środa, 10 maja 2017

Pop's Cave (USA) - eksploracja nieznanej jaskini

 

Nasza potrzeba poznawania nowego terenu nie gasła ani na chwilę. Eksplorowaliśmy nieznane nam miejsca, mając w ręku jedynie kawałek rysunkowej mapy. Dzień 19. października był długo oczekiwanym przez nas. W planach mieliśmy eksplorację jaskini "Pop's Cave". Jako, że wówczas poznałem pewną dziewczynę z centrum informacji turystycznej w Richland Center, udało mi się zdobyć mapę topograficzną z wojskową dokładnością, oraz mapę wnętrza tej jaskini, dlatego postanowiliśmy, że musimy tam być!

Po 13.50 wyruszyliśmy na obrzeża wsi Bosstown. Po przyjeździe na miejsce zaparkowaliśmy samochód na poboczu jednej, być może jedynej bocznej drogi, w tej okolicy. Stało tu więcej samochodów, dlatego wiedzieliśmy, że nie będziemy sami. Za chwilę zauważyliśmy, że obok nas parkują dwaj chłopacy z wioski Arena. Zapytali, czy idziemy do jaskini. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zaprowadziliśmy ich tam, ponieważ droga do jaskini nie była tak oczywista, jak by się mogło wydawać. Zresztą sami nie wiedzieliśmy czy tam już byli. Trzeba było przejść brzegiem pola, za którym znajdowała się szeroka miedza. Tuż za nią było widać jedynie metrowej długości wydeptany pas trawy. To właśnie on wskazywał, gdzie mamy skręcić. Szliśmy wzdłuż miedzy, po czyimś polu. Po jego przejściu, widzieliśmy drugi, podobny pas trawy, za którym weszliśmy w gęste krzaki, momentami kolczaste. Prowadziła tędy jedynie wydeptana, zarastająca ścieżka. Dalej szliśmy tylko po górskim stoku, okrążając najmniejsze zbocze "wciśnięte" pomiędzy dwie inne góry. Według amerykańskich przepisów, idąc przez las musieliśmy mieć obowiązkowo pokryte przynajmniej 50% powierzchni ciała pomarańczowymi ubraniami ze względu na rozpoczęty sezon łowiecki dwa dni temu. Ten kolor miał ułatwić odróżnienie ludzi od zwierząt, na które teraz masowo polowano.

Na szczycie jednej z gór doszliśmy do małego krateru, jak zwą go miejscowi. Byłem tam tydzień temu z Marcinem, wstępnie eksplorując początkowe fragmenty jaskini. Mały Tomek (bo tak go nazwaliśmy, aby odróżnić dwóch Tomków w naszym zespole) nie był wtedy z nami, dlatego dla niego wszystko było nowe. Teraz w planach mieliśmy eksplorowanie wszystkich etapów, korytarzy i komór. Wpisaliśmy się do księgi odwiedzających, gdzie trzeba podać liczbę uczestników wyprawy, datę i godzinę wejścia, a po wyjściu - godzinę wyjścia. Wpisując się, zauważyliśmy, że w środku jest już grupa 10-cio osobowa. Zostawiliśmy tutaj wszystkie nasze rzeczy, rozwieszając je na drzewie.

Zaczęliśmy. Już na początku latarka Marcina odmówiła posłuszeństwa. Nie działała w ogóle. Na szczęście zabrałem ze sobą trzy diodowe lampy. Dałem mu jedną. Marcin zszedł pierwszy do krateru, chyląc się pod nisko zawieszonym sklepieniem. Następnie poszedłem ja, a za mną Mały Tomek. Początkowe etapy były znane dla mnie i Marcina, dlatego ten kawałek przeszliśmy szybko. 29 metrów liczonych od momentu wejścia do środka, od krateru, nad naszymi głowami widzieliśmy "ściętą" ukośną skałę, pod którą musieliśmy się schylić. Dopiero po przejściu tej części widzieliśmy, jak wielki fragment sklepienia kiedyś tutaj spadł na ziemię, roztrzaskując się na mniejsze kawałki. Szliśmy tędy po śliskich i mokrych skałach, które kiedyś tworzyły to sklepienie. Dziewięć metrów dalej, przejście zwężało się ciągle tak, że musieliśmy iść na czworaka. Czekało nas przejście, a raczej przeciskanie przez 40-50cm zacisk w skałach, za którym widniała wielka komora, w której można było nawet stanąć w pozycji wyprostowanej.

środa, 29 marca 2017

Babia Góra zimą - Zjazd Samurajów

 

W końcu nadszedł ten dzień. Zjeżdżaliśmy się ze wszystkich stron. Naszym miejscem spotkania była Lipnica Wielka. Wynajęliśmy całą chatę z numerem 1014. Ja i Bodzio przyjechaliśmy na miejsce tuż po godzinie 8.00 rano. W pokojach czekała na nas już ekipa Wtorka z Warszawy, jak również Mc Gregor i jego kolega Remek. Nieco wcześniej na miejsce dojechała grupa Zjawy oraz Ice-Breakera. Było nas już dwanaście osób. Spotykając się tak wcześnie z rana myśleliśmy, jak wykorzystać wolny, pozostały czas, aż do momentu, kiedy przyjadą wszyscy. Szybko zadecydowaliśmy, że obowiązkowo musimy wejść na Babią Górę i sprawdzić jakie warunki panują na zielonym szlaku z Lipnicy Wielkiej, ponieważ w zimie bardzo mało turystów wybiera ten szlak ze względu na jego nieprzetarte ścieżki. Usłyszeliśmy wiadomość o warunkach na szlaku od McGregora, który obecnie był u Grzegorza z Lipnicy Wielkiej. Wczoraj próbowali przejść jego kawałek, ale kiedy zobaczyli, że zaspy są tak wielkie, że zapadali się do pasa w śniegu, zawrócili. Musiałem sam to zobaczyć na własne oczy, bo z ich opinii wynikało, że wejście od tej strony będzie niemożliwe lub bardzo trudne.

Szybko zebraliśmy pierwszą ósemkę do przetarcia szlaku. Byli to: Zjawa, Ice-Breaker, Mosorczyk, Limonka, Zanzara, Bodzio, Mithape, Suonecznik. Pocieszałem się, że jeśli przejdziemy zaśnieżoną drogę asfaltową, która prowadziła od naszej chaty do leśniczówki położonej u stóp Babiej Góry, to na szlaku też damy radę. Drogę przeszliśmy bardzo szybkim tempem. Nie wiadomo skąd, dwa kilometry dalej stał przed nami Bodzio, który właśnie wyszedł ze sklepu. Mówił, że znalazł się tu, bo nie poczekaliśmy na niego. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy go przed nami. Przed lasem, którym prowadziła droga, widzieliśmy ile śniegu zalegało na drewnianych barierkach. Dostrzegłem tam również wystającą gałąź z jednej ze sztachet, na której utworzyła się piękna kula śniegu składająca się z różnokształtnych formacji śnieżnych. Przed nami był zakręt w prawo i za kilkadziesiąt kroków, zakręt w lewo. Jako, że miałem krokomierz przy sobie wiedziałem, że przeszliśmy już około siedem tysięcy kroków. Skręciliśmy w lewo, w las. Linia nasypu stanowiła granicę dla ubitego śniegu przez samochody i świeżego śniegu, który zalegał na szlaku. Początkowo weszliśmy w las. Śniegu mieliśmy lekko powyżej poziomu kostek. Idąc dalej stok nachylał się bardzo powoli, nie dając nam tym samym powodu do zmęczenia. Śniegu jednak przybywało. Wędrując szlakiem martwiłem się jedynie o trzy punkty rozejścia, które mogłem pomylić w zimie, ponieważ wiedziałem, że są w bardzo rzadkim lesie. Na szczęście zauważyłem ślady po nartach, które ułatwiały zadanie, jednak w miarę zdobywania wysokości zapadaliśmy się coraz głębiej. Owe ślady służyły nam jako znaki, ponieważ te zielone – letnie – były już dawno przysypane. Przed nami szła trójka narciarzy, sugerując się również zasypanymi rowkami pozostawionych przez innych ski-tourowców. Powoli dochodziliśmy w okolice Krzywego Potoku. Nasłuchiwałem otoczenia, czy już przypadkiem nie słychać jego szumiących wód. Dużą część potoku pokrywała gruba warstwa puchu. Przed sobą widzieliśmy zaspy tworzące większe kule. Wyglądały jak gdyby coś większego było pod nimi zasypane. Tak też było. Jako pierwszy rozpocząłem przeprawę przez zaspy. Zapadaliśmy się do pasa, ponieważ dokładnie pod nami przepływał strumień. Śnieg dosłownie wisiał nad wodami, dlatego wpadaliśmy tak głęboko. Dodatkowo pomiędzy warstwą śniegu a wodami znajdowała się pusta przestrzeń.

