniec lutego pojawiła się pełna pokrywa śnieżna w Tatrach, a pod koniec marca topiła się w bardzo szybkim tempie. Spodziewaliśmy się, że krokusy mogą zakwitnąć wcześniej, dlatego próbowaliśmy uwzględnić szybszą wiosnę w naszych planach urlopowych. W telewizji ogłoszono, że Dzień Krokusa przypada na 3 kwietnia. To znaczy, że spodziewano się wielkiego „wysypu” kwiatów właśnie wtedy. Rzeczywiście strome stoki pod kapliczką w Dolinie Chochołowskiej zakwitły bardzo obficie, ale jako, że dzień ustanowiono na niedzielę, to przyjechało aż 25.000 ludzi! Krokusów pilnowali wolontariusze. Tego dnia zakazano wchodzenia na jakąkolwiek polanę. Wiedząc, że będą takie tłumy postanowiliśmy pojechać później. O tych rzeczach dowiedziałem się od pewnej pani, którą spotkałem podczas naszej wycieczki w drodze do kapliczki Jana Chrzciciela. 9. kwietnia dowiedzieliśmy się, że jest już pełen wysyp kwiatów, dlatego założyliśmy, że pojedziemy tam, jak tylko pojawi się pierwszy słoneczny dzień w prognozie pogody. Niestety niż z Bałkanów przyniósł pięciodniowe załamanie pogody i dopiero 13 kwietnia mogliśmy pojechać na widowisko. Pięć dni oczekiwania na pogodę, podczas gdy kwiaty są już w pełni rozkwitnięte, to zbyt długi okres, ale nic nie mogliśmy zrobić.

Umówiliśmy się na 13 kwietnia o 3.00 w nocy, by wyjechać z naszego miejsca zamieszkania – ja, Ilona, Monika i Daniel. O godzinie 5.52 rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. W tym samym czasie podziwialiśmy wschód słońca. Mieliśmy tylko nadzieję, że droga nie będzie oblodzona i że nie spotkamy tłumów ludzi. Pogoda bardzo nam dopisywała, ponieważ świeciło piękne słońce. Cieszyliśmy się, że prognozy wskazywały cały słoneczny i ciepły dzień. Idąc Doliną Chochołowską zauważyliśmy, że wiosna jest w bardziej zaawansowanym stadium niż rok temu. Martwiliśmy się, że kwiaty mogą być już przekwitnięte. Droga upłynęła nam bardzo szybko na rozmowach, czy też podziwianiu zamarzniętych kropelek na świerkowych igiełkach. Monia dodatkowo podziwiała świerkowe lasy, skały i otoczenie, ponieważ szła tędy pierwszy raz. Kiedy odsłonił się widok na Wołowiec wszyscy zachwycaliśmy się, bo na horyzoncie widzieliśmy białe góry na tle błękitu. Chyba nie ma bardziej radującego widoku w Tatrach niż szczyty na tle czystego nieba. Na całej długości trasy lód zdążył się wytopić. Jedynie za skrzyżowaniem szlaków m. in. na Trzydniowiański Wierch, przez około 100m, na obrzeżach występowała bardzo cienka pokrywa lodowa. Przez tyle dni zdążyło się w niej nagromadzić dużo ziemi i igieł z drzew. Poślizg nam nie groził. Kiedy doszliśmy do początku Polany Chochołowskiej Daniel zapytał: „gdzie te krokusy?”. Faktycznie nie widzieliśmy ani jednego! Nieco dalej zauważyliśmy tylko kilka kwiatów. Wszystkie zamknięte i oszronione… Nie takiego widoku się spodziewaliśmy... Każdy z nas oczekiwał wielkich, fioletowych dywanów utworzonych z krokusów. Poszliśmy dalej i dopiero w rejonie drewnianych szałasów dostrzegliśmy wielkie skupiska kwiatów. Ze względu na wczesną porę i chłód wszystkie jeszcze „spały”. Dopiero ciepłe promienie słoneczne mogły je rozgrzać, osuszyć i "zmusić" do otwarcia kielichów kwiatowych. W tamtym roku płatki otwarły się około godziny 11.00, więc teraz nie spodziewaliśmy się niczego nowego. Do tego czasu fotografowaliśmy je w stanie „zamkniętym”. Dodatkowo na każdym z nich nagromadziło się mnóstwo kropelek rosy i czasem szronu. Podziwialiśmy je.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kończysty Wierch zimą 2002 m n.p.m.