poniedziałek, 13 marca 2017

Babia Góra - moja najtrudniejsza sytuacja w górach i odwiedziny mojego klubu górskiego po trzech latach

 

Dlaczego taki tytuł? Ponieważ po trzech latach od momentu, kiedy oddałem mój klub górski w ręce najbardziej zaufanej osoby, chciałem zobaczyć, jak działa ta organizacja po dłuższym okresie czasu. W trakcie wędrówki na miejsce spotkania przydarzyła mi się sytuacja, która dotychczas była dla mnie najtrudniejsza (chociaż nie taka trudna, ale wymagająca kondycyjnie). Od Grzegorza, bo w jego ręce oddałem klub, dowiedziałem się, że jest organizowany trzydziesty szósty zjazd, na który jestem zaproszony ze względu na prezentacje górskie, które miałem przedstawić podczas trwania tego spotkania. Jechać tam, czy też nie? – takie pytanie zadawałem sobie ciągle w głowie, ponieważ Grzegorz – administrator – zaprosił mnie na ten zjazd dużo wcześniej. Trochę miałem obawy przed tym wyjazdem, ale w końcu dałem się namówić, bo sam byłem ciekaw nowych ludzi oraz aktualnie panującej atmosfery w klubie. Głównym jednak powodem przybycia dla mnie była zimowa Babia Góra, której nigdy sobie nie odmawiałem, a wszystkie zjazdy, które tam się odbywały zawsze były najliczniejsze, najciekawsze i uznawane za najpiękniejsze. Pomyślałem, że teraz też tak na pewno będzie, tym bardziej, że widziałem listę pewnych uczestników, na której widniało 76 osób. Dodatkowo chciałem poznać PiotrkaP oraz Zbig9. Grzegorz poprosił mnie, abym na zjazd przygotował jakieś prelekcje z wyjazdów górskich, bo takie były w programie zjazdu. Jako, że miałem o czym opowiadać, z miłą chęcią zabrałem się za montaż filmów z wypadów.

W czwartek, po II zmianie spakowałem się i ruszyłem w drogę – do Zawoi Markowej lub Policzne – w zależności od tego, na który bus trafię w Krakowie. Zdążyłem jeszcze na ten odjeżdżający do Zawoi Markowej, z czego się bardzo cieszyłem, bo koniecznie chciałem przejść przez Babią Górę, dojść do Przełęczy Krowiarki, skąd dalej miałem pójść pieszo do Zubrzycy Górnej na wynajęte kwatery „Za Borem” na potrzeby 36. Zjazdu. Dojazd pod Babią Górę przebiegał sprawnie, dlatego o 9.27 rano rozpocząłem wędrówkę, przekraczając granicę Babiogórskiego Parku Narodowego. Niebieskie niebo zachęcało do szybkiego marszu, ponieważ jak najszybciej chciałem podziwiać wspaniałe widoki chociażby z Przełęczy Brona 1408 m n.p.m. Wspominałem po drodze słynne trzy strome podejścia oraz barierki, na których niegdyś Królik wypowiadał „dziwne” słowa… Sam byłem ciekaw, czy nadal będę miał siły, żeby pójść tak, jak kiedyś – „pełną parą”. Po przekroczeniu bramy BPN-u na szlaku znalazłem mapę Beskidu Żywieckiego i Śląskiego – całkowicie nową. Pomyślałem, że komuś wypadła. Zabrałem ją, ale nikogo nie minąłem na szlaku, żebym mógł o nią zapytać. Po ostatnich opadach śniegu pojawiły się tu bardzo duże ilości śniegu. Od strony Zawoi Markowa cały szlak był dosłownie nieprzetarty – jedynie pomiędzy drzewami dopatrzyłem się dwóch równoległych linii pozostawionych przez zjeżdżającego narciarza, poza szlakiem. Pomimo przecierania szlaku utrzymywałem dobre i szybkie tempo, bo zależało mi na jak najszybszym dotarciu ponad górną granicę lasów. Na polanie poprzedzającej Markowe Szczawiny zauważyłem, że niestety gęstych chmur przybywało. Z każdą minutą stawało się coraz ciemniej a szczyt pokrywały już gęste mgły. Nawet zaczął padać drobny śnieg. Kiedy dotarłem do schroniska na Markowych Szczawinach zdziwiony byłem, dlaczego panuje tu taka cisza. Nie zaszczekał nawet pies GOPR-owców, który zawsze w ten sposób witał turystów nadchodzących od Zawoi Markowej. Nikt nie wychodził, ani nikt nie wchodził do schroniska. Dosłownie ruch turystyczny zamarł. Mimo wszystko zdecydowałem iść dalej. Zawsze miałem możliwość odwrotu i przejścia Górnym Płajem do Przełęczy Krowiarki. Na Przełęcz Brona podchodziłem szybko. W śniegu widniały tylko ślady po rakietach śnieżnych, ale przede mną nikogo nie widziałem. W okolicach drugiego stromego podejścia na przełęcz podziwiałem nie tylko ogromny nawis śnieżny, ale również bardzo ciemne chmury z rodzaju stratus nebulosus opacus – co dla osoby nie zajmującej się pogodą oznaczało tyle, że będzie mglisto i na pewno nie ujrzę słońca. Na Przełęczy Brona zaczął wiać wiatr, ale był znośny, ponieważ wiele razy szedłem przy silniejszych podmuchach. Jedyne, co mi nie odpowiadało, to fakt, że śnieg zapadał się praktycznie co każdy krok. Oznaczało to szybką utratę sił i znacznie dłuższe wejście niż zakładałem. Przygotowałem się na taką możliwość, bo w zimie mam zwyczaj mnożyć czas przejścia razy dwa.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Szlak na Małą Wysoką, Dolina Białej Wody szlak

 

Istnieją różne wersje, aby rozpocząć naszą wędrówkę szlakiem na Małą Wysoką. Przygodę można zacząć od Łysej Polany, Tatrzańskiej Polianki, czy też od Starego Smokowca. Omówię tutaj dwie najbardziej ciekawe opcje – w taki sposób, że jedną drogą będziemy wchodzić, a drugą będziemy schodzić. Osobiście uważam, że połączenie obu propozycji tworzy razem najpiękniejszy szlak w całych Tatrach słowackich. Zatem zaczynamy… Naszą wycieczkę rozpoczniemy w Łysej Polanie. Dostaniemy się tam licznymi busami z Zakopanego, które kursują co chwilę. Trzeba wsiąść do busa jadącego w kierunku Morskiego Oka i poprosić o zatrzymanie na przystanku na Łysej Polanie. Jako, że trasa jest bardzo długa i liczy około 10-12h ciągłej wędrówki, polecam wybrać pierwszy bus jadący w kierunku Morskiego Oka, który w lecie zaczyna kurs o godzinie 6.30 rano z centrum Zakopanego. W środku pojazdu możemy poczekać kilkanaście minut zanim kierowca ruszy, ponieważ czeka aż zapełni się cały bus – w końcu musi zarobić. Za przejazd zapłacimy 15 zł. Jeśli jedziemy własnym autem, to musimy pamiętać, że od 2 sierpnia 2021 nie ma możliwości zaparkowania samochodu na parkingu w Palenicy Białczańskiej (początek szlaku do Morskiego Oka) bez biletu elektronicznego. Bilet w cenie 36 zł/dzień zakupisz na stronie: BILET ELEKTRONICZNY NA PARKING DO MORSKIEGO OKA. Taką zmianę wprowadzono po tym, jak z powodu koronawirusa polskie Tatry przeżywały istne oblężenie. W okolicach Łysej Polany i przed początkiem szlaku prowadzącego do Morskiego Oka codziennie powstawały kilkukilometrowe korki. Bilet elektroniczny ma za zadanie ograniczyć liczbę zaparkowanych pojazdów do 800 samochodów. Reszta chętnych osób może dostać się w ten rejon, korzystając z busów kursujących z centrum Zakopanego. Kierowcy busów również przeżywają oblężenie, ponieważ kolejka chętnych czasami ma aż kilkaset metrów długości! Ludzie, którzy są związani z Tatrami bardziej niż niedzielna lub wakacyjna turystyka, zazwyczaj nie podróżują w te góry z powodu przeraźliwie dużych tłumów nieodpowiedzialnych turystów. W takich warunkach przyjemność przebywania w górach zostaje dosłownie 'zabita'. Dodatkowo z ulicy Kościuszki można dojechać nieoficjalnym kursem nad Morskie Oko – cena za bilet jest taka sama. Kiedy dojedziemy w około 30min do Łysej Polany będziemy mieli już na początku dwie opcje rozpoczęcia naszej wędrówki. Po przekroczeniu granicy państwowej, za mostem od razu zaczyna się niebieski szlak prowadzący Doliną Białej Wody. Bardzo długa trasa oferuje niezwykłe i niepowtarzalne piękno tatrzańskiej przyrody, dlatego zostawimy sobie ją na powrót – będziemy mieli więcej czasu na podziwianie widoków. Wybierzemy przejście drogą asfaltową nieco dalej – do drewnianej ścianki wspinaczkowej, gdzie mieści się lokalna knajpka po prawej stronie drogi. Po lewej mamy kilka sklepów. Tuż przed ścianką i knajpką jest do dyspozycji dość duży parking. Właśnie tutaj z łatwością dostrzeżemy słupek z rozkładem jazdy autobusów cSAD (słowacki PKS). Pierwszy autobus odjeżdża o godzinie 7.05 rano (dla zainteresowanych, pod opisem umieszczam rozkład jazdy). Dla osób jadących samochodem nie ma praktycznie tematu, ponieważ jadąc przez Łysą Polanę kierujemy się bezpośrednio na Stary Smokowiec. Kurs autobusem trwa około 55min, ponieważ kierowca po drodze robi krótkie 3-5 minutowe postoje. Jeśli nam się uda, to na miejscu możemy być już po godzinie 8.15 rano, a jeśli kierowca z busa w Zakopanem przetrzyma nas dłużej z powodu oczekiwania na kolejnych turystów i nie zdążymy na pierwszy autobus cSAD-u, to następny będziemy mieli o godzinie 8.20. Wtedy w Starym Smokowcu będziemy po 9.30. Nie jest to zły czas, ponieważ letnie dni są bardzo długie. Nam udało się zdążyć na ten o godzinie 7.05 (godzina odjazdu nie zmieniła się od przynajmniej 10-ciu ostatnich lat) i na miejscu byliśmy po 8.00 rano. Mieliśmy zatem bardzo dobry czas, bo ludzie dopiero zaczynali wyruszać na szlaki. Jadąc autobusem można poprosić, żeby kierowca powiedział nam kiedy będzie Stary Smokowiec. Dla ułatwienia dodam, że trzeba wysiąść na następnym przystanku po Tatrzańskiej Łomnicy. Miejscowości są bardzo małe i przypominają raczej lokalne, zapomniane wioski. Jedynie Stary Smokowiec jest większy.

W Starym Smokowcu, z przystanku kierujemy się na lewą stronę, idąc na razie wzdłuż głównej drogi. Po prawej stronie zauważymy wiekowy, ale odnowiony i bardzo duży budynek z wieżyczkami, a nieco dalej jakiś supermarket wybudowany na lokalnym wzgórzu. Teraz będziemy szli w stronę marketu. Na początku pójdziemy krótkim odcinkiem drogi asfaltowej, gdzie jedyna wąska droga skręca od niego w lewo i od tego momentu rozpoczniemy wędrówkę żółtym szlakiem, którym dojdziemy aż na Małą Wysoką. Pierwszym etapem będzie dojście do Śląskiego Domu – schroniska położonego na wysokości 1670 m n.p.m. Już na początku szlaku ominiemy niewielkie osiedle, które tworzy zaledwie kilkanaście chat i domów. Zauważymy tu pierwszy drogowskaz. Dowiemy się z niego, że na Małą Wysoką mamy aż 5h 05min wędrówki. Można powiedzieć, że to trochę dużo, ale od strony Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody jest co najmniej 5h 15min – a więc z obu stron trzeba przejść bardzo długi odcinek. Trzeba jednak pamiętać, że warto! Początkowo nasza trasa nie wygląda efektownie, ponieważ idziemy przez wielki pas zniszczeń po pamiętnej wichurze z dnia 19 listopada 2004, kiedy to 12 000ha lasów zostało dosłownie zrównanych z ziemią. Uprzątnięcie zamieszkanych okolic trwało aż 5 lat! Efekt jest taki, że przez około 25min idziemy przez teren z wywróconymi korzeniami (drewno zostało zwiezione). Na szczęście 13 lat po tej katastrofie odrastają nowe lasy. Najciekawszy jest widok na Tatry Wysokie z tej perspektywy, ponieważ widzimy je jako bardzo odległe góry, ale musimy mieć w świadomości, że jeszcze dzisiaj do nich dojdziemy i nawet przejdziemy na drugą ich stronę. Za ostatnimi zabudowaniami idziemy przez wielki, otwarty odsłonięty teren – pozostałość po zniszczonych lasach. Najciekawszy widok w tych okolicach mamy sierpniu, ponieważ całe powierzchnie zarastają wysokie, fioletowe kwiaty, tworząc wspaniały „dywan”. W czasie pierwszych 25min przekroczymy aż siedem różnych potoków, których wody spływają z wyższych partii gór. Od marketu idziemy cały czas nieciekawą, szeroką ścieżką. Wystają z niej liczne kamienie i korzenie, przez co wędrówka nie należy do przyjemnych. Właśnie z tego względu proponuję rozpoczęcie trasy od Starego Smokowca, bo po 11h ciągłej wędrówki powrót tą ścieżką na pewno byłby długo znienawidzony… Po około 25min, gdzie mamy ciągle odległy widok na Tatry Wysokie, stopniowo wchodzimy w piękny, zielony, świerkowy las. Przejście nim w upalne dni z pewnością nam się spodoba, ponieważ temperatura wewnątrz o poranku jest jeszcze dużo niższa w porównaniu z otwartymi powierzchniami, którymi dotąd szliśmy.

wtorek, 14 lutego 2017

Klątwa Wołowca odwołana

 