Kończysty Wierch zimą 

Niedawno byliśmy w Tatrach, jednak kolejne okno pogodowe rozbudziło nasze apetyty na następną propozycję wyjścia w góry. Tym razem oprócz Daniela udało mi się namówić Roberta – leadera z pracy z pierwszej zmiany. On tak samo, jak my uwielbia góry, dlatego nie raz pytał mnie o jakiś wyjazd. Jako, że ja miałem na drugą zmianę, a Robert na pierwszą, musieliśmy wybrać z Danielem jakiś cel podróży i zgrać nasze czasy pracy tak, aby spotkać się o jednej porze pod zakładem. Umówiliśmy się na godzinę 20.00 pod naszym zakładem, gdzie Daniel miał podjechać już z zapakowanym moim plecakiem, żebym nie musiał go niepotrzebnie brać do pracy. Ja i Robert w pracy cały czas mówiliśmy o tym wyjeździe i o tym, co zobaczymy. Początkowo proponowaliśmy Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m. zimą, ale Daniel bardzo chciał wejść na Kończysty Wierch 2002 m n.p.m. ze względu na piękne panoramy do zdjęć nocnych. Mi odpowiadała taka propozycja, dlatego przystałem na nią bez dyskusji.

Spotkaliśmy się o umówionym czasie, tj. po godzinie 20.00. Na miejsce – do wylotu Doliny Chochołowskiej – udało nam się dojechać na godzinę 22.36. Zakładaliśmy, że będziemy potrzebować pięciu godzin na dotarcie na szczyt Kończystego Wierchu. Wyruszyliśmy o godzinie 22.54. Odczuwaliśmy dość silny mróz, ale nie przeszkadzał nam, ponieważ przygotowaliśmy się na ewentualny chłód. Danielowi szczególnie podobały się chmury nad Tatrami, ponieważ dodałyby efektów do zdjęć nocnych. Mówił nawet: „gdyby tam teraz być, zanim tam dojdziemy to już ich nie będzie”. Oczywiście wskazywał na chmury. Rzeczywiście Tatry przy pełni księżyca wyglądały niecodziennie. Nad dwutysięcznikami unosiły się wąskie, ale długie, rozmywane przez wiatr chmury z rodzaju stratus fractus. Księżyc dopiero „unosił” się coraz wyżej na niebie, dlatego wiedzieliśmy, że przez cały czas w nocy będziemy mieli dobre światło. Robertowi opowiedzieliśmy trochę o tym szlaku, ponieważ w zimie szedł dopiero drugi raz w Tatrach. Przygotowaliśmy go psychicznie na strome i długie podejścia, ponieważ wybraliśmy drogę przez Trzydniowiański Wierch 1758 m n.p.m. i podejście lasem, tuż za Krowim Żlebem. Kto tam był, ten wie, że przejście przez las jest bardzo strome i wymagające kondycyjnie. W Dolinie Chochołowskiej obawialiśmy się tylko oblodzonej powierzchni drogi asfaltowej. Nie chcieliśmy od samego początku zakładać raków. Na szczęście w miarę pokonywania kolejnych etapów tej niekończącej się drogi widzieliśmy, że już wiele fragmentów jest bez śniegu, a tam gdzie pozostał, jest go bardzo mało. Każdy z nas czasami się pośliznął na ubitym śniegu, ale obyło się bez „wywrotek”.
www.VD.pl