Ma być ładna pogoda – usłyszałem takie stwierdzenie od Daniela. Zapytał mnie, czy byśmy pojechali w Tatry, bo już dawno nie byliśmy z powodu brzydkiej pogody, ciągnącej się w nieskończoność tej zimy. Jak to w Polsce bywa, dni z piękną pogodą przypadają zwykle na okres poniedziałek – środa, a deszczowe na weekend. Chociaż mieliśmy już kwiecień, to na razie wszystkie weekendy były w 100% pochmurne i deszczowe. Co ciekawe, rok 2013 jest najbardziej nieudanym pod względem pogody –nawet do dzisiejszego dnia, biorąc pod uwagę wszystkie lata, które minęły już w XXI wieku. Na 52 weekendy aż 40 było całkowicie pochmurnych i deszczowych, 7 kolejnych „tylko” w pełni pochmurnych (bez deszczu), 1 częściowo słoneczny i 4 pod rząd (w sierpniu) całkowicie bezchmurne. 35 pierwszych weekendów przeminęło bezpowrotnie „pod rząd” w deszczowej aurze. Dopiero od 1 lipca mogliśmy zobaczyć trochę słońca, bo były takie rejony w Polsce, gdzie na 89 dni zimy słońce zobaczyliśmy tylko dwa razy. Pamiętam, jak w radiu i telewizji toczyły się debaty naukowców na temat „czy będziemy mieli już zawsze taką pogodę?”. Nie wiem dlaczego tego roku mieliśmy tak wyjątkowo nieudaną pogodę, ale statystyki mówiły same za siebie. Z góry pomyślałem, że jeśli Daniel mówi o ładnej pogodzie, to musi ona przypaść na… poniedziałek. Faktycznie, sobota minęła pod znakiem przejściowych frontów, a niedziela okazała się dobą, podczas której chmury powoli opuszczały teren Polski i długo oczekiwany wyż wkroczył do nas dopiero w poniedziałek. Pomyślałem, że to nic nowego, dlatego awaryjnie wziąłem sobie urlop na poniedziałek. Ileż to razy przychodziła mi myśl do głowy, żeby w Polsce przesunięto cały kalendarz o dwa dni „do przodu”, a wpływy do budżetu z tytułu „turystyka” powiększyłyby się o miliony złotych ze względu na dobrą pogodę przypadającą na dni poniedziałek – środa. Rozmyślając nad tym po raz kolejny, musiałem porzucić tę nigdy niedokończoną myśl, ponieważ zadzwonił Daniel. Gdzie idziemy i z kim? – zapytał. Wymieniłem kilka znanych nam osób, które również chciały wyjść w góry. Nawet Ania coś wspominała, że chciała pojechać w Tatry, ale sama się bała wyruszać na nocne eskapady. Nie mogłem jej jednak zagwarantować wolnego miejsca, bo przynajmniej do tej chwili mieliśmy pełny samochód chętnych.

O godzinie 19.00 w niedzielę zadzwonił Daniel, który poinformował mnie, że dwójka naszych odpadła ze względu na złe samopoczucie. Zostało nas już tylko dwoje. Pomyślałem od razu o Patryku i Ani, którzy mogli do nas dołączyć. Dosłownie na dwie godziny przed wyjazdem wyrwałem Patryka z pracy. Kiedy zadzwoniłem, tak szybko wyszedł z zakładu, że zapomniał oddać kluczy, przez co musieliśmy jeszcze podjechać pod zakład w drodze w Tatry.
Patryk, jedziesz w góry? – zapytałem.
Na to Patryk: o kule! Gdzie jedziecie?
Odparłem – w Tatry, na Wołowiec.
Patryk na to: jadę!

wtorek, 7 lutego 2017

Neverland II, czyli Stożek zimą (Beskid Śląski)

 

Minął rok od momentu, kiedy pojechaliśmy pierwszy raz zimą w góry. Podczas tamtego wyjazdu, który nazwaliśmy 'Neverland', Otylia chciała spełnić swoje górskie marzenie, by przejść zimowy szlak. Chciała tym samym sprawdzić swoje granice wytrzymałości i jednocześnie przesunąć je nieco dalej. Chociaż dla mnie ta trasa nie była w ogóle wymagająca, to zależało mi na tym, żeby Otylia mogła spełnić swoje marzenie. Można powiedzieć, że był to jej "Everest", który chciała zdobyć. Od zrealizowanego marzenia upłynął już rok i teraz Otylia nie planowała powtórzenia całej ubiegłorocznej trasy, ale od tamtego czasu powtarzała mi wielokrotnie, że chciałaby jeszcze raz zobaczyć tak pięknie ośnieżone drzewa, jak kiedyś. Na razie nic nie zapowiadało nadejścia zimy. Sytuacja szybko zmieniła się, ponieważ drugiego grudnia spadł śnieg i powstała bardzo gruba warstwa. Teraz czekałem dosłownie na pierwszy słoneczny i wolny dzień. Nie musiałem długo czekać, ponieważ ósmego grudnia miało być czyste, błękitne niebo, a ja miałem wolne. Z tego względu szybko zadzwoniłem do Otylii, czy ma czas, żeby wyjść w góry, bo na ten dzień przewiduję warunki podobne, jak w roku ubiegłym. Ucieszyła się na tę wiadomość i od razu zdecydowała, że pojedzie ze mną. Umówiliśmy się tak, że wsiądę do pierwszego pociągu do Wisły Głębce, a Otylia wsiądzie w Goleszowie. Mieliśmy spotkać się już w pociągu. Otylia szybko znalazła mnie w pociągu i do końca trasy jechaliśmy już razem, rozmawiając o tym, co możemy zobaczyć, oraz wspominaliśmy poprzedni zimowy wyjazd, który obfitował we wspaniałe widoki i białe drzewa. Teraz koniecznie chcieliśmy powtórzyć to samo, lub zobaczyć jeszcze więcej.

Najbardziej zależało mi na tym, żeby w wyższych partiach gór zobaczyć oszronione lub zaśnieżone drzewa. Ten widok zawsze zachwyca – niezależnie ile razy go w życiu widziałem. Wybraliśmy prostą i dobrze nam znaną trasę od Wisły Głębce na Stożek przez Kiczory, gdzie ponownie mieliśmy zobaczyć naszą „szubienicę”, czyli samotne drzewo z trzema prostopadle ułożonymi gałęziami względem pnia, a znajdowało się pod szczytem Kiczor. Liczyliśmy również na najpiękniejsze świerki w tamtym rejonie oraz mnóstwo śniegu. Dalej chcieliśmy pójść za górę Soszów, skąd moglibyśmy zejść do Wisły Jawornik czarnym szlakiem. W tym roku Otylia nie chciała już wchodzić na Czantorię, bo wiedziała ile sił kosztowało ją tamte wejście. Nie zakładałem nawet wędrówki na Czantorię, ponieważ bardziej zależało mi, żeby iść spokojnie i żeby mieć czas na podziwianie pięknej zimy. Z taką myślą też wyruszyliśmy w góry. Naszą przygodę rozpoczęliśmy z dworca Wisła Głębce około godziny 9.20 rano, bo tak przyjechał pociąg na ostatnią stację, skąd dalej poszliśmy już niebieskim, a później czerwonym szlakiem, prowadzącym na Stożek. Koniecznie chcieliśmy przejść przez Kiczory, pomimo wydłużenia sobie trasy, ale wiedzieliśmy, że właśnie tam powstają najpiękniejsze formacje śnieżne, gdy sprzyjają ku temu warunki. Przez najwyżej położone skupiska domów szliśmy normalnym tempem. Sądząc po warunkach, jakie zobaczyliśmy na miejscu, nie spodziewaliśmy się jakiejś nadzwyczajnej zimy i nawet zaczęliśmy myśleć, czy u góry będzie trochę lepiej?... Za ostatnią chatą standardowo weszliśmy w rzadszą część lasu, gdzie prowadzi jeszcze ułożona droga z betonowych płyt. Na tym odcinku mogliśmy już podziwiać świerki w zwartej grupie, które utrzymywały na sobie duże płaty śniegu. Widok bardzo zachwycał, stąd wyciągnąłem wniosek, że u góry musi być znacznie lepiej! Taką miałem nadzieję i jakoś nie dopuszczałem innej myśli do umysłu. Pomimo wczesnej porannej godziny czasami miałem wrażenie, że minęło już pół dnia. Patrząc w dal, wiele gór pokrywał cień i na dodatek czuliśmy silny mróz. Termometr wskazywał -15’C. Taka temperatura bardzo mnie cieszyła, bo oznaczała, że cały dzień na pewno będzie pogodny.

środa, 25 stycznia 2017

Neverland, czyli Wisła Głębce - Kiczory - Stożek - Soszów Wielki i Czantoria zimą

 Czantoria zimą  Stożek zimą

Neverland - dlaczego właśnie taki tytuł nadałem tej relacji? Dlatego, że mieliśmy przejść coś, co nigdy nie miało być w możliwościach, ani w zasięgu ręki Otylii – tak przynajmniej twierdziła. To, co przeszła w swoim życiu, miało mieć tak wielki wpływ, że już nigdy nie byłaby w stanie wejść nigdzie wyżej, ani zobaczyć więcej – czegoś, o czym zawsze marzyła. Choć dla mnie była to prosta trasa, którą mógłbym codziennie przechodzić bez większego wysiłku, to dla Otylii miał to być wyjazd życia. Piszę wyjazd życia, bo Otylia jest starsza ode mnie o całe pokolenie i biorąc pod uwagę jej ograniczenia zdrowotne, teraz miała pokonać górną granicę swoich aktualnych możliwości. Zawsze mówiła mi, że już nic nie jest w stanie więcej przejść, zdobyć, zobaczyć. Celem tego wyjazdu było pokonanie własnych możliwości Otylii: tych fizycznych, jak i psychicznych oraz uwierzenie we własne siły oraz przywrócenie wiary we własną osobę...

Zacznijmy jednak od początku…
Beskid Śląski – góry, o których wielu zapomniało, nękane pasożytami lasy i rozjeżdżone wszystkie możliwe drogi górskie z pewnością nie zachęcają do przejścia tutejszych szlaków ludzi, którzy weszli na niejeden wierzchołek górski. Góry niskie, choć dla niektórych bardzo wysokie, urzekające niegdyś pięknem lasów i widokami z rozległych polan były tym czymś, co powodowało, że wracało się tu bardzo często. Postępująca od 2006 roku degradacja lasów, zniszczenia i błotniste szlaki nie były czymś, co chciałbym zobaczyć, a tym bardziej czymś, dla czego chciałbym tam kiedykolwiek wrócić. W piątek, po godzinie 15.00 zadzwonił do mnie Merlin, z propozycją wyjazdu w zimowe Tatry. Celem tej wyprawy miał być zimowy dach Polski – Rysy lub którykolwiek ze szczytów mających ponad 2 000 m wysokości bezwzględnej. Hmmm… - zastanowiłem się przez chwilę – po czym, odmówiłem. Nie wiedziałem jeszcze jaką pogodę zapowiadają w Zakopanem i okolicach, dlatego sprawdziłem szybko wszelkie prognozy. Zobaczyłem, że ma być bezchmurne niebo! Warunki rewelacyjne, jak na takie wypady! Jednak pamiętałem o słowach, które przysiągłem Otylii, że, kiedy będzie dobra pogoda w zimie w górach, to przejdziemy jakiś niewymagający szlak, taki na jej możliwości.

Jaki wybrać szlak?, Ile jest w stanie wytrzymać?, gdzie już była Otylia?, co widziała?, co jeszcze pamięta z wyjazdów z wcześniejszych lat? – właśnie takie pytania zadawałem sobie. Niejednokrotnie przysłuchiwałem się jej długim rozmowom podczas spotkań w górach. Chciałem, aby był to wyjazd, który pomógłby uwierzyć Otylii we własne siły, aby mogła zobaczyć coś nowego, czego nigdy nie widziała, coś czego przejście zbudowałoby ją bardzo mocno. Spoglądając na mapę wybrałem po dłuższym czasie trasę z Wisły Głębce na Kiczory, Stożek, Soszów i Wielką Czantorię aż do Ustronia. Przejście musiało dawać również możliwość zejścia w trakcie wędrówki, gdyby coś poszło nie tak, dlatego właśnie wybrałem ten wariant. W ten sam dzień napisałem, że pojedziemy do Wisły, aby przejść jakiś szlak. Celowo nie mówiłem o który chodzi, żeby to była miła niespodzianka. Umówiliśmy się, że o godzinie 8.24 spotkamy się w pociągu w Goleszowie, skąd dalej mieliśmy dojechać do Wisły Głębce – miejsca, do którego miałem już nigdy nie wracać. O dziwo, pociąg na każdej stacji pojawiał się według rozkładu jazdy, więc na szlak wyruszyliśmy o zaplanowanym czasie.

sobota, 14 stycznia 2017

Hala Boracza, Hala Lipowska, Rysianka, Pilsko zimą - 7-8.01.2017

 Hala Lipowska  Hala Boracza zimą

W końcu tej zimy doczekaliśmy się większych mrozów. Ostatnie mroźne dni zapamiętałem z lutego 2012 i stycznia 2006 roku. Z tego względu koniecznie chciałem pojechać w góry, żeby zobaczyć coś niezwykłego i wyjątkowego. Jako, że co roku zimy były bardzo słabe, a na śnieg czekaliśmy zwykle do wiosny, wiedziałem, że teraz będzie inaczej i koniecznie musiałem wykorzystać tę sytuację. Zacząłem dzwonić do osób, które mogły by być zainteresowane wyjazdem w góry, gdzie liczyłem na około -25’C. Mróz może miał być trochę silniejszy niż zwykle, ale z pewnością przyczyniłby się do pięknych widoków, których na co dzień nie można zobaczyć. Najbardziej myślałem o oszronionych drzewach lub też śnieżnych kryształkach pokrywających wszystko w okolicy. W końcu udało mi się skompletować ekipę do wyjazdu. Nikt z nas nie miał samochodu, dlatego postanowiliśmy, że pojedziemy pociągiem z Katowic do Węgierskiej Górki o godzinie 7.25. Z tej miejscowości mieliśmy pójść drogą asfaltową (zasypaną śniegiem) do Żabnicy, skąd dalej poszlibyśmy czarnym szlakiem na Halę Boraczą. W ogóle na ten dzień zaplanowaliśmy przejście do Rysianki i zejście przez Romankę. Trasa w lecie liczyłaby około 6h wędrówki. Biorąc pod uwagę krótki dzień w zimie, wiedzieliśmy, że raczej na pewno zabraknie nam dnia i z tego względu wzięliśmy czołówki oraz palnik gazowy. Na dworzec przyjechaliśmy o czasie, ale niestety zobaczyliśmy na tablicy informacyjnej komunikat, że nasz pociąg jest opóźniony o 25min. Było nam szkoda tego czasu, bo i tak krótki dzień stał się jeszcze krótszy. Większość pociągów nie przyjeżdżała na czas z powodu silnego mrozu i oblodzonej trakcji. Teraz mieliśmy -24’C. W górach musiało być jeszcze więcej. Pociąg przyjechał z około półgodzinnym opóźnieniem i na miejsce dojechał jeszcze z dodatkowym poślizgiem o kolejne 30min, a więc straciliśmy już godzinę czasu. W Węgierskiej Górce byliśmy o godzinie 10.00 rano. Teraz musieliśmy dojść jeszcze do Żabnicy. Długa droga asfaltowa miała nam zabrać kolejną porcję czasu….

W Węgierskiej Górce termometr wskazywał tylko -21’C, a to za sprawą słońca, które nieco ogrzewało powietrze. W ogóle z dworca musieliśmy szukać właściwej drogi wyjścia, ponieważ ludzie wydeptali tylko bardzo wąską ścieżkę prowadzącą do miasta. Przy torach jakiś pan odśnieżał fragment ulicy i sypał solą tam, gdzie łączyły się szyny i powiedział nam, żebyśmy zawrócili, bo jedyny otwarty sklep znajdziemy w centrum miasta. Wiedziałem, że w Żabnicy jest kilka mniejszych sklepów i z pewnością nie mogą być wszystkie pozamykane, dlatego poszliśmy w kierunku gór. Idąc najpierw przez Węgierską Górkę do Żabnicy minęliśmy wejście na czerwony szlak na pasmo Abramów. Najbardziej denerwowały mnie samochody, a raczej ich ilość, bo co chwilę coś przejeżdżało i musieliśmy się zatrzymywać. Brygida powiedziała tylko tyle, że w miarę przechodzenia Żabnicy będzie ich coraz mniej. Znała też kawiarnię o nazwie „Alaska”, którą wyznaczyła za punkt odniesienia, gdzie musieliśmy dojść, żeby rozpocząć wędrówkę szlakiem. W Żabnicy minęliśmy aż pięć otwartych sklepów i wstąpiliśmy do jednego z nich, żeby dokupić prowiant, ponieważ wyjazd zorganizowaliśmy nieplanowanie – raczej tak na szybko i nie mieliśmy nawet kiedy coś kupić wcześniej, bo byliśmy w pracy. Przed sklepem widzieliśmy małego psa, który co chwilę podnosił lewą, przednią łapkę, ponieważ nie wytrzymywał z zimna, a właściciel robił zakupy. Kiedy usłyszeliśmy śpiewające dwa ptaki w różnych miejscach, to powiedziałem na dźwięk pierwszego: „to on jeszcze nie przymarzł?”… Niestety droga asfaltowa pokryta śniegiem i lodem nie miała końca. To wszystko trwało dla mnie zbyt długo. Tym bardziej, kiedy wszyscy patrzeliśmy na dosłownie „zamrożone na kość” oszronione góry przed sobą. Chciałem już tam być! Na 1,5km przed „Alaską”, skąd nieco dalej swój początek bierze czarny szlak na Halę Boraczą myśleliśmy nawet, że przeszliśmy rozwidlenie dróg i zaczęliśmy wracać. Wtedy zapytaliśmy starszego pana stojącego przy bramie o drogę i powiedział, że zostało nam jakieś 1,5km do „Alaski”. Co ciekawe, ilość przejeżdżających samochodów ciągle była taka sama i denerwowało mnie to, bo w górach zawsze marzyłem o spokoju. Sytuacja uspokoiła się dopiero na samym końcu Żabnicy. Myślałem, że cała trasa zajmie nam około pół godziny, a zajęła nam 1,5h, ponieważ błędnie założyłem czas, bo pół godziny jest do czerwonego szlaku na pasmo Abramów. Droga strasznie dłużyła się i myślałem tylko o tym, żeby być już wysoko w górach, bo wszyscy widzieliśmy, jak mocno są oszronione drzewa. Ten widok przyciągał mnie jak magnes! W „Alasce” zrobiliśmy krótki postój na 15min. Zegarek wskazywał godzinę 11.45. Musieliśmy iść, ponieważ zachód słońca tego dnia miał być o 15.45. Mieliśmy więc tylko 4h dnia, dlatego musieliśmy iść nieco szybciej, żeby zobaczyć coś więcej.

czwartek, 29 grudnia 2016

Dolina Gąsienicowa szlaki

Czarny Staw Gąsienicowy Dolina Gąsienicowa szlaki

KUŹNICE - DOLINA JAWORZYNKI (ŻÓŁTY SZLAK DO DOLINY GĄSIENICOWEJ)
Naszą przygodę rozpoczynamy w Kuźnicach – pod dolną stacją wyciągu na Kasprowy Wierch. Z Zakopanego dojedziemy tam busem, które kursują co chwilę z różnych miejsc miasta. Możemy też dojść do wielkiego ronda w centrum Zakopanego i potem pójść około 30min spacerem drogą asfaltową. Osobiście korzystam z usług przewoźników, ponieważ szybko dojedziemy na miejsce, a i stopy nie zmęczą się „asfaltową” wędrówką. Lepiej od razu być na szlaku. Ciekawą opcją są taksówki siedmioosobowe, ponieważ za kilka zł dojedziemy nimi do Kuźnic. Kierowca oczywiście czeka aż wszystkie miejsca zapełnią się, ale wystarczy tylko chwila, żeby w aucie był komplet. Taksówkarze pozwalają skorzystać z jeszcze jednej możliwości – nocnego wyjścia w góry, dzięki czemu nie trafimy na tłumy. Wysiadamy pod dolną stacją kolejki na Kasprowy Wierch. Mamy dwie opcje wyboru, ponieważ do Doliny Gąsienicowej możemy pójść przez Boczań lub Doliną Jaworzynki. Jako, że szlak przez Boczań omówiłem bardzo dokładnie w opisie szlaku na Kościelec, na początku, to tym razem wybierzemy przejście Doliną Jaworzynki, żeby poznać coś nowego. Przy stacji skręcamy w lewo, idąc szeroką drogą około dwie minuty. Na końcu miniemy góralską chatkę z monitorem, gdzie możemy sprawdzić aktualnie panujące warunki w górach oraz prognozę pogody. W zimie dodatkowo zobaczymy tu informację o stopniu zagrożenia lawinowego. Za chatką idziemy drewnianym mostem nad szerokim potokiem. Wchodzimy w leśną część, zostawiając za sobą miasto. Teraz możemy zobaczyć drogowskaz, z którego dowiemy się, że zarówno idąc niebieskim szlakiem przez Boczań i żółtym, Doliną Jaworzynki, będziemy potrzebować mniej, więcej tyle samo czasu. Zatem czym się kierować, wybierając trasę dla nas? Szlak przez Boczań prowadzi w dużej części gęstymi lasami, idziemy mocno „wysłużoną” ścieżką, gdzie jest mnóstwo śliskich kamieni, ale stromizny są równomiernie rozłożone. Żółty szlak poprowadzono zupełnie inaczej, ponieważ idziemy spokojną i praktycznie płaską Doliną Jaworzynki, mając wspaniałe widoki od samego początku wędrówki. Na niekorzyść niebieskiego szlaku przemawiają tłumy, które tędy idą, podczas gdy żółtą ścieżkę wybierają nieliczni. Jeśli uwielbiasz ciszę i spokój, to warto wybrać Dolinę Jaworzynki. Wielkim minusem tej trasy jest jednak długa i wielka stromizna – znacznie większa, niż droga przez Boczań. Podejście zaczyna się dopiero na samym końcu doliny, dlatego szybko będziemy musieli nadrobić wysokość, którą osoby idące niebieskim szlakiem, w znacznej części już osiągnęły. Trzeba pamiętać, że w nocy lub wczesnym porankiem w Dolinie Jaworzynki możemy dość często natknąć się na niedźwiedzie.

Od drogowskazu idziemy szeroką, kamienistą drogą, nieznacznie prowadzącą do góry. Zdecydowana większość wybiera niebieski szlak, dlatego już od początku wędrujemy w ciszy. Przejście w świerkowym lesie trwa dosłownie kilka minut. W tym czasie przejdziemy drogą, gdzie leżą poukładane, okrągłe i wyślizgane kamienie, które z powodu małego nachylenia terenu, tylko nieznacznie utrudniają wędrówkę. Za pasem lasów wchodzimy bezpośrednio do Doliny Jaworzynki. Widok jest przepiękny! Po obu stronach ścieżki widzimy rozległe polany kończące się dopiero na zboczach gór, ponad którymi widzimy gęste, świerkowe lasy. Kiedy popatrzymy daleko przed siebie, to zauważymy zbocza gór zarośnięte bardzo gęstą kosodrzewiną. Na początku trasy przechodzimy przez ułożony z kamieni kanalik odprowadzający wodę na lewą stronę szlaku, gdzie znajduje się niewielkie koryto potoku Jaworzynka. Idąc doliną jakieś 5-7 min zobaczymy po lewej stronie małe liściaste drzewo i obok drewnianą chatę. Kawałek dalej mijamy aż trzy góralskie chaty ze schludnie wykończonymi gontowymi dachami. Pierwszą z nich widać już za zakrętem, gdy wychodzimy z lasu. Za trzecią z nich, w lesie po lewej, wystaje ogromna skała, której nie sposób przegapić. Wyróżnia się swoimi rozmiarami. Jej górną część zarosły gęste, ciemnozielone mchy. Za chatkami, ścieżka zakręca bardzo długim łukiem w lewo, dzięki czemu odsłania się widok na polany rozlegające się po obu stronach szlaku. Na ich końcu widać jeszcze czwarty domek. Jest dużo mniejszy i niższy od pozostałych. Widzimy go po prawej stronie szlaku, z przedłużonym pokryciem dachowym, za którym polany zwężają się tak, że po obu stronach widać tylko krótki odcinek świerkowego lasu. Warto przystanąć na chwilę, ponieważ rosną tu fioletowe kwiaty, które przypominają małe, delikatne buciki. Wokół nich często latają trzmiele i motyle. Okolica jest bardzo kolorowa dzięki nim. Za krótkim odcinkiem lasu wchodzimy na kolejną polanę o nieregularnych kształtach. Znajduje się ona naszej po prawej stronie. W jej górnej części górze widzimy porowatą skałę na zboczach, otoczoną świerkami. Kiedy popatrzymy jakieś kilkanaście metrów dalej, to zobaczymy drugą skałę, znacznie jaśniejszą – jej wystającą górną część ponad korony drzew. W tym samym miejscu, po prawej przy szlaku, stoją drewniane płotki w odległości około 2-4 metrów od siebie. Zabezpieczają szlak przed osuwającym się śniegiem w zimie. Nieco dalej, naprzeciwko płotków, stoi samotne, uschnięte młode drzewo. Za uschniętym drzewem, co roku wyrastają wielkie liście bezpośrednio z ziemi, w których przesiadują żaby. Rosną w tak dużej gromadzie, że ich duża część wystaje na ścieżkę, którą idziemy. Za kilkadziesiąt metrów szlak ponownie zagłębia się w dość gęste lasy. Na początku widzimy drzewo po prawej stronie z żółtym znakiem. Szliśmy około 30min. Rozpoczynamy podejście. Ścieżkę tworzą nierówno ułożone kamienie, które są niewygodne dla stóp. Mnóstwo na niej dziur i odstających kamieni. Kilkadziesiąt kroków dalej, przy szlaku, w lesie po prawej, zobaczymy jedną, drewnianą ławkę z ociosanych bali. Przed nią odbiega ścieżka w prawo, niebędąca szlakiem. Za dość krótkim kawałkiem lasu podejście staje się coraz bardziej strome i teraz trasa prowadzi nas kamiennymi, większymi stopniami, odsłaniając kolejne, jeszcze piękniejsze widoki na rozległe polany.

niedziela, 11 grudnia 2016

Szlak na Szpiglasowy Wierch, łańcuchy i trudności na Szpiglasowym Wierchu

Szlak na Szpiglasowy Wierch  Szpiglasowy Wierch trudności i łańcuchy

SZLAK NA SZPIGLASOWY WIERCH
Szlak na Szpiglasowy Wierch jest uważany za jeden z najłatwiejszych w całych Tatrach. Nie bez powodu nazywano go „ceprostradą”, ponieważ idą nim całe tłumy. Co je tak przyciąga? Z pewnością niepowtarzalne widoki, które uchodzą za jedne z najpiękniejszych w całych Tatrach. Jeśli ktoś lubi niesamowite widoki, a nie przeszkadza mu fakt, że trasa jest łatwa, to musi obowiązkowo przejść ten szlak. Ja też skusiłem się wiele razy, ponieważ ze szczytu Szpiglasowego Wierchu można zobaczyć fragment Czarnego Stawu pod Rysami, najwyższe szczyty Tatr, czy też niepowtarzalne stawy Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zejście do tej doliny nie jest łatwe, dlatego jedynie osoby, które mają już doświadczenie w chodzeniu szlakami ubezpieczonymi łańcuchami powinny wybierać tę opcję. Widoki po drugiej stronie Szpiglasowego Wierchu są zupełnie inne, a po zejściu długim odcinkiem z trudnościami technicznymi możemy całkowicie się wyciszyć, ponieważ będziemy przechodzić przez rozległe trawiaste hale z mnóstwem kolorowych kwiatów. Tutejsza przyroda jest po prostu przepiękna! Szlak na Szpiglasowy Wierch zaczyna się tuż przed schroniskiem nad Morskim Okiem. Nie będę omawiać szczegółowo drogi do Morskiego Oka, ponieważ opisałem ją na osobnej podstronie: szlak na Morskie Oko – czyli na co zwrócić uwagę? Naszą przygodę rozpoczynamy na płaskim terenie asfaltowym przy schronisku, gdzie po naszej prawej stronie, przy jarzębinach, zauważymy strzałkę z żółtym znakiem i napisem: Szpiglasowy Wierch 2h 25min. Już na początku wspomnę, że do Szpiglasowej Przełęczy nie zobaczymy żadnych trudności i jedyne co będziemy musieli mieć, to dość dobrą kondycję, ponieważ będziemy iść ciągle do góry. Od początku można pójść szybszym krokiem, ponieważ po przejściu kilkunastu pierwszych stromych, kamiennych stopni rozpoczyna się bardzo długi odcinek ścieżki, gdzie w ogóle nie zmęczymy się. Podchodząc stopniami, idziemy przez skupisko bardzo gęstej kosodrzewiny. Pomiędzy nią zobaczymy wiele zarośli, paproci i wielkich liści, wyrastających z ziemi. Wystarczy iść tak około dwie minuty, gdzie będziemy dość często schylać się w zaroślach, po czym szlak zakręci pod kątem prostym w lewo. Nasza ścieżka od samego początku jest bardzo wygodna, ponieważ wędrujemy chodnikiem z ułożonych, białych kamieni. Warto spojrzeć w lewo, ponieważ zauważymy tu ciekawy świerk, a raczej jeden pień, z którego wyrastają cztery drzewa tego gatunku. Jeden ze świerków, ten najbardziej wysunięty na lewą stronę, rośnie bardzo nietypowo, ponieważ na jego pniu utworzyło się coś na wzór kolana, za którym pień zakręca ponownie w lewo pod kątem prostym. Dopiero za zakrętem drzewo rośnie ku górze. Od tego miejsca szlak prowadzi nas wschodnimi zboczami, najpierw Opalonego Wierchu, a później Miedzianego – u stóp tych gór. Idąc ścieżką, bardzo powoli będziemy osiągać wysokość, przez co poczujemy się, jakbyśmy szli miejskim chodnikiem.


Odbicia Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka o godzinie 4.35 rano

Od samego początku, tuż za zakrętem z poczwórnym świerkiem, przechodzimy w skupisku na tyle niskiej kosodrzewiny, że mamy ciągłe i wspaniałe widoki na Morskie Oko. Idąc kilka minut tą ścieżką, zakręcamy w prawo, mijając wielki głaz po lewej. Za dosłownie chwilę, ponownie skręcamy w lewo i przechodzimy płaską skałą. W tym miejscu przekraczamy pierwszy naturalny mostek nad pierwszym potokiem. Za zakrętem mijamy po lewej stronie, duży i dość płaski głaz, na którym widnieje znak szlaku. Za pięć minut przekraczamy kolejne potoki. Tym razem dwa na raz. Woda płynie w nich bardzo wolno i niewielkim strumieniem. Płyną równolegle, w pobliżu siebie. Wystarczy dość ciepłe lato, by oba potoki zanikły. Przechodząc pomiędzy nimi, spójrzmy do góry – zobaczymy, jak wody sączą się po gładkich, ukośnie nachylonych płytach skalnych. Szybko przekonamy się, że nasza trasa obfituje w wodę, ponieważ już za moment dochodzimy do kolejnego strumyku. Ten wydaje się większy i jego źródła nie wysychają przez cały rok. Jego wąskie koryto prowadzi pomiędzy skałami, a my przechodzimy kamiennym chodnikiem nad nim. Jako, że strumyk jest szerszy niż wszystkie poprzednie, dźwięk jego wód usłyszymy znacznie wcześniej, zanim tu dotrzemy. Kilkadziesiąt metrów dalej, przechodzimy następny, bardzo wąski, o słabym nurcie potok. Uważny obserwator powinien zauważyć coś więcej – tuż za nim trzeba przyglądać się kamieniom, z których ułożono chodnik. Na jednym z nich zauważymy wykute trzy zera. Przekraczanie potoków i strumyków nie kończy się, ponieważ wystarczy przejść kolejne kilkadziesiąt metrów, by dojść do wyraźnego i dużego potoku, gdzie szlak zakręca najpierw w lewo, a później w prawo. Koryto stanowi wąski żleb, który przecina naszą trasę. Wody jest tak dużo, że turyści najczęściej wybierają to miejsce, by nabrać jej do butelek. Za chwilę przekraczamy jeszcze dwa następne strumyczki, ale w większym odstępie od siebie. Nieco dalej jest jeszcze trzeci, gdzie za chwilę, po prawej stronie zauważymy trzy niskie drewniane barierki, przypominające płotki, które mają zabezpieczać szlak przed osuwającym się śniegiem w zimie. Kilkanaście metrów dalej przechodzimy przez następny strumień, za którym zauważymy po lewej stronie sześć drewnianych płotków, spełniających to samo zadanie. Tuż za nimi, powinniśmy zauważyć dość ciekawy, płaski głaz, który wygląda, jakby „spływał” ukośnie ze szlaku w stronę Morskiego Oka. Sam głaz może nie jest jakiś niezwykły, ale ozdabia go bardzo mały, jarzębinowy zagajnik. W środku lata możemy zobaczyć tu kolorowe widowisko, ponieważ czerwone owoce jarzębiny na tle zielonych wód Morskiego Oka i niebieskiego nieba wyglądają przepięknie! Po prawej stronie ścieżki, patrząc ciągle z tego samego miejsca, będziemy mieli strome zbocze, które niejako przecinamy wzdłuż. Powinniśmy zauważyć tu dużą skałę, pod którą znajduje się niewielka jama. Na górze głazu rośnie bujna kosodrzewina. Miejsce jest tak urokliwe, że większość turystów zatrzymuje się, by podziwiać tutejsze widoki.

piątek, 2 grudnia 2016

Szlak na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami – czyli na co zwrócić uwagę

Czarny Staw pod Rysami szlak na Czarny Staw

Dojazd i szlak na Morskie Oko
Jeśli nie mamy własnego środka transportu, to najlepiej w centrum Zakopanego wsiąść do busa, których jest mnóstwo, a gdy mamy kwaterę w Bukowinie Tatrzańskiej, to również warto wyjść na przystanek w centrum, gdzie w godzinach porannych dojedziemy na miejsce. Z centrum Zakopanego jeżdżą tak często busy, jak szybko się zapełniają. Pierwszy kurs mamy o godzinie 6.30 rano. Od godziny 7.00 znajduje się bardzo wielu chętnych, dlatego busy odjeżdżają co kilka minut. Nie funkcjonuje tu jakiś rozkład jazdy, ale prosta zasada „aż do zapełnienia i odjazd”. Kiedy jednak mamy samochód, to polecam pojechać przez Bukowinę Tatrzańską, ponieważ w Zakopanem możemy trafić na korki w sezonie. Do Palenicy Białczańskiej dojedziemy busem za 15 zł, z Zakopanego (najlepiej z centrum - poznasz po tłumach ludzi). Jeśli jedziemy własnym autem, to musimy pamiętać, że od 2 sierpnia 2021 nie ma możliwości zaparkowania samochodu na parkingu w Palenicy Białczańskiej (początek szlaku do Morskiego Oka) bez biletu elektronicznego. Bilet w cenie 36 zł/dzień zakupisz na stronie: BILET ELEKTRONICZNY NA PARKING DO MORSKIEGO OKA. Taką zmianę wprowadzono po tym, jak z powodu koronawirusa polskie Tatry przeżywały istne oblężenie. W okolicach Łysej Polany i przed początkiem szlaku prowadzącego do Morskiego Oka codziennie powstawały kilkukilometrowe korki. Bilet elektroniczny ma za zadanie ograniczyć liczbę zaparkowanych pojazdów do 800 samochodów. Reszta chętnych osób może dostać się w ten rejon, korzystając z busów kursujących z centrum Zakopanego. Kierowcy busów również przeżywają oblężenie, ponieważ kolejka chętnych czasami ma aż kilkaset metrów długości! Ludzie, którzy są związani z Tatrami bardziej niż niedzielna lub wakacyjna turystyka, zazwyczaj nie podróżują w te góry z powodu przeraźliwie dużych tłumów nieodpowiedzialnych turystów. W takich warunkach przyjemność przebywania w górach zostaje dosłownie 'zabita'. Możemy wybrać jedno z dwóch miejsc parkingowych. Pierwsze jest najbardziej znane – to oczywiście Palenica Białczańska, gdzie ceny za parking są bardzo wysokie (35zł/dobę), dlatego jeśli jest możliwość, polecam zaparkować w drugim miejscu – na parkingu Łysa Polana, który kiedyś stanowił przejście graniczne do Słowacji. Ceny są trochę niższe i jeśli zabraknie miejsca na Palenicy Białczańskiej, to stąd możemy szybko wyjechać, podczas, gdy pod Palenicą ustawiają się z dwóch stron ulicy kilkukilometrowe rzędy aut. Jedynym i dość dużym minusem Łysej Polany, jest fakt, że musimy iść około 20min do Palenicy Białczańskiej. Może to niewiele, ale po całodniowej wycieczce i przejściu 18km drogą asfaltową, każdy kolejny metr twoje stopy bardzo odczują. Przed szlabanem parkingu Palenica Białczańska znajduje się druga brama – wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Musimy kupić tutaj obowiązkowy bilet wstępu. W lecie już od godziny 6.00 rano pobierane są opłaty. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płaciłem za bilet, ponieważ zwykle o 3.00 w nocy rozpoczynam wędrówkę. Za bramą rozpoczynamy długą i mozolną „dreptaninę” drogą asfaltową, która szybko stanie się uciążliwa i za długa…

Na samym początku tej drogi, po lewej stronie, usłyszymy i zobaczymy potok Białka, który bardzo szybko skręca na Słowację, gdzie możemy pomiędzy drzewami dostrzec wylot najpiękniejszej doliny Tatrzańskiej – Doliny Białej Wody. Po prawej stronie nie ujrzymy nic, oprócz gęstego lasu zbudowanego z wiekowych świerków. Warto spojrzeć w stronę potoku Białka, ponieważ nasz apetyt rozbudzą niesamowite szczyty gór najwyższych, które o wczesnej porze dnia mienią się odcieniami czerwieni i pomarańczowego. To jest główny powód, dla którego jeszcze w nocy rozpoczynam wędrówkę do Morskiego Oka. Szlak na Morskie Oko jest oczywisty i nie da się pójść gdzie indziej, ale musimy pamiętać, że od głównej drogi, co jakiś czas będą odbiegać inne szlaki. Na początku naszej wędrówki zobaczymy pierwszy zakręt ścieżki w prawo, w las, gdzie niebieski szlak w 40min zaprowadzi nas na przepiękną Rusinową Polanę, oferującą niesamowity widok na panoramę Tatr. Długo, bo około przez godzinę, droga na Morskie Oko biegnie przez gęsty las, przez co nie mamy żadnych widoków na góry. Z tego względu warto „podkręcić” tempo, kto ma tylko kondycję. Znaki mówią o czasie przejścia 2h 10min do Morskiego Oka, ale mi wystarczy 1h 16min – 1h 19min, idąc bardzo szybkim tempem. Wiedząc jak długo pójdziemy, można wyliczyć czas, żeby zobaczyć wschód słońca nad Morskim Okiem. Widok jest niecodzienny i na pewno będziesz chciał oglądać go wiele razy.
www.VD.pl